poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA TURAJ-KALIŃSKA
Romans Mitu z Historią. Nieporozumienia wokół filmu "1920. Bitwa Warszawska" Jerzego Hoffmana
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)

Mieszkam teraz poza Polską i zwykle, gdy wpadam, staram się nadrobić kinowe zaległości. Tym razem przyjazd był nieplanowany – na pogrzeb wuja. Nie wypadało pójść na nic rozrywkowego, wybrałam więc Bitwę Warszawską, sądząc, że umartwię się należycie, gdy ją obejrzę w małym kinie i nie w 3D (którego zresztą nie znoszę, bo jak na razie to tylko gadżet odwracający uwagę od tego, co się dzieje na ekranie; może ta technologia rozwinie się jeszcze w coś interesującego, dotąd jednak pokazuje wyłącznie swoje niedoskonałości). Słowem, miałam szczery zamiar posiedzieć w ciemnościach i oddać hołd zmarłemu wujowi oraz od dawna nieżyjącemu dziadkowi, który był zagorzałym piłsudczykiem.

Zamiast tego – przyszło mi się turlać ze śmiechu. Bawiły mnie rodzajowe scenki knajpiane z polskimi oficerami, rezolutne kobitki dające łupnia nachalnym amantom, zabawna kabaretowa przeróbka kultowej pieśni biesiadnej z PRL-u Bolszewika goń, goń, goń, co bardziej groteskowe wyczyny budionnowskiej Konarmii z jej przysłowiowym „i smieszno, i straszno” oraz kawały telefoniczne robione Kurii Biskupiej przez rozbrajająco beztroską młodzież wojskową. Śmieszyła mnie nawet daleko posunięta umowność scen makabrycznych – niespodzianki w rodzaju: odpadająca głowa żołnierza, który zdawał się drzemać, czy noga po rzeźnickiej amputacji zdecydowanie bardziej przypominająca element anatomii świńskiej niż ludzkiej. Wszystko to bowiem było wyraźnie opatrzone potężnym cudzysłowem i podane w konwencji lekko surrealistycznej.

A kiedy już się porządnie rozbawiłam, następowało raz za razem to, co tak łatwo przychodzi po śmiechu, o czym mówią zarówno przysłowia ludowe, jak i nauka o fizjologii mózgu – że mianowicie od spazmatycznej wesołości do nagłego wzruszenia jest względnie blisko.

Wzruszała mnie jedność narodu w walce z barbarzyńską nawałą – wiadomo przecież, że bolszewicy liczyli na wzniecenie w naszym kraju rewolucji i przeliczyli się okrutnie, co trudno przypisać ciemnocie ludu polskiego, bo rosyjski pogrążony był ówcześnie w głębszej nocy. Wzruszały mnie przemarsze biało-czerwonej kawalerii i towarzyszące im monumentalne aranżacje chóralno-symfoniczne, na czele z chwytającym za gardło Salve Regina. I krzyże padające ofiarą pirotechników, i śmierć księdza Ignacego Skorupki zaprezentowana na ekranie znacznie gustowniej niż na bohomazie Jerzego Kossaka. I wreszcie – jedna z ostatnich scen, w której sanitariuszka potrafiła wyłowić uchem szept ukochanego wśród jęków setek rannych, niczym matka głos swego maleństwa w chórze piszczących noworodków.

Poza tym porwały mnie sekwencje bitewne zrobione z ogromnym rozmachem, olśniewające kompozycją, kolorystyką i niezliczonymi aluzjami do najwybitniejszego malarstwa batalistycznego ubiegłych stuleci.

Wszystko to zresztą, co działało w tym filmie dość bezpośrednio na emocje, niosło z sobą także sporo wiadomości, które w moim pokoleniu stanowiły już nie tyle nawet białą plamę, ale wielką czarną dziurę. Pozwalało uporządkować chaotyczną wiedzę i uzupełnić luki. Zebrać do kupy rozproszoną całość. A na dodatek – było dopieszczone wizualnie do ostatniego guzika przy mundurze. Czy można żądać więcej od filmu historycznego?

Okazuje się, że tak. Tuż po premierze film ten został dosłownie zmasakrowany przez polskich krytyków, a nieliczni, którzy wyrazili pozytywne opinie, sami obwołali się zaraz potem szaleńcami (Jacek Rakowiecki). Nie sądzę jednak, by było potrzebne dochodzenie, kto tu właściwie zwariował – wyjątki, które dały się uwieść, czy raczej znakomita większość, która postanowiła, że będzie chytrzejsza od realizatorskich sztuczek. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy normalni, tylko zupełnie niepotrzebnie część z nas piastuje w sobie abstrakcyjne wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać taki film.

Te wymagania są wyssane z palca i nieskończenie wyśrubowane, a przy tym dość konserwatywne. Typowe szukanie dziury w całym. Bo nawet ci, którzy nazywają Bitwę Warszawską „chaotycznym zbiorem upiornie nieekscytujących efektów” (Paweł Felis), „superprodukcją zamieniającą polską wiktorię z 1920 roku w kicz” (Rafał Świątek), „obrazem rozmytym i niepewnym mającym wiele wspólnego z bogoojczyźnianym kiczem […] Jerzego Kossaka” (Tadeusz Sobolewski) są zgodni co do tego, że film jest operatorskim majstersztykiem Sławomira Idziaka i jego rozbudowanej, młodzieńczej ekipy, że są w nim role aktorskie ocierające się o oskary (Adam Ferency, Jerzy Bończak, Olga Kabo). Nikt też nie kwestionuje ani znakomitego montażu (żmudna praca zbiorowa nad efektami synchronicznymi, niewiele mająca wspólnego z autorskim montażem klasycznym), ani porywającej muzyki Krzesimira Dębskiego, ani jakości pracy scenografów i kostiumografów, podporządkowanej wizjonerskim pomysłom reżysera i operatora. Ani też świetnej choreografii Janusza Józefowicza, co prawda trochę przesadnie z rozpędu „pociętej”.

Co najwyżej, niektórzy kręcą nosem na przerywniki kabaretowe, jako coś ni w pięć, ni w dziesięć (Małgorzata Sadowska), jak gdyby Kabaret Boba Fosse’a nie uczynił ich klasyką dawno temu.

Trzeba mieć chyba skórę jak but żołnierski, żeby się tym nie ekscytować. To, co stanowi samoistną materię filmową, jest w tym dziele doskonałe w oczywisty dla każdego sposób. Co zatem jest z nim nie tak?

Podobno wszystkie te elementy zostały właściwie zmarnowane przez słaby scenariusz, to jest przez w dość wątły sposób opowiedziane losy głównych bohaterów: kabaretowej piosenkarki przemienionej w sanitariuszkę i birbanta zmobilizowanego do armii. A także przez rzekomy schematyzm postaci drugoplanowych, skrojonych – jakoby – na miarę politycznej poprawności. Zarzuty takie stawia większość krytyków i wcale niemała część widzów żywo dyskutujących w internecie.

Otóż, moim zdaniem, scenariusz Jerzego Hoffmana i Jarosława Sokoła jest całkiem zgrabny, choć został oparty na złożonej grze konwencjami. Zarzuty pod jego adresem są chybione i wynikają z założenia, że ten nowatorski film powinien dać się wcisnąć w któryś z dinozaurowatych gatunków, do jakich przyzwyczaiło nas kino. Tymczasem ta opowieść nie jest ani romansem rzuconym na historyczne tło (jak choćby Przeminęło z wiatrem), ani klasycznym paradokumentalnym zlepkiem wydarzeń historycznych (jak np. Bitwa o Anglię), ani tym bardziej studium człowieczeństwa wrzuconego w tryby machiny wojennej, zwykle wymagającym oparcia się na dostatecznie głębokiej literaturze (jak Stąd do wieczności albo Na Zachodzie bez zmian).

Czym zatem jest? Z pewnością czymś prekursorskim i oryginalnym, co jeszcze nie doczekało się gatunkowego zaszeregowania i wcale nie jestem pewna, czy takiego zaszeregowania koniecznie potrzebuje. Istnieją w różnych dziedzinach sztuki dzieła czerpiące z rozmaitych gatunków i spajające te gatunki w harmonijną całość, a Bitwa Warszawska Hoffmana do nich należy, co wobec znakomitej realizacji lokuje ją ponad nimi wszystkimi, nie zaś pod każdym z osobna. Można by to od biedy i w razie potrzeby nazwać postmodernizmem, z zastrzeżeniem, że film niewiele ma wspólnego z autorskimi eksperymentami tego kierunku, jawiącymi się jako czysta gra w cytaty bez odniesień do jakichkolwiek głębszych sensów. (Poza jednym tylko przesłaniem, że sztuka się skończyła, należy zatem pociąć ją w kawałki i składać od nowa, korzystając z niewyczerpanych możliwości arytmetycznych kombinacji).

Film Jerzego Hoffmana ma za to wiele wspólnego z syntetycznym podsumowaniem ponad stuletniej historii kina. Jego twórcy nie tylko korzystają z ostatnich krzyków techniki rejestracji i montowania obrazów, ale też mają pełną świadomość, w jakim punkcie znajduje się kinematografia światowa, w której filmy obfitujące w elementy pastiszu, parodii, dystansu do tworzonego materiału wysforowały się na czoło, te zaś, których autorzy próbują gorączkowo szukać całkowicie nowych dróg, zabrnęły w ślepe uliczki. Epatują amatorszczyzną, roztrzęsioną kamerą i egipskimi ciemnościami na ekranie, w których zabłąkani kiepscy naturszczycy bąkają coś pod nosem o bezsensie życia w ogóle. I nic tu nie pomaga wpuszczanie w maliny gwiazd filmowych, jak to miało miejsce w żałosnej Melancholii Larsa von Triera. O, to jest właśnie przykład naiwnego i na dodatek nieudolnie – za to niewątpliwie z pretensjami – skleconego melodramatu. Przyznam, że zamiast tracić czas na spotkanie z kolejnym ambitnym eksperymentem jakiegoś narcystycznego hochsztaplera, wolę obejrzeć inteligentną kreskówkę, która bawi dzieci błyskotliwymi gagami, a dorosłych – dowcipną intertekstualnością, jak to ma miejsce w takich arcydziełkach jak Shrek, Ice Age czy Wallace i Grommit.

Otóż Jerzy Hoffman odważył się nie zignorować tego, co najlepsze w kinematografii ostatnich dziesięcioleci. Błyskotliwych kreskówek, udanych przygodowych superprodukcji, a także najciekawszych klipów muzycznych i spotów reklamowych. Biorąc z nich jednak tempo i barokowe spiętrzenie efektów, uczynił kolejny krok w nieznane, polegający na zastosowaniu szaleńczej oprawy do czegoś więcej niż rozrywka, po której nie zostaje nic prócz zawrotów głowy, jak po przejażdżce roller coasterem.

Jeśli koniecznie chcemy jakoś ochrzcić film Hoffmana, nazwijmy go wielkim historycznym wideoklipem albo Giga-spotem lub nawet – ożywionym, zwielokrotnionym plakatem, bo tak się składa, że akurat w Polsce sztuka plakatu ma świetną tradycję. Choć, jak się domyślam, wszystkich tych określeń można równie dobrze użyć w ramach obelgi, a nie komplementu.

Niemniej po odrzuceniu oczekiwań i uprzedzeń co do sztywnych standardów scenariuszowych, mamy szansę zobaczyć Bitwę Warszawską w innym świetle – takim, na jakie naprawdę zasługuje. A wówczas może zauważymy, że fikcyjne postacie są tam jawnie umowne – symboliczne a nawet niekiedy alegoryczne, zatem stawianie im zarzutu, że są „papierowe i płaskie”, ma tyle sensu, ile gadanie do obrazka w książce. Ułan Jan i piosenkarka Ola zostali naszkicowani grottgerowskimi kreskami jako postacie z mitu patriotyczno-romansowego o miłości zdolnej przetrwać wszelkie przeciwności losu. Podobnie zmityzowany jest czekista Bukowski, prymityw i sadysta – to z kolei ekstrakt sowieckiego zbydlęcenia, jak również jego piątoplanowy towarzysz załatwiający naturalną potrzebę pod fortepianem w salonie zdewastowanej ziemiańskiej rezydencji. Z kolei arystokratyczna, zniewolona kochanka czekisty – toż to prawosławna Matuszka Rossija jęcząca pod kradzionym butem bolszewickim. Dorzućmy jeszcze ukraińskiego sotnika mruczącego dumki pod baranicą zawadiacko zsuniętą na bakier, wreszcie – last but not least polskich przedstawicieli tępego żołdactwa. Mamy w ten sposób komplet postaci reprezentujących nie tyle stereotypy, co parodie stereotypów narodowych i społecznych.

Wszystko to pokazane jest z dystansem i w potężnym cudzysłowie, z perskim okiem puszczonym w stronę widza, a jednocześnie – z zachętą do refleksji i zagłębienia się w historię: czy to rzeczywiście było – aż tak? Zawsze i wszędzie? Nie zawsze i nie wszędzie, ale z pewnością na tyle często, by podobne schematy znalazły uzasadnienie – odpowiada zapytana Historia – i nie wszystkie postawy da się wybronić.

Obok archetypowych bohaterów narodowej – i antynarodowej – mitologii mamy też w filmie postaci tyleż mityczne, co autentyczne. Jest marszałek Piłsudski, któremu przydałoby się inteligentniejsze spojrzenie, ale to niuans obsadowy, któż miałby go zagrać, skoro Janusz Zakrzeński nie żyje? Jest nieszczęśnik premier Grabski, który w dobrej wierze o mało co nie sprzedał Polski na konferencji w Spa aliantom zachodnim – zawsze gotowym do pouczania nas z góry, a nigdy do nadstawiania razem z nami karku. A za ich uprzejmym pośrednictwem – sowietom. Śmieszny urzędas w nieskalanych getrach, z teczuszką pod pachą. Są inni notable cywilni i wojskowi, kościelni i świeccy – zarówno wierni Piłsudskiemu, jak i nie ufający jego planom, a nawet próbujący je zrujnować. Brakuje tylko Dmowskiego, który najbardziej mieszał i przeszkadzał – na szczęście bez skutku.

Jest za to – znakomicie i z lekka satyrycznie przedstawiona – wierchuszka rosyjska. Lenin – jakby dopiero co wyszedł z mauzoleum i charakterystycznymi gestami przykrótkich rączek pozował do plakatu: „Narod i partija jediny!”. Dalekowzroczny, pesymistyczny Trocki, Dzierżyński grzebiący kopytem przed spodziewaną szarżą Polrewkomu na Warszawę. Wreszcie Stalin – spokojnie pykający fajeczkę w oczekiwaniu na kolejne rozdanie kart. Wydaje się, że sprzedał już duszę diabłu, w zamian za pewność co do przyszłych losów Europy. Ale to dopiero my mamy nadludzką, proroczą perspektywę, mądrzejsi o kolejne stulecie historii świata i historii kina.

Z tej meta-perspektywy, głównymi bohaterami Bitwy Warszawskiej Hoffmana jawią się Mit i Historia. To one wiodą burzliwy romans na ekranie i domaganie się ich „pogłębionej psychologii” byłoby raczej absurdalne.

Jest wszakże jeden zarzut, poważniejszy, prowadzący tę perspektywę jeszcze dalej – ku nieznanej przyszłości. Bo właściwie film ten eksponuje uwodzicielską urodę wojny, a nawet gorzej: on ją stwarza – estetyczno-elektronicznymi trikami. A przecież tyle zrobiono w sztuce, szczególnie zaś w kinematografii, aby dostatecznie widzom obrzydzić wojnę i przemoc; przynajmniej póki nie pojawili się Stone, Besson i Tarantino ze swoimi przewrotnymi zabawami w masakry, co zresztą okazało się dość krótkotrwałą modą.

Myślę, że realna groźba zwierania szeregów przez skinów i kiboli pod wpływem Bitwy Warszawskiej nie istnieje, przynajmniej tak długo, jak długo nie pojawi się w sprzedaży gra komputerowa „Bolszewika goń, goń, goń!” (czy też w zaktualizowanej wersji: lewaka). Na razie filmowi towarzyszą obfite i rzetelne materiały historyczne w internecie i na płytach DVD. Nauczyciele są nimi, o ile wiem, zachwyceni. Oni zawsze doceniali edukacyjne walory filmów Jerzego Hoffmana. I jeśli w końcu 1920. Bitwa Warszawska okaże się tylko naturalną zachętą do szkolnych dyskusji o narodowej historii i mitologii, to już i tak – bardzo wiele.

*

W końcu obejrzałam Bitwę Warszawską w 3D – na pokazie w Brukseli, gdzie film został bardzo dobrze przyjęty także przez Belgów (podobnie jak przez Anglików w Londynie). Moje trójwymiarowe doznania niczym specjalnie nie różnią się od płaskich, ale wciąż upieram się, że ta technika nie osiągnęła jeszcze szczytu. Widz nadal znajduje się na zewnątrz akcji, a ludzie, zwierzęta i rzeczy „wychodzą” z ekranu i przenikają przez niego jak zjawy. To osobliwe wrażenie jest bardziej na miejscu w kreskówkach, filmach fantasy czy science- fiction. W zastosowaniu do elementów, które mózg nasz pamięta dobrze z realu, paradoksalnie mamy efekt odwrotny do zamierzonego – odrealnienie. I to jednak może mieć swój urok, gdy mamy do czynienia z odległą historią, bo wówczas seans filmowy zamienia się do pewnego stopnia w „wywoływanie duchów”. Z drugiej strony trzy wymiary – z natury rzeczy – psują nieco malarskość filmu. Mimo to nikt nie kwestionuje jego wizualnych walorów.

Jak się wydaje, niezbyt entuzjastyczne przyjęcie filmu Jerzego Hoffmana w Polsce odzwierciedla zagadnienia głębsze niż kwestia gustu. Ostatecznie chodzi tu najprawdopodobniej o brak w nim czegoś, co nazywamy „odbrązowieniem” i „rozliczeniem”. Słowem – o grzech uczciwego, pozytywnego i ciepłego, niepodszytego żadną goryczą patriotyzmu. To w żadnym razie nie jest modne. Cóż jednak począć, jeśli rachunek tym razem naprawdę wychodzi na plus, gra okazuje się i czysta, i zwycięska, a my możemy o sobie mówić i dobrze, i prawdziwie?

Katarzyna Turaj-Kalińska


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas