poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Nowe jest z natury dyskretne i słabo pochwytne
Z PIOTREM ŚLIWIŃSKIM i rozmawiają DOROTA KOZICKA i TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI

TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI: Edward Balcerzan wieścił niegdyś „wycieńczenie awangardy” - czy Piotr Śliwiński w swojej najnowszej książce wieści „wycieńczenie klasycyzmu”?

PIOTR ŚLIWIŃSKI: Próby odrodzenia się klasycyzmu, podejmowane w ostatnich kilkunastu latach, nie powiodły się, w każdym razie nie wydaje się, żeby spełniły się ambicje Adama Zagajewskiego, Krzysztofa Koehlera, Wojciecha Wencla, czy - powiedzmy - Tadeusza Dąbrowskiego. A były to ambicje o bardzo zasadniczym charakterze, sięgające głęboko zakorzenionych problemów kultury, wyrastające z przekonania, którym żywił się cały dwudziestowieczny klasycyzm, że jesteśmy w kryzysie, tym groźniejszym, że niewidocznym, przebranym za postęp, wolność, estetykę - i ogólnie lekceważonym.

W tym sensie jest ów klasycyzm częścią historii i dalszym ciągiem modernizmu, który też przecież był i pozostał reakcją na świadomość kryzysu. Nihilizm to jedno z najważniejszych jego doświadczeń. Jednak o ile kiedyś klasycyzm, w wersji Eliota czy Miłosza, nie wydawał się reakcją uproszczoną, to dzisiejszy owszem. Poeci, których nazwiska wymieniłem, zakazują sobie metafizycznych wątpliwości, bo tylko tak mogą się odróżnić od tych wszystkich, którzy - inspirowani przez ponietzscheańską filozofię - metafizykę uruchomili, w konsekwencji czyniąc z niej przedmiot wątpliwości największej. Bóg i arcydzieło kultury jako granica, której język ironii nie przekracza, na którą natrafiwszy - cofa się i wewnętrznie zmienia, nasycając fundamentalnymi, wiecznymi zasadami, to się nie sprawdziło jako zbyt arbitralne, za bardzo retoryczne, życzeniowe, uparte, okopane, zero-jedynkowe. Jednak chciałbym podkreślić, że dla tego uporu czuję szacunek. Kiedyś broniłem Wojciecha Wencla przed dość głośnym szyderstwem, cały czas uważam, że tym autorom należy się ciekawość, bo nie jest w końcu tak, że oni nic nie wiedzą konflikcie pomiędzy wiarą, która dąży do uporządkowania rzeczywistości, i rzeczywistością, która nieustannie się wymyka, że nie szukają spoiwa dla dwóch doświadczeń sprzecznych, współczesności i wieczności. Zwłaszcza Koehler - i oczywiście późny Rymkiewicz - wydawali mi się zawsze bardzo interesujący pod tym względem, najsilniej wierzący, najmocniej skonfliktowani ze współczesnością, najuważniej w nią wpatrzeni, najbardziej dramatyczni.

Więc choć klas ycyzm faktycznie zdaje się wycieńczony, to już poetom, o których tu mowa, nie chciałbym niczego takiego przypisywać. Bo niektórzy z nich są w drodze od Eliota, Miłosza, Herberta ku czemuś nieznanemu, co klasycyzmem już nie będzie, może nawet nie będzie poezją, tylko jakimś odgłosem śmierci. Uzasadnieniem poglądu, że klasycyzm perswazyjny nie działa, jest poezja w klasycystycznym kostiumie, która pojawiła się w mijającej dekadzie. Myślę o wierszach Tomasza Różyckiego, Agnieszki Kuciak czy Jacka Dehnela, mających rys, mówiąc w skrócie, francuski, formalnej maestrii, apelującej do tradycji, no właśnie, form a nie wartości moralnych, form definiujących poetę jako mistrza sugestii a nie mistrza świata, jak o Marcinie Świetlickim ładnie powiedział Andrzej Sosnowski, czy tym bardziej szafarza prawdy.

TCS: Mówi Pan o „szacunku” dla „uporu” klasycystów najnowszej poezji. Czy tylko on pozostaje w myśleniu krytyka, przyglądającego się przemianom najnowszej poezji? W „Świecie na brudno” z jednej strony mówi Pan o nowych konstelacjach mistrzów (wymieniając Peipera, Brzękowskiego, Wirpszę, Stevensa, Pounda), nowych autorytetach najnowszej poezji (Różewiczu, Karpowiczu, Wirpszy, Miłobędzkiej), z drugiej strony nie poświęca im pan osobnych szkiców (oprócz Różewicza). Co więcej, pisze Pan o „klasycznych” tematach (prawda, świętość, miłość, śmierć etc.) „klasycznym” językiem krytycznym, do którego się pan zresztą na wstępie przyznaje, mówiąc o swym „konserwatywnym podejściu” („modernistycznym, hermeneutycznym, egzystencjalnym”). Zastanawiam się: tęsknota, projektowanie, jakaś forma przebolenia (rozumianego za Vattimo)?

PŚ: Mam skłonność do myślenia raczej w kategoriach „autora” niż „tendencji” czy „procesu”. Oczywiście, że historyk literatury i obserwator współczesności, po prostu ktoś mówiący o literaturze, nie może uniknąć tego drugiego, syntetyzującego podejścia. Trudno go unikać, jeśli chce się zrozumieć charakter nowych sytuacji, a tym bardziej, kiedy chce się je komuś wyjaśnić. Jednak myślenie „autorem” ma tę, po pierwsze, właściwość, że honoruje literaturę jako coś, o czym nie możemy wiedzieć wszystkiego, co ze swej natury podważa i przewartościowuje nasze poglądy i prognozy. To założenie, nawet jeśli naiwne w różnych konkretnych sytuacjach, wydaje mi się konieczne. Po drugie, czytelników interesują bardziej odchylenia, odstępstwa, ekscesy niż niekonfliktowa przynależność do jakiejś orientacji; ciekawe jest to, co wystaje z definicji, a nie to, co się w niej mieści. Więc porządki, dawne i świeże, są po to, by je korygować, albo raczej, by za pomocą ich (nie)przydatności mówić o utworach czy twórczości, by w ogóle zacząć mówić, zacząć - i nie poprzestać na tym. Po trzecie, nie czytamy przecież klasycystów, nawet chyba nie klasyków, tylko wiersze - i ta lektura jest podstawą, żyrantem wszelkich uogólnień. Wytyczanie tendencji, jeśli nie opiera się na choćby jakimś jednym wybitnym zjawisku, wokół którego oplatają się inne, nie ma większego sensu. Tylko że zjawisko wybitne nie mieści się z reguły w tym, co swoim zaistnieniem jakoby potwierdza. Po czwarte, mnie się zdaje, że jeśli musimy mówić o tendencjach (orientacjach, kierunkach), bo nie musimy o autorach, to jest wysoce prawdopodobne, że z literaturą, albo z naszym czytaniem, dzieje się coś złego. Po piąte (kończę już, naprawdę...), czytając, szukamy powodu do pisania, kawałka gruntu, na którym schodzimy się z poetą, albo nie schodzimy, w każdym razie ciekawi nas trop autora w tekście i pytanie, po co w ogóle pisze, do czego wiersz jest mu potrzebny i jak go sobie wyobraża (a nie tylko, jakim go „zrobił”).

Czy to jest podejście klasyczne? Rzeczywiście, w jakiejś mierze powściągliwe wobec intelektualnych mód, pisania, które niecierpliwie rzuca się na jakiś nowy język, by za chwilę rzucić się na inny nowy język, nowy, który najczęściej nie jest wcale nowy, lecz jedynie świeżo przyswojony. Ale nie chodzi o to, żeby tym językom odmawiać racji, tylko żeby traktować je jako nowe dla siebie punkty widzenia, a nie pola widzenia, poza które nie ma potrzeby wychodzić, jako impuls a nie wy-rękę, nie absolutyzować a użytkować. Bo w przeciwnym razie wyzwalają one to samo, czemu usiłują zaprzeczyć, tautologiczność oraz stary - stary i bezpłodny, blokujący rozmowę - mechanizm polaryzacji opinii, dość trywialne zapasy retoryk, to samo, co zniszczyło debatę polityczną w Polsce. Na naszym poletku też tak bywa: cyniczny postmodernizm albo czczy modernizm, tępa ideowość albo pusta zabawa, dęta powaga akademii albo płochość krytyki, albo albo, destruktywny redukcjonizm. Przypominam sobie, jak pewnego razu mój młody kolega, utalentowany i żarliwy, beształ mnie, pytając ze zgorszeniem, jak to możliwe, żeby podobało mi się w poezji cokolwiek, czemu wydaje się, że odnosi się do rzeczywistości, co nie jest Andrzejem Sosnowskim?! Kiedy indziej dostało mi się za niedowierzanie w postmodernistyczność Różewicza. Cięgi, traumy, pan rozumie.

Zatem konserwatyzm krytyczny, który sobie przypisałem, mógłby nazywać się inaczej... Tak czy owak odnosi się w pierwszej kolejności do stawiania oporu unieważnianiu literatury, także przez nią samą, lecz prawie w tym samym stopniu do praktyki recenzenckiej, która - jeśli się uwikła w ten polaryzacyjny lub wyznawczy model - przestaje potrzebować literatury, cokolwiek by o niej powiedziała.

Odnoszę wrażenie, że kiedy pyta pan o Vattimo czy Heideggera, to w gruncie rzeczy dlatego, że - przez delikatność - nie chce pan zapytać o to, skąd wiem, czym jest unieważnianie literatury, albo nawet, dlaczego niby należy mu się opierać. Bo - odnotowując ich rolę - nie pisałem obszerniej o „nowych autorytetach”, to fakt, a może warto byłoby, dla wsparcia poglądu, że tracąc literaturę, tracimy coś znaczenie więcej niż literaturę. Bo może ta „obrona” jest pozorna i rytualna, tak samo jak rytualna jest tzw. trzeźwa świadomość, że w literaturze mamy dzisiaj do czynienia z towarem, nie pierwszej potrzeby, rzecz jasna?

Częściowo nie pisałem obszerniej o „nowych autorytetach” dlatego, że w funkcji, o której wspominałem, zostali bardzo dobrze opisani przez innych, na przykład ostatnio przez Jacka Gutorowa, a częściowo dlatego, że dowodem ich roli są już nie oni sami, ale pisarstwo tych, którzy się na nich powołują - często nie po to, by te dzieła przeżyć, tylko w celu zasygnalizowania, że za nadal istotne zadanie dla samych siebie uważają osiągnięcie jakiegoś maksimum - maksimum niespełnień - które się z tymi autorami kojarzą. W skrócie - idea, a nawet coś więcej, intuicja, wewnętrzne odczuwanie „modernizmu z lękiem”, tak, to jest mi bardzo bliskie, a także sam lęk, jeśli nie wyraża się jałowym zaprzeczeniem jego przyczyn, prostą odwrotnością, czystym zaklęciem.

DOROTA KOZICKA: Mówiliście o „szacunku” dla projektów poetyckich, ja spytam o „wiarę”... Twoja książka jest dla mnie wyrazem, świadectwem wiary właśnie, wiary mimo wszystko (przyznajesz się bowiem do przeświadczenia o konieczności budowania projektu krytycznego) - w wagę, moc, znaczenie krytyki literackiej w tyglu życia literackiego. Czy rzeczywiście wierzysz, że głos krytyka odgrywa jakąś ważną rolę? Czy wierzysz, że coś rozpoznaje, definiuje, zmienia, porządkuje wreszcie - na coś wpływa?

PŚ: Wiara w krytykę jest jedynie skutkiem wiary w literaturę. Literatura jawi mi się jako okrutna przyjaciółka, z którą często nie wiem jak postąpić - i która czasami coś mi robi, dobrego lub złego. Tak czuję, że jestem jej coś winien, również pokraczność, jaką w sobie znajduję. Literatura, czyli doświadczenie, którego się nie da przezwyciężyć, przeboleć... Tomasz Burek wyraził kiedyś żal, że zawierzył literaturze, a należało poświęcić się filozofii... Mnie się zdaje, że w takich razach nie ma się wyboru.

Więc tym razem nie pytam, czy należy starać się, aby kultura nie mogła się bez literatury obyć, tylko - sam siebie - czy to doświadczenie jest mimo wszystko wartościowe. Mimo wszystko - jest, inaczej nie da się o nim myśleć.

Czy takie podejście zrównuje krytyka z pisarzem? Nie, ale bez wątpienia jego teksty są również zapisem ważnego dlań przeżycia, czasami przekonującym i wiarygodnym, a czasami nie. To czy może być to zapis do czegoś przydatny zależy od tej trudno uchwytnej wiarygodności, która jest powodem do czytania krytyki, a także od tego, czy wiarygodne wydają się rytuały życia literackiego, akademickie, szkolne. I dlatego krytyk, który utrwala swoje doświadczenie lektury jest również zobowiązany wobec tych rytuałów, raz starając się być natchnionym hermeneutą, o jakim marzyła Marta Wyka, a kiedy indziej teoretykiem czytania, systematykiem kultury literackiej, zdystansowanym, mówiącym z akademickiej perspektywy, wreszcie – „book-jockeyem”. Czasami wspaniale widać tę podwójność, potrójność. Jerzy Jarzębski, który jest najwyższej klasy ekspertem, a zarazem kimś w najwyższym stopniu empatycznym; Marian Stala, który oscyluje między erudycją historyka poezji i wzruszającą czułością na detale tekstu, jego aurę, zdolność zapadania się w czytelnika, którym jest ona sam... Przemysław Czapliński, który buduje swoje konstelacje, wkładając w to całe swe marzenie o uporządkowaniu rzeczywistości, Dariusz Nowacki i Krzysztof Uniłowski, którym zależy na tym, żeby zrozumieć i udrożnić komunikację literacką.

DK: W twoich tekstach widać zresztą twórczy dialog, ale też rodzaj swoistego porozumienia z Marianem Stalą choćby. Ciekawi mnie jednak, do jakich krytycznoliterackich wzorców, patronów chciałbyś się dziś „przyznać”? Miałeś jakieś młodzieńcze fascynacje i czytając konkretne teksty, myślałeś: „tak właśnie chciałbym, będę pisać”? I co się z nimi (z tymi wizjami) potem stało? Czy projektując swoją wizję krytycznoliterackich powinności, stawiasz przed sobą jakichś „patronów”?

PŚ: Studiowałem i pracuję w Poznaniu, a to nie jest w tym wypadku obojętne. Moim pierwszym mistrzem był prof. Jerzy Ziomek, świetna głowa, silna i urocza osobowość. Nie był krytykiem, albo raczej bywał, np. jako autor książki o pisarzach katolickich, ale - prócz zainteresowań renesansem, semiotyką, retoryką - czytał mnóstwo współczesnej prozy, kochał teatr, pociągało go życie literackie. W kierowanym przez niego zakładzie pracował Edward Balcerzan, wybitny historyk i krytyk poezji oraz poeta w jednej osobie, jeden z protoplastów polskiego strukturalizmu, zarazem zanurzony w żywej poezji. Nie zdążyłem już zetknąć się ze Stanisławem Barańczakiem, choć oczywiście jego teksty, sposób myślenia i postawa były w tym środowisku przez cały czas obecne. Słowem: moja szkoła była z pozoru stricte uczona, scjentystyczna, z pozoru, bo zarazem - nieortodoksyjna, naznaczona głodem sztuki, żarliwa. Mówię o tym nie po to, żeby się dowartościowywać (to było wyzwanie, któremu trudno sprostać), przypominam tylko, co mnie otaczało i wydawało się zrazu naturalne, a potem zaczęło imponować. Przedłużeniem tej tradycji jest pewnie Przemek Czapliński, mnie natomiast zniosło w stronę Krakowa. A czy doniosło, to inna sprawa.

DK: Pisząc o dzisiejszej krytyce, wyróżniasz trzy typy postaw: konceptualną, postawę utożsamienia oraz postawę zaangażowania. Czy sam jako krytyk podpisałbyś się pod którymś z tych trzech typów? Bo ja mam wrażenie, że chociażby książka, w której zamieszczasz te uwagi, nie mieści się (na szczęście!) w żadnym z nich. Twoje teksty przynoszą pewnie najlepszą odpowiedź na moje pytanie, ale ciekawią mnie Twoje konkretne deklaracje.

PŚ: Czuję się niezasłużenie wyróżniony, bo mnie samemu takie deklaracje wydają się niespecjalnie ważne. Więc jeśli mówisz, że moja książka nie mieści się w tej typologii, to - cieszę się, myśląc, że może jest to jednak jakiś ślad poznańskiego wychowania. Zaangażowanie bez ortodoksji, to wydaje mi się potrzebne, ponieważ przed czymś nas być może chroni, powiedzmy, że przed popadaniem w cudze języki, myleniem teorii jako narzędzia z teorią jako odpowiedzią, wykluczeniami z „towarzystwa” osób i zjawisk niewtajemniczonych w kod i styl, a zarazem przed zblazowaniem czy lenistwem, kryjącym się pod rzekomo rozsądnym przeświadczeniem, że „nihil novi”. Chciałbym w to wierzyć.

DK: Bardzo ciekawe i przekonujące do najnowszej poezji jest to, co piszesz o prawdzie niestałej, niejednoznacznej, poszukiwanej przez zaprzeczenia, negacje itp. Ale równie ciekawie piszesz o Starych Mistrzach itd. Unikasz też w swojej książce ostrych tonów, sporów, głosów wyraźnego sprzeciwu. Chciałabym zapytać, czy ta „łagodność” i zrozumienie to cecha charakteru, zamysł kompozycyjny książki czy pomysł na uprawianie krytyki literackiej?

PŚ: Krytyka jest włączaniem się do rozmowy, nieustannym powracaniem do wątków niby już rozwiniętych, rozstrzygniętych lub zakończonych, więc nie sądzę, żeby agresja była sposobem na to najlepszym, zwłaszcza teraz, kiedy ta rozmowa wydaje się w ogólności czymś mniej oczywistym, niż kiedyś. Ale taki zgodliwy to jednak chyba nie jestem... Herbert, Barańczak, Zagajewski, Machej, Dehnel, spowiadam się z kłopotów, jakie mam - chyba nie tylko ja - z ich pisarstwem. Jak na standardy naszej krytyki, to, co o nich napisałem, jest nieomal wojownicze. Ale nie agresywne i lekceważące. No a poza tym wystarczy włączyć telewizor, żeby człowiek poczuł się zmuszony uważać na mocne słowa.

TCS: No właśnie. Powraca problem Starych Mistrzów. Dorota przed chwilą zbudowała model biegunowy „Świata na brudno”: z jednej strony – „o prawdzie niestałej, niejednoznacznej, poszukiwanej przez zaprzeczenia, negacje”, z drugiej -Starzy Mistrzowie. Ja dostrzegam inne ruchy organizujące przestrzeń Pana książki. Można by mówić na przykład o geście włączenia, poszerzenia czy rozciągania kategorii Starych Mistrzów (wspomniani: Szuber, Matywiecki, Kozioł, Karasek; ci, którym poświęcono osobne szkice: Międzyrzecki, Rymkiewicz, Twardowski, Barańczak), geście dostrzeżenia dojrzałości (choćby w analizach poezji: Bonowicza, Biedrzyckiego, Świetlickiego, Dąbrowskiego). Czy jest Pan za taką krytyką literacką, która unika budowania wyraźnych hierarchii literackich, a dąży raczej do czegoś, co używając pańskiego określenia, nazwać by można zrównywaniem establishmentu (pożytki dla wolności lektury, uwalniania głosu krytyka byłyby tu zapewne spore)?

PŚ: Hierarchie budują wraz z nami, a częściej za nas gazety, programy i podręczniki szkolne, spece od marketingu i polityki kulturalnej, dużą rolę odgrywają środowiskowe przyzwyczajenia. Akurat o powstawanie hierarchii nie musimy się martwić, raczej o niezależność wobec nich. Poza tym hierarchia, jeśli respektowana, wiąże się zawsze z pewnym marnotrawstwem, gubi rzeczy ciekawe, zwęża lub nawet odbiera język. No i na przykład Świetlicki też już jest Starym Mistrzem. Wreszcie - Stary Mistrz nie jest Czcigodnym Trupem tylko, kiedy się go czyta.

TCS: Jak w tej perspektywie czytać możliwość pojawiania się pytań o nową poezję? Trzecią część „Świata na brudno” zatytułował Pan „Ciąg dalszy nastąpił?”, wpisując się tym samym - jak mi się zdaje -w szereg tekstów otwarty przez słynny artykuł Mariana Stali z końca 1999 roku „Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć”. Czy w rzeczywistości kultury nieograniczonego pluralizmu, współistnienia mód i nurtów artystycznych należących do wspólnego uniwersum kultury, jak o tym, także pod koniec lat 90. pisał Jerzy Jarzębski, pytania o „nową poezję” w ogóle warto stawiać?

PŚ: Warto, choć ze świadomością, że większość tego rodzaju pytań i odpowiedzi pojawia się przedwcześnie. Z niecierpliwości piszących (wiersze i o wierszach), usprawiedliwionej przez chęć odróżnienia własnej twórczości lub lektury od innych, rodzi się nieomal przymus mówienia o nowej literaturze... Nowa! W tym słówku zawiera się jakaś totalność, bo przecież kiedy o czymś mówimy jako o czymś nowym, to wszystko inne staje się tym samym nienowe, nieinne, nieciekawe. Jeśli nie mówić o deklaracjach i intencjach, lecz o wierszach, to rzeczy nowych było nie tak znów wiele i to w skali dziesięcioleci. W ostatnim dwudziestoleciu - Dycki, Sosnowski, Świetlicki (w miarę upływu czasu). Zaskakująco nowym głosem okazała się Krystyna Miłobędzka, z najmłodszych - byłem pod wielkim wrażeniem, jak czymś nowym staje się poezja Joanny Mueller (zwłaszcza w jej zbiorze debiutanckim). Wymieniam pospiesznie, niesumiennie, ale z poczuciem, że cecha ewentualnej nowości nie decyduje o wadze dorobku nawet tych poetów, których właśnie wspomniałem.

Nowa czy młoda literatura, te określenia są częścią retoryki przełomu, a przełom jest obiektem pożądania ze względów nie tylko artystycznych, ale i marketingowych. Z tego wynika sceptycyzm, który wszelako nie powinien zmienić się w obskurantyzm. Nowe jest możliwe, ale trudne. I nie jest wartością nadrzędną. Inwencja, odchylanie się od normy, zmiana kursu, przecinanie porządków, demontaż sentymentów i resentymentów (oba produkują schematy i przyzwyczajenia, bezmyślność i nieczułość), bez tego nie ma w literaturze nowego, ale to samo w sobie niczym nowym nie jest.

Formuła „ciąg dalszy nastąpił” jest tyleż wyrazem tego sceptycyzmu, co i auto-polemiką - z niepokojem, że ciąg dalszy nie nastąpi lub będzie rachityczny. Przypomniany przez pana szkic Mariana Stali odwoływał się chyba m.in. do tego, cośmy napisali z Przemem w wydanej rok wcześniej książce o literaturze 1976-1998, znacząco przesuwając akcenty. Dzisiaj można by dodać, że nie mogło się zacząć, bo nie chciało się skończyć... Po kilku latach widać i słychać, że potęga głosu Sosnowskiego i kreacje podmiotu u Świetlickie-go oraz Dycia prawie nie natrafiają na opór! Neolingwisci warszawscy? Marta Podgórnik? Edward Pasewicz? Zaangażowani, których stara się wyłonić i podtrzymać Igor Stokfiszewski? Różycki? Dehnel? Ci spośród nich, którzy budzą najwięcej uznania nie stronią od zachowawczego -jakby to ująć nielekceważąco - seksapilu? dekoratorstwa?

Tak, tak, wpadłem w pułapkę dychotomicznego ględzenia... Gdzie tu zmieści się Wiedemann, którego „Pensum” jest dojrzałe i świeże zarazem, Darek Foks, Roman Honet, Dariusz Suska, Łukasz Jarosz, Piotr Kuśmirek... Żeby coś było nowe prawdziwie, musi przeciąć w poprzek tę irytującą opozycję nowości i starości, dlatego nowe jest z natury dyskretne i słabo pochwytne.

DK: Na temat współczesnej prozy w „Świecie na brudno” jest tylko jeden przypis (na stronie 12) - jesteś, jak wiadomo, „specjalistą” (przepraszam) od poezji i, jak sądzę, nie tylko z uważnego rozpoznania kondycji naszej dzisiejszej literatury, ale i z miłości do poezji wynikają Twoje przekonujące diagnozy. Ciekawi mnie jednak, jak to się stało, że „wybrałeś” poezję? Umiałbyś to jakoś ująć w słowa?

PŚ: Uff, trochę trwało, zanim odważyłem się pisać o wierszach, choć zawsze je czytałem. Najpierw zajmowałem się prozą, przedwojenną, popularną, polityczną, drugoobiegową, chciałem być kimś z pogranicza polonistyki i socjologii (którą studiowałem, niedługo, lecz z wielkim zaciekawieniem). I nie przestałem czytać prozy, czasami ją recenzuję, jednak interesuje mnie ta jej odmiana, która nie stawia muru między sobą a poezją. Tulli, Bieńczyk, najwcześniejszy Kuczok, Kruszyński, Stasiuk z „Dukli”, Masłowska, Witkowski z „Lubiewa” (fantastyczne przemienienie opowieści w styl). Bo jest chyba tak, że tylko niewielu naszym prozaikom udaje się pisanie, jak je nazwać, epickie, czy epicko-biograficzne, Myśliwskiemu, Pilchowi, Oldze Tokarczuk, która jako twórczyni „Domu dziennego” zdała mi się cudowna... Andrzejowi Bartowi w „Don Juanie”, niedocenionym... Ale to chyba niewydarzona diagnoza, bo i oni są w gruncie rzeczy poetami, może poza Bartem, który myśli o swoim pisarstwie jak reżyser i kamerzysta. Słowem - cieszy mnie proza, kiedy jest odchyleniem od kursu (ostatnio na przykład Pankowski), czyli poezją.

DK i TCS: Dziękujemy za rozmowę.

Piotr Śliwiński, „Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas