poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAULINA MAŁOCHLEB
Na klatę to wszystko
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Sylwii Chutnik w Dzidzi udało się przezwyciężyć kompleks autora po wybitnym debiucie − jej druga książka jest równie dobra, jeśli nie lepsza od pierwszej. Choć porusza się w obrębie tej samej tematyki, choć utrzymuje się w tej samej estetyce, pokazuje wciąż te same problemy – to jednak nie powtarza samej siebie, nie dubluje historii, nie popada w natrętną publicystykę. Dzidzia jest zarazem powieścią kobiecą i super-męską, powieścią historyczną i współczesną, polityczną. Autorka decyduje się na świadomą grę z konwencjami i czytelnikiem, ale nie jest to tutaj cel sam w sobie, lecz sposób, by pewne kwestie przyziemne i biologiczne przenieść na poziom dyskursywny, by z łożyska i macicy uczynić oś dyskusji o archaicznym pojmowaniu polskiego patriotyzmu, by dać kontrę wszystkim wielbicielom powstańczych zrywów. Bohaterki Chutnik stanowią tu bowiem całkowite zaprzeczenie chłopców zakochanych w okrzyku „Na koń i szarża!”. 

Fabuła Dzidzi rozgrywa się w dwóch epokach, ściśle ze sobą tu związanych: w 1944 roku i współcześnie. Stefania Mutter po powstaniu warszawskim przechowuje u siebie wielu Polaków uciekających z transportów jadących do obozu przejściowego w Pruszkowie. Nie robi tego jednak z dobrego serca, od jednej z rodzin wyłudza płaszcz i buty, po czym wydaje matkę i córkę w ręce Niemców: „Übermenschen strzela dwa razy. Najpierw w głowę dziecka, żeby sobie matka popatrzyła, potem w głowę matki, żeby też poczuła. [ … ] A pani gospodyni dziękujemy za dostarczenie kurierskie tej cieszącej nas przesyłki: dwóch młodych parujących tu oto ciał matki i córki. Ciała postrzelone z pewnością jeszcze się przydadzą”. 

Po latach wnuczka Stefanii rodzi córkę‑kalekę, Dzidzię Warzywko, pozbawioną zarówno rąk, jak i nóg, umiejętności mówienia i myślenia. Dzidzia to zemsta historii, stworzona tak, by nie potrzebowała ani butów, ani płaszczyka, które zdobyła jej prababcia. Matka Dzidzi – Danuta Mutter, pisze petycje do Strasburga, do wszystkich możliwych sądów, chcąc wyrazić swój bunt, niezgodę na los, który skazał ją na opiekę nad takim dzieckiem. Domaga się pieniędzy, argumentując, że w czasie wojny rodzina pomagała uciekinierom, „obywatelkom Polskim. I nikomu włos z głowy nie spadł, a ludzie to mówią, co im ślina na język przyniesie, i sami chyba już się nie kontrolują [ … ], a coś się przecież należy za te pomoce wojenne, bo za darmo człowiek nie robi”. 

Dzidzię zabiera w końcu pomoc społeczna, ale oddaje ją do kościoła, by dziecko stało się lokalną świętą, świętą, która ma poprawiać humor innym, zdrowym, silnym i myślącym. Chutnik, przedstawiając los dziewczynki, idzie w tropy makabry spod znaku Kosińskiego – mała swoją odmiennością budzi nie współczucie i litość, ale zwierzęce okrucieństwo, wyzwala w mieszkańcach Gołąbek pragnienie zabijania. 

Danuta tymczasem stara się odzyskać córkę, udaje się do sądu – ale jest niedziela i strażnik nie wpuszcza jej do budynku. Zrozpaczona matka wygłasza więc monolog: „Śpiewam dziś Pieśń Oburzenia, pieśń tworzenia nowej mnie. Siła i dzielność pozwalają mi krzyczeć, stać tu prosto z rozwianymi włosami i umorusanym płaszczem wyszarpniętym spod tyłka Polski”. Wypowiedź Danuty, to oczywiście przepisana na nowo Wielka Improwizacja, ale zmiana kontekstu historycznego i zmiana płci bohatera przekłada się na zmianę sensu: Danuta woła w imieniu wszystkich matek o odwołanie historii, o rozpisanie jej na nowo, tym razem jednak bez śmierci, bez bezsensownego zabijania w imię wartości. Tutaj właśnie uderza Chutnik najmocniej – żadne bowiem wartości, widziane z perspektywy matki, nie są wystarczająco wysokie, trwałe i znaczące, by usprawiedliwiły śmierć. Obiektem ataku nie jest dla Chutnik historia, ale ślepa repetycja ludzkich działań, która tę magmę przeszłości kształtuje: „Tworzę wiry, które mają was wchłonąć, tak jak i mnie wchłonęła cała przeszłość tego kraju. Z jego wojnami, powstaniami, wypędzeniami i powrotami. Z nowym systemem i ciągle tym samym. Gdzie nie ma miejsca dla starych kobiet i młodych dzieci”.

Stosunek Chutnik do historii nie jest obrazoburczy czy lekceważący. Znajomość materii, jej swoiste przepracowanie i przeżycie widoczne jest w pierwszej części powieści – w serii „obrazków” z powstania warszawskiego, których skrótowość i lapidarność ma oddawać dramatyczność i totalność doświadczenia, ukazać jego prowadzącą do szaleństwa i śmierci realność. Taki sposób konstrukcji przeciwstawia się narracjom młodych polskich historyków opisujących powstanie jako „zryw”, „czyn” i „poświęcenie dla ojczyzny”. Groteskowa forma, której podporządkowuje się cała powieść, użyta jest tu w swej najbardziej podstawowej formie: ma wskazywać na obcość naszego świata, budzić poczucie zagrożenia wobec tego, co znane. Chutnik nie chodzi jednak o to, by eskamotować uwznioślony obraz powstania 1944 roku, lecz o to, by zanegować interpretację historii i miejsca, które przypisujemy w niej pojedynczemu człowiekowi, budując tenże koturnowy obraz. W monologu Danuty to właśnie biologiczna substancja zwycięża nad ideologią, nad bezmyślną powtarzalnością tych samych gestów w historii: „Są tylko trzy zmieniające się wspomnienia i wieczne poczucie krzywdy. Że oni nam zrobili, że my zrobiliśmy innym. Że człowiek człowiekowi, ale historia nam wszystkim”. 

Nie należy zamykać Chutnik w ramach literatury kobiecej i anarchizująco‑lewicowej, bo tym samym tłumi się ważny głos mówiący o polskiej świadomości. Te schematyzujące określenia zaś wpychają autorkę do niszy zasiedlanej przez feministki, anarchistów i lewicę wszelkiej maści. Tymczasem taki sposób etykietowania używany w dyskursie publicznym w obcesowy sposób kończy możliwość jakiejkolwiek wymiany poglądów. I choć owszem, Dzidzia to powieść feministyczna, zaangażowana (tendencyjna nawet), to jednak określania te powinny tu otwierać dialog, stawiać problem, a nie budzić lekceważenie. To, co chce pokazać Chutnik, nie jest ważne tylko dla marginesowych grup polskiego społeczeństwa – przeciwnie, autorka włącza się swoją książką w dyskusję, która powraca w polskiej myśli od połowy XIX wieku, która w różnych formach stanowi główną oś polskiej refleksji tożsamościowej.

Paulina Małochleb




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas