poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANDRZEJ BOBKOWSKI
Listy Andrzeja Bobkowskiego do Jerzego Turowicza z lat 1947-1960. Wybór
Dekada Literacka 2011, nr 4 (247)


(1)


Paryż, 23.6.47.

Szanowny Panie Redaktorze!

Odebrałem list Pana z 20.5. br. i bardzo się nim ucieszyłem. Odpisuję z dużym opóźnieniem, ale proszę się o to na mnie nie gniewać. Do pisania listów i w ogóle pisania muszę przykradać czasu z normalnego dnia, tzn. wstawać b[ardzo] wcześnie rano, coś uszczknąć i potem normalna praca zarobkowa. Wieczorem trzeba poczytać – zresztą oczy się kleją już koło 11-ej. Wcale na to nie narzekam, bo gdybym miał tylko pisać, to pewnie szybko dostałbym bzika, a to, co bym napisał, byłoby niewiele warte. Zresztą trudno mówić o „pisaniu” i dlatego bardzo mi Pan pochlebia mówiąc w swoim liście o mojej „pracy literackiej” i że Pan „wysoko ceni moją twórczość”. Wydaje mi się, że mimo wszystko jeszcze mi dość daleko do takich określeń tego, co robię. Piszę to bez żadnej fałszywej skromności i niech Pan nie myśli, że to jest jakieś krygowanie się zierlich-manierlich [1]. Może kiedyś będę pisarzem, a może nie. Tymczasem uważam, że „ja trochę piszę” i jestem raczej „piszącym” niż „pisarzem”. To podaję do Pańskiej prywatnej wiadomości, bo jakoś (przepraszam za taką szczerość od razu) odczuwam pewną parenté spirituelle [2], gdy czytam Pana, nie mówiąc już o chrześcijańskim pokrewieństwie. Do Pawełka Hertza lub Ważyka na pewno nie napisałbym tak, lecz wprost przeciwnie [3]. Dąłbym się tak samo, jak oni. Potworne jest to snobstwo w ogóle, a lewicowe w szczególności. No i ten wymuskany intelektualizm. Może jednak ja jestem nienormalny? Nie wiem. Tam się to musi u was kotłować – ho, ho – jak w koszyku z krewetkami. No, ale mniejsza z tym.

Pisze Pan, że cieszyłby się Pan, gdyby Pan mógł zaliczyć mnie do rzędu stałych współpracowników „Tygodnika”. Ja też, ale naprawdę nie wiem, czy to byłoby możliwe. Ja piszę b[ardzo] mało – teraz gonię z książką [4], a w ogóle wszystko jest problematyczne. Chodzi po prostu o moją skromną osobę – rozumie Pan? Ja nie wiem, czy któregoś dnia nie znajdę się na [indeksie – słowo skreślone przez A.B.] itd. i czy Pan w ogóle będzie mógł mnie drukować. Bo Pan zapewne wie, czytając mnie także od innej strony, że ja nie jestem z gatunku gum do żucia i nie dam się tutaj zapakować w staniol i w celofan. No i pewnego dnia może być heca… Rozumie Pan. Nawet jestem ciekawy, kiedy i z której strony najpierw. Bo równie dobrze mogą mi chlusnąć najpierw tutaj. Jak Boga kocham! Jeżeli przeczytałby Pan artykuły Terleckiego i Zahorskiej w „Wiadomościach” lond[yńskich] nr z 22.6.47, to oko zbielałoby [5]. Cóż za matołki! – nie chcę Panu tłumaczyć. Jak Pan przeczytałby, to by Pan wiedział, dlaczego tak mówię. Jakiś apokaliptyczny kretynizm. Gdyby Pan to dostał w ręce, niech im Pan odpowie. Spokojnie i rzeczowo. Oni kraj mają za zupełnie ciemny. Jedno zdanie Zahorskiej o takich jak ja: „Czytelnicy w Kraju, do których dojdą wypaczone słowa z zagranicy,   m u s z ą wyciągnąć z nich prostą konsekwencję, że protest i opór nie mają sensu, że zrównaliśmy się w beznadziejności. Poczucie bezwyjściowości byłoby jedynym rezultatem. Nie wyobrażam sobie pisarza z rozsądnym stosunkiem do siebie samego, który by wpływ swego artyzmu uważał za ważniejszy od tej konsekwencji” [6]. – Wystarczy? A wpływ myśli to pies? Tylko artyzmu? Artyzm może i powinien dziś być tylko oprawą. Co znaczy „wypaczone słowa z zagranicy”? – ja niczego nie lekceważę, ale rozumie Pan, że to są bzdury. Mówię Panu, okropnie ciężko być tylko sobą, człowiekiem, i niczym więcej. Ja piszę do niej list – pokrzywami po kuperku. Bo ona jest przede wszystkim głupia. Drze tym pajęczynę – rozumie Pan? Boże, jacy ludzie są głupi. Jak komuś podstawiam nogę, to liczę, że ten ktoś się wywróci. I sztuką jest nie wywrócić się, bo podstawiający tego nie chciał. Musi robić to drugi raz, albo coś innego. A my zawsze cudnie pyskiem o ziemię, nawet bez tego podstawiania, sami, „aftomaticzeskoj” [7]. Cudne – nie? Spłakać się w porcięta, pod siebie. Przepraszam za ten styl – trudno jak „chulera bierzy”. Nie dostałem ani jednego egzemplarza „Tygodnika”, ale go sobie kupuję, bo przychodzi regularnie do księgarni. Czekam bardzo na Pański przyjazd tutaj. Czym chata bogata… Poznałem Rad [8] – sympatyczny, cieszy się, że rozum służy także do myślenia i używa sobie na całego. To się nazywa la crise de maturité [9]. Błagam o ostatni numer „Znaku”. – A może też wyszlecie do „Libelli” [10] – na pewno tu kupią Polonusy kilka numerów, a Pan zainkasuje to w Paryżu na swój pobyt.

Teraz niedługo wyjeżdżam. Namiot i rower, trochę uzbieranego w ciągu roku jedzenia w puszkach i cześć. Jadę najpierw do Biarritz. Jak tam wypocznę, ruszę przez Lourdes w Pireneje, trochę na Côte d’Azur i przez Alpy z powrotem do domu. Chcę dla Pana napisać o Lourdes [11]. Na tle książki Werfla i filmu amerykańskiego, zrobionego z tej książki [12]. To delikatna robota. Może uda mi się to lepiej niż Prusz[yńskiemu] o Monte-Cassino [13]. Wszystko się ciapciusiowi pomyliło i pogilgało. Gdzie on widział Soracte [14]? Non video [15]. Ale może dla p[ana] hrabiego przeniosła się tak, że on mógł ją widzieć. I nie wie, jak się ta rzeka nazywa. Pamiętam taki film z Vlastą Burianem, Adiutant [16], gdzie go przenoszą do jakiegoś zakazanego garnizonu i on się pyta: „A je to na mapie?”. Prusz[yński] też się tak pyta. Otóż „to je na mapie”, ta rzeka. A tych cmentarzyków niemieckich, z których on widział tylko jeden, jest do nagłej krwi, a w ogóle główny cmentarz jest gdzie indziej. No i ci Niemcy, co to tak wychodzili z bunkrów, strzelali i włazili z powrotem. A po cio, po cio – zeby stselać z bunkra nie tseba wychodzić. Schrupałbym go, jak grylażowy cukierek, tego Ksawcia. Ale dość, bo nie chcę przemiłemu Kisielowi [17] robić konkurencji. Żal mi Kisiela. Czy on już z ciągłego przygryzania języka nie okaleczył się zanadto? Byłoby szkoda. Jest tam u Pana ktoś drugi, kogo b[ardzo] lubię. To Paweł Jasienica [18]. Zawsze widzę go z nożem w zębach, jak pirata. Świetny. Znam już w wyjątkach Pański artykuł z 4-ego nru „Znaku” [19] – powtarzam: proszę o „Znak”. Jestem zachwycony tymi wyjątkami. Każdy taki artykuł, to skarb w obecnych czasach. No – kończę już i tak przydługi list. Serdecznie ściskam dłoń, życzę powodzenia, zrobię, co będę mógł. Dziękuję za miłe przyjęcie mojej matki [20] i w ogóle za wszystko –

Andrzej Bobkowski


(2)

31.5.48

Drogi Panie Jerzy!

Stanowczo wolę, abyśmy byli po imieniu i dziękuje, że mnie Pan do tego ośmielił pisząc pierwszy w tej formie, znacznie dla mnie milszej. Nie odpisywałem tak długo, bo przygotowania do podróży zajmowały mi mnóstwo czasu. Teraz już wszystko z grubsza załatwiłem i zanim wyjadę (20-25 czerwca [21]), mam więcej czasu. Przede wszystkim dziękuję za miłe słowa, które Pan zawsze znajduje dla mnie – i co ważniejsze – dla mojej matki. Raźniej się czuję, gdy wiem, że ma ona ludzi życzliwych koło siebie, do których może się zwrócić ze swoimi kłopotami o radę.

Uśmiałem się i sympatyczną dla mnie była skwapliwość i żarłoczność, z jaką te dziwaczne gile katolickie rzuciły się na tekst [22]. Napisałem do nich, tym bardziej, że wyrzucili lub też im wyrzucono, trzy zdania. Może Pan sobie wyobrazić, że nie żałowałem soli i pieprzu – szczególniej w stosunku do tej fauny. Jestem ciekaw, czy z równą żarłocznością przedrukują drugą część – mój List [23] do tego przyjaciela – z którym jednak czekam, aby z jednej strony różnym figurom woskowym nie wydawało się, że głupie pochrumkiwanie i święte hoooburzenie zmusiły mnie do jakiegoś rachunku sumienia, a z drugiej strony gilom, że „musiałem”, tak jak się to zresztą u nich praktykuje. Może nawet długo poczekam. Bo nic nie „muszę”. Dlatego zgadzałem się, ale tylko do latarni.

Nie mogę Panu nic wysłać teraz, bo bardzo mało piszę. Siedzę na dwóch większych rzeczach, ale nie wiem, czy co wysiedzę. Tymczasem najbardziej mnie ciągnie w świat i wszystkie moje myśli krążą już pod zupełnie inną szerokością geograficzną. Jestem poza tym bardzo zmęczony, choć wiem, że używając mojej skali porównawczej, wy powinniście dawno zadrzeć kopyta. Okropnie mi żal, że Pana nie zobaczę. Wybralibyśmy się we dwóch do tej école de la sagesse [24], którą zakładają tu trochę na wzór „szkoły mądrości” Keyserlinga w Darmstadt’cie [25], a która przytulać się będzie do Dominikanów z Etiolles [26]. Znam Etiolles i przeora – wspaniały człowiek. Poznałem go w czasie wojny i spędziłem na rozmowie całe przedpołudnie – jedno z ładniejszych w życiu. Żal mi bardzo, bo jakoś czuję, że nie mielibyśmy przed sobą tajemnic i jeden dzień rozmowy pozwoliłby nam na solidne zaprzyjaźnienie się. A tak zostaną nam na długo jeszcze tylko listy. Żal mi będzie Francji – to dzisiaj chyba jedyny kraj, który stara się dyskutować przytomnie i nie operować w tym wyłącznie formułkami propagandowymi. Zachowali pod tym względem zupełnie wyjątkowe, jak na obecne stosunki, poczucie wstydu i równocześnie swobody. Jest to dziś z tego punktu widzenia znowu znakomity kraj i nawet wielki kraj, niestety bez wielkich ludzi w sensie politycznym, a więc trudno mu się wyszamotać. Poza tym cała ta część Europy ma zupełnie wyraźne uczucie, że będąc tymczasem poligonem ideologicznym, może łatwo zmienić się w poligon tout court [27]. To nie sprzyja materialnej stronie przebłysków renesansu. Jestem ciekaw, jak zacznę na to patrzyć z jeszcze większej odległości. Nas zabija często prowincjonalizm, ten punkt widzenia wyłącznie z własnego okna. Nie mówię już o zupełnie strażackim nacjonalizmie, zabójczo nudnym i lansowanym tym bardziej, im w istocie jest mniej ku niemu powodów. Wie Pan, za co najbardziej nienawidzę Niemców? Za to, że potrafili się stać ogólnie przyjętą jednostką miary i wagi. Cokolwiek mierzy się lub waży nimi, wydaje się to wtedy „musowo” znośne i sprzyja często najnieprawdopodobniejszym handlom i transakcjom moralnym. Mierzenie wszechświata i wszechmyśli esmanem [28] i piecem krematoryjnym nie jest żadnym pomiarem. To oni wypaczyli i zbili z toru kierunek myśli, oni utarli drogę i ułatwili rozłam na dwa światy. To jest coś, czego im póki życia nie przebaczę.

Nic Panu nie obiecuję, bo nie lubię nic obiecywać, nie będąc pewnym, co będę robił. Rzucam się trochę w awanturę z setką dolarów w kieszeni, z szeroko otwartymi oczami i dosyć rogatą duszą. Tym czasem dziękuję Panu za tak miłe odniesienie się do mnie i za przysyłanie „Znaku” i „Tygodnika”. Gdyby Pan pisał (ja nie mam jego adresu) do Parandowskiego, niech mu Pan napisze, że po prostu i z całym respektem, jaki mam dla niego, dziękuję mu za prześliczny Dialog z cieniem [29]. A może przed wyjazdem Pan napisze do mnie ze trzy słowa i przyszle mi jego adres. Wtedy sam to zrobię. Proszę od 20-ego zawiesić wysyłkę do Paryża i – ale to już nie wiem, czy w ogóle mogę prosić nie znając kosztów nawet zwyczajnej przesyłki (o lotniczej nie mówię, bo na to trzeba być milionerem) – o przysyłanie mi nadal na mój nowy adres. Dostawałbym to z dwumiesięcznym opóźnieniem, ale mój Boże… Sam Pan zobaczy, czy to jest możliwe i czy ja nie bredzę, marząc o tym. Mój nowy adres: Mr. A. B. c/o Almacen Universal – 8 Av[enida] Sur 2a – Guatemala City – Guatemala – C. A. (Central America). Są to bardzo wielkopańskie zachcianki i sam Pan rozstrzygnie. Może taniej wyszłoby co miesiąc naraz cztery lub pięć? Ale się przymilam, co? Oczywiście będę do Pana pisał i na pewno o „Tygodniku” nie zapomnę. Drogi Panie Jerzy – kończę już, obiecuję pisać i mocno ściskam dłoń, po czym po prostu ściskam. Bardzo mocno. Zawsze szczerze oddany

Andrzej.

P. S. Pani Hannie [30] proszę ręce ode mnie ucałować, a resztę ekipy najserdeczniej pozdrowić. Niech Wam Bóg pomaga i strzeże. To brzmi trochę patetycznie, ale jakże inaczej mam wyrazić, co czuję głęboko i prawdziwie.


(3)

Guatemala, 3.1.49

Drogi Panie Redaktorze, Kochany Panie Jerzy!

Dawno nic nie pisałem ani do Pana, ani dla Pana. W załączeniu przesyłam więc znowu taką bzdurę, po prostu I-y rozdział z mojego dziennika podróży [31]. Nie jest to żadna literatura, ot takie gadanie. W krótkich odstępach czasu będę wysyłał następnie tak, aby mógł je Pan puszczać co drugi, trzeci numer, o ile oczywiście odpowiada to Panu i w ogóle… W każdym razie proszę łaskawie   o d   r a z u   potwierdzić mi odbiór i zamiary. Drugi odcinek wyszlę zaraz po tym potwierdzeniu. Proszę też usilnie, w razie skorzystania, nie wyrzucać mi swawolniejszych odzywek (np. że z Goncourtami rozmawiałem o „świństwach”, a ktoś z Londynu powiedział mi, że do Francji więcej nie przyjedzie, bo już nawet domy publiczne skasowali [32]) i innych rzeczy (oczywiście rozumiem siły majorowe [33]). Co do   ś c i ś l e   swawolniejszych kawałków, to uważam, że T.P. [34] może sobie na to pozwolić. Nie jest „Dzwonem” [35] – jest pismem literackim. Nie przeganiajcie mnie. Nie należy przesadzać z pruderią; piszę o tym, bo raz wyrzuciliście mi takie głupstwo w jednej rzeczy. Na pewno się Pan o to nie pogniewa. Nie posyłam tego – tak jak zamierzałem – do „Nowin” [36], bo tam Jarosław pewnie zaczął swoje Listy z Ameryki [37] i choć nie mam żadnych pretensji, to wolę blado przy nim nie wypaść. To znaczy, że jednak jakieś resztki pretensji, to mam. No więc mam! Lubię być zawsze szczery – nawet ze sobą. Z ew[entualnych] honorariów niech Pan łaskawie odliczy koszty wysyłania mi T.P. tu, a resztę wypłaca matce. Z mojej książki, zdaje się, nici [38], więc Jej się grosz znowu przyda.

Taki jestem wdzięczny Panu za T.P. Dochodzi doskonale. Zawsze rzucamy się. Jest naprawdę dobry, ostatnio (u mnie „ostatnio” to paźdz[iernik] i list[opad]), jakiś taki żywy, ciekawy. Kto to jest autorem Spiczastych czapek abrakadabrystów [39]? Jakiś mój pokrewny duch. Uściskałbym go. I niech Pan to zrobi za mnie z Kis[ielewskim]. To dziwne: nikogo z Was nie znam, a taki jestem przywiązany, jak do dobrze znanych przyjaciół. Gdyby Pan widział Wilh[elma] Macha [40], to proszę go też uściskać. Sporo przegadaliśmy w Paryżu, ostatni raz tuż przed moją fugue [41]. Swój chłopak, choć bardzo „roślinny”.

U mnie nic nowego. Ciężka praca całymi dniami, żółwie wspinanie się. Ale to trudno. Strząsnąłem całe jedno życie, jak termometr i teraz rtęć musi znowu sobie wolno podleźć. Tym razem do temperatury normalnej! Pewnie z końcem miesiąca zmienię adres, zacznę się „rozbudowywać”. Ciężko, ale jaki oddech… Dla mnie to najważniejsze. Właściwie dla kogo to nie jest najważniejsze? A może nie, może większość tego nie pragnie i może dlatego z ludźmi robi się wszystko coraz łatwiej, coraz gładziej. Eur[opa] Zach[odnia], objęta pl[anem] Marshalla [42] zaczyna przypominać obóz D.P. pod opieką I.R.O. [43]. Czeka się na „przydziały”, zjada i czeka dalej. I klnie na Amerykanów. Cieszę się, że my nie przystąpiliśmy do tej imprezy. Przynajmniej pracujemy. Pan wie jeszcze lepiej niż ja, ile wyciąga się z nas tym „My sami”. Napisałem o tym do „Kultury” [44] i pewnie znowu utonę w londyńskich wymiotach, jak po Pożegnaniu [45]. Do dziś dnia się nie uspokoili. Jakiś endek, pierdowzór [sic!] głupoty, zrobił ze mnie wręcz materialistę. No, ale mam ich gdzieś. Nareszcie. Nie [ma] Pan pojęcia, jak wspaniale czuję się psychicznie. Strząsnąłem z siebie różne „zależności” i cześć. Panie Jerzy, kończę już te kilka słów i czekam na signum [46] od Pana. Wraz z Nowym Rokiem przesyłam Panu i wszystkim, wszystkim kochanym moje najgorętsze życzenia spokoju ducha, pogody i powodzenia w tej wielkiej pracy bez nagrody. Niech mi Pan wierzy, że nie wszyscy, którzy są daleko, są także daleko od Was. Mocno, mocno ściskam Pana.

Av. Elenie Norte 32
Guatemala – Guatemala C. A.
Zawsze oddany

Andrzej B.

P. S. Przepisuję na masz[ynie] bez interlinii, bo inaczej przesyłka kosztowałaby majątek. I tak jest to ponad stan w moim obecnym budżecie.


(4)

Guatemala, 23.5.49.

Kochany, drogi Jerzy!

Dostałem Twój przemiły list. Jednak. No – nie przypuszczałem, że wyszlesz go zwykłą pocztą. To są miesiące. Ale grunt, że przyszedł i narobił mi wiele radości. Jak widzisz zgoda – przepijmy tymczasem atramentem i na zagrychę taśmą do maszyny. Trudno – poprawi się. Tylko już nie pisz mi więcej takich bzdur o wielkich pisarzach, bo z powrotem zacznę per Szanowny i Czcigodny Panie Redaktorze i będę kończył per Pozostając Z Głębokim Szacunkiem Kreślę się Z Wysokim Poważaniem. Daj spokój – ostatecznie każdy trochę kulturalny człowiek potrafi opisać to, co przeżył – jeden lepiej, drugi gorzej – ale do pisarstwa jeszcze daleko. Nie składam przy tym skromnie buzi w ciup, po prostu jeżeli chodzi o mnie, to wiem, jak jest.

Pewnie już dostałeś mój list, pisany w kilka dni po otrzymaniu Twojej kartki. W punkcie dotyczącym ew[entualnego] druku możesz go uważać za nieważny. Z tego „Życia”, które zakrawało na niezły katolicki tygodnik, wycofałem się, bo 1-o nie uważali za stosowne mi odpisać, a 2-o dowiedziałem się, że zostało ostatnio opanowane przez jakichś chevaliers de l’émigration [47] zupełnie mi nieodpowiadających, jakieś endeckie kretyny, czy coś gorszego, choć nie wiem, czy może być coś gorszego [48]. W sumie „vas-y, Toto” [49] – jak chcesz, to drukuj, rób z tym, co Ci się żywnie podoba. Mam do Ciebie pełne zaufanie i wierzę, że przed biskupami wybronisz maximum. Jak możesz, to obroń ten cytat z Balzaca, choć trochę nieprzyzwoity [50]. Ale na takie żart[y] pozwalała nawet Mme Sand w swoim starczym okresie bigoterii w Nohant. Zresztą to tak wspaniale charakteryzuje kochanego Honoriusza.

Mój drogi – tylko już więcej nie zamieniaj się w ostrygę. Jak nie masz czasu, to napisz choć trzy słowa – oczywiście pocztą lotniczą. W tym liście załączam drugą część, czyli będziesz miał już zapas i możesz zacząć. Napisz od razu, jak pójdzie Rozstanie [51], i przyszlij mi wycinek w liście lotn[iczym], bo na cały numer musiałbym za długo czekać. Jak tylko do mnie napiszesz, że zacząłeś, od razu wyszlę trzeci itd. Oczywiście nie jedź co tydzień, bo nie nadążę.

Otwieram sklepik, przygotowuję produkcję nowego typu, a równocześnie staram się pisać. Siedzę nocami. Mam dwie nowele, czy też opowiadania we łbie – już stąd, takie trochę „egzotyczne”, ale mam wrażenie, że raczej dobre. Co nie oznacza, że mój business [52] nie zajmuje mnie w równym stopniu. Bardzo mi się podoba ten mój ostatni fach. Jesteś ze Lwowa [53], więc powinieneś wiedzieć, że tam modelarstwo stało na b[ardzo] wysokim stosunkowo poziomie i że to jest coś więcej niż zabawa. Do tego w skali uprawianej tu – motory benzynowe, a ostatnio odrzutowe ho, ho. Musiałem wziąć się do matematyki i do aerodynamiki zupełnie poważnie. Stany mają dlatego takie lotnictwo, bo tam 14-letni chłopcy wiedzą już to, co u nas na trzecim roku budowy płatowców. Do szkół lotniczych nie chcą właściwie przyjmować nie-modelarzy. Tu było dotąd wszystko importowane – ja zaczynam produkcję krajową. Pracuję z harcerzami, przejdę teraz do szkół – mam już markę speca.

Teraz mam mało czasu, ale będę do Ciebie pisał, to Ci stopniowo sporo ciekawostek opiszę. W tym, co Ci posyłam, na końcu przewidziana jest i sama Guatemala. Och – byle bym tylko zdążył, bo będziesz miał ze mną roboty, a czytelnicy w końcu się znudzą.

Mój drogi – ew[entualne] honoraria bądź tak dobry wpłacać mojej mamie po odtrąceniu sobie wszystkich kosztów (listy, prenumerata i przesyłka). Bardzo Cię o to proszę – żadnych krępacji i tiu, tiu, tiu.

Jerzy, tak się cieszę, że tak fajnie do mnie napisałeś – tak „z wiary”. Ty musisz być pierwszorzędny chłopak. Jeżeli chodzi o mnie, to pragnę Cię tylko zapewnić co do jednego, a mianowicie, że jestem zupełnie normalny i nie jestem pederastą, o co mnie wskutek owej dziwnej przyjaźni z Jarosławem już posądzano. Piszę „dziwnej”, bo rzeczywiście ja nie wiem, jak się to stało. Inicjatywa wyszła od niego – co do mnie, to dużo by pisać. Coś w nim jest, czego ja nie mogę przyjąć i co – entre nous [54] – mnie odrzuca. Coś, co w nim jest chore, szuka widocznie tego, co jest zdrowe we mnie. Ponieważ ja nie czuję się w żadnym punkcie chory, więc rozumiesz, że jako zdrowy, nie poszukuję w nikim żadnej choroby do kompletu. I tak jest to trochę bez wzajemności. To najlepiej Ci chyba wyjaśnia istotę rzeczy. Piszę o tym tylko do Twojej wiadomości, bo od Twojego listu uważam Cię za mojego prawdziwego i serdecznego przyjaciela i nie chciałbym, abyś miał jakieś wątpliwości, abyś np. pisząc do mnie o Jarosławie „uważał” na słowa. Mam zresztą wrażenie, że w sumie myślimy o nim to samo. Poza tym mam 36 lat (jak ten czas leci – Wokulski, jedno jasne), kocham się zawsze w mojej żonie, czuję się jeszcze bardzo młody, jestem często nieopanowany w sądach i w ogóle dość taki sobie. Jak raz zapytałem żonę: „I gdzież mogłabyś znaleźć takiego drugiego męża”, opowiedziała mi spokojnie: „W Kulparkowie [55]  – kochanie”. To tak dla informacji. Po amerykańsku mógłbym jeszcze dodać, że przede wszystkim lubię rum („Caribe” [56] albo „Bacardi”) i wędzoną polędwicę. Nie lubię Claudela i Zawieyskiego Jerzego [57] pomimo, że on najdokładniej wie, jakie są warunki utrzymania w piekle, w niebie i w czyśćcu, a ja nie wiem. Na Łasce się nie znam, bo nigdy w życiu nie miałem najmniejszych wątpliwości i modlitwa była dla mnie wielką rzeczą i pokrzepieniem. Tu za najbardziej interesujących uważam księży amerykańskich. W myśleniu staram się zawsze eliminować modę. Mody myślenia zarzynają świat. Szczególniej to, co już dawno jest démodé, a co podaje się za ostatni gwóźdź sezonu.

Kochany Jerzy – kończę tymczasem, pisz, na ile Cię stać, ściskam Cię mocno i podpisuję się lakierem, bo atramentu w domu nie mam, bo tu atrament drogi, a tusz jest w drugim pokoju i nie chcę budzić żony, jako że jest już 2-a nad ranem.

Twój Andrzej

[Dopisek:]
Pozdrów wszystkich koniecznie!!! Przetłumaczyłem pewne ustępy Pax Morstinowej [58] i tut[ejszy] attaché kult[uralny] amb[asady] amer[kańskiej] już trzy razy mnie się zapytał: „Is it serious?” [59]. Nie daje mu to spokoju. Odpowiedziałem: „Absolutely serious” [60]. Biedny człowiek!!!! Mój nowy adres: 10-a Av. De Jocotenangu Nr. 9.


(5)

Guatemala, 18.6.49.

Kochany Jerzy!

Wczoraj dostałem Twój list i bardzo się ucieszyłem, bo już znowu się bałem, że coś się pokręciło. No i także bardzo, bardzo się cieszę, że Ci się podoba i że to ujrzy światło dzienne. Wydaje mi się, że dla czytelnika będzie to zajmujące – ot, trochę morskiego powietrza. Gdybyś jednak miał jakieś kłopoty z powodu tego, to daj spokój i nie upierajmy się. Nie zapomnij o mojej matce – ona jak na swoje lata piekielnie haruje. Gdybyś się z nią komunikował, to zapytaj, co jest; że jestem bardzo niespokojny, czemu tak długo nie pisze. Nie pisz mi, że jesteś hermetyczny. Oczywiście wiem, że żadne „ha, ha, hi hi, hejże hola”, ale wiem, że w pierwszej rozmowie bylibyśmy zdolni wejść do rzeczy szczerze i głęboko. A to, że w pewnych zagadnieniach nie byłoby punktów stycznych, to mnie mało obchodzi. Zresztą, wcale nie wiem, czy byłoby ich tak dużo. Ja wcale nie jestem uparty, zawsze szukam, zawsze słucham, zawsze węszę. Pamiętaj tylko o jednym, a mianowicie, że nie może być to „Ciocia (ja) mu o apostołach, on (Ty) jej o spermatozoach [61]”. Ja w tych – nazwijmy to „spermatozoa” – doskonale siedzę, ani na krok od nich nie odszedłem itd. To, co piszesz mi o swoich książkach, to samo i mnie się przydarza. Cały mój bagaż, gdy tu jechaliśmy, to były książki, z tego mnóstwo kupionych w Paryżu i jeszcze nie przeczytanych. I teraz też leżą, bo nie mam czasu. A w składzie tytułów i zagadnień pewnie bardzo zbliżone do Twoich. O widzisz – mamy wspólnego Miłosza. I ja o nim myślę to samo. Niedawno miałem list od Janty [62], że gdzieś na Kubie czy na Bermudach musimy sobie zrobić konferencję czterech – Miłosz, Wittlin [63], Janta i ja. Ale to dalekie plany, bo tymczasem żaden z nas nie ma jeszcze tymczasem forsy na podróż. Tymczasem zabieram się do organizowania koncertu Małcużyńskiemu, który ma tu zawadzić w swoim tournée. To przemiły chłop. Ofiarował w październiku dwa koncerty w Palais de Chaillot całkowicie na „Kulturę”, która została pozbawiona wszelkiej pomocy, a ma zamiar trwać, wywiesiwszy czarną chorągiew, jak mi pisze G[iedroyc] [64]. Na mnie wieszają psy, jak zwykle, czym jestem b[ardzo] zaszczycony. Ale to szkoda nawet miejsca na te bzdury. W sumie byłoby to smutne, gdyby już nie przekroczyło pewnych granic, tak że stało się śmieszne. Ale to się nie liczy. Tu mam to samo i zarykuję się patrząc na Hiszpanów. Widać z tego, że są pewne prawa fizyczne i psychiczne i nic się na to nie poradzi. Trzeba je przyjąć jak przyspieszenie ziemskie (tu trzeba raczej powiedzieć „opóźnienie”).

Pojutrze otwieram już mój kramik oficjalnie. Miałem urwanie głowy z tym, ale nareszcie dobiłem. Ciekaw jestem, jak to pójdzie. Widzisz, fakt, że studiowałeś budowę maszyn, uważam za bardzo korzystny. Człowiek piszący dzisiaj nie może nie znać się choć trochę na technice. Powinien właściwie znać się dobrze. Maszyna, szybkość, aerodynamika i cały ten kram do tego stopnia weszły w życie, że nie znać tego to kalectwo. Pisarz współczesny musi umieć odróżnić pilnik do paznokci od pilnika do żelaza, a ten od pilnika do drzewa, a ten znowuż od raszpli. Nie można tego powiedzieć o wielu naszych, a najmniej znajomości w tej dziedzinie wydają się wykazywać właśnie ci, co to od rana do wieczora chcieliby tylko o pilniku. Mnie, po oblaniu matury, ojciec [65] wyrzucił z domu. Co miałem robić? Poszedłem jako praktykant ślusarski do warsztatów lokomotyw w Płaszowie. Dostałem 80.- zł. na miesiąc, mieszkałem u mojego majstra i jeszcze z tego płaciłem sobie korepetycje, ucząc się do repety. Po pięciu miesiącach ja wygrałem tę wojnę nerwów z moim tatusiem, bo mi kazał wrócić, i od listopada do lutego on mi płacił korepetycje. Za to ja nauczyłem się robić przy lokomotywach, a w rok później wyremontowałem na wakacjach całą lokomotywę ze zmianą rur płomiennych włącznie. Po skończeniu SGH [66] dostałem posadę w Synd[ykacie] Hut Żel[aza] 250.- zł. Zanim ją objąłem, pracowałem w Hucie Pokój w N[owym] Bytomiu [67] trzy miesiące za 150.- zł. Przetykałem na wszystkich działach, na wielkich piecach, przy wsypie, zatrułem się siarką, ale potem wiedziałem, co to jest stal, jakie są stale, jaki skład chemiczny. Patrzyli na mnie jak na głupka. Teraz musiałem się znowu uczyć (dosłownie) motorów spalinowych i odrzutowych, choć mam tylko do czynienia z miniaturkami. Ale tamto się przydało. A ileż wśród tego można poczynić „odkryć”, czysto humanistycznych? Ho, ho. To ty pewnie w tej sekcji budowy szybowców znałeś mojego kuzyna, Wacka Czerwińskiego, znanego konstruktora. On teraz jest w Kanadzie i właśnie do niego piszę, żeby mi zaprojektował dwa modele, bo szybowce, to już czarna magia, talent, dar boży. Teraz uprawiam chemię, bo dostałem małe motorki 0,045 cala kub[icznego] na zapłon diesla. Do tego musi być specjalna mieszanka, do tego tu, na wysokości 1500 m n.p.m., gdzie ciśnienie jest słabsze i zapłon utrudniony. Babram się w eterze, kerosinie i stroju bobrowym [68]. Potem muszę przejść do kierowania radiem, bo i to już jest na porządku dziennym w modelarstwie. Mój Boże, jakże odrębne życia się przędą. Ale to nic, grunt to złapać oczko i umieć zarabiać na kilka naraz.

Dwa tygodnie temu było w naszej chałupie wielkie święto, bo w nocy z niedzieli na poniedziałek nasza kotka rodziła i wyszły trzy małe kocięta. Wstaliśmy obydwoje. Cisza nocy, kocię ledwie się urodziło, już smakowicie cmoka. Narobiły mi takiego apetytu, że o 3-ej nad ranem musiałem sobie otworzyć puszkę mleka i wytrąbiłem całą. A potem nagle zaczęła bębnić ulewa. Od moderato do piano i fortissimo. Potem grzmoty. Już pora deszczowa zaczęła się na dobre. W takiej ulewie u nas w domu trzeba prawie krzyczeć, żeby drugie usłyszało. To są wodospady wody, lejącej się na dach. Wyładowania elektryczne są takie, że przy grzmotach nasz korab drży. A my siedzieliśmy przy kotkach i nagle ogarnęło nas coś takiego, czego od lat nie pamiętam, co można by tylko nazwać „spokój Boży”. Wszystko wydało mi się snem. I dopiero kiedy po jakimś dyluwialnym [69] grzmocie żona wrzasnęła mi nad uchem „chrząszcz brzmi w trzcinie”, zacząłem się śmiać – i to znowu tak jak chyba ostatni raz za dziecinnych lat. A kotki ssały, kotka była zmęczona i prosiła o mleko, i ulewa dudniła. A rano słońce. Wszystko mokre i tonące w syropie zapachu kwitnących pomarańcz. Wśród nich, jak duchy, cichutkie i malutkie, drgają kolibry, drgają nad kwiatkami i popijają przez słomkę. Kolorowe duszki, granatowe z żółtymi podbrzuszkami, niebieskie, fiołkowe, pomarańczowe. Wczoraj jeszcze mały, liść palmy pod naszym balkonem kropnął sob[ie] od razu jeden metr dalej i rozrósł się do rozmiarów ucha słonia. Potem przyleciały kanarki i po odśpiewaniu kilku arii odleciały na inny koncert. Psy przyszły jeszcze mokre i oczywiście wlazły na łóżko. Potem obwąchały noworodków, wylizały je ze wszystkich stron i poszły się kłócić ze szkopskim jamnikiem naprzeciwko. Jamnik jest ohydny, nazywa się potwornie Schnucky i podobny jest jak dwie krople wody do swojego pana, byłego konsula niemieckiego w Guatemali. Te szkopy są dla nas ultra przyjemne, co jakiś czas przysyłają nam kosz pomarańcz, a my przyjmujemy to chłodno, jako odszkodowania wojenne. Ja wykazuję w rozmowach z nimi mój wrodzony dowcip, bo kiedy oni obżałowują mnie „Ach Gott, Sie arbeiten so viel” [70], odpowiadam krótko: „Arbeit macht frei” [71]. Po jednym koszyku jarzyn poklepałem konsula po ramieniu i powiedziałem, mrużąc się figlarnie: „Benito, das werde ih Ihnen niemals vegessen” [72]. A oni mówią – mam u nich taka opinię – że „dieser Bobkowski ist sehr geistig” [73], co, jak wiesz, w sposób piwno kapuściany stara się oddać sens eterycznego spirituel [74] francuskiego.

Pytasz mnie o teatr? Nie ma stałego. Przyjeżdża z Meksyku. Nie byłem. W kinie nie byłem od roku. Za to muzyka stoi na wysokim poziomie. Wystarczy, jak Ci powiem, że w tym kraju Indian 30% (słownie: trzydzieści) sprzedaży płyt gramofonowych przypada na muzykę klasyczną i nowoczesną – St[r]avinski, Bartok itd. Kisiel byłby zachwycony. Teraz jest wspaniała nowość, a mianowicie płyty tzw. microgrow, drobno żłobione. Na jednej płycie masz całą 9-ą [75], a na dwóch płytach wszystkie Etiudy Chopina, na jednej płycie cały koncert fortepianowy Czajkowskiego itd. I takie nagranie, że np. fortepian (najtrudniejszy, zawsze trochę nie tego na płycie) wypada tak, jakby grano przy tobie. Ani cienia szmeru, pełny dźwięk, okrągły, bez osadu. Poza tym przyjeżdżają nieźli dyrygenci – Toscanini, Stokowski, pianiści. Programy radiowe doskonałe. Ja tymczasem nie marzę o żadnym samochodzie, a po prostu o radiu, a potem o pianinie. No, ale to odległe marzenie.

Teraz jestem zadowolony, jak mam mieszkanie i jedzenie. Ceny zaczęły spadać w ślad za USA. Jestem ciekawy, jakiego rodzaju jest ten spadek cen. Czy jest to pierwszy powiew kryzysu, czy tylko niwelacja, wskutek wojennego rozdęcia. Zobaczymy. No – trzeba kończyć. Rozpisuję się, korzystając z tego papieru. Dałem sobie pociąć papier, który sprowadziłem do krycia modeli, i używam sobie. Pan American Airways powinien mi to skonfiskować, choć i oni zapowiadają obniżkę taryfy pocztowej do Europy. Wszelkie zniżki cen też mi się wydają po latach jakimś kantem. A propos kantu, to jasne – ten Picasso jest kanciarz i tu nie ma co dyskutować. Poza tym matołek, snob, fasoniarz, dyskonter snobstwa innych niezrównany. W tej materii przychylam się całkowicie do opinii Gerasimowa [76] o nim.

Jerzy drogi – pozdrów wszystkich najserdeczniej, pisz do mnie choć po pięć słów. Załączam trzeci odcinek. Ściskam Cię mocno, mocno, życząc Tobie, Twojej żonie i córkom wszystkiego od Boga, Twój

Andrzej


(6)

Bobkowski
8a, Avenida „A” 7 – 98
Guatemala – Guatemala, C. A.

Guatemala, 15.2.60

Bardzo kochany Jerzy,

Od świąt leży u mnie w szufladzie Twój bilecik z życzeniami, od lat wybieram się do Ciebie napisać znowu, no i wreszcie dziś, po otrzymaniu listu od mojego stryja z Genewy [77] z wiadomością, że się z Tobą widział, postanowiłem wystukać choć parę słów.

Sam nie wiem, od czego zacząć. To już chyba 6 albo siedem lat, jak nie wymieniliśmy słowa, a może i więcej – w każdym razie na pewno już „epoka” i w Twoim, i w moim życiu. Tak te lata biegną, aż pewnego dnia człowiek zdaje sobie sprawę, że już bliżej niż dalej, że jeszcze trochę i trzeba będzie się zacząć na serio przygotowywać do tej największej i najciekawszej podróży. Dla mnie te lata były ciężkie, ale na pewno nie tak ciężki, jak dla Ciebie i wielu innych tam. Gdy przerwaliśmy korespondencję, a raczej przerwałem ją ja, nie chcąc narazić Cię na nigdy nieprzewidziane, a wówczas zupełnie możliwe przykrości. Byłem zresztą wtedy w najcięższym okresie, przywalony wysiłkiem utrzymania się na powierzchni, zapracowany, w końcu w jesieni 53 r. upadłem raz wieczorem na ulicę, nie mogłem wstać, zdawało mi się, że jeżeli zrobię jeden ruch, natychmiast umrę. Skończyłem w szpitalu, z księdzem u łoża, pomimo że protestanty (szpital amerykański) nie chciały go wpuścić. Po czym nas, katolików, oskarża się o fanatyzm. Ubaw po pachy, jak mówi Putrament. Okazało się, że był to początek nervous breakdown [78], czyli facet nerwowo nie wytrzymał. Lekarz kazał mi odpoczywać i – grać w golfa. Tropikalna recepta dla ludzi o blond włosach. Wobec tego po 24 godzinach, pogodziwszy się najpierw z Bogiem (nigdy się z Nim nie kłóciłem, ale to taki durnowaty zwrot) wyjechałem na mały urlopik i najpierw od razu wieczorem zalałem się, co mi świetnie zrobiło. Po czym usamodzielniłem się. Czasy były wtedy ciężkie i choć byliśmy prawie za żelazną kurtyną, i sklep, w którym przedtem pracowałem, był pod komisarycznym zarządem de los camaradas [79], wystąpiłem i puściłem się na własne ścieżki wojenne. W 54-ym zawarłem spółkę, powiększyłem mój modelarski „hobby shop”, który otworzyłem na całego już po uwolnieniu kraju spod okupacji… Dopiero wtedy trochę odetchnąłem, przestałem być najemnym pracownikiem, czyli niewolnikiem; chcąc wyjść na kawę nie musiałem już nikogo prosić – w sumie odetchnąłem. Powoli, powoli, mogłem podnieść standard życia, z krajowego rumu przejść na dobre whisky etc.

Dziś nie jestem bogaty. Ale już nie piszczę, dorobiłem się ładnej Renault-Dauphine [80] (mam ją od dwóch lat, wspaniała maszynka), trzy miesiące temu kupiłem nareszcie małą lodówkę (to też rekord – 11 lat w tropiku bez lodówki), mam niezłe radio, telewizji nie mam, bo nie znoszę tego fotomatonu [81], mieszkam jednak zawsze w tym domku drewnianym, do którego sprowadziłem się w lutym 49 r. Na dwie osoby nie warto wydawać na czynsz więcej niż 50 dol[arów] mies[ięcznie]. A tu wszystkie tak zwane przyzwoite mieszkania są bardzo drogie. Basia się na mnie trochę o to złości, twierdzi, że wszyscy mężczyźni są troglodytami, a ja się do tej chałupki, zbudowanej nad garażem autobusowym na trzech ścianach z „adobe” [82] bardzo przywiązałem. Zresztą domek jest w mieście i nie jest w mieście, za oknami gaj bambusowy, nasze cztery koty mają wybieg. Chałupa ma poza tym i tę zaletę, że jest jak sejsmograf – najlżejsze trzęsienie ziemi, którego nikt nie czuje, u nas powoduje kiwanie się obrazków na ścianach i brzęk kieliszków w barze. A w ogóle, to się i do tego kraju bardzo przywiązałem, i może nie zgorszysz się, gdy Ci powiem otwarcie, że naprawdę go pokochałem. Dziś rozumiem, że można jakiś obcy kraj pokochać i bez uszczerbku na duszy mieć jakby dwie ojczyzny. Jednego jestem pewny – już bym stąd nie wyemigrował, nawet do Polski. Ja wiem – obruszysz się pewnie na takie dictum acerbum [83], ale gdy pomyślisz, jaki procent bardzo zwykłych i codziennych rzeczy, jak przyzwyczajenie do stylu życia, pogody, klimatu, pejzażu, rozrywek, kłopotów itd. tkwi w pojęciu „ojczyzna”, i jaki procent imponderabiliów tej czystej miłości, to dojdziesz do ciekawych spostrzeżeń.

Nas niestety warunki zawsze zmuszają do wysokiego „C” i człowiek, który nie wyje na wysokim „C”, uważany jest za zdrajcę, za typa wyobcowanego, który prędzej czy później musi skończyć degrengoladą. Wcale nie uważam, że grozi mi degrengolada, dlatego że kocham Guatemalę i chcę tutaj umrzeć. Tym bardziej, że na to zakrawa. Piszę do Ciebie szczerze i ufam, że nie rozpaplasz, bo nie chcę jeszcze uchodzić za trupa, a w takim wypadku ludzie są skłonni grzebać przed czasem. Od przeszło dwóch lat żyję w cieniu śmierci. W grudniu 57 r. przeszedłem pierwszą operację na raka skóry (głupkowaty pieprz na skórze, który przerodził się w raka, tzw. melanomę [84]) i który potem poszedł w gruczoły. We wrześniu 58 przeszedłem drugą operację, w czerwcu zeszłego roku trzecią. Teraz siedzę, pisząc do Ciebie zdrowy jak rydz, świetnie się czując, przez ostatnie miesiące pracowałem jak przysłowiowy traktor, ale czy się to zatrzyma, czy nie, to tylko w rękach Boga czyli Łaska Boska i skrzypce, jak się mówiło w Krakowie. Wiele przeszedłem przez ten czas i zrobiło to ze mnie jakby innego człowieka. Ale wydaje mi się, że do pewnego stopnia wygrałem tę walkę. Moralnie. Nie powiem Ci, że przestałem się bać śmierci, bo to jest idiotyzm. Ale udało mi się ją „przyjąć”, ich bin imstande den Tod nicht wegzuerklären [85], jak się to doskonale i nieprzetłumaczalnie określa po niemiecku. W większości wypadków nawet wśród chrześcijan stosunek do śmierci jest pojmowany błędnie, jakby tchórzliwie, bo śmierć większość chrześcijan stara się wegerklären, nie mówiąc sobie, że ona właściwie nie istnieje, że życie (jakieś życie) idzie sobie dalej. Nie – nie można przeczyć śmierci, można ją tylko po chrześcijańsku (używam najszerszego terminu) przezwyciężyć. Śmierć powinno się brać zupełnie na serio przede wszystkim jako koniec życia w tym sensie, w jakim my to życie pojmujemy, to znaczy naprawdę i bez głupich dowcipów jako koniec świata i koniec   w s z y s t k i e g o   w naszym ludzkim zrozumieniu. Poza tym pozostaje tylko ufność i wiara w nadprzyrodzone miłosierdzie Boskie, które można załatwić tylko wiarą i ufnością, bo tego tu naszym umysłem nie można zrozumieć. To kwintesencja mojej filozofii i mojego spokoju. Chyba zrozumiałeś, o co mi chodzi. Samo podejście do tego w ten sposób czyni mnie prawie (jestem ostrożny z określeniami, bo nieostrożne określenia z taką delikatną rzeczą jak śmierć są tylko możliwe, gdy się ją podświadomie wegerkleruje nawet in der Hitze des Barrikadengefächtes [86]) gotowym i właściwie pogodnym w oczekiwaniu. Stoi to zawsze obok, co nie przeszkadza, że rozkoszuję się życiem, że jest we mnie bezgraniczna wdzięczność za każdą chwilę przeżytą jeszcze TU, na ziemi. To chyba naturalne.

W związku z tym opowiem Ci śmieszny fakcik. Mianowicie do niedawna miałem spowiednika, amerykańskiego księdza (już niestety wyjechał). Raz mu mówię, że jestem trochę zdenerwowany, bo jak idę na ulicy i zobaczę ładne damskie nogi, to ogarniają mnie dość robaczliwe myśli. A on na to: „Don’t worry, son [87], to dobrze – przynajmniej widać, że nie straciłeś ochoty do życia, a twoim wypadku to najważniejsze, don’t worry”. I rzeczywiście jej nie straciłem. Właściwie to nawet żyję z poczuciem jakiegoś szczęścia, bardzo wielkiego, jak nigdy dawniej. I śmiać mi się chce z ludzi, którzy kwestionują sens życia. Dziś wiem, że ono ma sens, BO JEST. Tylko nie myśl, że popadłem w jakąś metafizykę, że latam do kościoła, że czepiam się sutann etc. Nie – żyję najnormalniej w świecie i żyję od roku (po odbyciu walki) jakby bogatszy i pełniejszy. I to wiąże się z tym, co Ci napisałem o Guatemali. Bo kilka dni temu wróciłem z prawie tygodniowej podróży, po przejechaniu prawie 600 km, co w tym terenie i po tych drogach tutaj liczy się potrójnie. Pewnego dnia rano, jadąc przez góry, po drodze wijącej się grzbietami na wys[okości] od 10.000 do 13.000 stóp, zatrzymałem się w lesie. Na tej wysokości tutaj lasy są sosnowe, o rzadkim poszyciu, wiatr chłodny jak u nas w górach, nad drogą błyskały białymi podbrzuszami jaskółki, które tutaj zimują, przylatując z północy. Wiatr szumiał w sosnach, przesypywał się z cichym poświstem przez długie, delikatne igły sosnowe. Są dużo dłuższe niż na naszych sosnach i cieniutkie. Siedziałem przy drodze, pustka, świeciło słońce. I wtedy pomyślałem sobie, że już tu chcę umrzeć, może dlatego, że będzie łatwiej i przyjemniej, jeżeli tak to można wyrazić. Na początku myślałem, czyby nie wrócić, bo mimo woli działał na mnie mit „umierania na własnej ziemi”. Mój Boże – czy to takie ważne? I gdy pomyślałem, że może musiałbym umierać na łóżku szpitalnym na wspólnej sali albo w jakimś ciasnym pokoiku z przepisowym zagęszczeniem na metr kubiczny za ścianą i z wrzaskami tegoż zagęszczenia, może w jesienny, szary dzień za oknami, gdy tygodniami słońce ukazuje się tylko, jakby było na kartki i racjonowane, może do tego w dzień bezmięsny – nie. Smutno umierać, ale po cóż do tego umierać w smutku? Czy to takie ważne, że moje ciało, które po fakcie nie liczy się już, jest już niczym, będzie spoczywało obok garstki prochu mego ojca? To animizm i fetyszyzm. Bo w dzień Ciał Zmartwychwstania i tak się znajdziemy, tata na Rakowicach, a ja na cmentarzyku wiejskim na plaży nad Pacyfikiem. (Już se wybrałem). Nie przesadzajmy. Tak więc per saldo pisze do Ciebie człowiek per saldo bardzo szczęśliwy. Miewam nawet nieraz chwile, że czuję się jak Sobieski pod Wiedniem. Dałem sobie radę, zbudowałem tu nowe życie z niczego, życie wolne, pełne swobody, wyrobiłem sobie szacunek ludzi, wychowałem już cały zastęp młodych ludzi, dla których słowo „Polonia” nie jest pustym dźwiękiem. Poznali ją przeze mnie na tyle, na ile to możliwe. Gdzieś, kiedyś, może się to przydać.

22.2

Nie skończyłem tego listu tydzień temu, a potem nie miałem czasu. Teraz sezon wizyt – ludzie z północy przyjeżdżają tutaj pogrzać się. Tym razem spadł mi z Kanady adwokat z Winnipeg, Bronio Dubieński. Pamiętasz może z Krakowa taką wariatkę sportową, Wandę Nowak Dubieńską [88]? To żona jego brata, który był jednym z dyrektorów u Fitzner Gamper i Zieleniewski [89]. Ojciec ich był zawiadowca stacji w Czerniowcach, 7-ro dzieci, ten Bronio z Kanady w 1914-ym dostał Franz Josef’s Stipendium do Kanady na rok, studiując na uniwersytecie wiedeńskim. I wojna go tam złapała, więc zapisał się w Kanadzie na prawo, w nocy pracował w piekarni jako robotnik, skończył prawo i był jednym z pierwszych adwokatów polskiego pochodzenia w Kanadzie. Dziś ma 67 lat bardzo jeszcze rześkich, dorobił się trochę pieniędzy, kancelarię coraz bardziej powierza najstarszemu synowi, a sam jeździ po świecie. Marynarka uszyta w Hong Kongu, radio kieszonkowe z Tokio, spodnie z Sydney, szkicownik (namiętnie maluje) z Honolulu itd. I przy tym wspaniały typ – taki, co to już ich coraz mniej. Trochę go woziłem po Guatemali, przedwczoraj i wczoraj spędziliśmy weekend na wsi u naszych przyjaciół, też Polaków, którzy dorobili się tutaj wielkiej finca [90] (zaczęli od fabryczki konfitur, ale on, góral z N. Targu i inżynier rolnik, zawsze marzył o swoim, no i ma) i przez dwa dni wyłem ze śmiechu. Popijaliśmy zdrowo, często gęsto wznosząc toasty es lebe unser Kaiser Franz Josef [91]. Kopalnia anegdot i dowcipów, wiesz – tych dowcipów, co to już się zapomniało. Np. dwa Żydki, Tata i mały chłopak, popijają wodę w Karlsbadzie i nagle mały widzi pomnik nagiej kobiety z napisem „Iris”. Pyta taty: „tate – was ist das Iris?” [92]. Tato: „Moritz – der Schlag soll dich treffen. Ich weiss was mir is, wie soll ich wissen was ihr is?” [93]. Przypomniał mi się mój ojciec, Wideń i cała ta nasza Galilea [94] poczciwa.

Od lat w Kanadzie, ożenił się z Kanadyjką, a nigdy nie odszedł od polskości, do dziś dnia pracuje w organizacjach polonijnych, między wojnami jeździł do Polski na różne kongresy i zjazdy – krótko mówiąc, udał się typ. Gdy dziś odwiozłem go na lotnisko, żal było mi się żegnać, bo wydało mi się, że go znam od lat. Strasznie mu się tutaj podobało i chce „na starość” się tutaj osiedlić. Nie dziwię mu się, bo tam w Winnipeg cztery miesiące lata i osiem miesięcy zimy, bez półtonów. Czyli jak on to tutejszym tłumaczył po hiszpańsku: En Canadá hay solamente dos estaciones en el ańo – el invierno y la estación del ferrocarril [95].

Ciekaw jestem, kto teraz przyjedzie. Ja lubię te wizyty, bo będąc moim własnym szefem, mogę ludzi obwozić i wyjeżdżać, kiedy mi się podoba. Słuchaj – czy Ty nie będzie kidy [sic!] w USA? Pamiętaj, że gdybyś miał lecieć do St[anów] Zjedn[oczonych], to musisz mi dać znać, bo wtedy – jeżeli bym jeszcze żył – na pewno bym tam do Ciebie doleciał. To od nas podmiejski ruch samolotowy. I może bym Cię namówił na małą wizytę tutaj, tym bardziej, że to nie więcej by kosztowało jak trochę ponad 100 dol[arów]. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku wybieramy się stąd we czwórkę do tego Dubieńskiego „zniszczyć” go w Winnipeg. Do Miami polecimy, tam kupimy samochód i dalej samochodem. Można zresztą nawet samochodem jechać teraz wprost spod domu, bo już otworzyli drogę na Meksyk.

Czy byłeś teraz w Paryżu także? Tam teraz jest Wierz[yński] [96]. Dawno już nie miałem od niego listu. Jestem ciekawy, czy już tam zostanie, czy jednak wróci do Ameryki. Dziś miałem list od Gied[roycia], że Fischer Verlag interesuje się tłumaczeniem moich Szkiców piórkiem [97]. Cieszyłbym się, gdyby to się udało, ale wątpię, czy Szkopy by to strawiły. Ostatnio napisałem coś w rodzaju sztuki teatralnej, może Ci przypadkiem wpadła w ręce, wyszła w listopad[owej] „Kulturze” [98]. Gdybyś mógł to jakoś dostarczyć mojej matce – wysyłałem jej dwa razy, ale ponieważ był to numer listopadowy, a nie październikowy, więc żaden nie doszedł oczywiście.

Teraz gotuję się do skoku na duży esej o Nostromo Conrada [99]. Wiesz – niedawno przeczytałem to po latach, no i po 11-u latach tutaj. Byłem wprost olśniony. Gdyby teraz ktoś żądał ode mnie dobrego „wprowadzenia” w te kraje, np. przed zamierzoną podróżą, kazałbym mu najpierw przeczytać Nostromo – pomimo tych dobrych przeszło 60-u lat, które upłynęły od napisania tej książki. Niesamowite – byłem zupełnie ogłuszony aktualnością tego. No i niesamowitą intuicją i wspaniałym posłużeniem się aktualną w owych czasach dokumentacją, z jakiej Conrad korzystał. Conrad właściwie zupełnie nie znał tych krajów. Parę dni przesiedział w La Guaira w Wenezueli (potworna dziura), a potem trzy czy cztery dni w Puerto Cabello z małym wypadem do Valencji, też w Wenezueli. I to wszystko. Pisząc Nostromo oparł się na Seven Eventful Years in Paraguay Mastermanna (1869) i na Venezuela Eastwicka (1868) [100]. Sualco to Puerto Cabello, wiele osób w Nostromo jest wziętych razem z nazwiskami z tych książek. Zamówiłem te książki w Londynie u Foyle’a (to taka antykwarnia, co może nawet dostarczyć oryginalne wydania 11-u przykazań, jak o nich mówią), a potem, jeżeli zdrowie dopisze, machnąć się do Puerto Cabello i Valencji (to też właściwie podmiejski ruch i grosze lokalnymi liniami samolotowymi) i zobaczyć, pomacać, powąchać. Możesz sobie wyobrazić, co to byłaby za uczta łazić tam z Nostromo w ręce i badać, do tego będąc już właściwie „jednym z nich”, bo ich już poznałem i czuję się tutaj „u siebie”. Strasznie się do tego palę, tym bardziej, że Wit Tarnawski [101] napisał mi, że takiej rzeczy o Nostromo nikt nie napisał jeszcze i że zawsze to jakby wymijano, bo krytycy traktowali to egzotycznie, bez znajomości tych krajów, nie wierząc mimo wszystko Marcinowi Decoud, gdy powiada: „Rewolucje oglądane z odległości paryskich bulwarów wyglądały zgoła inaczej. Tu, na miejscu, niepodobna było zbyć ich tragikomedii wykrzyknikiem: Quelle farce” [102]. Te kraje zbywa się jeszcze ciągle wykrzyknikiem Quelle farce. Na Kubie jest farsa, ale bardzo poważna [103]. A ja tutaj też już sporo „fars” przeżyłem i wie[m] coś o nich… To, co się tutaj nie udało, próbuje się po raz drugi na Kubie. Zobaczymy, jak mi te plany wyjdą. Mało piszę, ale powiem Ci otwarcie: nie chce mi się męczyć. Nocami nie bardzo już mogę, a w dzień trzeba jednak trochę pracować, żeby mieć za co umrzeć.

Właśnie dostałem dzisiaj świąteczny „Tyg[odnik] Powsz[echny]” – jeżeli zobaczysz Kisiela, to mu powiedz, że bardzo go lubię czytać i od niego zawsze zaczynam. I poproś go, żeby nie myślał, że na tej emigracji same debile i imbecyle (skąd u was takie nowotwory złośliwe, nie jestem purystą, ale to okropne) i że te matoły nie potrafią czytać. Jego świąteczny felieton to swego rodzaju majstersztyk [104]. Kisiela stawiam od razu po Jurku Putramencie i Kaziu Brandysie [105]. Tych dwóch obuchstwiam [sic!]. Przepraszam: jeszcze trzeci – Adolfek Rudnicki [106]. Jego jakaś czytana ostatnio nowela pisana style Robbe Grillet [107] utleniła mi włosy. Ja się zawsze zastanawiałem, czy ci ludowi intelektualiści potrafią odróżnić pilnik do żelaza od pilnika do paznokci. A Rudnickiemu pisanie musi sprawiać szaloną przyjemność. To dość częsty objaw u grafomanów. Hłasko pisał do mnie – chciał tutaj do mnie przyjechać i osiedlić się. Na szczęście mu to jakoś wytłumaczyłem, bo nie chciałem mieć chłopca na sumieniu. Tutaj po dwóch tygodniach na pewno by go zastrzelili w jakiejś knajpie czy kabarecie za rozrabianie po pijanemu. Wytłumaczyłem mu, że u nas jest kultura i za rozrabianie dostaje się ołów na zakąskę pod wódkę. Fakt – tu się musisz porządnie zachowywać i żadnych awantur. Tu dlatego chuliganizm nie istnieje. Dostaje potem najwyżej dwa lata porque lo insultaron [108]. Trzy tygodnie temu w moich oczach pułk. Ponce rąbnął posła do parlamentu Oscara Conde w chińskiej restauracji za rozrabianie. Właściwie miał rację. Hłaskę pogrzebałbym tutaj bardzo prędko. Poza tym napisałem mu, żeby się przestał wygłupiać, i obraził się. Przestał do mnie pisać. Teraz pracuje gdzieś w jakiejś fabryce w Izraelu. To dobrze – fizyczna praca dobrze robi takim wschodzącym gwiazdom. Dużo winy ma Gied[royc]. Zrobili z niego w Paryżu Wunderkinda [109] i chłopakowi się we łbie do reszty przewróciło.

Kochany – kończę już, muszę jeszcze usiąść do skryptów (zapisałem się na kurs elektroniki) – jeżeli chaotycznie napisałem, wybacz. Jakbyś miał czas na parę słów, to skrobnij. Pozdrów wszystkich, ściskam mocno, Twój

Andrzej


PRZYPISY:

[1] zierlich-manierlich (niem.) – grzeczny-układny (w znaczeniu ironicznym).

[2] parenté spirituelle (franc.) – pokrewieństwo duchowe.

[3] Paweł Hertz (1918-2001) należał wówczas do redakcji komunistycznego tygodnika „Kuźnica”, zaś Adam Ważyk (1905-1982) był jednym z jego głównych autorów.

[4] Mowa o Szkicach piórkiem, które Bobkowski miał zamiar wydać w Czytelniku; we IX 1948 jego matka podpisała nawet kontrakt na wydanie książki i otrzymała zaliczkę, w I 1950 zwrócono jej jednak maszynopis; ostatecznie dziennik ukazał się w r. 1957 nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu.

[5] Zob. Tymon Terlecki, O standard moralny emigracji, „Wiadomości” 1947, nr 25; Stefania Zahorska, Połów dusz, tamże; oba teksty broniły potrzeby istnienia emigracji i literatury emigracyjnej. Zahorska, uzasadniając odmowę współpracy z instytucjami krajowymi, twierdziła: „Ogromna większość pisarzy emigracyjnych w Wielkiej Brytanii i poza nią zachowała stanowisko bezwzględnego oporu wobec zaproszeń i propozycji [z kraju – przyp. mój, M.U.]. Raz jeszcze potwierdziła tym samym fakt, że emigracja jest postawą polityczną, że wymaga wyrzeczeń na przekór pragnieniom i tęsknotom”.

[6] Stefania Zahorska, dz. cyt.; podkreślenie Bobkowskiego.

[7] aftomaticzeskoj (ros.) – automatycznie.

[8] Rad. – być może Jerzy Radkowski, ówczesny współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

[9] la crise de maturité (franc.) – kryzys dojrzałości.

[10] „Libella” – księgarnia polska w Paryżu Kazimierza i Zofii Romanowiczów.

[11] Zob. Andrzej Bobkowski, Lourdes, „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 1.

[12] Mowa o powieści Franza Werfla Pieśń o Bernadetcie z 1941, zekranizowanej w 1943 r. przez amerykańskiego reżysera Henry’ego Kinga.

[13] Zob. Ksawery Pruszyński, Na Monte Cassino, „Tygodnik Powszechny” 1947, nr 18.

[14] Soracte (Monte Soaratte) – góra na pn. od Rzymu o wys. 691 m; we wspomnianym artykule Pruszyński pisał: „Niewiele zmieniło się w krajobrazie. […] Z lewej daleko, panorama górska bladoniebieska. Na niej biało rzucona plama; śnieżna Soracte”.

[15] non video (łac.) – nie widzę.

[16] Właśc. Adiutant Jego Wysokości – komedia czesko-niemiecka z 1933 r. w reż. Václava Wassermmana; Vlasta Burian (1891-1962) – czeski aktor filmowy, odtwórca roli tytułowej w Adiutancie…

[17] Kisiel – Stefan Kisielewski (1911-1991).

[18] Paweł Jasienica (właśc. Leon Lech Beynar, 1909-1970) – od 1946 członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”, w którym umieszczał recenzje oraz artykuły literackie.

[19] Zob. Jerzy Turowicz, Katolicyzm i radykalizm, „Znak” 1947, nr 4.

[20] Stanisława z Malinowskich Bobkowska (1897-1962) – wówczas wdowa po gen. Henryku Bobkowskim, pracowała jako garderobiana w krakowskim Teatrze Rozmaitości.

[21] Bobkowski opuścił Paryż 19 VI 1948, a 24 VI wypłynął z Cannes do Gwatemali.

[22] Mowa o dokonanym bez zgody Bobkowskiego przedruku jego opowiadania Pożegnanie w Paxowskim tygodniku „Dziś i Jutro” (1948, nr 20 z dn. 16 V) – w tekście usunięto trzy zdania o ucieczkach Rosjan do strefy amerykańskiej; pierwodruk Pożegnania ukazał się w „Kulturze” (1948, nr 6).

[23] Andrzej Bobkowski, List, „Kultura” 1948, nr 9/10.

[24] école de la sagesse (franc.) – szkoła mądrości.

[25] Hermann von Keyserling (1880-1946) – filozof niemiecki, uczeń Husserla, jeden z mistrzów intelektualnych Bobkowskiego; zob. jego szkic Keyserling („Horyzonty” 1946, nr 7, 8).

[26] Etiolles – miejscowość na pd.-wsch. od Paryża, od r. 1938 siedziba klasztoru i ośrodka studiów teologicznych; swoją wizytę w Etiolles Bobkowski opisał w Szkicach piórkiem (t. II, zapis z 14 X 1942).

[27] tout court (franc.) – po prostu.

[28] esman – członek SS, esesman.

[29] Właśc. Jan Parandowski, Rozmowa z cieniem, „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 20, 21; przedruk w: tenże, Godzina śródziemnomorska, Warszawa 1949.

[30] Zapewne Hanna Malewska (1911-1983) – pisarka, była od 1945 stałą współpracowniczką „Tygodnika Powszechnego”, a od 1946 r. redaktorem naczelnym „Znaku” (wraz ze Stanisławem Stommą).

[31] Mowa o dzienniku podróży Bobkowskiego do Gwatemali; pierwszy odcinek pt. Rozstanie ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” w 1949 (nr 25); ostatni – siódmy – w roku 1950 (nr 7).

[32] Nie ma tych fragmentów w Rozstaniu opublikowanym w „Tygodniku” i późniejszych edycjach tekstu; fragment „Tu gadałem z nimi wszędzie. Z Camilem Desmoulins w pissoirze obok Palais Royal, z Goncourtami o »świństwach«, z Flaubertem o naszej epoce […]”, w „Tygodniku” brzmiał: „Tu gadałem z nimi wszędzie. Z Camilem Desmoulins obok Palais Royal, z Flaubertem o naszej epoce […]”, a po zdaniach „Psieje tu wszystko. Podfilipskiego szlag by trafił”, Jerzy Turowicz usunął fragment: „Jak jednego mojego znajomego z Londynu. Na odjezdnym z Paryża powiedział mi: »Jestem ostatni raz we Francji. Panie! – tu już nawet domy publiczne pozamykali. A było tak przyjemnie, tak cicho – jak w klinice«. Różne bywają kryteria” (zob. Andrzej Bobkowski, Z dziennika podróży. Rozstanie, maszynopis, Archiwum Jerzego Turowicza, s. 2, 5).

[33] siły majorowe – siły wyższe; por. łac. vis maior, siła wyższa.

[34] T.P. – „Tygodnik Powszechny”.

[35] Aluzja do „Dzwonu Niedzielnego” – ilustrowanego tygodnika katolickiego wydawanego pod redakcją ks. Ferdynanda Machaya w latach 1925-1939 w Krakowie.

[36] „Nowiny Literackie” – tygodnik literacki ukazujący się w Warszawie w latach 1947-1948 i redagowany przez Jarosława Iwaszkiewicza; został zlikwidowany przez władze komunistyczne; Bobkowski umieścił w nim trzy teksty (Wiosna w Paryżu, Baskijski list oraz Na drogach Francji) – zob. Andrzej Bobkowski, „Tobie zapisuję Europę”. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza, podał do druku i oprac. Jan Zieliński, Warszawa 2009.

[37] Listy z podróży do Ameryki Południowej Iwaszkiewicza ukazały się dopiero w 1954 r.

[38] Zob. przypis 4.

[39] Zob. Zbigniew Radzim, Spiczaste czapki abrakadabrystów, „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 36 z dn. 5 IX; artykuł o kryzysie duchowo-moralnym Zachodu, u podstaw którego zdaniem autora, powołującego się m.in. na A. Huxleya, K. Mannheima i K. Röpkego, V. Pareto leży materializm i racjonalizm; por. m. in.: „[…] kto nieba chce dosięgnąć materią, zapomina, że zdobywa się je duchem. […] Bezładna sarabanda rozmaitych »izmów« kotłuje się w głowie dzisiejszego homo sapiens. […] Wielkość duszy ludzkiej, jak powiedział Pascal, polega na umiejętności trzymania się złotego środka,a ponieważ w tę wielkość ani przez chwilę nie wątpimy, więc wierzymy, że żałosne ekstrawagancje naszej epoki są czymś przemijającym i że nadejdzie chwila, kiedy doprawdy potężna postać Kartezjusza przestanie być dla nas irytująca z powodu tego wszystkiego, co nabroili jego epigoni”; Zbigniew Radzim to zapewne pseudonim.

[40] Wilhelm Mach (1917-1965) – prozaik, krytyk literacki, w latach 1947-48 stypendysta rządu francuskiego w Paryżu, gdzie zaprzyjaźnił się z Bobkowskim; posłużył jako wzór postaci Gandhiego z Pożegnania.

[41] fugue (franc.) – ucieczka.

[42] Plan Marshalla – European Recovery Program, opracowany w USA po II wojnie światowej plan przewidujący pomoc gospodarczą dla krajów Europy Zachodniej; od patronującego tej inicjatywie nazwiska sekretarza stanu USA gen. George’a Marshalla.

[43] D.P. – skrót od displaced persons, oznaczających osoby wysiedlone w czasie II wojny przez Niemców do III Rzeszy, które nie powróciły do swych ojczyzn po r. 1945; I.R.O. – skrót od: International Refugee Organization, Międzynarodowa Organizacja do spraw Uchodźców.

[44] Zob. Andrzej Bobkowski, Na tyłach, „Kultura” 1949, nr 16/17.

[45] Zob. przypis 23.

[46] signum (łac.) – znak.

[47] chevaliers de l’emigration (franc.) – rycerze emigracji.

[48] „Życie” – tygodnik katolicki wydawany w Londynie w latach 1947-1960; Bobkowski wysłał tam swój dziennik z podróży do Gwatemali, zapowiedź jego druku ukazała się w nrze z 24 IV 1949, a sam tekst, w wersji nieco odmiennej od tej, jaka pojawiła się w „Tygodniku”, drukowano w nrach 19 i 20.

[49] vas-y, Toto (franc.) – w slangu: dalej, dalej.

[50] Por. „A stojąc teraz przede mną, cały i gruby, mówi mi [Balzak – przyp. mój, M.U.] jak w ów wieczór na przyjęciu u Gavarni’ego: »Chciałbym pewnego dnia być człowiekiem o nazwisku tak znanym, tak popularnym, tak sławnym, wreszcie tak pełnym chwały, ażeby upoważniało mnie ono do p…. w towarzystwie i ażeby towarzystwo przyjmowało to za rzecz zupełnie naturalną«. Możesz, drogi przyjacielu; upoważniam cię do tego i przyjmę jako rzecz najzupełniej naturalną. Wal głośno, masz nazwisko! Nikt się tu nie zgorszy. Najwyżej pani Sand. A więc ją do kącika – reszta sami swoi”. Cytatu tego nie ma w Rozstaniu drukowanym w „Tygodniku Powszechnym” (i późniejszych przedrukach książkowych tego tekstu); został skreślony przez Jerzego Turowicza (zob. Andrzej Bobkowski, Z dziennika podróży…, maszynopis, Archiwum Jerzego Turowicza, s. 2).

[51] Zob. przypis 31.

[52] Mowa o sklepie modelarskim, założonym i prowadzonym przez Bobkowskiego w Gwatemali.

[53] Jerzy Turowicz urodził się w Krakowie, w latach 1930-34 studiował we Lwowie na tamtejszej Politechnice na Wydziale Budowy Maszyn; ze studiów zrezygnował z powodów zdrowotnych i wrócił do Krakowa, gdzie od r. 1934 podjął studia na Wydziale Filozoficznym UJ.

[54] entre nous (franc.) – między nami.

[55] Kulparków – zakład dla psychicznie chorych we Lwowie.

[56] Caribe (hiszp.) – karaibski; być może chodzi o popularny rum Caribbean.

[57] Paul Claudel (1868-1955) – francuski poeta i dramatopisarz, dyplomata; Jerzy Zawieyski (1902- 1969) – prozaik, dramaturg, eseista, po r. 1945 związany z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”; obaj łączeni z nurtem katolickim.

[58] Zob. Zofia Starowieyska-Morstinowa, Pax, „Tygodnik Powszechny” 1949, nr 14; komentarz do apelu o pokój skierowano do katolików przez uczestników Kongresu Intelektualistów w Paryżu, m. in. „Właściwie znowu nie wiadomo, o co […] tu chodzi. Że manifestowanie za pokojem jest rzeczą dobrą, każdy się zgodzi. […] Chodzi tylko o to, aby w tej manifestacji była naprawdę wyciągnięta ręka do zgody. Aby miłośnicy pokoju wnosili w swoją akcję nie tylko to, czego się od drugich domagają, ale to, co sami w ofierze na ołtarzu pokoju składają. […] Są ceny, których płacić nie wolno. Tą niedozwoloną ceną jest wyparcie się swoich przekonań, zasad religijnych i przynależności narodowej. […] na pewno [jednak] katolicy są skłonni wiele na ołtarzu pokoju złożyć”.

[59] Is it serious? (ang.) – czy to na serio?

[60] Absolutely serious (ang.) – absolutnie serio.

[61] spermatozoon – plemnik.

[62] Aleksander Janta Połczyński (1908-1974) – pisarz, dziennikarz, od r. 1939 na emigracji, po II wojnie mieszkał na stałe w USA.

[63] Józef Wittlin (1896-1976) – pisarz, od 1939 na emigracji, od 1941 r. mieszkał w USA; zob. Krzysztof Ćwikliński, Andrzej Bobkowski. Trzy listy do Józefa Wittlina, „Przegląd Artystyczno Literacki” 1996, nr 6.

[64] Witold Małcużyński (1914-1977) – wybitny pianista, od IX 1939 przebywał na emigracji; o sprawie pisał Giedroyc Bobkowskiemu w liście z 14 VI 1949 r., m.in.: „Małcużyński bardzo się pasjonuje Pana artykułami i bardzo chce z Panem pomówić. Byłoby dobrze, gdyby go Pan zobaczył, jak będzie u was koncertował” (zob. Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946-1961, oprac. Jan Zieliński, Warszawa 1997, s. 105).

[65] Henryk Karol Bobkowski (1879-1945) – wojskowy, wykładowca m.in. Theresianische Akademie w Wiedniu, major piechoty w C.K. Armii, w II RP generał brygady.

[66] SGH – Szkoła Główna Handlowa w Warszawie; Bobkowski studiował na niej w latach 1933-1936.

[67] Nowy Bytom – dzielnica Bytomia, obecnie Rudy Śląskiej.

[68] kerosin (niem.) – nafta; strój bobrowy – substancja o silnym zapachu wydzielana przez gruczoły przyodbytowe bobrów, w postaci wysuszonej wykorzystywana do sporządzania wyciągów alkoholowych.

[69] dyluwialny – por. dilivium (łac.), potop.

[70] Ach Gott, Sie arbeiten so viel (niem.) – Ach Boże, Pan tak dużo pracuje.

[71] Arbeit macht frei (niem.) – praca czyni wolnym; napis na bramie wejściowej do obozu koncentracyjnego w Auschwitz.

[72] Benito, das werde ih Ihnen niemals vegessen (niem.) – Benito, nigdy Panu tego nie zapomnę; słowa skierowane w telegramie Adolfa Hitlera do Benito Mussoliniego w marcu 1938 r. z podziękowaniem za zgodę na zagarnięcie Austrii.

[73] dieser Bobkowski ist sehr geistig (niem.) – ten Bobkowski jest bardzo uduchowiony.

[74] spirituel (franc.) – uduchowiony, dowcipny.

[75] IX Symfonia Ludwiga van Beethovena.

[76] Aleksander Gerasimow (1881-1963) – malarz rosyjski, czołowy reprezentant socrealizmu w ZSRR.

[77] Aleksander Bobkowski (1885-1966) – inżynier, w latach 30. wiceminister komunikacji, jeden z inicjatorów budowy kolejki na Kasprowy Wierch, po wojnie na emigracji w Genewie.

[78] nervous breakdown (ang.) – załamanie nerwowe.

[79] de los camaradas (hiszp.) – towarzyszy.

[80] Renault-Dauphine – francuski samochód osobowy produkowanych w latach 1956-1967.

[81] fotomaton – urządzenie do automatycznego wywoływania zdjęć portretowych.

[82] adobe (hiszp.) – cegła suszona.

[83] dictum acerbum (łac.) – gorzka prawda.

[84] melanoma – czerniak złośliwy, nowotwór m.in. skóry.

[85] ich bin imstande den Tod nicht wegzueklären (niem.) – jestem w stanie tłumaczyć sobie śmierci tak, aby znikła; wegerklären (niem.) – tu: stłumić, zdławić.

[86] in der Hitze des Barrikadengefächtes (niem.) – w ferworze walki na barykadach.

[87] Don’t worry, son (ang.) – nie martw się, synu.

[88] Wanda z domu Nowak Dubieńska (1895-1968) – pierwsza polska olimpijka, mistrzyni Polski w szermierce, biegach narciarskich i tenisie; była żoną Józefa Dubieńskiego.

[89] Fitzner Gamper i Zieleniewski – właśc. Zjednoczone Fabryki Maszyn i Wagonów L. Zieleniewski i Fitzner-Gamper SA w Krakowie, nazwa obowiązująca w latach 1928 – 1939; obecnie Zakłady Budowy Maszyn i Aparatury im. L. Zieleniewskiego w Niepołomicach.

[90] finca (hiszp.) – plantacja, farma.

[91] es lebe unser Kaiser Franz Josef (niem.) – niech żyje nasz cesarz Franciszek Józef.

[92] Tate – was ist das Iris? (niem.) – Tate – co to jest Iris?

[93] Moritz – der Schlag soll dich treffen… (niem.) – dowcip oparty na nieprzetłumaczalnym podobieństwie wymowy słów: „Iris”, „mir is” i „ihr is”, dosł. „Moryc – powinieneś dostać klapsa. Ja wiem, co mi jest, ale jak miałbym wiedzieć, co jej jest?”.

[94] Galilea – Galicja.

[95] En Canadá… (hiszp.) – dowcip oparty na dwuznaczności hiszpańskiego słowa „estación”, które w liczbie pojedynczej oznacza stację kolejową, a w liczbie mnogiej porę roku, dosłownie zdanie brzmiałoby więc: „W Kanadzie mamy tylko dwie pory w roku – zimę i stację kolejową”.

[96] Kazimierz Wierzyński (1894-1969) – poeta, eseista, prozaik, od IX 1939 r. na emigracji, przyjaźnił się z Bobkowskim. Poświęcił mu wspomnienie w Cygańskim wozem. Miasta, ludzie, książki (Londyn 1966).

[97] Zob. list Jerzego Giedroycia z 12 II 1960, ostatecznie do niemieckiego wydania Szkiców piórkiem doszło dopiero w 2000 r.; ukazały się one jednak nakładem wydawnictwa Rospo Verlag pt. Wehmut? Wonach zum Teufel? Tagebühe aus Frankreich.

[98] Zob. Andrzej Bobkowski, Czarny piasek. Sztuka w trzech aktach, „Kultura” 1959, nr 11.

[99] Zob. tegoż, Alma, w: Conrad żywy, oprac. Wit Tarnawski, Londyn 1957; Nostromo. Opowieść z wybrzeża – powieść Josepha Conrada z 1904 r.

[100] Właśc. George Frederick Mastermann, Seven Eventful Years in Paraguay: A Narrative of Personal Experience Amongst the Paraguayans, London 1896; Edward Backhouse Eastwick, Venezuela or Sketches of Life in South American Republic: with History of the Loan of 1864, London 1868.

[101] Wit Tarnawski (1894-1988) – krytyk literacki, prozaik, tłumacz; od IX 1939 r. na emigracji.

[102] Martin Decoud – jeden z bohaterów Nostromo; cytowane słowa zob. Joseph Conrad, Nostromo. Opowieść z wybrzeża, tłum. Jadwiga Korniłowiczowa, Warszawa 1972, s. 202; quelle farce (franc.) – cóż za farsa.

[103] Aluzja do rządów Fidela Castro trwających na Kubie od 1959 r.

[104] Zob. Kisiel [Stefan Kisielewski], Świąteczna karuzela [z cyklu Gwoździe w mózgu], „Tygodnik Powszechny” 1959, nr 52.

[105] Jerzy Putrament (1910-1986) – pisarz, działacz komunistyczny, w PRL-u dyplomata i członej najwyższych władz PZPR; Kazimierze Brandys (1916-2000) – prozaik, po r. 1945 działacz PPR i PZKP, jeden z czołowych socrealistów, po 1956 na czele „odwilży”, w 1966 wystąpił z PZPR, w latach 70. współpracował z opozycją, od 1981 na emigracji; Bobkowski wielokrotnie go krytykował.

[106] Adolf Rudnicki (1912-1990) – prozaik.

[107] Alain Robie-Grillet (1922-2008) – francuski pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy, jeden z czołowych twórców awangardowej „nowej powieści” (nouveau roman).

[108] porque lo insultaron (hiszp.) – za obrazę.

[109] Wunderkind (niem.) – wspaniałe dziecko.






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas