poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Kocham tylko siebie. Opowieść o Marlenie Dietrich
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Kiedy śpiewała, rtęć rozsadzała termometr. Mruczała: „Ja jestem tylko po to, by mnie kochać”. Naprawdę nie było innego wyjścia.

Marlena to mit. Ale mit stworzony, wymyślony i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Na fotografiach z młodości wcale nie wygląda jak wamp. Jest otyła, piersiasta i macierzyńska. Kilka lat później będzie gwiazdą bez wieku. 

Dobrze znamy jej idealny portret. Jeżeli nie z filmów, to z fotografii. Gigantyczna, nienaturalna, w boskiej etoli, oszczędnie dawkująca gesty i wyznania, z uwodzicielskim spojrzeniem, ironicznym uśmieszkiem. Albo zupełnie inaczej: w męskiej marynarce, w długich, czarnych kozakach, z papierosem. Mityczna Marlena mówiła: wystarczy, że kiwnę palcem i już, natychmiast, stoicie w kolejce do mojego buduaru; wystarczy, że na was gwizdnę, zaraz będziecie na mojej służbie. Mityczna Marlena uwodziła i wyrzucała kochanków na bruk niepamięci. Marlena rzeczywista prasowała, robiła przepierki i gotowała gulasz. Taki niemiecki, z kością.

Uśmiech Sfinksa
Znowu gra dziwkę. W Maroku (1930), pierwszym amerykańskim filmie Dietrich, ubrana w smoking bohaterka najpierw śpiewa, następnie schodzi ze sceny i całuje prosto w usta siedzącą przy stoliku kobietę. Tak wyglądała pierwsza lesbijska scena w historii Hollywood. 

Lubiła szokować: wszystkich i każdego. W nosie miała szafot, który fundowali jej moraliści. Podczas gdy w polskim raju nasza ukochana Jadziunia Smosarska uparcie wyczekiwała zmitrężonego podróżą żołnierza‑powstańca, pichcąc w kuchni polski rosół, wyzywająca Marlena w filmach Sternberga waliła w tyłki tancereczek jak w bęben. Miała z tego przyjemność. Wszyscy mieliśmy.

Była odważna. Te wszystkie cygara, smokingi, garnitury i cylindry były pomysłem jej filmowego mentora, Josepha von Sternberga, ale na niewinną nie trafiło. Bo Marlena, nie przejmując się konserwatywną amerykańską opinią publiczną, odważnie mówiła: „Jestem biseksualna. Jestem niestała. Kocham tylko siebie”. 

Nie była debiutantką, kiedy po raz pierwszy pokazała światu swoje smukłe nogi w Błękitnym aniele (1930) – miała wtedy już 29 lat i wiele kiepskich ról filmowych i teatralnych na koncie, oraz gigantyczne ambicje. W końcu się udało, dynamit wypalił. O angażu do Błękitnego anioła dowiedziała się, siedząc w berlińskim lokalu dla transwestytów. Maria Magdalena von Losch, bo takie było prawdziwe nazwisko Dietrich, z radości wykupiła w tym dniu prawie cały alkohol z baru. Inteligentna Marlena wyczuła pismo nosem: opiła pierwszy i, jak się miało okazać, najważniejszy filmowy sukces. 

Po gigantycznym sukcesie Błękitnego anioła, w towarzystwie nieodłącznego von Sternberga, znalazła się w Hollywood. Marzyła o sukcesie. Sternberg miał talent, pomysły i szeroki gest: zatrudnił armię kostiumologów, wizażystów, fotografów. I udało się. Mordercza tortura ciała Marleny (w erze przed chirurgią plastyczną) dała zachwycające rezultaty. Cielęca blondyna stała się wręcz chorobliwie szczupła, na rozlanej dotąd twarzy aktorki ujawniły się charakterystyczne, ostre kości policzkowe, zniknął uśmiech bawarskiej praczki – w jego miejscu pojawił się grymas sfinksa. Narodziła się nowa gwiazda. Tajemnicza, seksualna i zboczona. Nie tylko Hollywood zaniemówiło z wrażenia. 

W Stanach nakręciła siedem filmów z von Sternbergiem. Wycisnęła z niego wszystko, co się dało. On torturował ją na planie, oduczył seplenić, kazał trzymać się prosto i przez cały czas pilnował odpowiedniej tonacji głosu; ona katowała Josefa prywatnie. Musiała być najlepsza. I była: dzięki jego rozkochanym oczom i kamerze. Ale w momencie, kiedy uznała, że to już absolutny kres, że powtarzający własne pomysły Sternberg cofa się, zamiast rozwijać, rzuciła go dla innych reżyserów. Była gwiazdorska, była bezwzględna. A Sternberg? To będzie już finał jego historii. Pigmalion Dietrich zajął się odtąd malarstwem. Ale nigdy nie powiedział publicznie złego słowa o Marlenie. On także do końca kochał mit, który stworzył. 

A jednak von Sternberga nikt nie zastąpił. Wielokrotnie zdarzało się Marlenie od tej pory występować w kompletnych szmirach, u nieudolnych reżyserów (może z wyjątkiem Świadka oskarżenia Billy’ego Wildera z 1958 roku), cynicznie żerujących na jej emploi. Ostatnią rolę zagrała w 1979 roku, w filmie Just a Gigolo, ale na szczęście już wiele lat wcześniej zaczęła karierę piosenkarską. To również musiała być skończona kreacja. Stary, berliński repertuar kabaretowy wzbogaciła o nowe szlagiery. Znowu triumfowała. Każdy recital zaczynała od klasyka – I Can’t Give You Anything But Love, potem był song Loli z Błękitnego anioła, oczywiście Lili Marlene, a pomiędzy kolejnymi numerami Dietrich z humorem opowiadała o swoim burzliwym życiu i niepokornych sukcesach. Brawa, owacje, bisy.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
Nigdy się nie spotkały. „Marlena Dietrich? Kto to jest Marlena Dietrich?” – pytała wściekła Greta Garbo. Dobrze znała odpowiedź. Dietrich była dla Garbo jedyną konkurencją w dziedzinie seksualnej ambiwalencji, tajemnicy i charyzmy. Nienawidziły się – czyli trochę także kochały. Garbo chciała wiedzieć wszystko o sukcesach Dietrich, Marlena marzyła o talencie Grety. Na razie przejmowała jej kolejne miłości. Kiedy Greta rozstała się z Mercedes de Acosta, Dietrich z radością przyjęła ją w swoim buduarze. Podobna historia powtórzyła się z fotografem Garbo, Cecilem Beatonem. 

W 1964 roku po raz pierwszy zaśpiewała w Polsce. Miała wtedy 63 lata. Do dzisiaj przetrwały liczne zdjęcia z jej dwóch tras koncertowych. Marlena w ciemnych okularach albo Dietrich na scenie: w fenomenalnej, cielistej sukni, w której wygląda jak naga bogini. Kobieta bez wieku w kostiumie bez materiału. Podobno kosztował tysiące dolarów, podobno każda perła na fakturze materiału musiała być przyszyta dokładnie w tym miejscu, w którym zażyczyła sobie gwiazda. Podobno to wszystko prawda.

Na koncercie w Polsce śpiewała między innymi Where Have All the Flowers Gone. Wszyscy płakali. Wspaniale przetłumaczony przez Wandę Sieradzką tekst tej piosenki – zatytułowany Gdzie są chłopcy z tamtych lat – wkrótce stał się jednym z evergreenów polskiej rozrywki. 

W trakcie pierwszej wizyty w naszym kraju poznała Czesława Niemena i zachwyciła się śpiewaną przez niego piosenką Czy mnie jeszcze pamiętasz, którą następnie włączyła do swojego repertuaru. Niemen śpiewał piosenkę zaadresowaną do jednej z dawnych miłości, Dietrich zrobiła z niej przejmujący song o odrzuconej miłości swojego kraju. Mutter, hast du mir vergeben – matko, czy mi przebaczyłaś? 

Dwa lata później, podczas kolejnej trasy w Polsce z wzajemnością zadurzyła się w Zbyszku Cybulskim. „Jednym z moich największych przeżyć filmowych ostatnich lat był bez wątpienia film Popiół i diament” – mówiła w rozmowie z pismem „Ekran”. I dodawała: „Cybulski: co to za wspaniały aktor!”. Chwilę ze sobą korespondowali, potem Cybulski przyjechał do niej do Paryża. Bardzo chciał się spotkać, nie wychodził z hotelu – czekając na telefon. Nie zadzwoniła. 

Dietrich: „Prawie każda kobieta byłaby chętnie wierna, problemem jednak jest to, aby znaleźć mężczyznę, któremu można dochować wierności”.

Lili Marlene
Pracowita, dokładna i punktualna. Tak długo testowała swoje różne ustawienia, aż zrozumiała, że jej ciało prezentuje się najlepiej, kiedy jest oświetlane z góry i en face. Nie pozwoliła już na żaden wyłom od tej reguły. Musiała być piękna, to był jej zawód. Mówiła: „Niektórzy oglądają efektowne kobiety, jakby śledzili mecz tenisa, tyle że poruszają głowę nie z lewej do prawej strony, tylko patrzą z dołu do góry”. Od Marleny, zwłaszcza w jej szczytowym okresie, trudno było oderwać wzrok. 

W Hollywood przezywali ją „Kapusta”, bo jak nikt inny potrafiła przyrządzić kapustę na co najmniej sto sposobów. Ta sama aktorka, która chyba jako jedyna z wielkich gwiazd Hollywoodu zawsze ochoczo grała bohaterki zepsute, negatywne albo ambiwalentne, czyli role, które w purytańskiej Ameryce mogły zniszczyć jej karierę, w czasie wojny częstowała swoją kapustą Żydów, gejów i artystów. A kiedy, jako żołnierz, przez dwa lata śpiewała swój hymn Lili Marlene, spała wśród szczurów, trupów i przepoconych męskich skarpet. 

Podczas wojny w Berlinie mieszkała jej matka, w tym czasie Marlena – w mundurze amerykańskiej armii, w stopniu majora – walczyła przeciwko Niemcom. W słusznej sprawie. Wcale nie musiała tego robić, mogła jak inni – milczeć i robić swoje w Los Angeles, mogła także wybierać: Hitler widział w Dietrich idealny magnes propagandowy. Marlena wybrała bunt. Przez wiele miesięcy odwiedzała żołnierzy oddziałów frontowych, śpiewała z nimi i dla nich. Piosenka Lili Marlene, sentymentalna opowieść o tytułowej dziewczynie oczekującej na powrót swojego chłopca, stała się największym przebojem wojsk sprzymierzonych. Uwielbiana przez aliantów, znienawidzona przez Niemców: jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku niemiecka prasa pisała: „Walczyła nie tylko przeciwko nazistom. Walczyła przeciwko narodowi niemieckiemu. Dietrich to aspołeczny pasożyt i powinna zostać przykładnie przez nas ukarana”. 

„Zachowała się podczas wojny w sposób niezwykły, z pełną świadomością, że jej nazwisko i pozycja są jak sztandar, i była w tym krańcowo konsekwentna. Uważam, że jej postępowanie to jeden z ważniejszych gestów stulecia” – pisała Krystyna Janda, która zagrała Dietrich w spektaklu Marlene Pam Gems w reżyserii Magdy Umer (premiera 1999). 

Matka Marleny przeżyła wojnę w Berlinie. Jej siostra, Liesel, w czasie wojny prowadziła stołówkę i centrum rozrywki dla faszystowskich żołnierzy. Od tej pory Dietrich mówiła w wywiadach: „Jestem jedynaczką”.

Dwie Marleny
Tak naprawdę były dwie Marleny. Pierwsza: osoba publiczna i gwiazda, która w amoku zrywała paskudne tapety z pokojów hotelowych, druga – Marlena prywatna – samodzielnie malowała ściany w czteropiętrowym, nowojorskim domu swojej córki. Pierwsza Marlena malowała paznokcie i zamawiała eliksiry młodości – na przykład specjalną szwajcarską wódkę; w tym czasie druga malowała jajka wielkanocne, gotowała wnukom kapustę i prała całej rodzinie majtki. 

Z czasem, co nieuniknione, druga twarz Marleny zastąpiła pierwszą. Zapewne, co potwierdzają jej listy i wspomnienia, w tych ostatnich, mocno zgorzkniałych latach, Marlena wspominała dzieciństwo, dekadencką młodość, miłosne sukcesy… Pochodziła z dobrej, niemieckiej rodziny. Jej ojciec był oficerem, córka miała zostać skrzypaczką. Coś jednak zagrało nie tak, smyczek wypadł ze ślicznej rączki, a dłoń Marleny podryfowała w stronę innych melodii. Zaczęło się od reklamy butów, potem były kabarety i teatr, w końcu lesbijskie lokaliki i zbiorowy seks w upodlonym Berlinie lat 20. XX wieku, który z taką niepokojącą swadą odtworzył Fassbinder w wydanym niedawno u nas na DVD serialu Berlin Alexanderplatz. Marlena paradowała po ulicach z pejczem, całowała w usta mężczyzn przebranych w kobiece fatałaszki, przeklinała bezrobotnych, wyśmiewała żebraków: Dietrich była wtedy prawdziwą jędzą. A i tak prawie każdy chciał być jej „poddanym”. Niektórym się udawało. To ciekawa drużyna: Gabin, Cooper, Remarque, Chevalier, Kennedy, Sinatra. Szczęśliwcy. 

W ostatnich latach życia nie wychodziła z domu. Bała się, że zostanie sfotografowana, wyszydzona. Spała, oglądała telewizję, telefonowała. Nie udzielała wywiadów. Poruszające są opisy jej paryskiego mieszkania przy Avenue Montaigne 12, w którym spędziła szesnaście milczących lat. Wszystko musiało być poukładane. Z drobnomieszczańską przesadą na kanapie leżała folia – żeby niczego nie pobrudzić, w szafach gigantyczna dokumentacja: kostiumy, rekwizyty, listy; obok regały pełne książek, na ścianach oprawione zdjęcia z jej ofiarami, kochankami, fascynacjami, miłościami. Ciemne zasłony maskowały dzienne światło, bo stara Marlena nie lubiła już reflektorów: wszystko jedno, sztucznych czy naturalnych. Stara Marlena nie znosiła swojej starości. 

W 1993 roku kolekcja Marleny znalazła się w Berlinie. Zawiera 80 kufrów, 70 kostiumów, 300 000 zapisanych kartek, 150 par rękawiczek, 400 kapeluszy, 430 par butów, 16 500 zdjęć. Cena: pięć milionów dolarów. Tyle kosztuje legenda.

***
Urodziła się dojrzała, potem przestała się starzeć, w końcu przestała kochać. Wtedy na amen zamknęła się w swoim paryskim mieszkaniu. Jeszcze chwilę pożyła, wszystko sobie posprzątała, poukładała szpargały. No i umarła. To taka historia.

Łukasz Maciejewski

Przy pisaniu tego tekstu posiłkowałem się cytatami i danymi z wielu biografii, esejów i artykułów prasowych poświęconych Marlenie Dietrich.




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas