poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)

Włodzimierz Paźniewski („Twórczość” nr 5, s. 140) pisze, że Feliks Dzierżyński „swego czasu opublikował zbiór wierszy lirycznych, z których po cichu i w największej tajemnicy pokpiwano”. Nadto z tego eseju dowiadujemy się, że jego pokrewieństwo z Salomeą Bécu nie było dalekie. Jeśli się takie sensacje historyczne publikuje, należałoby chyba czytelników poinformować, skąd są one wzięte.

Stanisław Nicieja („Księga Kresów Wschodnich 2” nr 18 – Złoczów) pisze, że bajki wydawnictwa Zukerkandla to „ s t r e s z c z e n i a   czytanek łacińskich”. Tymczasem były to dokładne tłumaczenia tekstów łacińskich i greckich, mające pomóc gimnazjalistom.

Ciekawostki obyczajowe:
1. Znakomity kardiochirurg, prof. Antoni Dziatkowiak, odsłonił w krakowskim szpitalu im. Jana Pawła II tablicę ku uczczeniu swoich zasług („Gazeta Wyborcza Kraków” z 27 maja).
2. Robert Reuven Stiller w swej książce Żydowskie abecadło zamieszcza poświęcone własnej osobie obszerne hasło, napisane przez Andrzeja Goryńskiego (rzeźbiarza i projektanta przemysłowego oraz tłumacza), gdzie czytamy między innymi: „szczególną popularnością i autorytetem cieszą się jego wojownicze artykuły o treści m.in. językoznawczej i edytorskiej oraz mistrzowskie przekłady i opracowania”, „niezrównane edycje takich wielkich klasyków jak Heinrich Heine, Lewis Carroll i Bertold Brecht, od których Stiller jest czołowym specjalistą”, „3/4 jego twórczości to najbardziej wyrafinowane przekłady i opracowania z różnych języków, czasów i gatunków”.

Bogdan Loebl („Duży Format” z 26 V) wspomina, że wśród antypolskich filmów pokazywanych „za pierwszych Sowietów był i taki, w którym Chmielnicki zeskakuje z drzewa i maczugą przegania ułanów Piłsudskiego”. Trzeba to między bajki włożyć, bo w socrealistycznym filmie taka surrealistyczna groteska była nie do pomyślenia.
Myli się również Loebl, gdy powiada, że prof. Zenon Klemensiewicz „przed wojną był bodaj pułkownikiem”. Skądże znowu! Klemensiewicz zakończył służbę wojskową w r. 1921 w randze kapitana.

Tytuł Oni publikowali w miesięczniku „Znak” (nr 673) opatrzono imponującą listą nazwisk, wśród których figuruje m.in. Adorno, Bachtin, Claudel, Gadamer, Husserl itd. Ale to przecież nie oni w „Znaku” publikowali, lecz „Znak” ich teksty publikował, najczęściej o zgodę nie pytając.

Nowości językowe:
1. Zazwyczaj wyrażenia „ś.p.” używano w nekrologach lub przy wymienianiu osób nieznanych szerszemu ogółowi, o których śmierci mogliby czytelnicy nie wiedzieć. Od czasu katastrofy smoleńskiej wyrażenie to wyprzedza z reguły nazwisko prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a sporadycznie także innych ofiar tej katastrofy.
2. Nikt nie mówi i nie pisze o „korzeniach czeskich Staffa” czy austriackich Wierzyńskiego. Natomiast, gdy chodzi o ludzi nauki, literatury czy sztuki pochodzących z zasymilowanych rodzin żydowskich albo mających w swym rodowodzie Żydów, pisze się o „żydowskich korzeniach” – jakby chcąc tych żydowskich przodków trochę od nich oddalić.
3. W ostatnim czasie w publikacjach prasowych pojawił się skrót ZSRS (Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich), zamiast dawniejszego ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich). Niedouczonym nadgorliwcom wydaje się zapewne, że w ten sposób zrywają z niesłusznym nazewnictwem rodem z PRL-u. Nie wiedzą, że skrót ZSRR był powszechnie używany w Polsce międzywojennej. Wystarczy zajrzeć do ówczesnych encyklopedii lub do atlasu geograficznego Romera.
4. Można powiedzieć: „To mi się nie podoba”, ale błędem jest powiedzenie: „Mi się to nie podoba” – na początku zdania i w sylabie, na którą pada akcent zdaniowy „mi” jest niedopuszczalne. Tymczasem to mi słyszy się w takiej sytuacji nawet z ust profesorów uniwersyteckich.

We Wprowadzeniu Mieczysława Orskiego do jego książki Opowieści dla dorosłych i opowiastki dla niedorosłych czytamy: „Już w latach osiemdziesiątych, a zwłaszcza w drugiej ich połowie, zauważaliśmy istotne oznaki przewrotu dokonującego się w strategii mentalnej podmiotu liryki, w artystycznej konstrukcji wiersza, który, ogólnie mówiąc, zaczął wychylać się poza ramy dotychczas dominującego w polskiej literaturze paradygmatu ideowoetycznego z akcentem tyrtejskim (obowiązującego szczególnie w końcówce PRL-u po cezurze stanu wojennego), przesuwając się w stronę bardziej uniwersalnych wyzwań poznawczo-artystycznych, co wiązało się m.in. z odchodzeniem od patronujących polskiej poezji kunsztownych klasycznych wzorców wierszopisarstwa europejskiego (najkrócej mówiąc: szczególnie tradycji symbolizmu niemieckiego i nadrealizmu francuskiego) i ze wzrastającym w latach 80. zainteresowaniem, a niekiedy fascynacją, kolokwialną, rewolucjonizującą środki wyrazu i język poetyką Amerykanów”. Święta racja, Panie Redaktorze, ale nawet Proust tak tasiemcowymi zdaniami nie pisał!

W „Wysokich Obcasach” (nr 20) Justyna Bargielska komentuje między innymi swój wiersz Radyjko. Zaczyna się on tak: „Wstałam rano, kupiłam napoje i ciasteczka, / ale zamiast do ludzi pojechałam na cmentarz, / gdzie it’s a world receiver napisano na kamyku. / Co takiego, czego byśmy sami kiedyś / dać ci nie zachcieli, nam odbierasz? / Naprawdę, naprawdę nie wiem […]”. Z metaforycznego dalszego ciągu można się domyśleć, że adresatem tego wiersza jest Bóg. Dlaczego jednak w tytule „radio” i to w zdrobnieniu? Bo autorka zapamiętała taki napis na radyjku babci. (Nie sposób tej prywatnej asocjacji się domyśleć bez wyjaśnienia autorki). Dlaczego wprowadziła ten wyraz do swego wiersza? Bo jest on rzekomo ekwiwalentem „słowa, które nie istnieje” (w języku polskim?), a mianowicie „odbiornik świata” i jednocześnie „odbieracz świata”. Cała ta spekulacja lingwistyczna jest mylna. Angielski „receiver” nie może znaczyć „odbieracz” (ten, kto zabiera), bo „to receive” nigdy nie jest synonimem słów oznaczających „zabieranie”, takich jak „to deprive” czy „to take away”. Wyrażenie angielskie w tym kontekście więc zbija czytelnika z tropu – zarówno w myśliwskim, jak i retorycznym znaczeniu tego słowa.

Myli się Agata Tuszyńska w książce Oskarżona Wiera Gran (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 214), gdy pisze, że Juliusz Osterwa występował w Wilnie i Grodnie pod okupacją sowiecką. Osterwa w latach 1939 – 1941 ani przez chwilę nie przebywał na tych terenach.

Kilka wyimków z rubryki „Przegląd tygodnia” Mazurka i Zalewskiego („Uważam Rze” z 27 VI-7 VII): „Bronisław Komorowski nie skompromitował się w zeszłym tygodniu. Nie wychodził z domu, bo był przeziębiony. To znaczy raz wyszedł i otwierał w Żywcu Przedszkole im. Komorowskich (nie tych, tych prawdziwych). Kompromitacja była tuż tuż, prezydent już zaczął coś mówić, ale wtedy jakiś chłopczyk się zsiusiał, czym uratował głowę państwa. Gen. Koziej przyznał już dziecku Virtuti Militari”. – „Wiele rząd robi dla tego narodu, a on głupi jak to, nie przymierzając, cielę. Na szczęście jest nasze ulubione pismo „PO-głos”, czyli taka platformiana propagandówka. W ostatnim numerze prócz tradycyjnie nieśmiesznych żartów JACKA FEDOROWICZA pokazano pięknie upozowane zdjęcie chłopa na traktorze i kobieciny obok. Między nimi – laptop. I podpis pod zdjęciem, naszym zdaniem co najmniej autorstwa Wisławy Szymborskiej: »Genowefa i Jerzy Fedejkowie z Lutomierza w gminie Stoszowice mają zasięg Internetu nawet na polu«. I sobie blog modowy KASI TUSK oglądają?”. – „Człowiek uczy się do końca życia. Na przykład z artykułów zatytułowanych »Znana aktorka kandyduje do Senatu« dowiedzieliśmy się, że pani Katarzyna Łaniewska jest znaną aktorką i w dodatku gwiazdą  Plebanii«. Oczywiście świadczy to jak najgorzej o nas, bo zdaje się, że serial ten oglądają miliardy Polaków na całym globie, bez względu na wiek, płeć, orientację, pochodzenie i narodowość”. – „Swoją drogą, SLD powinno znaleźć sposób, by Kalisz nie musiał startować przeciwko Tuskowi i Kaczyńskiemu. I wtedy byłaby szansa na zwycięstwo. Wystarczyłoby policzyć mu głosy tylko w kategorii 100 kg+”.
Bardzo śmieszne, nieprawdaż? Po prostu boki zrywać i litować się nad tym nieudacznikiem Jackiem Fedorowiczem.

Czy to wypada, by poważna firma, jaką jest Wydawnictwo Literackie, opatrywała tytułem Okupacyjny Kraków monografię Andrzeja Chwalby, zatajając przed czytelnikiem, że jest to tylko wznowienie książki, którą przed 9 laty opublikowało jako tom V Dziejów Krakowa? Malutki napis „wydanie drugie” na odwrocie karty tytułowej jest trudno zauważalny, a przy tym – wprowadza w błąd, bo książka zatytułowana Okupacyjny Kraków nigdy pierwszego wydania nie miała.

Trudno uwierzyć, że znakomity znawca dramatu i teatru polskiego Dariusz Kosiński pisze (w „Dialogu” nr 6) o „wierszowanym prologu” Wyspiańskiego do Wyzwolenia, gdy tymczasem tekst, o którym mowa, zaczyna się jednoznacznie od słów: „Tu dramatowi memu koniec”. Jeszcze trudniej uwierzyć, że nikt z redakcji „Dialogu” tego nie zauważył. W czasach Grydzewskiego, Kuryluka czy Wyki to nie do pomyślenia.

Może to tylko złudzenie wynikające ze starczego przytępienia intelektualnego, ale Kamerzysta odnosi wrażenie, że koryfeusze krytyki piszą w sposób coraz to bardziej mglisty i zawiły. Oto trzy fragmenty z tego, co napisał Przemysław Czapliński o zbiorze Rodzinna Europa. Pięć minut później („Tygodnik Powszechny” – dodatek „Miłosz jak świat” z 3 VII):
1. „Niektórzy autorzy tego zbioru metodycznie podają w wątpienie wszystko. […] postąpili oni tak, jakby przytrafiło im się ukąszenie sokratejskie, które prowadzi do odkrycia, że przekonania społeczne są zawieszone w próżni i że odpowiedzią na nią winna być cnota oparta na mocnych definicjach, powstających na gruzach opinii powszechnej. Ukąszenie sokratejskie wywołuje skutki dalekosiężne: zamiast dowodzić, »że« (książka Miłosza nadal służy jako kontekst problemowy), poeci i krytycy pytają »czy« (tak rzeczywiście jest)”.
2. „Kondycją Miłosza jest zakorzenienie w rozproszeniu – poczynając od najmocniejszej wersji rozproszenia, jaką jest nicość (o której pisze Piotr Matywiecki), poprzez zwątpienie w konieczność węzłów rozwojowych (Anna Frajlich), aż po palimpsestowość genezy, która nie daje żadnego oparcia”.
3. „Omawiana książka przypomina dialog prowadzony na wyspach: mieszkańcy jednej wyspy słyszą się nawzajem i rozmawiają ze sobą, ale słowa nie przekraczają granic. Archipelag potrzebowałby promów, które – niczym transportery kontrabandy – przewoziłyby słowa”.
Jak się mają gruzy opinii powszechnej do próżni, w której są zawieszone przekonania społeczne? Co to znaczy „zwątpienie w konieczność węzłów rozwojowych” i „palimpsestowość genezy, która nie daje żadnego oparcia”? Czy można prowadzić rozmowę między wyspami, jeśli słowa nie przekraczają granic?

Inny przykład, tym razem z dziedziny krytyki teatralnej. Marcin Kościelniak („Tygodnik Powszechny” nr 28) tak omawia projekt Katarzyny Kozyry W sztuce marzenia stają się rzeczywistością: „Kozyra wciela się w różne postaci, przy czym wcielanie trzeba rozumieć tutaj najbardziej dosłownie. Kozyra »marzy« o tym, by być operową divą, przeszła więc miesiące treningów, w trakcie których jej ciało uczone było śpiewu. Tytułowa rzeczywistość, która tutaj triumfuje, jest rzeczywistością ciała, które się łamie i dyscyplinuje – i które odmawia posłuszeństwa. I rzeczywistością sztuki, którą się konsumuje i która konsumuje. Kozyra trenując swoje ciało do tego, by wcielało idealną kobiecość, lekcje pobierała od drag queen. Tym samym pokazała, że ciało idealne nie jest rzeczywistością, ale marzeniem, które podtrzymuje rzeczywistość. A tytułowe marzenia stają się rzeczywistością nie w sztuce, ale przede wszystkim w rzeczywistości”. Tu już nie stawiam pytań – musiałbym je postawić niemal przy każdym zdaniu. Zapytam tylko: zapewne dla autora wywód ten ma sens, jasny dla teatrologów lub osób, które projekt Kozyry oglądały. Czy jednak publikując w piśmie dla niefachowców, jakim jest „Tygodnik Powszechny”, nie mógłby trochę się wysilić i wyłożyć swe myśli jaśniej?

I jeszcze jeden przykład: Łukasz Drewniak („Przekrój” nr 21) tak oto informuje czytelników o treści sztuki Charmsa Starucha: „Bohater Andrzeja Mastalerza we frapujący sposób przekracza własną przezroczystość, jakby obłęd i strach nadawały mu inny, ludzki, a nie owadzi wymiar. Co chwila traci coś fundamentalnego: dom, kobietę, tożsamość. W końcu dźwiga ze sobą tylko walizkę z trupem staruchy. Ale kradną mu ją w pociągu jadącym za miasto. Ciało aktora przechodzi dreszcz, w przejmującym monologu opisie podróży do lasu włącza się wyparta fizjologia. Co będzie ze mną, jeśli zabiorą mi nawet własną śmierć?”. Spróbujmy powtórzyć to własnymi słowami: bohater ma początkowo owadzi wymiar, a zarazem jakąś przezroczystość. Za sprawą obłędu i strachu uzyskuje inny, ludzki wymiar, ale równocześnie traci tożsamość; pod wpływem utraty walizki z trupem staruchy, która jest jego własną śmiercią, ciało jego przechodzi jakiś dreszcz i włącza się jego wyparta fizjologia. I wtedy zadaje sobie pytanie, co z nim będzie, jeśli mu zabiorą jego własną śmierć (choć przeczytaliśmy, że już mu ją ukradziono). Mówiąc bez ogródek: to przecież bełkot.

Krzysztof Masłoń („Uważam Rze” z 4-10 lipca) tak bardzo nie lubi Miłosza, że przezwyciężając swą niechęć do komuchów, napisał: „Gdyby to nie Miłosz, ale Putrament w swoim czasie »wybrał wolność«, dziś byśmy czcili całkiem innego noblistę z tego samego Wilna”. Felieton nosi tytuł Czysta orweliada.

Tenże autor („Plus Minus” z 9 – 10 VII) ubolewa, że Kraków nie stworzył swej nowej mitologii literackiej, stając się tylko dodatkiem do „Kaźmirza” (dawnej dzielnicy żydowskiej), „miastem tańczącym majufeza” (co najwyraźniej autorowi się nie podoba). Czy ma rację? Autor wymienia tu tylko dawny już Spis cudzołożnic Pilcha i Raport Badeni Maćkowiaka. A przecież należało wziąć pod uwagę także Sefer Ewy Lipskiej, To wszystko Janusza Andermana, Low-tech Michała Olszewskiego, Archipelag Rynek Sławomira Łuczaka, trylogię Marcina Świetlickiego Dwanaście, Trzynaście oraz Jedenaście, książkę tegoż autora i Grzegorza Dyducha Katecheci i frustraci, Noc z czwartku na niedzielę Gai Grzegorzewskiej. (Ze względu na wspomniany dysgust Masłonia pomijam Sekret Kroke Kuźmińskich, Tracę ciepło Łukasza Orbitowskiego, Ze złości Irka Grina). Zapewne nie są to arcydzieła, ale być może wpłynęłyby one na złagodzenie sądu Masłonia o literackich „krakauerach”.

Konrad Myślik w spacerowniku Jak Kraków przeżył PRL (dodatek do krakowskiej „Gazety Wyborczej” z 13 VII) pisze: „Narzucony na wyższych uczelniach system pracy czynił wroga publicznego z każdego, kto próbował pracować rzetelnie lub choćby ponad wymagane minimum”. Chyba nie trzeba uzasadniać, że – bez względu na to, jak się ocenia PRL – jest to absolutny nonsens.

Przykra refleksja – Kamerzysta coraz mniej i coraz pobieżniej czyta, macha ręką na błędy notorycznie się pojawiające – a mimo to jego rubryka nieprzyzwoicie się rozrasta… Prowadzi on ją trochę z nałogu, ale chwilami nachodzi go obawa, że zrobił sobie gębę pedantycznego „łapacza pcheł”. To też ucieszyło go, że na takie przeszkadzające mu „pchły” poskarżył się także Marian Stala w „Tygodniku Powszechnym” (nr 39).

Dla pokrzepienia serc – nazwijmy ją tak – „Camera lucida”. Andrzej Wielowieyski polemizuje w „Plusie Minusie” (24-25 IX) z Bronisławem Wildsteinem: „Dla ojczyzny, która jest dla nas jak chleb, trzeba się poświęcać i nawet oddawać swe życie, aby ona żyła i aby inni ludzie żyli, ale nie należy czynić z niej bożka, co się często zdarza, i to bożka, który ma być nieskazitelny. […] Krytyczna ocena przodków nie oznacza pogardy dla nich czy naszej pychy. Mamy w naszej historii dość osiągnięć i ludzi, którzy dają nam poczucie wartości i nie musimy przemilczać błędów, głupoty i małości, które też – jak wszystkim nam – towarzyszyły”.

hm


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas