poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Michael Francis Gibson
Jak przyszłość czeka polskich artystów w Europie?
Nie wiem, jak wejście Polski do Unii Europejskiej mogłoby w znaczący sposób zmienić sytuację polskich artystów na europejskim rynku sztuki.

Bez wątpienia będą mogli do niego przystąpić, jak każdy; zresztą pewna liczba artystów pochodzenia polskiego dawno już zdobyła miejsce na wielkich wystawach międzynarodowych. Lecz na jakich zasadach funkcjonują w rzeczywistości takie wystawy, jakie są kryteria wyboru tego bądź innego artysty?

Problem jest obszerny i złożony. Utrzymywałbym, i nie bez argumentów, że dziś „prawdziwymi artystami" są wielcy komisarze wystaw, którzy w tej dziedzinie dysponują pełnią władzy, i którzy są nawet skłonni traktować swe wystawy jak własny folwark, w którym dzieła samych artystów są jedynie cegiełkami, którymi mają prawo rozporządzać dowolnie dla wsparcia takiej lub innej tezy, wzmacniając przy tym swe nieco rozdęte ego.

Jakkolwiek by było, ci komisarze będą opierać swe wybory na szerokim systemie konsensualnym, który, w każdym kraju industrialnym, obejmuje zespół muzeów, marszandów, kolekcjonerów. Troszczą się oni systematycznie o udział pewnej liczby swych kolegów przez różne działania: wsparcie na licytacjach, public relations, etc.

Nie sadzę, by taki system funkcjo¬nował już w Polsce, a gdyby pewnego dnia zaczął w tym kraju działać tak, jak dzieje się to gdzie indziej, można by się obawiać o jakość - choćby nawet artyści wybrani do takiego eksperymentu nie mieli, co nie ulega wątpliwości, powodu do narzekań z ekonomicznego punktu widzenia.

Tak czy inaczej, fakt ten pozwala zrozumieć, dlaczego niezawodnie znajduje się wciąż tych samych artystów amerykańskich, niemieckich, francuskich, angielskich na większości wielkich międzynarodowych wystaw sztuki współczesnej, podobnie jak znajduje się wszędzie i we wszystkich krajach te same proszki do prania na półkach supermarketów.

Nie znaczy to, że na wystawach tych nie ma również artystów godnych podziwu - mam tego świadomość. Lecz system ten faworyzuje rynkową wartość dzieła, nawet jeśli jest oparty na dyskursie teoretycznym, który wspiera dzieło, jednocześnie je kreując.

Zatrzymajmy się na słowie dyskurs, które lepiej niż jakiekolwiek inne obnaża słabości tej sytuacji. I aby uniknąć, na tym etapie, rozprawiania o wstecznym obskurantyzmie, pozwolę sobie zacytować Marcela Duchampa, głównego Świętego Patrona, na którego powołują się artyści, którzy życzą sobie, by nazywać ich „współczesnymi".

Wszystko wskazuje na to - pisze Duchamp - że artysta działa niczym medium, które, w labiryncie po tamtej stronie czasu i przestrzeni, szuka swej drogi ku jasności1. Artysta - precyzuje jeszcze Duchamp - nie rozumie tego, co robi. Obstaję przy tym, ponieważ artyści nie lubią, gdy się tak mówi.

Każdy artysta, konkluduje, jest w jakiejś mierze ślepy, i oczekuje się, ponieważ akceptuje się tę ślepotę, że rzecz, którą się z siebie wyda, nie wiedząc o tym, będzie rzeczą niezależną od waszej woli, waszej inteligencji, waszego rozsądku, wszystkiego. Duchamp kończy określeniem, które wyda się w istocie niezwykłe, jeśli weźmie się je tak, jak należy - dosłownie: „to jest rzecz o wiele głębsza niż nieświadomość, jeśli chcecie wiedzieć!"2.

Artysta, istota mediumiczna i poszukująca, nieświadoma tego, co robi, ślepa, związana z czymś o wiele głębszym niż nieświadomość... Kto spośród tych, którzy dziś powołują się na Duchampa, rozumie i traktuje poważnie takie stwierdzenia? Wręcz przeciwnie: dziś uważa się, że artysta ma zupełnie odmienne wyobrażenie o sobie, i że przede wszystkim powinien umieć o nim mówić, aż do momentu, gdy jego dyskurs przyćmiewa ostatecznie samo dzieło. Innymi słowy, zamiast drążyć „to, co głębsze od podświadomości" (nie wyjaśniam w tym miejscu, co rozumiem pod tym terminem, gdyż wątek ten rozwinąłem w pracy poświęconej Duchampowi i dadaizmowi)3, zadowala się zbyt często niejasnym dowodzeniem powszechnie znanych banałów.

Na temat „funkcji" sztuki istnieje wielka ilość mocno rozbieżnych opinii, kształtujących się zgodnie z modami, wspieranymi przez żarliwych dialektyków. Miałem zamiar przyjrzeć się bliżej niektórym z nich, ale obawiam się, że zajęłoby to zbyt wiele miejsca. Ograniczę się więc do przytoczenia kilku znamiennych formuł: powiada się, że sztuka nie ma charakteru użytkowego, że „pozostawia jedynie zarys", czy też że „wszelkie formy sztuki przeszłej zostały przekroczone. Sztuka służy odtąd propagowaniu informacji" lub „sprzyja porozumiewaniu się ludzi".

Takie koncepcje doprowadziły mnie do konkluzje, że sztuka naszych czasów jest głęboko uwarunkowana, a nawet zdominowana, przez gruntownie wadliwą teorię pochodzenia Rozumu. Z tego punktu widzenia Rozum (sam nie wyrozumowany) przedstawiałby się jako niezmienna, aprioryczna cecha, którą ludzkość otrzymywałaby przy urodzeniu.

Jeśli jednak tak nie jest? Jeśli, przeciwnie, racjonalność jest rezultatem dłu¬giej pracy nad samym pierwiastkiem irracjonalnym? Tak utrzymuje, m.in. Pierre Legendre4. A skoro tak, to działanie artysty zyskuje zupełnie inny sens, ponieważ to on właśnie jest obarczony misją rytualnego, można by rzec, zejścia w głębie tego co irracjonalne i nieświadome, po to, by wydobyć stamtąd pierwiastek mroczny i nadać mu pierwszą widoczną postać, którą mogłaby rozpoznać powszechna intuicja.

W tym właśnie kierunku można by rozwijać refleksję Legendre'a, ponieważ sztuka, przynajmniej według mnie, nie ma żadnego sensu ani wartości (może wyjąwszy walor osobliwości), jeśli nie do¬tyka w niejasny sposób fundamentalnych problemów egzystencji, przed którymi nie ma ucieczki: kim jesteśmy i po co znaleźliśmy się tutaj?

Każda kultura daje odmienną nieco odpowiedź na te pytania, i dlatego właśnie sztuka, choć swymi korzeniami tkwi głęboko w niezmierzonym mroku, wspólnym wszystkim ludziom - nigdy zaś w tym, co anegdotyczne, egzotyczne, etniczne - posiada mimo wszystko pewien lokalny koloryt. On to właśnie czyni z artysty Polaka, Francuza, Hiszpana, Anglika, Amerykanina czy Hiszpana. Nie chodzi tu o sztukę „narodową", lecz o sztukę wpisaną w szczególny horyzont egzystencjalny, który nadaje jej niepowtarzalny smak, zachowując jednocześnie walor uniwersalności. Myślę tu, między innymi, o Tadeuszu Kantorze, który lepiej niż ktokolwiek inny w ostatnich dziesięcioleciach pozwoli! zrozumieć światowej publiczności specyfikę polskiego doświadczenia.

Tu więc należałoby szukać odpowiedzi na nasze pytanie, nie przejmując się zbytnio aktualnymi modami i rymasami światowej sztuki.


Przełożył Andrzej Zawadzki


1 M. Duchamp, Duchamp du Signe, ecrits, Paris, Flammarion, 1975, s. 187.
2 W cyklu wywiadów z Georgesem Charbonnierem, France Culture grudzień 1960-styczeń 1961.
3 Zob. Duchamp-Dada, NEF-Casterman, Paris 1990, oraz pogłębione przedstawienie problemu w Ces bis innconues, Metaile, Paris 2002.
4 Zwłaszcza w książce Dieu au mirroir, Fasquelle, Paris 1994. Legendre jest prawnikiem i antropologiem, mocno inspirującym się psychoanalizą.


Michael Francis Gibson
Krytyk sztuki współpracujący m.in. z „New York Times" czy „Connaissance desArtes", autor licznych książek poświęconych m.in. Duchampowi, Gauguinowi czy Bruegelowi.


tekst był drukowany w numerze 2 (204) "Dekady Literackiej" z 2004 roku

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas