poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ URBANOWSKI
Querido Jorge. O listach Andrzeja Bobkowskiego do Jerzego Turowicza
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)

Prezentowane tu listy Andrzeja Bobkowskiego do Jerzego Turowicza stanowią fragment korespondencji autora Szkiców piórkiem do redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. W sumie zachowało się owych listów 16, pochodzą z lat 1947-1960, przy czym znakomita ich większość, bo aż 14, powstała między 1947 a 1949 rokiem. Dodajmy od razu, że najwięcej listów od Bobkowskiego, a więc sześć, napłynie do Turowicza w roku 1949, z lat 1950-51 zachowały się tylko dwa listy, z kolejnych już żaden. Bobkowski odezwał się do Turowicza ponownie – i po raz ostatni zarazem – dopiero w roku 1960, w ogromnym, przejmującym liście, który tutaj między innymi publikuję.

Nie wiadomo, czy zachowały się gdzieś listy Turowicza do Bobkowskiego, ale już same listy tego ostatniego pokazują, jak ciekawa musiała być ta korespondencja. O tym, że Bobkowski był świetnym epistolografem, wiemy zresztą nie od dzisiaj [1]. Jego listy do redaktora „Tygodnika” nie tylko to potwierdzają, ale pozwalają też zajrzeć za kulisy współpracy Bobkowskiego z „Tygodnikiem Powszechnym” i, co tu może najciekawsze, rekonstruować korespondencyjną, a przecież serdeczną, choć niezwykłą przyjaźń z Jerzym Turowiczem.

Niezwykłą z kilku prostych powodów: nigdy się przecież nie poznali osobiście, dzieliła ich skutecznie Żelazna Kurtyna, a do tego, jak się zdaje, część ich listów przechwytywała komunistyczna cenzura… Serdeczną, bo mieli wiele wspólnego, co zresztą od razu podkreślił w swym pierwszym liście do Turowicza Bobkowski, mówiąc o łączącej ich „pewnej parenté spirituelle”.

Choć poznać czy chociażby się spotkać mogli w przedwojennym Krakowie. Turowicz tu się urodził i uczył (m.in. w Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego) aż do czasu rozpoczęcia studiów we Lwowie w roku 1932. Bobkowski zaś mieszkał w Krakowie od roku 1923 do 1932 i tu – nie bez problemów – zdał maturę w Gimnazjum św. Anny. Więc może gdzieś się minęli, spacerując po linii A-B, siedząc w „Feniksie”, albo plażując nad Wisłą…

Te krakowskie lata były dla Bobkowskiego ważne, wspomina je w listach do Turowicza, napomyka o wspólnych znajomych. Poza tym w Krakowie pozostała jego matka, Stanisława, wdowa po generale WP, która po 1945 musiała zarabiać na życie jako garderobiana w Teatrze „Rozmaitości”. Turowicz był dla Bobkowskiego pośrednikiem w kontaktach z matką, której na jego prośbę przekazywał honoraria za teksty.

Niewątpliwie ich wzajemne stosunki ułatwiało i to, że byli właściwie rówieśnikami. Urodzony w roku 1912 Turowicz był ledwie rok starszy od Bobkowskiego. Dzisiaj łączymy ich z pokoleniem 1910, którego byli wybitnymi reprezentantami. W jakimś sensie pismem pokolenia była sam „Tygodnik Powszechny”, w którym nie przypadkiem najbardziej cenił Bobkowski teksty Stefana Kisielewskiego i Pawła Jasienicy. Cenił „Tygodnik Powszechny”, który obok „Twórczości” Kazimierza Wyki i „Nowin Literackich” Jarosława Iwaszkiewicza należał do tych niewielu pism krajowych, z którymi współpracował. W „Tygodniku” drukował najdłużej, bo do roku 1950, co było pewnym rekordem w przypadku pisarza emigracyjnego. Choć też tekstów Bobkowskiego ogłoszonych w „Tygodniku Powszechnym” nie było wiele – esej podróżniczy Lourdes oraz siedmioczęściowy dziennik podróży do Gwatemali – to należą one do najciekawszych w jego dorobku.

Z omawianej tu korespondencji, jak i listów Bobkowskiego do innych adresatów wynika, iż pierwszy odezwał się redaktor „Tygodnika Powszechnego”, co znakomicie świadczy o jego intuicji, bo w końcu nazwisko Bobkowskiego mało co komu wtedy mówiło. W liście do Jerzego Giedroycia z 1 lipca 1947 roku, wspominając ten pierwszy list Turowicza, Bobkowski donosił więc nie bez ukrytej dumy: „Pisze, że mnie zna z »Wiadomości« londyńskich. Raptem dwa razy pisałem, a zna” [2]. A Turowicz nie tylko znał, ale i proponował stałą współpracę. O tym, że do niej nie doszło, zdecydowały rozmaite powody, które wyjaśniał sam Bobkowski. Na pewno jednak ofertę Turowicza potraktował serio, czego świadectwem i rozmiar jego odpowiedzi, i pochwały wobec samego pisma, które czytał regularnie. Pochwały te wyrażał też w listach do matki, której na przykład 21 grudnia 1951 pisał: „Przyszły trzy »Tygodniki« – doskonałe numery, bardzo ciekawe” [3].

Oczywiście uznanie nie oznaczało, że Bobkowski, jak było w przypadku „Kultury”, nie miewał krytycznych uwag do poszczególnych autorów, artykułów, a czasem i do politycznej linii pisma, choć o tym ostatnim, być może z powodu obawy przed cenzurą, specjalnie się nie rozpisywał. Jeżeli miał jakieś uwagi, to kierował je raczej do Giedroycia, któremu na przykład 30 września 1948 donosił: „[…] tymczasem cichym krokiem kościelnym zaczął już do mnie przychodzić »Tygodnik Powszechny«, z czego się bardzo cieszę, choć napisałem Turowiczowie, że ostatnio jego tygodnik powinien nazywać się »Tygodnik Morstinowski«, bo tam nic, ino aller i retour piszą tylko te jakieś Morstinowe-Górskie i inne. No, ale cóż można zrobić z kagańcem na pysku, nawet na katolickim?” [4].

Z kolei w liście do Tymona Terleckiego z 10 stycznia 1958 roku z krytycyzmem pisał o grupie Znaku, że „robi konkurencję szubrawcowi [Bolesławowi] Piaseckiemu”, a o samym „Tygodniku”, iż „zaczyna się nie różnić od »Kierunków«” [5]. Ale nieco wcześniej, bo w marcu 1957 roku, donosił matce, że czuje się związany uczuciowo z „Tygodnikiem Powszechnym” „w jego dawnej i znowu obecnej postaci” i dodawał: „gdyby oni dzisiaj chcieli coś mojego przedrukować, na pewno nie sprzeciwiłbym się” [6].

Tak czy owak o samym Jerzym Turowiczu wyrażał się niezmiennie z uznaniem, szacunkiem i serdecznością. Cenił determinację, z jaką redaktor „Tygodnika” dążył do publikowania jego tekstów. Pisał Giedroyciowi 16 maja 1949: „Miałem jednak dość sensacyjną wiadomość od Turowicza. Przysłał mi kartkę, w której w odpowiedzi na moje zastrzeżenia co do możliwości drukowania mnie w kraju odpisuje tak: „Nie przejmuję się Pańskimi wątpliwościami – wszak ja tu lepiej wiem, czy Pana mogę drukować, czy też nie.”. W kartce tej zapytuje mnie, czy dostałem jego list. Listu jednak nie dostałem do dziś dnia” [7].

Nieco później dodawał: „[…] biedny Turowicz musi ciąć wszystko, co tylko wykracza poza ramy strawnego banału. Ale i z tego się cieszę, bo jestem w tej chwili chyba jedynym z emigracji, który bez żadnego kokietowania »ich« jeszcze tam trwa. Turowicz chojrak i odważniak. W każdym jego liście czuje się dumę, że jeszcze udaje mu się przepychać, prosi mnie o dalsze korespondencje, przepiliśmy na »ty« i w ogóle czuję coś bardzo miłego, bijącego nie tylko od niego, ale od całego zespołu w stosunku do mnie. Ten kontakt jest dla mnie naprawdę wartościowy” [8].

Jak wielkie było jego zaufanie do Turowicza, świadczy nie tylko korespondencyjny bruderszaft, który nastąpił w liście z 12 maja 1949 roku, czy słowa „Querido Jorge”, a więc „Drogi Jerzy”, jakimi Bobkowski zaczynał list pisany 29 października tegoż roku, albo wyznanie: „Uważam Cię za mojego prawdziwego i serdecznego przyjaciela” z listu późniejszego. Ważne jest i to, że gdy w styczniu 1950 roku wydawnictwo Czytelnik zwróciło matce Bobkowskiego maszynopis Szkiców piórkiem, ta przekazała go Turowiczowi, który nawet – jak donosił pisarz Giedroyciowi – „wyraził chęć opublikowania choćby fragmentów” [9]. W liście z 12 kwietnia 1957 roku prosił też Bobkowski Giedroycia: „Gdyby przyjechał Turowicz, to proszę go uściskać” [10].

Równie serdeczny był stosunek redaktora „Tygodnika Powszechnego” do Bobkowskiego. Nie tylko otworzył przed nim łamy swego pisma, ale dbał o to, by do Gwatemali docierały jego egzemplarze, na które oboje Bobkowscy czekali z niecierpliwością. A w liście z 19 stycznia 1954 wzruszony Bobkowski pisał matce: „[…] w sam dzień wigilii, po południu, przyszła malutka paczka. Otwieramy – zbiór kolęd, mała książeczka z kilku taktami nut do każdej kolędy od Jerzego T. Tak mnie to wzruszyło. Zabrałem te kolędy na pasterkę i przez całą mszę czytałem. Jeszcze do niego nie napisałem, ale w tych dniach mam nadzieję, że zdołam. Tak to ładnie z jego strony. Po tylu latach pamiętał” [11].

No właśnie – zachowana korespondencja Bobkowskiego z Turowiczem rozpoczyna się w roku 1947, zamiera stopniowo w latach 1950-51. Nie jest jasne, czy zamiera rzeczywiście, bo z cytowanego fragmentu wynika wyraźnie, iż Turowicz pisywał do autora Szkiców… w roku 1954, pisał też i w roku 1957 – Bobkowski pisał Giedroyciowi, że otrzymał „kilka słów od Turowicza, obiecującego długi list w tych dniach” [12]. Tym niemniej zdaje się, iż intensywność wymiany listów była po roku 1949 już znacznie mniejsza. 26 lipca 1950 roku Bobkowski informował szefa „Kultury”, iż „dość się pokłócił” z Turowiczem o Zawieyskiego i że już od dawna do siebie nie pisali [13]. Ale w swym ostatnim liście do redaktora „Tygodnika” z roku 1960 rzecz tłumaczył już inaczej, a mianowicie obawą, że jego listy zaszkodzą Turowiczowi, co rzeczywiście często wówczas w PRL się zdarzało. Bobkowski zresztą po roku 1950 nie opublikował już nic w „Tygodniku” – pochłaniała go praca, nie pisał już tak wiele, jego trybuną stała się „Kultura”, może też przyjął, zapewne słusznie, że w kraju i tak nic już nie przepuści cenzura. Zresztą już dziennik podróży do Gwatemali ukazywał się w wersji ocenzurowanej.

Ale nie zmieniło to uczuć Bobkowskiego do Turowicza. Autor Szkiców piórkiem wydobywał z biografii Turowicza epizod lwowski, wyobrażając sobie, że łączą ich wspólne pasje techniczne, ważny dlań zwłaszcza w okresie, gdy zajął się modelarstwem w Gwatemali. Ale ważniejsze były pasje inne. Obaj byli przecież „kochankami Francji”, wychowanymi w kulcie kultury, a zwłaszcza literatury, francuskiej. Obaj czuli się Europejczykami i „kosmopolakami”. Obce były im lewicowe złudzenia postępu, z podobną wrogością odnosili się do „strażackich nacjonalizmów”, co w kontekście polskim oznaczało niechęć wobec endecji, która pobrzmiewa i w tych listach, gdy Bobkowski pisze dosadnie o „endeckich kretynach” z emigracyjnego „Życia”.

Najważniejsze było jednak chyba owo „chrześcijańskie pokrewieństwo”, o jakim w pierwszym liście pisze Bobkowski. Chrześcijaństwo, a raczej katolicyzm w tej jego odmianie, którą często wiązano z personalizmem i Francją właśnie, a więc z kręgiem pisma „Esprit” i Emmanuelem Mounier. O tym, że Turowicz był zwolennikiem personalizmu, dobrze wiadomo [14]. Wiązano też z personalizmem Bobkowskiego [15], choć on sam był pełen dystansu tak wobec wobec religijnej dewocji, jak i katolicyzmu intelektualistów francuskich, zbyt dlań racjonalistycznego. Po pielgrzymce do Lourdes pisał na łamach emigracyjnego „Orła Białego”: „To nie pięknoduchy, intelektualne skoczki uliczne sprzedające swój katolicyzm w popłatnych transakcjach Mauriaca czy Mouniera. Katolicka Francja jest naprawdę tu – w tych rękach zgrubiałych od pracy, mocnych, żyjących i nieustępliwych” [16].

Konsekwentnie też, choć trochę prowokacyjnie wyznawał Turowiczowi niechęć wobec Claudela i Zawieyskiego, raczej też nie wgłębiał się w Mouniera. Z kolei redaktor „Tygodnika” w maszynopisie pierwszej części Z dziennika podróży skreślił zdanie: „Chleb i duch powinny być z masłem”, a z kolejnego, zaczynającego się od słów: „Gdybym znajdował się w tłumie słuchających Chrystusa nad jeziorem Genezaret i nie dostał cudownie rozmnożonego chleba i ryb”, skreślił ciąg dalszy: „przypuszczam, że cała nauka o życiu przyszłym, o życiu duszy nie zrobiłaby na mnie wielkiego wrażenia”, i zastąpił je słowami: „czułbym się zawiedziony” [17]. Nie jest jednak jasne, czy owe skreślenia były wynikiem niezgody samego Turowicza na ów „ziemski” aspekty wiary Bobkowskiego, czy obawiał się on reakcji czytelników swego pisma.

Co do personalizmu: Bobkowski w roku 1957, po lekturze Krytyki personalistycznej Tymona Terleckiego, pisał jej autorowi: „Bardzo mi to »podeszło« – o personalizmie niewiele wiedziałem, ale w całej dżungli światopoglądowej wydaje mi się to jeszcze najlepszym wyjściem”. Czytał zresztą pisarzy chrześcijańskich, Marcela, Maritaina, Bierdiajewa, Schelera [18], a w liście do Turowicza z 20 grudnia 1951 roku dorzucał nazwiska Greene’a, Waugha, Marshalla, których twórczość opatrywał znamienną dlań uwagą: „Tylko opierając się na czymś, można mieć Lebensgefühl i wtedy ma się coś do powiedzenia, a ludzie są skłonni czytać”.

Wybór „Tygodnika” nie był więc przypadkiem, a listy Bobkowskiego świadczą też o tym, że z reguły zgadzał się autorami pisma, zwłaszcza z Kisielem, Jasienicą, Starowieyską-Morstinową. „Podszedł” mu też szkic o Katolicyzmie i radykalizmie Turowicza drukowany w jednym z pierwszych numerów „Znaku”. Turowicz twierdził tam, iż „w zasadzie” między katolickim stanowiskiem a radykalizmem nie istnieją żadne sprzeczności, a nawet że „formalnie konsekwentne stanowisko katolickie w sprawach społeczno-gospodarczych musi dziś być radykalne”. Równocześnie jednak odróżniał „idealizm radykalizmu naturalistycznego”, a więc np. komunistyczny, od „idealizmu radykalizmu katolickiego”. Ten ostatni, tłumaczył, odrzuca ideę postępu, a w konsekwencji nie zakłada „możliwości poświęcenia teraźniejszości dla przyszłości, konkretu dla fikcji, utopii, nieosiągalnego ideału”. W „idealizmie radykalizmu katolickiego”, dowodził dalej Turowicz, „konkretny, żywy człowiek, żyje w świecie sensownym, posiada w nim swoje miejsce, swoją rolę do odegrania”. Poza tym katolik chce poddać „całe życie społeczno-gospodarcze normom moralnym” [19]. To musiało się podobać Bobkowskiemu, piewcy konkretu, człowieka, teraźniejszości i wrogowi nieludzkich abstrakcji.

Oczywiście autor Szkiców piórkiem dystansował się wobec wspomnianego Zawieyskiego, Morstin-Górskiej, czy nawet Strebejki (pseudonim redakcji „Tygodnika”, często używany przez Stanisława Stommę). Nie chciał, by „Tygodnik” stał się „klasycznym” pismem wyznaniowym na wzór przedwojennego „Dzwonu Kościelnego”. Znamienny jest ten fragment listu z 3 stycznia 1949 rok, gdy prosi Turowicza, by nie usuwać „swawolniejszych” kawałków z jego dziennika podróży i pisze, że „Tygodnik” „może sobie na to pozwolić”, że „jest pismem literackim” i prosi na koniec: „Nie przeganiajcie mnie”.

Turowicz Bobkowskiego nie przegonił, ale też swawolniejsze kawałki się nie pojawiły w „Tygodniku”. Za przyczyną samego Turowicza, tłumaczącego się potem ze swych decyzji Bobkowskiemu, na co ten ostatni zareagował już ze zrozumieniem, dając redaktorowi „Tygodnika” pełnomocnictwo na ewentualne skreślenia.

Znamienne jednak, że właśnie „Tygodnikowi” przesłał rodzaj wyznania wiary,jakim jest wspomniany esej podróżniczy o Lourdes. Jak zauważył już Maciej Nowak, duża część tego tekstu jest „sporem z poprawnościowymi regułami sceptycyzmu religijnego, narzucanego przez formację liberalnej inteligencji, wychowanej na Renanie i jego naśladowcach” [20]. To prawda, Bobkowski broni w Lourdes religii przed racjonalizmem i staje po stronie religii uczucia. Pisze między innymi, że „Boga potrzebuje się tak samo jak tlenu, a duch nie jest tylko rozumem, lecz także uczuciem” [21]. Nie zgadza się z tymi, co mówią, iż „żucie modlitwy nie różni się niczym od żucia gumy” [22], a wreszcie próbuje zrozumieć religijność, którą czasem nazywa się „ludową”. Nie ma tu ze strony Bobkowskiego nic z pychy intelektualisty gardzącego prostaczkami, jest akceptacja wiary, w której mieści się modlitwa i odpustowy medalik, w której jest zwyczajność, ciepło, radość. „W twarzach ludzi, w masie spracowanych rąk wyciągających się jednakowo do pożywienia i do Niej w grocie, jest radość i zgoda niewymuszonego święta” [23], pisał Bobkowski i kończył swój esej chyba polemicznie wobec wyznawców Nowej Wiary i tych katolików, którzy chcieli się z nimi porozumieć: „Patrzę w ogień i myślę, że Peyramale, proboszcz Lourdes czasów Bernadetty, miał rację: »Wierzący nie potrzebują żadnych wyjaśnień; wyjaśniać niewierzącym jest rzeczą niemożliwą«. Twarde to słowa, ale jakże słuszne właśnie dziś, gdy wszystko staje się kwestią wiary. Tej księdza Peyremale – i innej” [24].

Temat katolicyzmu powraca zresztą i w listach do Turowicza, zwłaszcza w tych pisanych z Gwatemali. Bobkowski odkrywa wówczas specyfikę tamtejszego katolicyzmu. Zachwycała go z jednej strony odmienność obyczajów katolików gwatemalskich, podobała mu się i egzotyka procesji ulicznych czy obchodów Bożego Narodzenia, ale też irytował go „hiszpański katolicyzm”, wobec którego czuł obcość. Pisał Turowiczowi: „Tu w kościołach nawet zapach kadzidła jest jakiś taki, że od razu myśli się o Św. Inkwizycji i przeszczepianiu wiary mieczem Corteza, Pedro Alvarado i tych innych zbrodniarzy wojennych, ludzi niszczących całe ludy i równocześnie wytwarzających seryjnie kościoły – coś, do czego nawet Amerykanie nie doszli i chyba nie dojdą. Mówię Panu wprost les églises préfabriquées”.

Ale w liście z 9 stycznia 1950 roku patrzył już na rzecz inaczej, broniąc Kościoła przed oskarżeniami o grzech krwawej kolonizacji Ameryki. „Kościół nie mógł dać sobie rady, bo ta cała banda użyła go jako parawanu dla swoich łajdactw” – tłumaczył, i stawiał tezę, że kolonizacja Ameryki odbyła się wbrew katolicyzmowi, a katolicyzm ostatecznie obalił kolonializm. Uważał zresztą, że Cortez i jego „banda” byli „podgryzieni” przez herezję Lutra, którym Bobkowski nieodmiennie gardził. W listach do Turowicza wracają też osobiste wyznania wiary. Na przykład gdy autoironicznie pisze Bobkowski: „Na Łasce się nie znam, bo nigdy w życiu nie miałem najmniejszych wątpliwości i modlitwa była dla mnie wielka rzeczą i pokrzepieniem”. Albo gdy wyznaje niewiarę „we wszelkie moralności laickie”, lub gdy w ostatnim liście, informując Turowicza o swojej chorobie, twierdzi: „[…] nie można przeczyć śmierci, można ją tylko po chrześcijańsku (używam najszerszego terminu) przezwyciężyć”.

To jeden z bardziej przejmujących i dla wielu, być może, zaskakujący wątek tej korespondencji.

Ale są inne, równie chyba ciekawe, zwłaszcza najbardziej tu rozbudowany wątek osobisty, związany z opowieściami o życiu Bobkowskiego, tym emigracyjnym, ale i przedwojennym, krakowskim. Pojawiają się tu uwagi na temat jego planów literackich. Widać zresztą, jak w trakcie owej korespondencji zmienia się stosunek Bobkowskiego do swego pisarstwa, jak rosną jego ambicje literackie. Pisze w pewnym momencie Turowiczowi z Gwatemali, iż „takie sobie impresje, dzienniki itd. to dobre na początek” i że „czymś poważnym” są powieści i nowele, które rzeczywiście zaczyna wówczas pisać. Ale raczej się mylił w ocenie swego talentu i rzekomo mniejszego znaczenia „impresji”, czego dowodem i jego listy do Turowicza, będące obszernymi gawędami, przeradzającymi się we wspomnienie, błyskotliwy esej, czy dziennik.

Ciekawe są też, czasem podszyte humorem, analizy sytuacji politycznej w Gwatemali, zwłaszcza mechanizmu „operowych” rewolucji, które pisarza tyleż niepokoiły, co bawiły. „Te rewolucje są tutaj jak tropikalne ulewy. Są częścią klimatu, fauny i flory”, pisał i twierdził przenikliwie, że „konkwista nadal tutaj trwa”, ale „przy braku przestrzeni, jej miejsce zajęła władza”. Bobkowski jako badacz kolonializmu i znawca polityki to temat jeszcze do mało opisany, co znowuż uświadamiają nam jego listy do Turowicza.

Są tu też tematy francuskie i niemieckie, a w ostatnim zaś liście snuje Bobkowski refleksje na temat Conrada, którym pod koniec życia zaczął się szczególnie interesować. Nieco zaskakują podszyte dystansem uwagi na temat Iwaszkiewicza, z którym Bobkowski wymieniał serdeczne listy, podobnie jak życzliwe słowa o Miłoszu, z którym z kolei wkrótce wykopie topór wojenny.

Nie znalazłem w istniejących opracowaniach historii „Tygodnika Powszechnego” nazwiska Bobkowskiego. Zapewne słusznie, był bowiem w długich dziejach tego pisma postacią ledwie epizodyczną. Omawiana tu korespondencja pokazuje jednak, jak ważny był „Tygodnik” dla Bobkowskiego i jak istotną rolę w jego biografii odegrał Jerzy Turowicz. Ten ostatni był zresztą chyba tego świadom. Po śmierci autora Szkiców piórkiem, w poświęconym mu wspomnieniu, pisał, mając niewątpliwie w pamięci swoją z nim korespondencję: „Śmierć, w sile wieku, wytrąciła pióro z ręki pisarzowi, którego dorobek był dowodem, ale i zapowiedzią dużych możliwości. Śmierć, której – człowiek głęboko religijny – oczekiwał ze spokojem i poddaniem się woli Bożej. Literatura polska, o której zasobach stanowią wszystkie wartościowe utwory w naszym pisane języku, gdziekolwiek by powstawały, poniosła wielką stratę” [25].

Maciej Urbanowski

Oryginały przedrukowanych tu listów przechowywane są w Archiwum Jerzego Turowicza w Goszycach. Chciałbym niniejszym serdecznie podziękować Paniom Elżbiecie Jogalle i Magdalenie Smoczyńskiej za wyrażenie zgody na ich publikację, a także Panu Michałowi Smoczyńskiemu za udostępnienie kopii listów.
Przypisy pochodzą ode mnie. Nawiasem kwadratowym zaznaczam pochodzące ode mnie skróty i uwagi, mego autorstwa są też akapity. Przygotowując listy Bobkowskiego do druku, poprawiłem też oczywiste błędy literowe, uwspółcześniłem interpunkcję, ortografię oraz pisownię większości słów, wyjątkowo pozostawiając archaiczną pisownię czasownika „wysłać”, a także „Guatemala” miast „Gwatemala”.

PRZYPISY:

[1] Zob. Krzysztof Ćwikliński, Znani i nieobecni. Studia i szkice o Andrzeju Bobkowskim i innych pisarzach emigracyjnych, Toruń 2011.

[2] Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946-1961, oprac. J. Zieliński, Warszawa 1997, s. 24.

[3] Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki, Warszawa 2008, s. 90.

[4] Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946-1961…, s. 39.

[5] Andrzej Bobkowski, Listy do Tymona Terleckiego 1956-1961, oprac. Nina Taylor-Terlecka, Warszawa 2006, s. 89.

[6] Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki…, s. 206.

[7] Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946-1961…, s. 101.

[8] Tamże, s. 121.

[9] Tamże, s. 122. Do druku jednak nie doszło.

[10] Tamże, s. 455.

[11] Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki…, s. 125.

[12] Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946-1961…, s. 682.

[13] Tamże, s. 135.

[14] Zob. np. Robert Jarocki, Czterdzieści pięć lat w opozycji (O ludziach „Tygodnika Powszechnego”), Kraków 1990; Jacek Żakowski, Pół wieku pod włos, czyli życie heroiczne „Tygodnika Powszechnego” w czasach heroicznych, Kraków 1999; Michał Jagiełło, Próba rozmowy. Szkice o katolicyzmie odrodzeniowym i „Tygodniku Powszechnym”, t. 2. „Tygodnik Powszechny” i komunizm 1945-1953, Biblioteka Narodowa, Warszawa 2001.

[15] Zob. Krzysztof Dybciak, Personalistyczna krytyka literacka. Teoria i opis nurtu lat 30., Wrocław 1981.

[16] Andrzej Bobkowski, Drogami słońca i wina, „Orzeł Biały” 1947, nr 4; przedruk w: tenże, Zmierzch i inne opowiadania, Warszawa 2007, s. 38. Na temat religijności Bobkowskiego zob. Maciej Nowak, Religijny wymiar opowiadań A. Bobkowskiego: „Punkt równowagi”, „Spotkanie”, „Spadek”, „Roczniki Humanistyczne” 1998, z. 1.

[17] Maszynopis (niekompletny) Z dziennika podróży, z adnotacjami Jerzego Turowicza, znajduje się w Archiwum w Goszycach; cytowany fragment znajduje się na s. 4.

[18] Andrzej Bobkowski, Listy do Tymona Terleckiego 1956-1961, s. 83, 111.

[19] Jerzy Turowicz, Katolicyzm i radykalizm, „Znak” 1847, nr 4, s. 382.

[20] Maciej Nowak, Bobkowski. Od zachwytu do świętowania, w: Poetyka i semantyka doświadczeń religijnych w literaturze, red. Agnieszka Bielak, Piotr Nowaczyński, Lublin 2011, s. 421.

[21] Andrzej Bobkowski, Lourdes, „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 1; przedruk w: tenże, Z dziennika podróży, Warszawa 2006, s. 55.

[22] Tamże, s. 56.

[23] Tamże, s. 57.

[24] Tamże, s. 58.

[25] jt.[Jerzy Turowicz], Bobkowski, „Tygodnik Powszechny” 1961, nr 31 z dn. 30 VII, s. 6.


 

 
zahk@o2.pl     2012-06-20 14:33:04
Bardzo dobry tekst. Za co dziękuję Autorowi. Jedna tylko uwaga: niektóre tematy warto by pogłębić, bo jeżeli się tego nie zrobi, grozi to rażącymi uproszczeniami - najlepszym przykładem w tekście jest

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas