poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Dan Höjer i Gunilla Kvarnström w książce Wielka księga siusiaków twierdzą (a powtarza to za nimi recenzentka, Paulina Reiter w „Dużym Formacie” z 1 IX 2009), że słowo „testament” pochodzi od łacińskiego testis, czyli jądro. Rzeczywiście, w łacinie istnieje wyraz o tym znaczeniu. Ale testament pochodzi od innego słowa, tak samo brzmiącego, ale nie mającego z „jądrem” nic wspólnego, a mianowicie testis – świadek.

Do jakich dziwolągów składniowych prowadzi dzisiejsza obawa przed niepoprawnością polityczną w tytułowaniu kobiet, widać na przykładzie (nieodosobnionym) nekrologu w „Gazecie Wyborczej – Kraków” z 18 X 2009 (imiona, nazwiska i nazwy instytucji zmieniam): „Pani Profesor Annie Kowalskiej sekretarz stanu w Ministerstwie Handlu wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci męża Jan Nowak, burmistrz Nowego Miasta”.

Karolina Prykowska-Michalak („Tygiel Kultury” 2009 nr 7–9, s. 50) pisze, że komedia Żydzi Józefa Korzeniowskiego to „sztuka jawnie szydząca z Żyda-lichwiarza, prezentująca typowy dla XIX-wiecznej polskiej literatury stereotyp”. Zupełna bzdura. Tytułowi Żydzi w tym utworze to nieuczciwi i chciwi arystokraci i ziemianie. Natomiast prawdziwi Żydzi potrafią okazać wdzięczność za okazaną życzliwość – przychodzą z pomocą szlachetnej parze bohaterów.

W artykule Joanny Woźniczko-Czeczot („Przekrój” 2009 nr 41) można przeczytać w związku z moskiewskim happeningiem W hołdzie dekabrystom, że chodziło tu o „pięciu rewolucjonistów skazanych przez Katarzynę II na śmierć przez powieszenie”. Nie trzeba wielkiej wiedzy historycznej, by przypomnieć, że Katarzyna II zmarła w r. 1796, a owych dekabrystów powieszono w r. 1825 z rozkazu nie Katarzyny, a Mikołaja I. 

Z pewnym zakłopotaniem Kamerzysta musi wytykać błędy znajdujące się w wywiadzie z prof. Jerzym Pomianowskim, który przeprowadziła Teresa Torańska („Duży Format” 2009 nr 41). Wspominając lata przedwojenne Aleksandra Hertza, nazywa go „literatem i antykwariuszem”. Tymczasem – Hertz był socjologiem i publicystą, a antykwariat otworzył dopiero w czasie wojny w Nowym Jorku. 
Autorem książki Taszkient, miasto chleba był Aleksander Niewierow, a nie Nieczajew. 
Beck wygłosił swą słynną mowę w maju 1939, a nie 1938 r., jak tutaj czytamy. 
I jeszcze jedno: mówi Pomianowski, że odzyskał swobodę w lipcu 1941 r., a więc w rezultacie tzw. amnestii dla polskich obywateli w ZSRR, ale ani słowem nie wspomina, że uprzednio był w jakiś sposób represjonowany. Jeśli był, to dziwi, że zachował polski dowód tożsamości do r. 1943, co więcej, że z tym dowodem mógł być redaktorem w Agencji Prasowej „Polpress”. Ale w Związku Radzieckim wszystko mogło się wtedy zdarzyć. 

Jak się zmienił język krytyki literackiej! Oto kilka cytatów z wrześniowego numeru „Lampy” (2009): „Na polu ekscentrycznych osobowości pisarz pokazuje dużą twórczą sprawność” (Kazimierz Bolesław Malinowski); „Owszem, klęczę przed kompulsem i ledwie widzę klawiaturę na blacie” (tenże); „Zapach obory wnoszony przez kuzynkę, pogarda dla Innego (wstręt jak strach), te znaki zwierzęcości pozwalają na wyobcowanie niosące w przestrzeń rzeźni” (Anna Marchewka); „Obcym jest sam Emil […], który widzi kształty toporne, bo nie ma już sposobu przebić się przez kokon wyobrażeń” (taż); „Macie oto wysmakowanego literacko gotowca, kto ostatni gasi światło” (Kazimierz Bolesław Malinowski); „Ani słowa o nadziei na runanie [!] murów” (tenże); „Teraz onira wkrada się w real” (tenże); „Bohaterka sama ulegnie nawykowi dydolenia stóp tuż nad kostką” (tenże). I jeszcze: „Pierwszoosobowa bohaterka […] dydoli stopy kierowcy, co zabrał ją na nomen omen stopa” (tenże). Intrygujące jest tu zwłaszcza tajemnicze (dla Kamerzysty) słowo „dydolić”. Co ono oznacza? Chyba coś bardzo perwersyjnego. 

W „Lampie” (2009 nr 10, s. 74) Michał Kasprzak wywodzi, że „ponowoczesny liberalizm propaguje model ujawniający »wewnętrzną sprzeczność«, z której – o ironio! – czerpie własną siłę i legitymizację, igrając binarnymi opozycjami do sobie tylko znanej melodii”, „usuwa z pola widzenia wszelką podmiotowość, by ją restytuować w ikonicznej i hegemonicznej postaci, zrywa z referencją, by móc odwrócić jej interwencyjny wektor”. Uff! Kamerzysta byłby wdzięczny, gdyby mu ktoś wyjaśnił, co to wszystko ma znaczyć. 

Krzysztof Fiołek („Lampa” 2009 nr 10, s. 81) twierdzi, że w PRL-u Kaden-Bandrowski został „zakwalifikowany do zapomnienia i objęty zakazem druku”. Nieprawda. Kilkakrotnie wydawano Generała Barcza, Miasto mojej matki, Czarne skrzydła, W cieniu zapomnianej olszyny, raz – Mateusza Bigdę. W r. 1981 zaczęły wychodzić jego Dzieła wybrane, edycję przerwano w r. 1985.

Biorę do ręki uczoną książkę Doroty Kielak Figury kryzysu. Rzeźba w młodopolskiej powieści o artyście (Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego), otwieram ją na chybił trafił na stronie 53 i znajduję zdanie: „Także w dramatach Żeromskiego: Nokturnie i Dumie o hetmanie znajdują się przetworzone przez pisarza wrażenia…”. Nokturn i Duma o hetmanie dramatami? Przecież za takie brednie student polonistyki dostawał dwóję na egzaminie.

Czyta się ostatnio w prasie, że Ala z Elementarza Falskiego zawdzięcza swe imię Alinie Margolis (późniejszej żonie Marka Edelmana), z której rodzicami Falski był zaprzyjaźniony. Przeczą temu daty – pierwsze wydanie Elementarza pt. Nauka czytania i pisania ukazało się w r. 1910 i już tu występuje zdanie „To kot Ali”, a Alina Margolis urodziła się w r. 1922.

„Obecne powszechne uznanie poprzedzało odrzucenie i niezrozumienie” – mówi o malarstwie Mirosława Bałki Joanna Mytkowska („Przekrój” 2009 nr 43). Wiadomo, o co autorce chodzi, ale to, co napisała, znaczy coś przeciwnego – że uznanie przyszło najpierw, a potem odrzucenie i niezrozumienie.

Krzysztof Masłoń pisze dużo i ciekawie, ale – jak by to powiedzieć? – bez nadmiernej skrupulatności o dokładność szczegółów. Wbrew temu, co pisze on w artykule Literacka legenda Józefa Piłsudskiego (w cyklu „Rzeczypospolitej” Polska Piłsudskiego, 2009 nr 42), Edward Słoński nie służył w Legionach. 
Słonimski nie publikował na francuskiej emigracji antypiłsudczykowskich wierszy. Owszem, przypominał o międzywojennej niesprawiedliwości, ale pisał także, przywołując tradycje walki niepodległościowej: „Choć uboga – w ordynku / Poszła wiara jak wicher, / Gruchnął w Kielcach na rynku / Legionowy manlicher – Idziemy”. Gdzie indziej wspominał pierwsze dni wolności „Kiedyśmy pełną piersią pili to powietrze, / Nocą w ciemnych Alejach stłoczeni szpalerem, / Czekając aż zapłonie świt nad Belwederem”. 
Myląca jest informacja, że akcja Gałązki rozmarynu Nowakowskiego osnuta jest wokół pieśni legionowych (postać Piłsudskiego zresztą w niej bezpośrednio nie występuje). 
I jeszcze pytanie: dlaczego autor ujawnia, że Stefan Arski (autor antypiłsudczykowskich paszkwilów w czasach PRL-u) to pseudonim Artura Salmana, a nie mówi o tym, że Marian Hemar to pseudonim Mariana Heschelesa?

„Co może znaczyć »rewolucja moralna«?” – pyta z ironią Adam Leszczyński („Gazeta Wyborcza” z 14–15 XI 2009). Wtóruje mu Michał Głowiński: „Kiedy słyszę, że polityk mówi »rewolucja moralna«, ogarnia mnie niechęć i przerażenie”. Mowa tu oczywiście o użyciu tego wyrażenia przez polityków PiS. Ale warto przypomnieć, że jest to wyrażenie o znaczeniu starszym i bardzo dobrym rodowodzie: pojawiło się ono w artykule włoskiego prawnika i polityka Enrico Ferriego w r. 1895, a w Polsce było hasłem programowym Edwarda Abramowskiego (Zagadnienie socjalizmu, 1899).

Zdawałoby się, że każdy, zajmujący się literaturą, pamięta zakończenie najsławniejszego chyba wiersza Lechonia: „Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. A mimo to Jarosław Klejnocki („Przekrój” 2009 nr 48) przekręca: „Jest tylko Beatrycze… i jej także nie ma”.

Stanisław Bajtlik pisze w „Tygodniku Powszechnym” (2009 nr 45): „po 1989 roku w Polsce nie powstała żadna prawdziwie nowa encyklopedia powszechna. Wydawcy ograniczają się do reprintów, tłumaczeń lub uaktualniania i poszerzenia encyklopedii wydanych wcześniej”. Trudno się z tym zgodzić: Wielka Encyklopedia PWN w 31 tomach, wydana w latach 2001–2005, różni się wydatnie od swej 13-tomowej poprzedniczki z lat 1962–1970.

Bogdan Wróblewski pisze w „Gazecie Wyborczej” (z 4 XII 2009) o targowiczanach – Januszu Radziwille i Szczęsnym Potockim. Aż wstyd przypominać, że Radziwiłł zmarł na 140 lat przed konfederacją targowicką.

Dawid Hajok („Gazeta Wyborcza – Kraków” z 11 XII 2009) przypisuje słowa „Takie będą Rzeczypospolite jako ich młodzieży chowanie” Andrzejowi Fryczowi Modrzewskiemu, podobnie czyni Jan Widacki („Przegląd” 2009 nr 51/52) – Kanclerz Jan Zamoyski, założyciel Akademii w Zamościu, a także Stanisław Staszic, który słowa jego sparafrazował, w grobie się przewracają. 

Krakowski Ośrodek Myśli Politycznej wznowił publicystyczną książkę Mariana Zdziechowskiego Od Petersburga do Leningrada (tak!). Jest ona zaopatrzona w obszerne, starannie opracowane przypisy Agnieszki Kuczkiewicz-Fraś. Wiele z nich jest jednak niepotrzebnych. Np. w rozdziale o Spasowiczu obszerne, niemal półstronicowe noty biograficzne otrzymali m.in. Shakespeare, Goethe, Schiller, Puszkin, Lermontow, Mickiewicz i Stefan Batory. Trudno wyobrazić sobie czytelnika tej książki, który by nie wiedział o tych postaciach.

Niełatwo się domyśleć, co miał na myśli Paweł Śpiewak („Tygodnik Powszechny” 2009 nr 50), pisząc, że w ideach zarówno Legutki, jak i Michnika „za dużo hurmów zbrojnych” – bo nie ma w polszczyźnie wyrazu „hurm”, jest tylko „hurma”. Zapewne jest to kryptocytat z Konopnickiej: „A jak poszedł król na wojnę grały jeszcze surmy zbrojne”. Surmy (rodzaj żeński), wyraz już zapomniany – to wojskowe instrumenty dęte używane dla celów sygnalizacyjnych.

Na bakier z geografią jest Małgorzata Kozłowska, gdy pisze w „Polityce” (2009 nr 50), że Krzemieniec leży na Podolu. To przecież miasto wołyńskie, nie podolskie – nazywano je nawet (ze względu na liceum) – „Atenami wołyńskimi”.

Józef Hen jest znakomitym prozaikiem, odważnym publicystą, niedocenionym jednak przez krytykę, jury nagród literackich itp. – i zasadnie czuje się z tego powodu pokrzywdzony. Ale czy dobrym sposobem zrekompensowania sobie tej krzywdy było włączenie do Dziennika na nowy wiek (Warszawa 2009) ok. 200 pochwał i podziękowań, którymi go obdarzali przyjaciele, znajomi, czytelnicy? Czyta się to ze zrozumieniem (ot, ludzka słabość), ale nie bez pewnego zdziwienia. Że też owi przyjaciele nie doradzili Henowi w tej mierze większej powściągliwości! Rozgoryczenie dyktuje Henowi dziwne nieraz pretensje pod adresem ludzi, których uważa za swych krzywdzicieli. Wymieniając gości w Oborach, do nazwiska Marii Janion dodaje taki komentarz: „Pani krytyk-potęga nigdy się do mnie nie odezwała. Czy ona uważa, że ja mam się zbliżyć do niej z wiernopoddańczym ukłonem i podlizywackim hołdem? Sądzę, że nigdy nic mojego nie czytała, nawet Króla, który nie wszedł do finału NIKE, kiedy ona przewodniczyła” (s. 364). Pomijając z sufitu wzięte insynuacyjne domysły, jakich to hołdów prof. Janion od Hena oczekiwała, czy nie przyszło Henowi do głowy, że jeśli mu na tym zależało, to on – jako mężczyzna – powinien był po prostu, bez żadnych hołdów, wszcząć rozmowę z prof. Janion?
Dowiedziawszy się, że Bismarck był żonaty z hr. Joanną von Puttkamer, Hen pisze: „Bismarck ożenił się z córką Maryli z Wereszczaków? A może z wnuczką? W każdym razie z panną z tej rodziny. Więc Maryla wyszła za Niemca, grafa pruskiego. […] Hrabia był pruskim junkrem” (s. 444). Hen rozprawia tu niemal jak Rzecki w Lalce, któremu było wiadomo, że Puttkamerowie spokrewnieni są z Mickiewiczami. Może Hen żartuje, ale jeśli snuje swe wywody na serio, to wystarczyło zajrzeć do Polskiego Słownika Biograficznego, by dowiedzieć się, że mąż Maryli Wereszczakówny nie był ani junkrem, ani grafem, pochodził z od dawna spolszczonej rodziny, służył w Wojsku Polskim, a w r. 1813 dostał się do niewoli pruskiej. Jedyna jego córka Zofia poślubiła nauczyciela Andrzeja Kalinowskiego. A wnuczka, Janina Żółtowska, urodziła się dopiero w r. 1889, gdy Bismarck miał lat 74.
I jeszcze w związku z książką Hena. Wspomina on, że znalazł list Tołstoja do Sienkiewicza, którego nie znał profesor Krzyżanowski (s. 368). Tymczasem – znał. Wspomina o nim w Pokłosiu Sienkiewiczowskim (Warszawa 1973, s. 150). Była to odpowiedź pisarza rosyjskiego na ankietę Prussie et Pologne, rozesłaną przez Sienkiewicza i ogłoszoną w r. 1909. 

Stanisław Bereś („Kraków” nr 10–11, s. 45) powiada, że dla większości licealistów i studentów utwory z kanonu piśmiennictwa narodowego i światowego stanowią tabula rasa. Coś się tu Beresiowi pomyliło: tabula rasa (‘czysta karta’) to wyrażenie odnosi się do umysłu dziecka, nietkniętego jeszcze przez wpływy zewnętrzne. Profesor chciał zapewne powiedzieć terra ignota.

Kamila Wronowska i Michał Majewski (Magazyn „Dziennika Gazety Prawnej” z 20–22 XI 2009) twierdzą, że wyraz „żulik” (jak nazywał Kiszczak Wałęsę w latach 80.) oznacza „nawalonego faceta spod budki z piwem”. Ciekawe, bo słowniki polskiego języka potocznego w ogóle nie zawierają tego słowa. Istnieje ono natomiast w języku rosyjskim i oznacza złodziejaszka lub oszusta.

Jan Żaryn („Rzeczpospolita” z 27 XI 2009) pisze, że w Polsce międzywojennej „tylko kilka procent Żydów przyznawało się do języka polskiego jako ojczystego”. Jest to gruba pomyłka: według spisu ludności z r. 1931 (ostatniego przed wojną) na 3.114.000 osób wyznania mojżeszowego język polski jako ojczysty podało 381.000, tzn. ponad 12% (statystyki narodowościowej wówczas nie było). Nie trzeba dodawać, że wiele osób, które podały jako język ojczysty jidysz czy hebrajski, dobrze znało język polski.

W ciekawym wywiadzie prof. Marcina Kuli, udzielonym „Śląskowi” (2009, nr 12), ponad miarę chyba nagromadziły się eufemizmy: „nie ma pewności, czy gdyby nie zamach majowy 1926 roku, sytuacja w Polsce nie stałaby się mniej sympatyczną”; „na tym tle [innych państw autorytarnych] Polska nie wypadała aż tak źle”; „szczególna rola wojska, zwłaszcza oficerów z otoczenia marszałka nie zasługuje na pochwałę”; „Ukraińcy mogą na polskie zastrzeżenia odpowiedzieć, że nie wszyscy Polacy zostali dobrze zapamiętani na ziemiach ukraińskich”; „nie wydaje mi się, aby kampania wrześniowa była prowadzona dobrze”. I wreszcie: „garnizon w Jeleniej Górze w 2002 roku świętował 200-lecie swego istnienia, co raczej trudne jest w przypadku polskiego wojska na ziemiach zachodnich”.

W „Dużym Formacie” (2009 nr 49) „Gazety Wyborczej” ex-lobbysta, ex-polityk i ex-milioner p. Wojtczak, opowiadając o założonym przez siebie ośrodku rehabilitacyjnym dzieci niepełnosprawnych, który nazwał „Patria”, wyjaśnia, że „Patria” to po grecku „ojczyzna”. Czy ani Krystyna Naszkowska, która przeprowadziła z Wojtczakiem wywiad, ani nikt inny w redakcji „Dużego Formatu” nie wie, że „patria” to wyraz łaciński?

W artykule Mieczysława Orskiego (Po)mrocza sławy naturalizmu („Odra” 2009 nr 12) zdanie zaczynające się słowami „Kiedy zaś spróbujemy” liczy tych słów ok. 65. Podobnie długich zdań jest tu więcej – i to utrudnia lekturę interesującego skądinąd artykułu.

Przygnębiony gafami, absurdami, bełkotem, Kamerzysta postanowił od czasu do czasu przytaczać w swej rubryce głosy „ku pokrzepieniu serc”. Oto opinia poety Tadeusza Dąbrowskiego („Wysokie Obcasy” 2009 nr 44): „Szerzy się więc w poezji niezrozumialstwo i hermetyzm, które nie mają nic wspólnego z hermetyzmem Norwida czy z »niezrozumialstwem« Białoszewskiego. Młodoliteracki hermetyzm bywa próbą zamaskowania tego, że nie ma się nic do powiedzenia. Odpowiedzialność za niezrozumienie zrzuca się na odbiorcę, bo skoro nie rozumie, znaczy – nie dość żwawy intelektualnie. A przecież wiersz jest komunikatem, musi dawać czytelnikowi szansę. Co nie znaczy, że ma się do niego mizdrzyć i schlebiać jego gustom”.
Piotr Kamiński („Tygodnik Powszechny” 2009, nr 40): „Gdy pianista siada do fortepianu i gra Beethovena, nie zastanawia się nad tym, że nuty straszliwie go krępują i właściwie z jakiej racji, skoro on jest twórcą i ma prawo do szaleństwa. Żaden muzyk by czegoś takiego nie zrobił – wyrzuciliby go z estrady. Wierność i lojalność wobec utworu, wobec autora, nie jest żadnym ograniczeniem. To kłamstwo. I jeszcze ten bolesny temat – wielkie oszustwo o konieczności przybliżania dawnej sztuki naszej współczesnej wrażliwości. Taki pogląd to dla nas obelga, bo oznacza, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć sztuki przeszłości. I jest także obelgą dla twórców przeszłości, bo sugeruje, że Ajschylos był od nas głupszy, mniej wiedział i rozumiał. A wystarczy przeczytać pierwsze kwestie Orestei, aby zobaczyć, że przemawia do nas normalnym językiem, nie trzeba go na nic przerabiać, niczego »przybliżać«. Brzmi jak napisany wczoraj”.
 
hm



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas