poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PEPETELA
Oto i nasza Luanda
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Siedziałem sobie na werandzie mojego domu, zażywając świeżego powietrza podczas niedbałej pogawędki z Malachiaszem (którego uważam za przyjaciela, pomimo że jest malanjino, ale o tym później), gdy oto na podwórko wszedł owczarek niemiecki, węsząc uważnie.
(Ale chwila moment. Ciekawe, skąd wam, Towarzyszu, wiadomo o tym, że zetknąłem się z tym psem. Wy, pisarze, wyniuchacie wszystko! Ale mniejsza o to, idziemy dalej. Proszę potem wyciąć ten fragment w nawiasie. Aha, no i trzymam za słowo, ma to być wydane dopiero, jak kopnę w kalendarz. A co do stylu: też się swego czasu próbowało sił na niwie, więc proszę nic nie zmieniać. Ani jednego przecinka, rozumiemy się?).
Malachiasz od razu zawołał:
– Jaki śliczny psiak! Weź otwórz bramkę, żeby sobie tu wszedł do nas, do ogrodu.
– Coś ty, głupi? A bo ja wiem, co to za jeden?
– Potem sobie pójdzie. Pewnie jest głodny.
Do dziś nie wiem, czemu się zgodziłem. Czego to ludzie nie robią! Przysięgam, że w moim domu nigdy wcześniej nie było żadnego psa czy kota – zwierzęta tylko się jadło; jeszcze tego by mi brakowało. A jednak wpuściłem przybłędę do ogrodu, a nawet kazałem żonie go nakarmić. Psisko napełniło sobie żołądek, po czym położyło się na werandzie.
– Zachowuje się, jakby był u siebie – powiedziałem, wciąż zdumiony tym, że się zgodziłem.
– Daj spokój. Zabiorę go do siebie, jeśli ci przeszkadza.
Ten Malachiasz to właśnie taki gość. Marzyciel. Poznałem go podczas starć w 57, byliśmy po przeciwnych stronach barykady. Wy, Towarzyszu, możecie tego nie pamiętać, ale w tamtym roku w Luandzie miała miejsce monumentalna rozróba między malanjinos i catetenses [1]. A wszystko to na łonie Kościoła protestanckiego, który w tamtym czasie gromadził znakomitych ludzi. Niektórzy z nas zaszli bardzo wysoko. Malanjinos zadarli wtedy z nami, no i dostali za swoje. Chcieli zdominować Kościół, mimo że to my jako pierwsi do niego wstąpiliśmy i to dzięki nam urósł w siłę. Mieszkańcy miasteczka Catete nie dają sobą poniewierać, są jak postacie biblijne. Nie da się tego inaczej określić.
Starcia były wynikiem dawnych uprzedzeń, uczestnicy zresztą żyją po dziś dzień; malanjinos skrywają złość, ale wyczekują okazji do zemsty. Mówię poważnie, niechby tylko spróbowali podnieść te swoje łby, a w mig je zetniemy. Malachiasz i ja po całej tej sprawie zostaliśmy przyjaciółmi. Ale wyjątek robię tylko dla niego. Bo zasadniczo, to do mojego domu psy, koty i malanjinos nie mają wstępu.
– Luanda nie jest odpowiednim miastem dla wałęsających się psów. To jeden wielki chaos. Przygarnę go – powiedział mój przyjaciel.
Już i tak wszyscy narzekają na nasze miasto, a tu jeszcze Malachiasz niewinnie dolewa oliwy do ognia. Powiadają, że sprawy mają się źle. Niewiele czasu upłynęło, odkąd koloniści się wynieśli. Ale jak ludzie chcą teraz poskładać do kupy ten Babel, skoro żyją tu obok siebie malanjinos, ambakas, umbundos, quiocos, różnej maści wyspiarze, a nawet Mulaci? O białych już się nawet nie mówi, o tym tłumie białasów przeróżnych odcieni: Angolczyków (a jakże!), Szwedów, Francuzów, Sowietów, Brazylijczyków, Kubańczyków, Portugalczyków... Jedni różowi, inni ogorzali... Nie wspominając o kikongos, którym marzy się ustanowienie Luandy stolicą swojego nowego Królestwa Kongo (myślicie, Towarzyszu, że ja nie wiem, co oni knują?). No i ci lingalas, imigranci z Zairu, świeżo upieczeni obywatele Angoli? Przecież nad tym bajzlem nie sposób zapanować, mamy tu istną wieżę Babel. Ścieki są niedrożne, ulice dziurawe jak szwajcarski ser, drzewa imitują krótko ostrzyżone owce z Europy, szczury myli się tutaj z królikami, chodniki są brudne, wnętrza bloków cuchną zgnilizną, światło elektryczne raz jest, raz nie, ogródki są wymarłe. Kto jest temu winien? Nowo przybyli mówią, że nie ma pracy. Ale my, tutejsi, sól tej ziemi, wiemy, że problem tkwi w różnorodności nagromadzonego tu motłochu. Malanjino żyjący w jednym miejscu z ambaka i bailundo? Nic z tego. Oni tylko potrafią niszczyć, brudzić; są zdziczali. I w tym cały kłopot. Jakbym mógł, to wywaliłbym stąd wszystkich nietutejszych, co do jednego – tę zarazę, która toczy nasze miasto. Zobaczylibyście, Towarzyszu, że w ciągu miesiąca Luanda stałaby się dla nas powodem do dumy.
Ale nie mogłem tego wszystkiego powiedzieć Malachiaszowi, bo zaraz by mnie zaszufladkował.
– Zabiorę go do siebie – powtórzył.
– Rób, jak chcesz. Ale muszę cię przestrzec: syn żmii też kąsa.
– Weź, daj spokój!
– Mówię poważnie. To jest pies policyjny, owczarek niemiecki.
– Zauważyłem. No i w czym problem? Że taki pies to niby dużo je?
– Nie – odparłem. – Sprawę można przedstawić schematycznie, tak jak wy, malanjinos, lubicie. Otóż takich psów policja kolonialna używała do polowania na nas już przed 1961, a zwłaszcza później. Te psy zostały wyszkolone do gryzienia Murzynów.
– Kiedy to było… Ten pies jest młody, urodził się już w niepodległym państwie.
– No i? Te psy strzegły domów kolonizatorów, nie pozwalały wejść żadnemu miejscowemu poza służbą. Gryzły czarnych, szczekały na Mulatów i łasiły się do białych...
– Ten nie. On jest synem niepodległej Angoli...
– I nie ma w krwi dawnej nienawiści? Naiwniak z ciebie. Syn żmii też kąsa. Mądrości ludowe naprawdę wiele uczą. Niestety, zapominamy o nich wraz z napływem europejskich wymysłów typu: „ludzie zmieniają się wraz ze zmianą warunków”! Nawet pies się nie zmienia, a już tym bardziej człowiek... Do czego to doszło, żebyśmy syna kolonizatorów brali za swojego!
– Skoro tak, to czemu nas nie ugryzł? A za to śpi sobie tutaj spokojnie?
– Marks zwykł mówić: najpierw żołądek, później idee i uczucia.
Malachiasz kiwnął głową, nic nie odpowiedział, zdruzgotany cytatem ze swojego idola. Miał nawet pisma tego białego Żyda u siebie w salonie.
Niemniej jednak czułem, że jeszcze go tak do końca nie przekonałem, więc z czystej przyjaźni naciskałem dalej:
– Szczenię psa rasisty pozostaje rasistą. Ten pies jest zainfekowany nienawiścią do czarnego i nieufnością do Mulata, za to białemu okazuje szacunek. Wiem, że to w nim siedzi, czuję się w obowiązku cię przestrzec. Dla niego już za późno na edukację, zdechnie jako rasista. Był głodny, więc przyjął jedzenie od tubylca. Ale kto wie, co będzie po drzemce. Weźmiesz go do siebie, a potem będziesz mi się na niego żalił.
Malachiasz, uparty malanjino (jak oni wszyscy zresztą), z tym swoim poczuciem wyższości (psuje ich to, że mają u siebie diamenty i najpiękniejsze wodospady) zdecydował, że i tak przygarnie psa. Szybko zmieniłem temat, bo nie warto walczyć z uporem malanjino.
No i mój przyjaciel wziął ze sobą tego owczarka. Ta kudłata menda (przepraszam za ten niezbyt literacki epitet, ale tylko taki w tym miejscu pasuje; niemniej jednak zezwalam na jego ewentualną zmianę w końcowej wersji), o tak, ta menda nawet nie raczyła się ze mną pożegnać! Ten psiur wtranżolił całą michę mojego żarcia i poszedł sobie ot tak, bez pożegnania! Równie zadufany w sobie, co jego nowy pan... Poszedł za malanjino, merdając ogonem z zadowoleniem.
Został u niego w domu przez jakiś czas, a potem znikł. Malachiasz nigdy nie pojął dlaczego. Przecież nie wydarzyło się nic, co mogłoby usprawiedliwić ucieczkę. Przez ten czas tak dobrze się u niego zachowywał... Ale już się domyślacie, Towarzyszu, co i jak, no nie? Malachiasz był zbyt uparty, by przyznać, że miałem rację. Zawsze mówił, że to najlepszy pies we wszechświecie; bardzo też tęsknił po jego odejściu. Ci kłamliwi malanjinos... Nie zdziwiłoby mnie, gdyby wyszło na jaw, że z zimną krwią otruł go, byleby tylko pozbyć się kłopotu i nie przyznać do błędu. O tak, w tym to oni mają wielką wprawę!
(Dobra, to tyle, co wiem o tym psie. Ufam, Towarzyszu Pisarzu, że dotrzymacie słowa i opublikujecie to dopiero po mojej śmierci. Bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro, a nuż ci z Malange przejmą władzę – ja, mimo mojego wieku, wciąż bardzo sobie cenię życie. Ci ludzie są tak fałszywi, że jeszcze gotowi oskarżyć mnie o szowinizm. Lubią doklejać wyświechtane etykiety na chybił-trafił).

Przełożył Jacek Brzozowski

PRZYPISY:

[1] Malanjinos i catetenses — dwie frakcje wspólnoty religijnej metodystów, zamieszkujące sąsiednie prowincje w północno-wschodniej Angoli. Podzieliła je wojna domowa, podczas której catetenses stanęli po stronie Narodowego Frontu Wyzwolenia Angoli (FNLA), malanjinos zaś po stronie Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli (MPLA) [przyp. tłum.].


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas