poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAULINA MAŁOCHLEB
Afrykańskie dziady
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)

Patrick Besson
Lecz zabije rzeka białego człowieka
Wydawnictwo Noir sur Blanc 2011

Najnowsza powieść znanego francuskiego autora odwołuje się do popularnego na Zachodzie nurtu postkolonialnego, porusza też kwestie szczególnie ważne, a zarazem newralgiczne dla francuskiego dyskursu społecznego i historycznego – odpowiedzialności za afrykańskie wojny, splatania się spraw finansowych i problemów etycznych, pozornej jedynie pomocy dawnym koloniom, wreszcie maskowanego afrykańskiego poczucia niższości i równie ukrywanej, choć ciągle widocznej europejskiej wyższości.

Akcja tego dokument-fiction rozgrywa się w pierwszej dekadzie XXI wieku, choć w ramach poszczególnych retrospekcji sięga lat 70. i 90. minionego stulecia, a więc wielkich przełomów w historii afrykańskiej: prób wprowadzania i obalania komunizmu, upadku kolonializmu, wojny domowej w Rwandzie i wielkiego ludobójstwa z 1994, wojny domowej w Kongu w 1998 roku. Besson rozlicza tu właściwie Francuzów – jako kolonistów bez kolonii, w których świadomości jednak trwa ciągle przekonanie o przynależności tej części Afryki subsaharyjskiej do kontynentalnej metropolii. Atak Bessona nie ma podłoża jedynie moralnego, lecz także polityczne i karne – w 2008 roku komisja prowadząca śledztwo w sprawie rwandyjskiego ludobójstwa oskarżyła Francję o wsparcie i współudział w organizowaniu akcji przeciwko Tutsi, tym samym tekst Bessona przestaje być jedynie fikcyjną historią przemocy.

Głównymi bohaterami swojej opowieści czyni Besson czarnych mieszkańców Konga: chorą na AISD studentkę Tessy – dorabiającą jako prostytutka, Gertrude – kochankę prezydenckiego doradcy; europejskich przybyszy: Bernarda – doradcę prezydenta Sassou, Christophe’a – inżyniera pracującego dla koncernu paliwowego. Pojawiają się też Rwandyjczycy: Angčle – lekarka pragnąca powstrzymać eskalację przemocy i jej dwaj bracia stojący na czele Hutu w czasie ludobójstwa, Tenderesse – piękna tutsyjska dziewczyna próbująca uciec z ogarniętego rzezią kraju. Na akcję tego dokumentu składa się znikoma liczba zdarzeń, istotę narracji wyznacza za to perspektywa polifoniczna: poszczególne wypadki przedstawiane są z punktu widzenia wszystkich wymienionych wyżej postaci, co pozwala Bessonowi na wyważenie racji różnych stron i frakcji.

Lecz zabije rzeka białego człowieka (tytuł powieści jest cytatem z kongijskiej piosenki ludowej) operuje fabułą szpiegowską, sensacyjną – nie jest to jednak wartość całkowicie obca w tym świecie, ponieważ stanowi odbicie praw nim rządzących. Wszyscy przybysze żyją tu w gruncie rzeczy równolegle, prowadzą egzystencję podwójną: żonaci okazują się kawalerami, biedacy – potentatami, wierne narzeczone – rozzuchwalonymi nimfomankami, starsze panie – agentkami wywiadu i specjalistami od mokrej roboty. Afryka okazuje się nowym Dzikimi Zachodem, przestrzenią, w której prowadzi się niebezpieczne interesy, gdzie rodzą się i upadają fortuny. Żadna z postaci nie budzi sympatii czytelnika – Besson tworzy szereg bohaterów zdolnych jedynie do wykorzystywania innych, postaci posługujących się na co dzień intrygą i manipulacją, całkowicie skupionych na pogoni za dobrami: majątkiem, potomstwem (ilość dzieci jako potwierdzenie statusu społecznego i bogactwa), władzą jawną czy utajonymi wpływami. Wszyscy oni ponoszą jednak klęskę, i nawet jeśli nie tracą życia, to sprzedają się, by je ocalić (jak Tenderesse, która uciekając z Rwandy do Zairu, szuka starszego, białego kochanka, bo tylko pożądanie żywione przez kogoś Obcego może ją uratować spod maczet interhamwe).

Afryka Bessona to kontynent nieistniejący, stwarzany przez europejskich wędrowców, to przestrzeń służąca zaspokajaniu tajonych kompleksów i pragnień; miejsce, w którym biały, mało znaczący w Europie, może się dowartościować, poudawać kogoś bogatszego i ważniejszego, może też ukryć żonę i rodzinę – wystarczy, że zdejmie obrączkę na pokładzie samolotu. Jednocześnie ta Afryka, choć podzielona na narodowe państwa, ciągle żyje dla Europy – politycy działają pod wpływem białych doradców, podejmują decyzje, kierując się dobrem koncernów paliwowych i przedsiębiorstw poszukujących złóż uranu. Kongijskie i rwandyjskie kobiety marzą o białym kochanku – „mundele” – bo tylko mężczyzna spoza tego świata może zaspokoić ich potrzebę bezpieczeństwa, wydobyć z nędzy, utrzymać dzieci; tylko jego stać na płacenie rachunków za klimatyzację.

Dla polskiego czytelnika – przyzwyczajonego do stylu i perspektywy opowieści Kapuścińskiego – narracja Bessona stanowi zupełnie nową jakość. W odróżnieniu od naszego reportera, francuski autor nie ukrywa, że tworzy fikcję, podkolorowuje obraz rzeczywistości po to, by miał większy ciężar, by lepiej uderzał w świadomość europejskich czytelników. Co więcej, Besson nie chce pobudzić współczucia, nie ma tu nigdzie typowego dla Kapuścińskiego hermeneutycznego wczucia, zbratania, empatii. Przeciwnie – jego perspektywą rządzi obcość, dystans, nieufność. Besson nie chce fingować zrozumienia, skoro kolor skóry, majątek, sytuacja egzystencjalna (biali są w Afryce wolni, bo mogą ją w każdej chwili opuścić, tymczasem rzesze czarnych są skazane na wieczne życie w tej przestrzeni), doświadczenia życiowe wskazują, że jakiekolwiek porozumienie jest niemożliwe – nie ma żadnej przestrzeni, w której mogłoby się ono dokonać.

Besson to uczeń Céline’a, literacki krewniak raczej Geneta niż Camusa, woli raczej atakować wszystkich po równo, obnażać degenerację obu ras, nie zaś szukać ukrytego w nich dobra. Besson jest też skandalistą, który idzie pod prąd europejskiej poprawności politycznej: gdy na Bałkanach trwała wojna, jako jeden z niewielu intelektualistów poparł Serbię, a nie Bośniaków i Chorwatów. Podobną demaskację wszystkich stron przeprowadza w Lecz zabije rzeka białego człowieka. Pisarz operuje tutaj całkowitym odwróceniem perspektywy, które wykracza poza nurt postkolonializmu, w obrębie którego to czarni powinni teraz stać się bohaterami pozytywnymi. Tymczasem u Bessona wszyscy okazują się tak samo skorumpowani, zawistni, opanowani przez nienawiść, gotowi do zemsty i wyrównania krzywd. Besson w swoim dokumencie przedstawia proces, o którym stopniowo mówi się coraz więcej, choć ciągle nie jest on mile widziany w głównym nurcie dyskursu postkolonialnego: o uprzywilejowaniu ofiar (u nas o tym wymiarze wiktymizacji pisze Ewa Domańska). U Bessona mieszkańcy Konga nie są niewinnie cierpiącymi ofiarami przemocy ze strony białych, uciśnionymi robotnikami w rafineriach. Czarni okazują się tak samo wyrachowani jak biali, żerują na nich, wykorzystując stereotypowe wyobrażenia, jakimi wobec nich posługują się inżynierowie Totala i Elfa: kobiety zdają sobie sprawę z tego, że są oszukiwane, ale godzą się na bycie kochankami białych, skoro wykorzystać mogą ich poczucie winy oraz świadomość grzechu, by zdobyć pieniądze, domy i samochody, przenieść się z ubogich przedmieść pozbawionych kanalizacji w świat luksusu, symbolizowany przez klimatyzację. Afrykańscy politycy godzą się na intrygi białych doradców, bo te pozwalają im na zdobywanie łapówek od koncernów europejskich. Nawet w rozgrywkach tajnych służb nie ma pokonanych – wszyscy zdobywają albo pieniądze, albo właśnie status ofiary, który w długiej perspektywie daje olbrzymie profity. Zamiast podziału na dobrych, naiwnych czarnych i złych, wyrachowanych białych mamy tu do czynienia z przemieszaniem tych cech: biali okazują się nieudolni w swych intrygach – przekonani o swojej przewadze, ulegają zakulisowym manipulacjom tajnych służb rwandyjskich. Blandine Kargelac, emerytowana agentka francuskiego wywiadu, przybywa do Afryki, by wykonać swą ostatnią misję – tymczasem staje się pionkiem w rozgrywce między Tutsi i Hutu, która trwa, choć od ludobójstwa minęło już kilka lat. Czarni agenci wykorzystują ją, by skompromitować rząd francuski, umocnić zaś swoją pozycję.

Besson nicuje też postkolonialną perspektywę dzięki przekonaniu, że z zależności nie można się nigdy uwolnić. Jego pesymistyczne wnioski budują tu atmosferę mroku, tworzą poczucie niemożności wyjścia, opuszczenia świata tajnych rozgrywek, oszustw, manipulacji. Jego bohaterowie skazani są na błądzenie w tej rzeczywistości pozbawionej znaków i drogowskazów. Odpowiedzią na zło zawsze staje się przemoc – nie ma tu mowy o braterstwie i wybaczeniu, nie ma tolerancji dla słabości, gotowości do obrony niewinności. Zło rodzi tylko inne zło, ofiara nigdy nie pozostaje nią na stałe, szybko staje się katem dla kogoś jeszcze słabszego. Tę transmisję zła ukazuje wątek rwandyjski: Jean-Pierre (Hutu) zostaje księdzem tylko dzięki temu, że w dzieciństwie padł ofiarą gwałtu ze strony białego kolonizatora, który jednak w ramach zadośćuczynienia umożliwił chłopcu zdobycie wykształcenia. Dorosły Jean-Pierre staje wraz z bratem na czele oddziałów interhamwe – hutyjskich siepaczy, nie tylko pozwala im wymordować wiernych w czasie mszy we własnym kościele, ale też własnoręcznie dusi niemowlę, o którego uratowanie prosi umierająca w świątyni tutsyjska matka. Swoje jednoznaczne odejście od zasad chrześcijaństwa, zadanie śmierci niemowlęciu, kwituje zdaniem: „Ubiłem karalucha”. Podobnej przemiany doświadcza całe plemię – przez wieki żyjące w strachu przed Tutsi, w głodzie, upodleniu, nagle, za pomocą maczety próbuje wyrównać rachunki, zadośćuczynić za krzywdy. Wyobraźnia Bessona w partiach poświęconych masakrze okazuje się bliska Littellowi: „Nie jedli dość mięsa, a Tutsi nim właśnie byli, skoro kroiło się ich na kawałki. Wydzielano im piwo, podobnie jak mleko, ryż, maniok. Teraz oni niczego nie wydzielali. Zabójstwo oznaczało obfitość. Wraz z krwią tysiącletniego wroga napływały do nich jego pieniądze, zapasy żywności, jego piękne stroje. Był to zachodni szał przecen, tyle że hutyjscy klienci mordowali tutsyjskich ekspedientów, aby nic nie zapłacić. Proponowanym zniżkom przeciwstawiała się redukcja całkowita przez ścięcie głowy. Interhamwe rzucali się na Tutsich – uciekinierów, przechodniów, sąsiadów – jak by to były lodówki, sejfy. Otwierali ich, aby zabrać wszystko, co znajdował się w środku”.

W dokumencie Bessona Tutsi nie są jednak wyłącznie ofiarami, lecz ludem, który próbuje szantażować innych swoim losem, a jednocześnie chce jak najszybciej zapomnieć o zdarzeniach z 1994 roku, bo wtedy doszło do złamania tabu, Tutsi okazali się słabsi od niżej od nich stojących Hutu. Ironicznie relacjonuje ten splot zdarzeń Besson: „Tutsi sprawujący władzę w Kigali wzięli sobie izraelskich doradców, aby ci nauczyli ich techniki zachowywania pamięci, ale szybko się z nimi pokłócą, nie będą bowiem za nic chcieli odgrzewać wspomnień o czasach, gdy byli poniewierani, bici, zabijani przez podrzędną grupę etniczną. Hutu musiał dowieść Tutsiemu swego rzeczywistego istnienia, knując ludobójstwo, które ten w końcu uznał za niebyłe, aby wymazać z Historii epokę, gdy na swoich wzgórzach nie miał pozycji dominującej”. Pamięć o masakrach, gwałtach, głodzie nieustannie powraca, choć wszyscy udają, że żyją w stabilnym świecie. W tym samym czasie jednak wspominają przeszłość – oprawcy żyją w pamięci ofiar, które marzą ciągle o dokonaniu zemsty, albo też wykorzystują swoją sytuację, by osiągnąć własne cele – Tessy każdemu „mundele” opowiada o tym, jak została zgwałcona przez oddziały Kobr, gdy miała 13 lat; próbuje wzbudzić litość, poczucie winy i odpowiedzialności – biali powinni wszakże wspomóc tych, których porzucili, odchodząc z kolonii.

Dokument-fiction Bessona pokazuje świat, w którym nie ma niewinnych i wszyscy są w jakimś stopniu obarczeni grzechem, w którym dokonuje się nieustanna transmisja krzywdy – dawne ofiary szukają zemsty i tworzą kolejne pokolenia ofiar gotowych do wojny; grupy etniczne konsolidują się wokół poczucia nienawiści, konstruują sobie wyraźnego wroga, którego przewinienia powtarzają, by nie zapomnieć o żadnej własnej krzywdzie. Besson mówi też wyraźnie, że w żadnym konflikcie narodowym czy politycznym nie ma wyraźnego podziału między agresorami i ofiarami, okrucieństwo i nienawiść rodzi się z wielu drobnych upokorzeń, codziennych konfliktów. Jak zwykle więc, zło okazuje się prozaiczne.

Paulina Małochleb



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas