poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Kutza „ojczyzna odzyskana”
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)
Kazimierz Kutz
Piąta strona świata
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

To debiut na pewno niezwykły, choć nie zaskakujący. Piąta strona świata, powieść – jeżeli tak nieprecyzyjnie można określić tę prozę, której fabułę oparł autor na wspomnieniach dzieciństwa i młodości oraz usłyszanych w dzieciństwie historiach swojej rodziny i rodzin sąsiadów, przyjaciół, znajomych – powstawała przez lat kilkanaście, a fragmenty jej Kutz drukował już wcześniej. Jego twórczość filmowa zanurzona była w tematyce śląskiej od dawna. Jako jedyny z polskich filmowców ukazał Górny Śląsk w wymiarach „małej ojczyzny”, nie była to jednak, jak niektórzy sądzili, ojczyzna mityczna, lecz – powtarzam za krytyką – magiczna. Przywoływano nawet prozę Márqueza i uprawiany przez niego realizm magiczny, aby scharakteryzować atmosferę świata wykreowanego przez reżysera, świata dotąd polskiej publiczności nieznanego, a zarazem odchodzącego już w przeszłość. Sam Kutz zwierza się swojej biografce, że musiał w końcu „wyrzygać ten drut kolczasty, śląski drut”. Ale aby to uczynić do końca, nie wystarczyła widocznie realizacja śląskiej trylogii, która była jego „prywatną wojną o uratowanie Górnego Śląska, walką o włączenie rodzimej tragiczności w obieg kultury narodowej”, nie wystarczyły od lat pisane i drukowane na łamach katowickiego dodatku do „Gazety Wyborczej” felietony, nie wystarczyła autobiograficzna książka‑alfabet Klapsy i ścinki (1999). W opublikowanej w ubiegłym roku książce Aleksandry Klich Cały ten Kutz znajdujemy ciekawy, moim zdaniem, ślad, który może doprowadzić do jednego z elementów genezy wydanej ostatnio prozy. Otóż kolega z dzieciństwa Kutza, Hilary Krzysztofiak, malarz, był autorem wspomnień, które współgrają z zapamiętanymi przez reżysera zdarzeniami i historiami. „Po śmierci Hilka – notuje Klich – Kutz kilkakrotnie będzie wracał do pomysłu nakręcenia filmu na podstawie tej prozy. »Ona stanowi brakujące ogniwo w moim widzeniu Śląska – twierdzi reżyser. – To obraz prawdy, ale niebanalnej, wielorakiej, w szczegółach, w ludziach«”. Może więc wspomnienia przyjaciela, wymykające się kamerze, stały się jedną z inspiracji bogatej w szczegóły i refleksje prozy, która w sposób przekonujący domyka zawarty w twórczości Kutza obraz Śląska, przechowywany w pamięci coraz mniej licznych mieszkańców tego polskiego Maconda.

Piąta strona świata utkana jest z autobiograficznego materiału, choć autobiografią nie jest. Narrator, który występuje równocześnie w roli komentatora i – w mniejszym stopniu – uczestnika zdarzeń, jest rówieśnikiem autora i jego alter ego. Istotnym przeżyciem pokoleniowym była dla autora i jego bohatera wojna. Konsekwencje jej okazały się dla Ślązaków wyjątkowo wyniszczające. Znamienne, że na podstawie zapamiętanych z czasów wojny zdarzeń powstał scenariusz filmu nigdy nienakręconego. Temat drążył twórczą świadomość reżysera, aż wreszcie znalazł swój pełny wyraz w prozie.

Wojenna trauma odcisnęła się zarówno na losach rodziny Kutza i jego przyjaciół, jak i wszystkich bohaterów Piątej strony świata, jednych zmuszając do emigracji, innych doprowadzając do śmierci. Narratora powieści obdarza też autor swoją genealogią i swoimi uczuciami do rodziców, szczególnie do matki. Rzadko w polskiej literaturze mamy do czynienia z tak pięknym, wzruszającym portretem matki. Moja Staro Demokracjo, mówi o matce bohater, i bardziej czule, najbardziej, jak można, Jedyna Dama Mojego Serca. „…Jej mądrość jest nadal moim probierzem w codziennej udręce męczenia się z losem” – a nie był on jemu i jego przyjaciołom przyjazny.

Wiele jest podobieństw pomiędzy losami bohatera powieści i jej autora, choćby owa sławna budka, nazwana w powieści „budką Lucjana”, która w rzeczywistości była miejscem spotkań młodzieży, swoistym wojennym uniwersytetem, kółkiem samokształceniowym, zorganizowanym przez doktora Barę. „W czasach, gdy polskie dzieci na ulicach Warszawy wymalowywały znak Polski Walczącej, my, dzieci powstańców, też robiliśmy konspirację – choć nie szlachecką, ale patriotyczną. Bo byliśmy przekonani, że Polska jednak będzie, a jak będzie, to będzie potrzebowała ludzi mądrych. Więc zamiast malować na murach, poszliśmy w samokształcenie”. To Kutz, a Hilary Krzysztofiak dodaje w swojej autobiografii: „Była to nasza mała polska ojczyzna. [ … ] Z budki wyszli wybitni lekarze, naukowcy, inżynierowie, artyści. Każdy z nich po wojnie urzeczywistnił plany życiowe, które powstały wtedy w budce”.

Idąc jednak dalej tym tropem, czyli odczytując najnowszą książkę Kutza jako jeszcze jedną wersję autobiograficznego zapisu, pomniejszylibyśmy jej literackie walory. Jestem bowiem przekonany, że wpisuje się ona znakomicie – choć polemicznie i osobno – w nurt literatury „małych ojczyzn”, zanalizowany przez Przemysława Czaplińskiego na przykładzie prozy lat 90. W jego właśnie szkicach odnalazłem klucz do interpretacji niezwykłej w swym wyrazie i atmosferze prozy osiemdziesięcioletniego pisarza.

Bohater Kutza nie jest wygnańcem z krainy dzieciństwa, jak wielu bohaterów polskiej prozy, opuścił ją z własnego wyboru i usiłował odnaleźć swą tożsamość poprzez asymilację w nowym, nie śląskim, otoczeniu. Warunkiem niezbędnym tej przemiany była zmiana języka z gwary śląskiej na dobrą polszczyznę, co mu się w pełni udało: „Wtedy, w Gdańsku i Tczewie, językiem literackim operowałem już perfekt, a nie jest to takie proste, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Rzecz, a raczej podstawowa trudność, nie leży w warstwie leksykalnej [ … ], bo słówek można się nauczyć. Te polskie są bardziej rozgniecione, kunsztowniejsze od słów śląskiej gwary, która jest warstwą pierwotniejszą, piękną, pełną starej muzyki i dźwięków niezwykłych, odcedzonych z naszej ziemi, z tego, co na niej rośnie i stoi” – wspomina bohater z perspektywy lat, w czasie, gdy już powrócił na Śląsk, bardziej z przymusu (bo na wózku inwalidzkim) niż z własnej woli. „Trudność w przyswojeniu czystej polszczyzny wiąże się z melodyką naszej gwary. Człowiek pozbawiony słuchu nigdy nie nauczy się dobrze mówić po polsku [ … ]. Wtedy, w Tczewie, mówiłem po polsku, nie bucząc z tutejsza. [ … ] Tę moją umiejętność właśnie – którą się szczyciłem – nazwano w rodzinie Alicji »niedopuszczalnym oszustwem«. A to było moje zwycięstwo! Dziś tamto wspomnienie wprawia mnie w lekkie rozrzewnienie, ale wtedy czułem się odmieńcem…”.

Bracia narzeczonej, gdy się dowiedzieli o jego pochodzeniu, kazali siostrze zerwać związek, obrzucając go epitetami w rodzaju „niemiecki burak”. Swoją „odmienność” przestał odczuwać dopiero wtedy, gdy wrócił w rodzinne strony i zanurzył się we własne wspomnienia i przekazywane mu w dzieciństwie historie rodzinne, które postanowił utrwalić, by zrozumieć siebie, odnaleźć swoją tożsamość i swoje zakorzenienie w śląskiej wspólnocie, bo „zakorzenienie jest tym, co nas trzyma przy życiu”. 

Osią konstrukcyjną powieści jest wątek, który nazwałbym wręcz detektywistycznym: narrator poszukuje przyczyn, które pchnęły dwóch przyjaciół, Lucjana i Alojza, do samobójstwa. To nie tylko zabieg kompozycyjny, dość często zresztą stosowany w prozie ostatniego dwudziestolecia. Poszukiwanie prawdy o przyjaciołach, którzy mimo wielu różnic – wykształcenia, uprawianych zawodów, więzi rodzinnych – byli sobie bliżsi niż bracia, staje się fundamentem świata przedstawionego, obfitującego w znakomite portrety ludzi (których znał narrator osobiście lub o których dowiadywał się z rodzinnych historii) i w szczegóły obyczajowe. Narrator ustawia się przede wszystkim w roli kronikarza i komentatora, mniej uczestnika zdarzeń, bo w gronie kolegów z „budki Lucjana” był najmłodszy, więc ominęło go to, co stało się udziałem jego starszych kolegów i braci – pobór do Wehrmachtu, partyzantka lub wywiezienie na roboty do Niemiec. Taka perspektywa pozwala mu na większy dystans do rzeczywistości przedstawianej. Jego „mała ojczyzna”, będąca przede wszystkim prywatną ojczyzną przodków, daleka jest od arkadii. To kraina poddana niestannemu ciśnieniu historii, o niszczącej mocy, historii wkraczającej w życie Ślązaków z zewnątrz. Podobnie jak w „gdańskich” powieściach Stefana Chwina, „mała ojczyzna” bywa u Kutza miejscem strasznym, w którym ludzie albo ulegali mocy historii, albo mimo wysiłku jej współtworzenia zostawali wyrzucani poza jej główny nurt, jak śląscy powstańcy. Krytyczne, choć niepozbawione empatii, spojrzenie na Śląsk dotyczy nie tylko jego dramatycznych dziejów, dotyczy też postaw mieszkańców: „Robili swoje, nie oglądając się na wiatry historii, bo one przemijają, a każdego dnia trzeba wstać łóżka i uprawiać swoje egzystencjalne poletko. Takich jest multum: mają mentalność zwierząt pociągowych, i przede wszystkim znają swoje chomąto”. Ale młode pokolenie okupacyjne było inne: „Lucjan był już z innej gliny, jak my wszyscy z naszej budki, samorodni inteligenci. [ … ] Gdyby nie był stąd, doszedłby w życiu najdalej. [ … ] Był Europejczykiem, Ślązakiem duchowo spolszczonym…”

Lucjan Czarnynoga, człowiek kryształowy, altruista – by tak rzec – całkowicie bezinteresowny, a jednocześnie o niebywałym umyśle, od małego odznaczający się wybitną inteligencją i ciekawością świata, nad którym intelektualną pieczę sprawował wujek (kiedyś uznany w Austrii poeta), w swoim lekarskim fachu genialny, niezastąpiony diagnosta, poważany przez kolegów i kochany przez pacjentów, z natury nieśmiały i skromny, staje się w powieści głównym bohaterem, a losy jego są fabularnie najważniejsze i niewątpliwie najciekawsze. Z początku nic nie zapowiadało tragedii. Bez trudu pokonywał poszczególne etapy w zdobywaniu wiedzy, byt materialny zapewniała mu matka – dominująca rola matek w śląskich rodzinach podkreślana jest w powieści często – matka też zatroszczyła się o jego życie rodzinne, planując z wdową po niemieckim oficerze, pomagającą Mariannie Czarnynodze w sklepie, matką dorodnej córki, jego małżeństwo. Z woli obojga młodych, którzy się w sobie zakochali, doszło ono do skutku. Owocem małżeństwa była córka, od wczesnej młodości przejawiająca szczególny talent muzyczny. W przeciwieństwie jednak do ojca miała ona naturę pewnej siebie, swoich muzycznych umiejętności, buntowniczki, i jej nagły, bez wiedzy rodziców wyjazd do ciotki w Niemczech był głównym, choć nie jedynym – wskutek swego pochodzenia nie otrzymał Lucjan nominacji na dyrektora szpitala – powodem emigracji Lucjana i jego żony. W czasie, gdy córka zdobywa za granicą coraz liczniejsze laury w karierze pianistki, matka umiera na raka. Lucjan coraz dotkliwiej odczuwa samotność, nigdy nie zdoła pogodzić się z jej śmiercią. Odczuwa też wyrzuty sumienia, że pozostawił w Szopienicach chorego przyjaciela, Alojza Bylę, który po powrocie z wojny jako żołnierz Wehrmachtu: „żył na złomowisku wojennej pożogi, krążył po orbitach największych zbrodni w dziejach ludzkości i usiłował wydobyć się ze skorupki swojego nędznego losu jak pisklę wyrzucone z gniazda” – napisał w liście do narratora przyjaciel i starszy o dwadzieścia lat kolega Lucjana, doktor Hieronim Hawranek. „[ … ] samobójstwo Byli było dla Lucjana wstrząsem moralnym – uważał doktor Hawranek – i jego odejście wziął na swoje sumienie; miał poczucie współudziału w jego śmierci, a nawet pełnej winy, to było drugie, po śmierci Adeli, uderzenie w jego splot słoneczny, bo oni – Alojz i Lucjan – przyciągali się nawzajem jak dwa magnesy, byli naznaczeni tą samą zarazą wojny i pochłonęło ich to samo piekło. Bo najgorsze miało dopiero przyjść…”.

Odkąd Lucjan ożenił się, nurtowało go pytanie o wojenne losy swego teścia, pytanie, które bał się zadać żonie. Wreszcie przypadkowo – już po jej śmierci – dotarło do jego rąk pismo urzędowe, zawiadamiające o „bestialskim zamordowaniu 17.03.1942 w Kijowie Sturmbanfurera Waffen SS Alfreda Chroboka”. To był cios, który stał się bezpośrednim powodem samobójstwa Lucjana, samobójstwa popełnionego w toalecie dworca hanowerskiego. Przedtem zdążył wysłać to pismo do doktora Hawranka.

Wstrząśnięty tą tragedią narrator, który utracił dwóch przyjaciół, postanowił „do końca rozwikłać życie ojca Adeli”. Zwrócił się do ministra spraw wewnętrznych z prośbą o informację o życiorysie Alfreda Chroboka. Otrzymał obszerną odpowiedź, z której wyłaniał się obraz człowieka do gruntu zdegenerowanego, od młodych lat agenta niemieckiego, działającego przed wojną pod przykrywką polskiego urzędnika państwowego. Kariera jego polegała więc „na grzebaniu w ludzkich życiorysach i ich segregowaniu. W roku 1934 awansował na szefa grupy niemieckiego kontrwywiadu, która przystąpiła do tworzenia rejestru śląskich powstańców, ich antyniemieckich poczynań i adresów. Powstała książeczka, którą pierwszego września 1939 roku miał w kieszeni każdy porucznik Wehrmachtu, i kiedy wchodził – na przykład do Bogucic – otwierał ją i wiedział, w które drzwi zapukać. Boże! – uprzytamnia sobie narrator – mój Ojciec – powstaniec śląski – też był jego klientem. Tak wyglądają nasze górnośląskie fizymatenta” (sic!).

Przemysław Czapliński wymienia kilka koncepcji „małych ojczyzn”, które pojawiają się w utworach z lat 90. takich autorów, jak m.in. Stefan Chwin, Paweł Huelle, Aleksander Jurewicz, Julian Kornhauser, Włodzimierz Kowalewski, Wiesław Myśliwski, Feliks Netz, Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Adam Zagajewski, Zbigniew Żakiewicz: „ojczyzny utracone”, „ojczyzny przenośne”, „ojczyzny wybrane”, „ojczyzny wykreowane”. Kutz tworzy nową koncepcję: „ojczyzny odzyskanej”.

Autor Piątej strony świata rozwija narrację niespiesznie, od głównego wątku – losów Lucjana – odchodzi często w opowieści rodzinne, zabawne anegdoty, dowcipne nierzadko opisy obyczajów, dygresje, refleksje i komentarze. Narracja prowadzona obrazową i staranną stylistycznie polszczyzną – Kutz znany jest z rzetelnie przygotowywanych i dobrych językowo scenariuszy – przeplatana jest wyrazami i zwrotami gwarowymi, co nadaje jej specyficzny smak, ale pełni też funkcję zakorzeniania narratora w „małej ojczyźnie” i budowania na nowo tożsamości. Im bliżej jednak końca, tym narracja staje się bardziej dynamiczna, przytoczone zostają listy, filozoficzne dywagacje Alojza Byli, jego poezje, wspomniane dokumenty dotyczące teścia Lucjana, wreszcie wieńczący powieść wielce tajemniczy, pełen dramatyzmu i goryczy list narratora do nieżyjącej matki, będący odpowiedzią na jej list, napisany do syna na 211 dni przed śmiercią, list, który syn spalił: „[ … ] Mamo, nie powinnaś go była napisać [ … ], choć pojmuję… musiałaś podzielić się ze mną największym nieszczęściem swojego życia, by opuścić świat w czystości, z wypranym sumieniem tu, by tam być jak wiosenny kwiat… kiedy dochodziłaś do najokropniejszego miejsca swojej spowiedzi, palce odmawiały Ci posłuszeństwa… z największym trudem udało mi się poskładać Twoje rozmazane litery w słowa… mamo, powiem szczerze: nie powinienem był ich nigdy czytać… po jakymu mnie na tym padole było dowiadywać się o tym wszystkim?”

Kutz uwielbia Chaplina za to, że łączył groteskę ze wzniosłością i tragizmem. To samo można powiedzieć o autorze Piątej strony świata. Przed laty, gdy w „NaGłosie” ukazał się fragment pisanej przez Kutza powieści, Wisława Szymborska stwierdziła w rozmowie z Jerzym Illgiem, wówczas redagującym krakowskie pismo: narodził się pisarz. Po lekturze prozy Kutza przyznaję poetce rację!

Bogdan Rogatko




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas