poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Ignacy Karpowicz
Spam
Alef

Bogowie odpłynęli. Nie znam smutniejszego zdania. Gdyby odeszli, mógłbym ich dogonić. Gdyby utracili moce, mógłbym ich opłakiwać. Gdyby nie istnieli, mógłbym w nich wierzyć. Gdyby wrócili, nie czekałbym.

Bogowie odpłynęli. Nie znam smutniejszego zdania. Z wachlarza zdarzeń wypadają śmierci bliskich, jak pył sypią się plany, tleją miłości i przyjaźnie, nadzieja obraca się w kpinę. Przychodzi bezsenność, piórko łaskocze kość potylicy, powodując nieznośny, lekki jak sorbet ból. I tak dalej.

Bogowie odpłynęli daleko. Na całe szczęście, nie zawrócą, nie powrócą. Zawsze bawiło narratora, że można czuć to, czego nie ma, znacznie wyraźniej i dosadniej niż to, co jest, w którymkolwiek z gramatycznych czasów jakiegokolwiek języka. Narrator, z pewnym trudem, powstrzymuje się przed konstatacją, iż to, co naznaczono nieobecnością, rysuje się wyraźniej od tego, co poddało się trwaniu.

Bogowie odpłynęli. Niekiedy wydaje mi się, że to elegancko z ich strony: nie-będąc, dobrze jest się usunąć, poluzować cumy, zwolnić miejsce przy portowym nadbrzeżu, nie potrzeba już bogów, przyda się tankowiec z ropą naftową.

Jest w moim krajobrazie błąd barw i zapachu. Tego błędu nie sposób usunąć, gwarancja nie obejmuje prowincjonalnego krajobrazu niczyjego oka ani białkowych równin kory wzrokowej, toczonej od lat czerwiem pamięci, przypominającej - teraz -rzeszoto.

Bogowie odpłynęli, zanim się urodziłem. Widać zwlekałem ponad miarę. Narodziwszy się, dojrzewałem, podobnie jak owoc. Nie zostałem przeznaczony do zerwania. Przeznaczono mi gnicie.

Miałem szczęście. Pępowina przymocowała mnie do zdrowej, zwyczajnej gałęzi. Gałąź ominęły historyczne zawieruchy. Kiedy zawiązałem się w owoc, z miąższu matki i pestki ojca, nazizm i komunizm gniły pod koroną, stając się pożywką dla bakterii. Kiedy zawiązałem się w owoc, ze spermy ojca zachęconej korzystną temperaturą łona matki, wartość świata stawała się wymierna.

Wartość świata stawała się wymierna; nie dobro i nie zło, lecz waluta, dolary, euro,
juany i jeny. Demony wcześniejszych stuleci wsiąkły w glebę, zaczęły krążyć w sokach drzewa, dobro - by się obronić - musiało być efektywne i lepsze od zła, to znaczy bardziej skuteczne, prostsze, jak cep.

Tak gałąź, jak zawieszony na ogonku pępowiny zawiązek ominęły dziejowe burze. Zanim dojrzałem, było po wszystkim: nikt mnie do niczego nie kusił, nie mamił mirażami, nie musiałem bardzo grzeszyć, nie podpisałem żadnego zobowiązania Służbie Bezpieczeństwa, nie dano mi szansy, by, obciążając innych, obciążyć siebie. Dlatego nie urwałem się z gałęzi. Rachunek sumienia prowadziłem sumiennie, kolumny winien/ma przypominały te z faktorii handlowej na krańcu horyzontu.

Mimo że meteo- jest po mojej stronie (żadnych gradobić, ulew, kwietniowych przymrozków), meta- odeszło ode mnie: po prostu zwisam z gałęzi jak nietoperz, zamiast metafizyki banalna fizyka, Newton, na przykład.

Bogowie odpłynęli. Nie znam smutniejszego zdania. Tak mógł powiedzieć tylko ktoś, kto wisi głową w dół. Ktoś, komu oszczędzono doświadczenia totalitaryzmu. Ktoś, dla kogo czyste dno garnka jest dowodem na to, że odpowiednio wybrano program zmywarki do naczyń. Naczynia z resztkami jedzenia.

Wstydzę się tego, że zawiązałem się w sadzie sytej Europy. Że moje drzewo doglądają nielegalni imigranci z Ukrainy-Białorusi-Wietnamu-Somalii. Wstydzę się tego, że pamięć o Zagładzie i pomniejszych (w wartościach bezwzględnych) (także w znaczeniu: okrutnych) katastrofach XX wieku i początków następnego mnie nudzi. Zwisam z gałęzi i nudzę się, gdy liście szumią o Hitlerze, Stalinie czy Miloševiciu. Dym z krematoriów się rozwiał, wniknął w chmury, spadł z deszczem, śladowe ilości popiołu krążą w moim ciele: nadaję się, chyba, na spalenie.

Zwisam i obserwuję, jak mrówki oczyszczają podłoże z trucheł, jak hodują białe grzybnie: białe plamy niepamięci, wszystko można zacząć raz jeszcze. To, co dobre i złe. Zwisam w spokoju, zwisam w powietrzu.

Nie mam oczu, nie mogę się zobaczyć, patrzę skórą, oddycham skórą. Skóra jest dla mnie nieomal wszystkim: granicą siebie, ostatnim szańcem obrony, domem zmysłów.

Nie mam rąk. Mam czteroliterowe słowo: ręka. Takich słów mogę mieć do woli, jak hinduska bogini. Słowem można dotknąć tak, jak cielesną ręką. Ręka gnije, słowo zostaje. Rękę można odciąć i spalić, kartkę ze słowem można wyrwać i spalić. Mianownik jest ten sam - popiół.

Zwisam, a zwisając, mógłbym zdobyć się na tani żart, gdybym miał poczucie humoru, którego nie mam, na przykład taki: że mi zwisa. Jestem oszczędny, dlatego wolę tanie żarty. Wystarczają na dłużej, jest ich więcej.

Zwisa mi prawie wszystko. Od idei, przez jej realizację (obozy zagłady, socrealizm w sztuce, brak pomarańczy w sklepach za peerelu), po konsekwencje (pamiętajmy!; nigdy więcej!; każdy człowiek ma prawo do szczęścia!).

Dzięki temu, że mi zwisa, pozwoliłem sobie na uogólnienie, że zwisa również innym. Zwisanie jest formą obrony przed okrucieństwem. Nie wiem, czy człowiek to „tabula rasa”, raczej - trzymając się języków złożonych w trumnie - ultima thule.

Zatem pusta kartka i ostatni świat, lecz ja czuję się jak jabłko.

Okazało się, przynajmniej na końcu ogonka, z którego zwisam, że to, z czym człowiek się rodzi, dokładniej od filozofii opisuje anatomia. Mamy serce, płuca, nerki, wątrobę, mózg. Mamy stos pacierzowy, ścięgna, żółć i komórki nowotworowe. Nie mamy wrodzonej świadomości dobra i zła. Nie ma prawa naturalnego. Nie ma boskiego. Są granice. Jest samoświadomość.

Jestem jabłkiem. Nie znam swego koloru: zielony, żółty, czerwony? Najprawdopodobniej w paski, żółto-czarne, jak osa, żeby ktoś nie został, ugryzłszy mnie, repatriantem (z Ogrodu) czy apatrydą (do końca). Jestem dość okrągły. Zwisam na ogonku, pępowinie. Etykę i filozofię miałbym w dupie, gdybym miał dupę. Brak dupy jest równie dotkliwy jak brak autorytetów, Jan Paweł II, na przykład.

Zwisam z gałęzi, nierobaczywy, jadalny, ukryty w letnim listowiu, oprawiony w koronę drzewa, w mandorli przydawek. Zwisam nienachalnie, nie bardziej niż ciężar ciąży, niż - żart z Heideggera (z wyprzedaży) - grawitacja grawituje. Zwisam i mi zwisa, z ładnych zwisających rzeczy powinienem wspomnieć poranną rosę i pszczoły, które przysiadają na mojej skórze, by pić z kropli wodę.

Zawiązałem się w owoc. Nie wierzę, że mój ojciec i moja matka mnie poczęli. Począłem sam siebie, wykorzystawszy wilgotną jaskinię matki i chuja ojca, niczym speleolog zanurzającego się w stalaktyty i -gmity macicy.

Wczoraj na gałęzi przysiadł gawron. Czarne paciorki oczu wpatrywały się we mnie. Oczy mnie nie przerażały, bardziej dziób. Napiąłem się, by stać się owocem niedojrzałym, kwaśnym i zielonym. Gawron odleciał. Wtedy zrozumiałem, że jestem jabłkiem-aktorem.

Ale też, pochlebiam sobie, jestem również jabłkiem-kronikarzem. Pień, z którego wyrosły gałęzie, starodawny i mocny, ukorzeniony i rozkoroniony, dał początek zdrowym gałęziom. Zwisam z gałęzi. Pień toczą dostatek i sytość. Jestem jabłkiem-kronikarzem. Mam wątpliwy zaszczyt i bynajmniej przyjemność obserwować upadek cywilizacji Zachodu. Antyk i chrześcijaństwo, zwłaszcza rzymskie, mijają jak pierdnięcie. Niezbyt dużo hałasu, niedużo smrodu.

Zwisam. Czasem coś czytam. Konary łączą się w trójkąty bez podstawy, w konarach mieszczą się biblioteki. Korzystam z bibliotek. Cały księgozbiór jest na moje zawołanie, bo już nikt nie czyta, mniejszość, NOC, Niezidentyfikowany Obiekt Czytający. Jak UFO.

Czytam i zwisam. Zwisa mi to, co czytam, bo zwisam. W ten sposób życie naśladuje papier.

Mam swój punkt widzenia. Mój punkt widzenia nie jest stały i niezmienny, ma w sobie coś z paralaksy: wieje wiatr, gałęzie poruszają się, odwiedzają mnie jabłka z sąsiednich konarów a nawet z innych drzew w sadzie. Na drzewach wisi bezlik wiadomości, dobrych i złych, wystarczy wgryźć się w owoc, posmakować, wypluć, jeśli gorzkie i cierpkie.

Zwisam, bo wątpię, chociaż nie wątpię, że zwisam.

Nocą sad pogrąża się we śnieniu. Nie potrzebujemy snu. Potrzebujemy snów. Śnimy to samo, śnimy jednakowo, pamięć snów ubywa jak twarz miesiąca. Śnimy Drwala i śnimy Siekierę. Śnimy Sprawcę i śnimy Narzędzie. Śnimy osobno, osobno Narzędzie i osobno Sprawcę, na wszelki wypadek.

Niektórzy spośród nas próbują wyśnić coś nowego. Kategoria nowości jest jedyną, jaka nam pozostała, po odejściu dobra i zła.

Bogowie odpłynęli, nie widziałem nigdy wielkiej wody, chociaż czasem wyczuwam wody gruntowe, niekiedy deszcz, drobny, niemogący przebić się przez zasłonę z liści. Słyszę skórą, jak krople uderzają o liście, jak liście otrzepują się niby mokry pies, cicho powarkując i obnażając linie nerwacji.

Gospodarz ma psa. Pies przybiega do sadu. Podnosi nogę i sika na pień. Znaczy swoje terytorium. Pies szczeka. Jest krótkołapy, w czarne plamy na białym tle, przypomina niewydarzoną krowę. Ma obrożę, z obroży zwisa kółko z nierdzewnej stali. Psa można nanizać na to kółko, żeby pasł się dookoła budy, na piasku znaczonym odchodami.

Gospodarza nikt z nas nie widział. Widzieliśmy psa z obrożą, dlatego sądzimy, że istnieje ręka, która obrożę założyła, a skoro ręka - że tułów również, a skoro tułów, to i głowa. Nogi nie są konieczne, nasz Gospodarz nigdy się nie pokazał, może siedzi na wózku. Inwalida. Pobiera rentę, ma grupę w zusie. A skoro tak, to znaczy, że są potężniejsi i bardziej niewidzialni od naszego Gospodarza włodarze. Im kto bardziej wszechmogący, tym lepiej ukryty.

Nauczyłem się mówić. Żeby mieć pożytek z mowy, muszę nauczyć kogoś rozumienia. Jabłka są leniwe.

Ręka przewraca strony z narastającą irytacją. Nie mogę umknąć przed pytaniem: kim jestem? Owocem na drzewie? Człowiekiem w świecie? Pytanie drugie: kto jest bohaterem tych zapisków? Sad a może świat? A jeśli świat, kim jest narrator? Pytanie trzecie: czy narrator zwariował?

Odpowiem nie po kolei. Jeszcze nie wiem, kim jestem, dowiem się w miarę upływania stron, teraz jestem w poczekalni bytów, w pomiędzy, między owocem a człowiekiem, człowiekiem w sadzie a światem, dla uspokojenia umysłu można rzec, że jestem w trakcie reinkarnacji, nie wcieliłem się w nowy kształt, nie wycieliłem ze starego. To minie. Łożysko zje matka, jeżeli będzie ssakiem.

Bohaterem tej narracji ma być Tymoteusz Karpowicz, poeta.

Narrator nie zwariował, płaci podatki w Rzeczpospolitej Polskiej, co - paradoksalnie - może stać się dowodem jego ułomności psychicznej. Narrator płaci podatki, w zamian dostając czterdzieści procent mniej pieniędzy, ponadto - jako bonusy -dziurawe drogi, samoośmieszające się państwo, upokarzająco niski poziom debaty publicznej, niesprawną służbę zdrowia. I tak dalej. Mimo że dalej, narrator nie zamierza biadolić. Obniżenie kryteriów objęło całą Europę, Europa próchnieje, Polska leży w Europie. Europa się rozszerza, jak próchnica. Ponownie wpełza do śródziemnomorskiej Afryki, na Bliski Wschód, dotyka Uralu.


Bohaterem tej narracji ma być Tymoteusz Karpowicz, poeta.

Bohater zmarł w roku 2005. Rok wcześniej zmarła Maria Karpowicz, Jego żona. Bohatera załamała ta-tamta śmierć. Przestał odbierać telefony. Potem umarł.

Bohater-poeta zamierzył objąć całość poznania w poetyckim tomie. Odwrócone światło z roku 1972 liczyło sobie ponad czterysta stron. Świat się nie zmieścił. Bohater zdawał sobie z tego sprawę. Bohater wiedział, że poniesie poznawczą klęskę. Co nieczęste - bohaterowie zwykle się mylą po to, by życie zyskało fabularny kręgosłup - nie pomylił się w ocenie. Poniósł klęskę.

Tymoteusz Karpowicz jest uznawany za wielkiego i wybitnego poetę, przynajmniej przez tych, którzy znają to nazwisko. Pozostali - a jest ich legion - nie uznają Go ani za poetę, ani za kogoś wielkiego czy wybitnego. Tymoteusz po prostu nie istnieje, nigdy nie istniał, prawdopodobnie nie zaistnieje.

Bohater, nim poniósł klęskę i umarł, albo w innej kolejności: nim umarł i poniósł klęskę, musiał się narodzić. Nie ja to wymyśliłem, jeśli idzie o mnie, nie potrzebuję narodzin, by mówić o śmierci, ale nikt nie uwierzy w bohatera, który umarł i w ogóle się nie narodził, wcześniej. Takie są reguły gatunku, tak literackiego jak biologicznego, nienarodzony bohater jest niekompletny, nawet gdy jego śmierć jest bardzo wzruszająca, a braku kompletności nie sposób jej zarzucić, nie - zbadawszy puls. Zatem, żeby bohatera uprawdziwić, chociaż prawdziwości Tymoteusza nikt nie podważał, przystaję na to, że się urodził, niech będzie.

Na czwartej stronie okładki „Słojów nadrzewnych” napisano: „urodził się 15 grudnia 1921 roku we wsi zielona koło Wilna”. Wydawcy nie skorzystali z wielkich liter, z oszczędności, jak sądzę. Wielkie litery to więcej farby drukarskiej, a więcej farby drukarskiej to wyższy koszt. A tom i tak się źle sprzedawał. Oczywiście, żartuję, to znaczy: żartuję w kwestii oszczędności, bo tom źle się sprzedawał.

Postanowiłem napisać o Tymoteuszu, ponieważ nie rozumiem Jego poezji. W zasadzie z twórczości Tymoteusza rozumiem najlepiej jego nazwisko. Mam podobne.

Karpowicz nie jest jedynym poetą, którego nie rozumiem. Gdybym miał pisać o poetach, których nie rozumiem, miałbym zajęcie do końca świata. Ponieważ obok pisania chciałbym również trochę pożyć - a najwyższą formą życia jest życie towarzyskie (to żart) - ograniczyłem się do jednego poety, którego nie rozumiem.

Ten poeta różni się od innych poetów, których nie rozumiem, nie tylko nazwiskiem. O poetach, których nie rozumiem, inni piszą eseje, to znaczy: ci, którzy zrozumieli to, czego ja nie. Kiedy czytam eseje tych, którzy zrozumieli, sam zaczynam rozumieć. W istocie, twórczości nadal nie rozumiem, ale eseje owszem. W przypadku esejów o twórczości Karpowicza jest inaczej. Nie rozumiem nawet esejów. Mimo że trudne słowa sprawdzam w słownikach, a kiedy pojawiają się cytaty z Lacana lub Heideggera, łykam apap, na wszelki wypadek, stojak przy kasie, obok gum do żucia.

Prócz zdublowanego niezrozumienia twórczości i tekstów o niej, postanowiłem pisać o Karpowiczu, ponieważ poniósł poznawczą klęskę, o czym otwarcie mówił w książce. Tytuł tej książki nie pozostawia wątpliwości, brzmi „Mówi Karpowicz”. W książce mówią również dziennikarze oraz Pani Maria, ale mniej mówią. Gdybym był edytorem tej książki, dałbym podtytuł „Przede Wszystkim” do tytułu „Mówi Karpowicz”. Książka ta ma monochromatyczną okładkę, jest bardzo cienka, ładnie wydana i na pewno źle się sprzedaje. Lubię tę książkę nie tylko dlatego, że jest cienka, ale również dlatego, że prawie wszystko rozumiem.

Postanowiłem pisać o Karpowiczu, ponieważ nie rozumiem Jego wierszy (ani esejów o Jego twórczości), lecz - przypuszczam - mogę pojąć Jego klęskę. Ostatecznie, mamy podobne nazwisko, ludzie o podobnym nazwisku powinni doświadczać podobnych klęsk, w przeciwnym razie magia sympatyczna nie ma sensu. Karpowicz wypowiadał się pochlebnie o Frazerze, James George, urodzony w Glasgow, Szkocja.

Poczyniłem już pewne przygotowania do tego, by ponieść klęskę. Bowiem takie właśnie rozwiązanie przyszło mi do głowy. Nie spodziewam się sukcesu, będę pisać o wierszach, których nie rozumiem, o świecie, którego nie ma, o osobie, która odeszła, o języku, który wielokrotnie zmienił gramatykę. Przy tak ustawionych warunkach wyjściowych, wierząc w sukces, musiałbym być wariatem. Jestem jabłkiem.

Postanowiłem przyłożyć się do klęski, przygotować ją bardzo profesjonalnie. Po pierwsze, żeby w zarodku zdusić cień sukcesu, postanowiłem zostać jabłkiem. Jestem jabłkiem, które śni, że jest człowiekiem. Człowiek to oczywiście metafora. Po drugie, postanowiłem pisać szczerze, bo szczere pisanie przynosi niejadalne owoce, a do tego w ogóle się nie sprzedaje.

Jeśli, Czytelniku, kupiłeś tę książkę za własne pieniądze, to Ci współczuję. Mądrzej, a właściwie taniej, czyli jednak mądrzej, byłoby, gdybyś ją pożyczył albo poczekał na wyprzedaż.

Już teraz powinienem przeprosić wszystkich, którzy czują się urażeni. Być może grupa urażonych będzie się zwiększała w miarę upływu stron, dlatego przeprosiny odkładam na koniec. Z oszczędności połączę je z podziękowaniami.

Bohaterem tej narracji ma być Tymoteusz Karpowicz, poeta.


„Alef” to tytuł zbioru opowiadań Jorge Luisa Borgesa. Jorge Luis Borges jest pisarzem, urodził się w Buenos Aires, Argentyna. Żył bardzo długo, ale nie dość długo, by otrzymać literackiego Nobla. Doris Lessing żyła dłużej i literackiego Nobla dostała. Była wtedy na zakupach. Z moich obliczeń wynika, że Tymoteusz Karpowicz również miał szanse na Nobla. Musiałby żyć jakieś sto trzydzieści cztery lata, plus minus. Dostałby nagrodę za wybitność, nieprzekładalność na języki obce, długowieczność oraz dlatego, że Mu na nagrodach nie zależało. Jeśli komuś na Noblu zależy, jak Kunderze czy Zagajewskiemu, musi prowadzić bardzo zdrowy tryb życia, mało cukru i tłuszczu, sporo zdrowego powietrza (Buenos Aires). Po osiemdziesiątce szanse rosną, zarówno na Nobla, jak na śmierć. Pasjonujący wyścig.

„Alef” to tytuł zbioru opowiadań Jorge Luisa Borgesa. Jorge Luis Borges jest pisarzem, urodził się w Buenos Aires (z hiszpańskiego: Zdrowe Powietrze), Argentyna. Narrator lubi JLB, ponieważ rozumie jego utwory albo też narratorowi wydaje się, że rozumie, co pozwala (narratorowi) postawić znak równości między rozumieniem absolutyzującym a jego złudzeniem. Jeśli narrator czegoś nie rozumie w twórczości JLB, to czyta powieści Umberta Eco.

Umberto Eco jest pisarzem, urodził się w Alessandrii, Włochy. Umberto Eco jest takim prostszym Borgesem. Jest znacznie łatwiejszy w odbiorze, mimo to, a może właśnie dlatego, pisze bardzo grube powieści. Żeby mieć szanse na Nobla, będąc mniej skomplikowanym od Borgesa (i młodszym, co nie działa na korzyść Włocha), musi być bardziej zajmujący. Najłatwiej być zajmującym, zajmując dużo miejsca. „Baudolino”, powieść UE, liczy sobie jakieś pięćset stron formatu aspirującego do A4, na przykład.

Są pisarze, którzy piszą książki jeszcze grubsze, wszakże nie licząc na Nobla, na przykład Thomas Pynchon. Thomas Pynchon jest pisarzem, urodził się w Glen Cove, Stany Zjednoczone AP. TP pisze książki bardzo grube, zupełnie jak TK. Wydaje książki rzadko, co kilkanaście lat. Książki te sprzedają się lepiej niżby wnosić z objętości. Ładnie wyglądają na półce, prawie się nie kurzą. Żeby zostać intelektualistą, nie trzeba pisać habilitacji. Wystarczy kupić Pynchona. To znacznie szybszy i tańszy sposób.

Książki Pynchona ukazują się rzadko i sprzedają nienajgorzej, chociaż w sumie słabo. Nikt ich nie czyta. Czytają recenzenci, ponieważ za to płacą im redakcje wpływowych dzienników i tygodników. Książki Pynchona czyta narrator. Bo lubi, lecz czasem narzeka na jakość przekładu. Woli narzekać na jakość przekładu niż zabrać się za tekst w oryginalnym języku. Jabłka są leniwe.

Pynchon, choć prozaik, jest najbliższy Karpowiczowi, poecie. Po pierwsze, wydają rzadko i grubo. Po drugie, źle się sprzedają (choć Pynchon w sumie nieźle). Po trzecie, są trudni, hermetyczni: z Karpowicza narrator rozumie pojedyncze wersy, z Pynchona pojedyncze akapity. Po czwarte, świadomie skazali się na poznawczą klęskę, albowiem zamierzyli dać skończony obraz nieskończonego (sic!) świata, zamkniętego okładkami. To nie może się udać. Obaj o tym wiedzieli. Świadomie zadali sobie samomata. Szkoda, że się nie poznali. Mogliby nie-rozmawiać ze sobą całymi godzinami.

Alef to pierwsza litera alfabetu hebrajskiego i fenickiego. Wartość numeryczna -1. Symbolizuje nieskończoność Boga i jego jedność. Hebrajczycy to nazwa grupy ludzi prowadzących koczowniczy tryb życia i nieposiadających własnego państwa, tak twierdzą niektórzy naukowcy oraz Palestyńczycy. Niektórzy oraz Izraelczycy twierdzą przeciwnie. Fenicjanie utworzyli jedno z najpotężniejszych państw starożytności. Wynaleźli pierwszy alfabet oraz wykorzystali ślimaka purpurowego (Murex trunculatus). Ślimak purpurowy barwił szaty purpuratów i konstantynopolitańskich cesarzy. Purpuraci i cesarze reagowali niespiesznie na zdarzenia w świecie. Konstantynopol upadł, Watykan to ładna dzielnica Rzymu. Rzym to miasto, Włochy, ojczyzna Umberta Eco, pisarza.

Alef to również zbiór przeliczalny, czyli taki zbiór, którego elementy można ponumerować liczbami naturalnymi. Liczby naturalne to liczby używane do podania liczności lub kolejności. Liczby naturalne występują na rachunkach. Zwykle liczb naturalnych jest więcej, niż bylibyśmy skłonni zapłacić.

Alef to również miejsce. Niezwykły i jednostkowy punkt wszechświatów. Miejsce, w którym jednostka realizuje się najpełniej. Takich punktów jest tyle, ilu jest ludzi. Niekiedy ludziom się wydaje, że jest mniej alefów niż ludzi. Wtedy wybuchają wojny.

Wojna jest zjawiskiem społeczno-politycznym. Rodzina jest podstawową komórką społeczną. Wojna jest podstawową komórką historyczną. Rodzina składa się z ojca, matki oraz potomstwa. Wojna składa się z dwóch, przynajmniej, państw lub grup et

 
nicznych oraz tysięcy, a bywa że milionów, głupców. Wojna polega na systematycznym mordowaniu głupców przez głupców. Celem wojny jest zdobycie ropy naftowej, dorsza albo miejsca w Raju. Religie twierdzą, że śmierć na wojnie w słusznej sprawie zapewnia miejsce w Raju. To taka droga na skróty, dla grzeszników i głupców.

Wojny wybuchają, gdy jednym ludziom wydaje się, że ich alefy leżą na terytorium drugich ludzi. Głupcy nie wiedzą, że ze śmiercią każdego człowieka znika alef.

Alef przypomina wieżę. Pionowa rozciągłość nie ma znaczenia, liczy się pozioma podstawa wieży.

Karpowicz mówi o alefie w książce „Mówi Karpowicz”. Książka ta jest cienka, ładnie wydana i źle się sprzedawała. Narrator bardzo ją lubi, nawet ją nabył za własne pieniądze, dokładnie za 19 PLN plus koszy przesyłki i jazgot matki, odbierającej tęże. Narrator, czytając książkę wielokrotnie, nie znalazł błędów ni literówek. Interpunkcja tej książki bywa bardzo odważna, gubi przecinki, brawo.

Alef w midraszu chwalony jest za skromność. Chociaż jest pierwszą literą alfabetu, nie nalega, by rozpocząć „Tanach”, czyli Stary Testament, rozpoczynający się drugą literą bet. Stary Testament literacko jest niezły i bardzo stary. Stary Testament nie dostał Nobla, ponieważ wynikły trudności z ustaleniem autorstwa. Podobno Bóg. Niektórzy oraz Nietzsche twierdzą, że Bóg umarł. Niektórzy oraz kreacjoniści twierdzą przeciwnie. Stary Testament ciągle ma szanse. Kibicuję autorowi. Autor się nie ujawnił. Sądzę, że to Thomas Pynchon. Podobny styl i ambicje. Albo Tymoteusz Karpowicz, jak obok, „I bet”.

Ignacy Karpowicz


Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas