poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DOROTA KOZICKA
Rozpasany zdzierca, piszpanek i skrytopis
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)


Marian Pilot

Pióropusz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

Pióropusz to pęk piór noszony jako ozdoba przy nakryciu głowy albo też nakrycie głowy zrobione z piór. Z pozoru neutralna nazwa niesie jednak pod piórem Mariana Pilota zarówno bliskie naszym wspomnieniom, jak i wcale nieoczywiste skojarzenia… Te bliskie – przywołują chłopięce wyobrażenia o indiańskim wodzu, o walkach, zwycięstwie, mądrości i powszechnym respekcie dla głowy ozdobionej bogatym pióropuszem. Inne – odwołują się do etymologii i podsuwanych przez nią skojarzeń: pióropusz bywa tu więc także (kiedy pióra się puszą…) pawim ogonem, ale – co  ciekawsze – nie o pawich czy w ogóle o ptasich piórach rzecz cała, lecz o piórach używanych do pisania, a właściwie o piórze wiecznym, o najistotniejszym – jak się okaże – dla bohatera opowieści przedmiocie.

Pióro do pisania, pióro wieczne jako symbol pisarskiego rzemiosła i tradycyjne (rzec by trzeba – w owych czasach) narzędzie pisarskie to w powieści Mariana Pilota pióro marki Pelikan – klucz do szczęścia i źródło męki symbolizowane wizerunkiem ptaka, który wielkim dziobem rozdziera własną pierś. Pióro wielokrotnie obracane w rękach i w języku to dla narratora przedmiot-opoka, ale to także przedmiot-narzędzie, rozbierane do najmniejszego elementu przez ubeckiego funkcjonariusza.

O tym wszystkim jednak – nieuważnie przechodząc do porządku dziennego nad rozpisanym na okładce tytułem – dowiadujemy się dopiero pod koniec lektury, a opowieść zaczyna się od grubego japońskiego pisaka, którym niepiśmienny ojciec narratora „kładzie krzyżyk”. I tak, przy szpitalnym łóżku, w momencie dosłownego i przenośnego „stawiania krzyżyka” zostajemy wciągnięci w opowieść, w której zdarzenia, postaci i rzeczy żyją życiem zwielokrotnionym, rozbiegającym się we wszystkich możliwych kierunkach, wyolbrzymionym i wybujałym w słowach bezwstydnych zarówno od nadmiaru, jak i od prostactwa.

Opowieść – ujęta w kompozycyjną klamrę sprawozdania z własnego życia w momencie i w obliczu śmierci ojca – cofa się do czasów wczesnego dzieciństwa narratora i umiejscawia w małej wiosce w kaliskim powiecie. Jednak to nie zderzenie czasów, losów oraz języków syna i ojca stanowi o sile napędowej tej opowieści, lecz raczej potęga słowa uchwytującego nieustanny ruch wspomnieniowej opowieści, a także – zawrotne tempo i obezwładniający nadmiar wirującej wokół kolejnych zdarzeń narracji, niezwykła językowa wyobraźnia autora, umiejętność wciągania czytelnika w jądro dziania się, w „kołtun” opowieści.

Ten równie zachwycający, co porażający nadmiar słów pociąga w bardzo różne kierunki, wyzwala różne tematy. O czym więc jest powieść Mariana Pilota?

Po pierwsze (choć raczej w porządku wyliczenia niż w hierarchii ważności, bo wszystko wydaje się tu równie istotne) o tym, w jaki sposób narrator staje się pisarzem. Temu służy retrospektywna, autobiograficzna, pierwszoosobowa narracja, w której bohater opowiada o tym, jak koleje losu doprowadziły go do tego, że z wiejskiego popychadła zmienił się w „miastowego panka”. Opowieść o tym „jak zostałem pisarzem” ma tutaj jednak swoisty charakter – tradycyjne elementy pisarskiej autobiografii (dzieciństwo, otoczenie, które wpływa na sposób postrzegania świata, zdobywane życiowych doświadczeń, pierwsze kontakty z literaturą, mentorzy i nauczyciele, którzy wywarli decydujący wpływ na życiowe – i pisarskie – wybory bohatera) są jak z powieści pikarejskiej, łotrzykowskiej, są zatem dalekie nie tylko od wzorca Goetheańskiego, ale i od różnych XX-wiecznych wersji tego modelu. Szczególna lekcja życia, jaką przechodzi bohater – syn złodzieja, złodziejski smród, ustawiony najniżej w wiejskiej hierarchii (są „ostatnimi w całej wsi popychlami, chuderlakami, nędzokami”), okazuje się równie okrutna, co swojska: codzienność wiejskiego łazika, który walczy o przetrwanie w wiejskiej społeczności (by wspomnieć chociażby brutalne chłopięce „jajorki”); jakoś (z pomocą „pierdzenia”) radzi on sobie z przymusem chodzenia do szkoły, ale i w domu od najmłodszych lat (by przypomnieć znakomite sceny z kołyską zostawianą przez matkę pod stołem) zostaje zmuszony do walki o swoje – to lekcja z pozoru mało zbliżająca do literatury. Ważną rolę pełni w tej życiowej edukacji przyjaciel – jeden z obcych, którzy przybyli do wsi w rezultacie powojennych geopolitycznych zmian. Wraz z nim pojawia się w życiu narratora trochę inny język i inny obraz świata (wschodni, kresowy, rozkrzyczany, nieuporządkowany). Pojawia się też poczucie przyjacielskiej wspólnoty – razem, w ucieczce przed resztą wsi, chłopcy znajdują miejsce, w którym oddawać się można marzeniom – w tej roli pojawia się górujący nad wsią (i nieobcy nam literacko) wiatrak.

Sceny wiatraczne, wybujałe chłopięce fantazje opowiadane jeszcze bardziej wybujałym językiem, wyraźne wątki inicjacyjne, śmierć przyjaciela rozpisywana na kolejne wersje, równie realna, co nierealna, to jeszcze jeden, niezwykle nośny, nurt opowieści. Stopniowo też opowieść narratora nabiera dodatkowego charakteru – wyznania, spowiedzi, rozliczenia z życiem w obliczu śmierci ojca, charakteru czegoś, co sam bohater nazywa sprawozdaniem, a co staje się również wyznaniem, a także artystycznym wyzwaniem.

Po drugie, Pióropusz jest o znanej już w różnych wersjach historii społecznego awansu – tym razem jednak opowiedzianej przekornie, niekanonicznie, jeśli porównać te historie z innymi narracjami tzw. nurtu chłopskiego od Juliana Kawalca po Wiesława Myśliwskiego (do którego, jak sądzę, jest Marianowi Pilotowi chyba najbliżej – podobnie postawione są w Pióropuszu i Nagim sadzie, choć zupełnie inaczej przepracowane, tematy: języka, ojca, wiejsko-miejskiej tożsamości). Awans bohatera Pióropusza dokonuje się bowiem nie tyle dzięki wytężonej pracy oraz sprzyjającym warunkom społecznym umożliwiającym edukację i zmianę warunków życia, ile niejako wbrew temu – dzięki splotom przypadkowych zdarzeń (więzienie ojca i konieczność pisania próśb o ułaskawienie) oraz dzięki oszustwu (bohater plagiuje opowiadanie z więziennej gazetki przyniesionej przez ojca – wysyłając je do gazety jako własne), wreszcie – za cenę donosicielstwa (do bohatera, któremu państwo zaoferowało edukację, wikt i opierunek, szybko zgłasza się funkcjonariusz UB).

Po trzecie, jest to powieść o Polsce w pierwszym powojennym dziesięcioleciu, kiedy to w miejsca takie, jak Siedlikowo, powoli zaczynają docierać nowe porządki. Znajdziemy tu więc – w tle opowieści o przyjacielu Henku Krajonku – powojenne losy wysiedlonych z kresów rodzin, bardzo trudno aklimatyzujących się w nowych, zupełnie innych kulturowo miejscach; a także bardzo sugestywne obrazki stalinowskich czasów – walki z analfabetyzmem (której ofiarą padł ojciec bohatera); komunistycznej agitacji (znaczonej ciągłymi wizytami agitatorów, przymusowymi zebraniami, planami uwłaszczenia chłopów); terroru ubeckiego (znakomicie pokazanego w rozpisanej na kilkanaście stron rewizji w domu bohatera, podczas której zniszczony zostaje każdy przedmiot, każdy centymetr podłogi, budynki gospodarcze, studnia, podwórko, a nawet rodzinne groby na cmentarzu).

Po czwarte, to opowieść o ojcu, który – umierając – wyzwala (we wszystkich tego słowa znaczeniach) opowieść syna (przyznającego się w obliczu tej śmierci do ojcobójczych pragnień). Ojciec – wiejski złodziej, zawadiaka i wieczny buntownik, analfabeta, „bojownik i bluźnierz”, ma ogromną władzę nad synem: to on pokazuje chłopcu, jak powinien żyć (uczy go złodziejskiego fachu), imponuje mu swoją niezależnością (by wspomnieć scenę porwania tablicy szkolnej), ale też on „sprzedaje chłopca” w ręce miastowych, a jednocześnie kradnie dla niego pióro i nakazuje „pisać prawdę”. Z perspektywy dorastającego bohatera władza ojca sięga daleko i to jego podejrzewa on o spisek, czyli o to, że w porozumieniu z „Wujami” (bo tak nazywa funkcjonariuszy UB) ukartował wszystko. Możemy więc – wraz z bohaterem – snuć domysły, że może taka właśnie była cena za wypuszczenie ojca ze stalinowskiego więzienia, że syn stanowił „okup za ojca”, a jego pohańbienie (po ujawnieniu akt służb bezpieczeństwa) służyć będzie budowaniu chwały i potęgi ojca („robiłem co należne jest ojcu od jego syna”).

W powieści Pilota ojciec opowiedziany jest w sposób daleko wykraczający poza ramy zwyczajnego wspomnienia – nie tylko jako awanturnik i pieniacz, analfabeta z wyboru, który w czasach dzieciństwa chłopca „agitował agitatorów”, a wiele lat później – w skomputeryzowanym już świecie jako „mistrz sztuki krzyżowej grasował po gminach i powiatach świadom swego statusu i swojej bezkarności”, ale też jako swoisty jurodiwy, ktoś spoza prawa i moralności, wiecznie wolny i oddany swoim marzeniom. Stopniowo na przykład okazuje się, że ojciec nie kradnie – jak przystało na prawdziwego złodzieja – rzeczy cennych, potrzebnych, przynoszących korzyści, lecz rzeczy zupełnie bezwartościowe (np. guziki), które jednak cieszą go ponad wszystko. Ojciec jest kimś, kto prowadzi ze światem wojnę totalną – „niewzruszenie przeświadczony o prawdziwości własnego, pokrętnego i przedziwnego fantasmagoryjnego wyobrażenia o naturze i porządku rzeczy, o świecie i wszechświatach, nieugięty nieuk, drący na strzępy szkolne tablice obrazoburca, gwałtownik, umiejący stawiać na głowie światy i do góry nogami księżyce dumała, wielce mowny, a nie przebierający w słowach hałaśnik […] prowadził życie na wysokiej stopie, szalone, rozrzutne, bardziej niż jego samego, niepożytego, wyniszczające jego bliskich”.

Po piąte wreszcie, Pióropusz jest książką o samej literaturze (według mnie – to najbardziej intrygujący nurt tej powieści), o języku (który staje się nie tylko narzędziem, tematem, ale i bohaterem opowieści), o pisaniu… Autobiograficzny gest opowieści o własnym życiu staje się aktem pisarskiej autodemaskacji i demistyfikacji zarazem (bo jak inaczej moglibyśmy czytać opowieść spisywaną z taką świadomością?). W kontekście przywołanych pojęć (wolności i prawdy) „pisanie prawdy” jako pisarski imperatyw i zadanie zostaje tutaj postawione w stan podejrzenia – w opowieści bohatera to zarówno nakaz ojcowski, jak i nakaz ubecki, imperatyw wewnętrzny i zadanie do wykonania. Również kwestia dla narratora z pozoru oczywista – bycie pisarzem „jeśli nie wielkim to   b a r d z o ” stwarza ciekawy punkt wyjścia do refleksji na temat pisania. „Bardzo” oznacza dla narratora: „ze wszystkim. We wszystkim. Z bebechami, z pierzynami”, ale także – „z upoważnienia”. Czy natomiast dla czytelników Pilota owo „bardzo” może okazać się istotną, znaczącą cechą pisarstwa? I dalej – czy bohater-pisarz jest beztrosko wolny w uświadomionej konieczności podporządkowania się nakazom służb bezpieczeństwa? Beztrosko wolny ze strachu czy też wolny mimo wszystko w momencie, kiedy bierze do ręki pióro? Zniewolony czy wolny, bo podporządkowany i oddany słowom, czy dlatego, że poddając się nakazom, staje się strażnikiem wolności ojca?

Podobnie jak w Ostatnim raporcie Zbigniewa Kruszyńskiego autor raportów, donosiciel to ktoś, dla kogo opisywanie rzeczywistości jest prawdziwym pisarskim wyzwaniem – bohater Pióropusza realizuje się w donosach z rzeczywistości. Jak bohater Kruszyńskiego – donosiciel i opozycjonista zarazem jest równocześnie zapalonym pisarzem, tak bohater Pilota w codziennym trudzie ręcznego pisania – po wypełnieniu donosicielskich obowiązków („pisania prawdy”) – opisuje głęboko tkwiące w nim od czasu dawnego wiejskiego życia „bajecznie kolorowe fantazje” i podpisuje je cudzym (skradzionym z więziennej gazetki) imieniem. I podobnie jak u Kruszyńskiego pisanie jest poddawane nie tyle etycznym, moralnym, ile – literackim, twórczym osądom. Podobnie – fikcja zostaje skonfrontowana z opisem rzeczywistości, literatura bawiąca się słowami ze słowem, które wpływa na rzeczywistość (by przypomnieć jednocześnie bolesne i przyjemne zaskoczenie bohatera Pióropusza, kiedy w wyniku jego donosu znika ze szkoły jeden z uczniów – syn fabrykanta, a fabryka jego ojca zostaje zniszczona). Tutaj jednak jesteśmy świadkami tego, jak „po brudzących czoło i palce robotach raportszrajbera” rodzi się prawdziwy pisarz, układający wyszukane, pieszczone miłością, „polskie i siedlikowskie pawio-pyszne i łachmaniarsko nędzne słowa”, i splatający z nich „pyszny, barwisty pióropusz”. Radości bohatera-pisarza traktującego literackie zabawy słowem jako „fundamentalnej wagi operacje ratunkowe” towarzyszą jednak takie wyznania: „[…] świadom jestem, że wbrew mnie, wbrew wszystkiemu, co sprawiedliwe i godne, wbrew porządkowi rozumu i elementarnemu rozsądkowi, istotny sens, nieprzemijająca wartość i potęga jest gdzie indziej – w tych ciemnych, pisanych zwichniętą ręką stronach papieru kancelaryjnego, w płaskich kancelaryjnych słowach, wytartych zwrotach, wyświechtanych wyrażeniach, byle jakich porównaniach, odrażających i podłych epitetach. […] Z nostalgią, melancholią, lękiem i drżeniem wspominam te niezliczone przypadki, kiedy pisarski pokurcz z pokorą […] redaguje kolejne nagie, twarde zdanie. Same co do znaku, do literki, konieczne, pospolite, wyświechtane słowa. Zwarty, ścisły, rzeczowy i obleśny niczym menu nocnej knajpy, złowieszczy, pełen niszczycielskiej energii tekst. Pozbawiony piękności, ozdobników, wtłoczony w formę bezwzględnie obowiązującą, sztywna, jednolitą. Suchy, precyzyjny opis stanu rzeczy, logiczne, jasne, przejmujące grozą uwagi i stwierdzenia”.

Rozbuchana narracja retrospekcyjna, opowiadane ze swadą i niebywałym, pawim przepychem losy chłopca, stylistyczne popisy narracyjne, orgiastyczna wręcz synonimiczność, posunięta do granic czytelniczej wytrzymałości zabawa słowami (wyrażenia gwarowe i neologizmy, inwersyjne konstrukcje, maratony epitetów), jednocześnie wciągają w wir zdarzeń (a raczej w wir opowieści o zdarzeniach) i utrudniają ich śledzenie, rozumienie(co wcale nie musi być wadą). Po pewnym czasie jednak – znaczonym kolejnymi nawrotami epitetów i specyficznej, obracającej się wokół ludzkiej fizjologii narracyjnej wyobraźni – wszystkie te chwyty zaczynają również nużyć, zniechęcają do dalszej lektury. Mimo pełnego podziwu dla biegłości pisarza – (odnotowuję tu oczywiście moje czytelnicze wrażenia) – w pewnym momencie odczuwa się przesyt. Ja po prostu nie byłam w stanie dłużej angażować się w te narracyjne fajerwerki, musiałam więc „wyhamować”, odłożyć tę powieść na chwilę, by znów powrócić do lektury.

A jednak warto było, warto szczególnie dla tych ostatnich kilkunastu stron, bez których opowieść „rozpasanego zdziercy, piszpanka i skrytopisa” nie miałaby tak znaczącego, metatekstowego (i tożsamościowego) wymiaru. Czym jest, wobec wyznań narratora-pisarza, książka Mariana Pilota? Czym jest rachunek życia, pod którym narrator składa złotą stalówką swego starego pelikana swój zamaszysty podpis? Czym literatura?

To pytania, których nie da się uniknąć przy lekturze Pióropusza, tym bardziej, że autor, w pozornie prymitywnych (pisanych rozbuchaną stylistycznie gwarą), niesłychanie brawurowych opowieściach narratora-pisarza nie pozwala zapomnieć o wielkiej literaturze i polskiej (groteskowe opisy spod znaku Gombrowicza, językowe fajerwerki spod znaku Pankiewicza, do którego autor chętnie się przyznaje) i światowej.

Więc jeśli, Czytelniku, masz kłopot z lekturą tej książki, jeśli nie możesz doskoczyć do wiatraka, w którym, niczym Cervantesowski bohater schronił się niesforny chłopiec, złodziejaszek słów, późniejszy „piszpanek i skrytopis”, toś „ciubaryk” i już…

Dorota Kozicka






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas