poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
SŁAWOMIR KUŹNICKI
Nawiedzone dwory i przewroty klasowe
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Sarah Waters
Ktoś we mnie
przeł. Magdalena 
Moltzan‑Małkowska
Prószyński i S‑ka
Warszawa 2009

Ktoś we mnie potwierdza mocną pozycję Waters nie tylko w rodzimej Wielkiej Brytanii (m.in. nominacja do Nagrody Bookera za rok 2009), ale również na polskim rynku wydawniczym (co musi cieszyć, krajowa premiera jej najnowszej książki niemal pokrywa się z tą międzynarodową). I bardzo słusznie – Ktoś we mnie zdecydowanie zasługuje na uwagę, przede wszystkim dlatego, że w ciekawy sposób łączy wątki obecne już wcześniej w prozie Walijki z pomysłami zupełnie w jej twórczości nowatorskimi. 

Ktoś we mnie to dalszy – po Pod osłoną nocy (2006) – krok w procesie uwalniania się pisarki z konwencji „wiktoriańskiej”, która przecież zdominowała pierwsze trzy książki Waters i na pewno bezpośrednio przyczyniła się do ustanowienia jej pozycji literackiej. Tym razem – podobnie jak w Pod osłoną nocy – Waters osadza fabułę w XX wieku, a dokładnie kilka lat po II wojnie światowej. Jednak specyficzny „wiktorianizm” jej prozy, choć tu być może bardziej funkcjonujący pod obszerniejszym pojęciem modernizmu, jest nadal mocno odczuwalny. Mianowicie, podstawowym miejscem akcji czyni pisarka stary, podupadający już dwór ziemiański Hundreds Hall. Do niego to właśnie przyjeżdża pewnego jesiennego dnia czterdziestoletni doktor Faraday – od tego dnia stanie się nie tylko lekarzem mieszkającej tam rodziny Ayersów, ale też kimś w rodzaju bliskiego przyjaciela domu. Dla Faradaya ów zbieg okoliczności jest niejako spełnieniem młodzieńczych marzeń, kiedy to miał sposobność odwiedzić Hundreds Hall jako syn zatrudnionej tam piastunki. Wówczas, w przedwojennej Anglii, od rodziny Ayersów dzieliła go niewyobrażalna wręcz przepaść społeczna. Czasy i ludzie jednak się zmieniają – Faraday, mimo robotniczego pochodzenia, otrzymał porządne wykształcenie i tym samym zyskał wyższą pozycję społeczną; Ayersów natomiast zdegradowała wojna i ciężkie czasy powojenne, leżące u podstaw ich obecnych kłopotów finansowych. 

Ekonomia jednak to tylko czubek góry lodowej problemów Ayersów. Głównym zmartwieniem pani Ayers oraz jej dwojga dorosłych dzieci, Caroline i Rodericka, jest wojenna kontuzja fizyczna tego ostatniego (przeżył zestrzelenie samolotu, ale przypłacił to trwałym kalectwem jednej nogi oraz stanami depresyjnymi), która właściwie uniemożliwia sprawne zajmowanie się domem. Tym samym Hundreds Hall systematycznie popada w ruinę – nie ma czasu, sił i pieniędzy na niezbędne naprawy, o zachowaniu splendoru wcześniejszych lat już nie wspominając, a jedynym na wszystko środkiem zaradczym okazuje się sukcesywne sprzedawanie ziemi wokół dworu. Wszystko to wpływa na ponury nastrój rodziny, który – choć maskowany konwenansami i dobrym wychowaniem w starym stylu – jest ostatecznie nie do ukrycia. Na taką oto sytuację natrafia Faraday, człowiek, którego Hundreds Hill fascynuje w nie mniejszym stopniu niż sama rodzina Ayersów. Mamy tu do czynienia z dziwnym odwróceniem resentymentu klasowego – otóż Faraday, jak już wspominałem, wywodzący się z warstwy robotniczej, czuje podziw dla Ayersów i za wszelką cenę chciałby, aby rodzina i dwór odzyskały swój blask i należne im według doktora miejsce. Owo pragnienie wyziera dramatycznie z każdego prawie pieczołowicie formułowanego przez Faradaya słowa, każdego przemyślanego czynu.

I tu dochodzimy do największej niespodzianki książki – tym razem narracji nie prowadzi kobieta, jak to było we wcześniejszych powieściach Waters, ale mężczyzna, Faraday właśnie. Przedziwny to zabieg, jeśli pamiętamy o tym, że Waters to przecież sztandarowa pisarka lesbijska (swoją drogę, bezpośrednie wątki lesbijskie są również w omawianej tu powieści prawie nieobecne, co najwyżej sugerowane gdzieniegdzie półsłówkami). Tym samym Waters otwiera się na zupełnie nowe, nieznane wcześniej jej prozie możliwości – mam na myśli przede wszystkim swoistą wiwisekcję umysłu mężczyzny. Faraday jako narrator i zarazem jeden z protagonistów powieści stanowi temat bardzo wdzięczny do takiego badania. Nie da się ukryć, że to zaintrygowanie wypływa głównie z jego rozchwiania klasowego (owe arystokratyczne pretensje przy robotniczym pochodzeniu), co z kolei ma bezpośredni związek z nie w pełni być może świadomą próbą zamachu na dość skostniały przecież w tamtych czasach system społeczny. Faraday jest tu bohaterem nietypowym – łączy w sobie cechy człowieka nowego typu (Dickensowski wręcz self‑made man) z człowiekiem w starym stylu (niewytłumaczalny w gruncie rzeczy sentyment za minionymi czasami). Punktem kulminacyjnym owych przetasowań klasowych, połączonych z nieposkromioną, acz dyskretną ambicją Faradaya, zdaje się jego romans z Caroline, romans owiany dziwną, podskórną atmosferą niejednoznaczności. Tak jakby przekroczenie granic społecznych było wprawdzie możliwe, ale tylko przy użyciu brutalnej siły. Być może właśnie tu, w stosunku do narratora, najsilniej ujawnia się „lesbijskie” pisarstwo Waters, które przybiera w Kimś we mnie przedziwną formę czegoś, co moglibyśmy nazwać nie tyle ostrą odmianą feminizmu, ile wręcz mizoandrią. Przy całej sympatii do Faradaya Waters wplata w opisy swojego głównego bohatera sporą dawkę nieufności, jakiejś podskórnej przebiegłości, niemożliwej wręcz do przeoczenia.

Trudno też nie łączyć niewygodnego, dwuznacznego związku Faradaya i Caroline z wydarzeniami, które stanowią główny motor akcji powieści, a które zaczynają następować jedno po drugim właściwie od owego jesiennego dnia, kiedy doktor po raz pierwszy pojawił się w Hundreds. To, co dzieje się w Hundreds Hall, przenosi czytelnika w „wiktoriańskie” powieści Waters, gdyż składają się na ową nieuchwytną atmosferę serie dziwnych i niepokojących wydarzeń, których bezpośrednia przyczyna jest trudno wytłumaczalna. Ślady przypaleń na ścianach i sufitach, nietypowo agresywne zachowanie psa Caroline, niezidentyfikowane dźwięki, tragiczny w skutkach pożar… Brzmi to wszystko niczym wyjęte żywcem z wiktoriańskiej powieści grozy, czy też po prostu powieści gotyckiej. Z taką interpretacją jednak zdecydowanie nie zgadza się narrator powieści. Faraday, jako człowiek nauki, pomaga czytelnikowi okiełznać ową atmosferę niezwykłości i zła gnieżdżącego się gdzieś w nawiedzonym domu, podsuwając zawsze logiczne, niepodważalnie materialistyczne wytłumaczenia. Dzieje się tak i wtedy, gdy sytuacja w domu wpędza w obłęd Rodericka, a Faraday musi zachować zimną krew, umieszczając młodego Ayersa w odpowiedniej placówce. Trzeba wspomnieć i o tym, że szaleństwo Rodericka jest tylko pierwszym z serii tragicznych zdarzeń i być może z nich wszystkich najmniej drastycznym. Zarazem z każdym kolejnym wydarzeniem rola mocno stąpającego po ziemi Faradaya w życiu rodziny Ayersów rośnie, jakby rzekomo nawiedzony, zły dom sprzyjał absolutnemu przewrotowi społecznemu. I dzieje się tak do ostatnich kart powieści, na których Waters proponuje zakończenie równie zaskakujące, jak w przypadku wszystkich swoich poprzednich powieści; być może tylko stopniem poetyckości przekracza swoje uprzednio wypracowane normy.

Czy należy więc interpretować owo nawiedzenie w sposób bezpośredni? Fakt, moc „oddziaływania” domu wydaje się nie do okiełznania, a tragiczne wydarzenia przerażają swoją celnością i celowością. Nie jest jednak chyba intencją autorki budowanie powieści gotyckiej w czystej formie, co mogłoby sugerować bardzo dwuznaczne, w pewnym sensie psychologiczne rozwiązanie akcji. Literacka fascynacja złem, występującym tu pod postacią „żyjącego” dworu, ma w sobie więcej ze stylizacji niż autentycznego horroru jako gatunku. Tak jakby Waters proponowała wyrafinowany, współczesny pastisz na słynne W kleszczach lęku Henry’ego Jamesa – w obu utworach mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, akcje obu dzieją się w ponurych dworach, sama fabuła posiada wiele punktów ze sobą tożsamych. To są drogowskazy, których nie można lekceważyć, które pokazują zarówno ambicje Waters, jak i jej niesamowite możliwości.

Ktoś we mnie to książka pięknie napisana – o tym też nie należy zapominać. Tu każde słowo jest pieczołowicie przemyślane, a najmniejszy nawet gest ma swoje znaczenie i konsekwencje. Owo wyrafinowanie stylistyczne, czerpiące nieraz z prozy wielkich, może być kolejnym dowodem na to, że szeroko pojęty modernizm jest u Waters metodą pisarską niemożliwą do wyplenienia. I chwała autorce za to, że znacząco wzbogacając stosowaną przez siebie fakturę i kolorystykę, nadal pisze w sposób i na tematy, które stanowią znaki rozpoznawalne jej pisarstwa. I nawet gdyby Kogoś we mnie trudno było uznać za dzieło życia Waters, życzyłbym podobnie „słabszych” książek każdemu adeptowi literatury.

Sławomir Kuźnicki




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas