poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MATEUSZ ANTONIUK
Słowowiedne postaci, postaciowane słowa
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Edward Balcerzan
Wiersze niewszystkie
Instytut Mikołowski, Mikołów 2009

1
Wybór poezji Edwarda Balcerzana to książka ciekawie pomyślana. Wiersze – jak głosi tytuł, niewszystkie – ujęte zostały w ramę dwu objaśnień, dwu komentarzy. Całość otwiera szkic Dariusza Pawelca, którego tytuł (Obroty myśli) nosi w sobie podwójną aluzję: do wiersza Balcerzana i, pośrednio, do tomiku Białoszewskiego. Komentarz domykający pochodzi już od samego poety. Frapujący tytuł tej glosy ustanawia związek wyrazów, zdawałoby się, nazbyt odległych semantycznie, aby mogły się spotkać i wspólnie generować znaczenia – Manifest wspomnieniowy

Ramowe komentarze penetrują wnętrze tomu. Docierają do wierszy wybranych z czterech tomów poznańskiego poety‑poezjoznawcy (Morze, pergamin i ty, 1960; Podwójne interlinie, 1964; Granica na moment, 1969; Późny wiek, 1972), prześwietlają utwory rozproszone lub niepublikowane (Wiersze z szuflad i szaf), a także pastiszowe bądź parodystyczne (Wiersze uzależnione). Gdy spotkają się przy konkretnych utworach, zawiązują ciekawe dwugłosy interpretacyjne: inaczej brzmi wiersz Obraz walk wewnętrznych przeczytany od strony szkicu krytycznego, inaczej od strony komentarza autorskiego. 

Oczywiście, Wiersze niewszystkie mogą być przyjmowane i rozumiane bez udziału okalających paratekstów. Ale mój pomysł na czytanie tomiku urodził się w przestrzeni „pomiędzy” dyskursywnym nagłosem i wygłosem książki. Chciałbym o nim opowiedzieć.

2
Dariusz Pawelec proponuje czytelnikom zabawę w otwieranie utworów Balcerzana‑poety za pomocą kategorii, formuł oraz narzędzi analityczno‑interpretacyjnych wypracowanych bądź udoskonalanych przez Balcerzana‑literaturoznawcę. Demonstruje tę możliwość na wybranych przykładach („strategia liryczna”, „międzysłowie”, „przekład intersemiotyczny”), po czym zastrzega: „Rzecz jasna, zaproponowane sposoby odczytania prezentowanych wierszy, nawet przy założeniu, że ograniczamy się do czytania Balcerzana Balcerzanem, to i tak klucze niewszystkie”. Wolno tę uwagę potraktować jako zachętę do dalszych poszukiwań: jak jeszcze, jak inaczej uda się interpretacyjnie wyzyskać tę „integralną jedność” literackich i literaturoznawczych wypowiedzi poznańskiego autora?1 Może tak: „Herbert, który konsekwentnie sięga do konwencji liryki roli wydaje się w odczuciu wielu czytelników – przede wszystkim – twórcą świata osobowego, reżyserem widowiska aktorskiego, w którym postać kumuluje w sobie najwyższą energię tekstu”2.

Gdy przypominam sobie to frapujące i świetne rozpoznanie, myślę: także autor Wierszy niewszystkich bywa „twórcą świata osobowego”, także w jego poezji zdarza się, że „postać kumuluje w sobie najwyższą energię tekstu”. Oczywiście, „także” nie znaczy „tak samo”. W poezji Edwarda Balcerzana, tak przecież odmiennej od poezji Zbigniewa Herberta, świat osobowy rodzi się i istnieje inaczej. Jak?

Jak nie narodziłby się woziwoda bez
skrzypiącego wozu i źródlanej 
wody,
listonosz bez szelestu papierów 
listowych,
drwal bez drew,
tak i groszorób marniałby bez słowa
gdyby nie słowo grosz.

To późny, z roku 2003 pochodzący wiersz Grosz, dedykowany Wisławie Szymborskiej (i podchwytujący pewne rysy jej mowy poetyckiej). Utwór ma niewątpliwie cechy humoreski, scherza, ale z tego żartu daje się wysnuć całkiem serio traktowany domysł. Są postaci, które swe imiona otrzymują bądź przyjmują, są też imiona, które rodzą, kreują postaci. A może takich „słowowiednych” person jest w wierszach Balcerzana więcej? A nawet – wzmacniam hipotezę – wszystkie są jakoś, w jakiś sposób „słowowiedne”? 

Żywił nienawiść
sobą
Do lasu z którego „wyszedł”
do drzew
Żarła drewniany głos nogę
korę mózgową kasztanowe brewki
Żywił kornika
Kąpał się gąbką wbierała z rzęs próchno. 
   
„Opowiedz rzeźnię” – pisał niegdyś Grochowiak… Opowiedz wiersz… Próba opowiedzenia pierwszej całostki wiersza Sylwetka odżywcza (tom Podwójne interlinie) mogłaby przebiegać tak: na scenie tekstu zjawiają się trzy związki frazeologiczne. „Żywić nienawiść”, „wyjść z lasu”, „kora mózgowa” – każde z innej parafii. Wyrażenie pierwsze przyszło z języka potocznego, oznacza tyle, co ‘uparcie nienawidzić’, ‘podtrzymywać w sobie uczucie nienawiści’. „Wyjściem z lasu” nazywano w latach powojennych decyzję o zakończeniu udziału w partyzantce, w zbrojnym podziemiu; termin „kora mózgowa” przywędrował z języka neurologii, tam oznaczał ‘wielkie skupienie neuronów tworzące zewnętrzną warstwę półkul mózgowych’. Poza mową wiersza każdy z tych związków frazeologicznych zdążył już zastygnąć w językową kliszę, powielaną standardowo, mechanicznie, ale tutaj – w tekście Balcerzana – odzyska (przynajmniej częściowo) ruchliwość i swobodę. Demonstracyjna przerzutnia między wersem pierwszym a drugim zwróci uwagę czytelnika na ciekawe dopowiedzenie, które ożywia i ukonkretnia frazę „żywić nienawiść” – „sobą”. A zatem to właśnie czynność językowa, czynność rozwinięcia, modyfikacji utartego związku frazeologicznego sprawia, że zaczyna się wyłaniać jakieś „ja”, jakaś „sobość”. Dalej na theatrum wiersza obserwujemy zagęszczenie leksyki związanej z drewnem i, pośrednio, suchością: „drzewa”, „drewniany głos”, „drewniana noga”, „kasztanowe brewki”. Wprawdzie w finale całostki poprzez tę koncentrację „drewnianości” próbują się przebić określenia apelujące do skojarzeń akwatycznych, jednak szybko zostaną spacyfikowane: wyrazy „kąpiel” i „gąbka” ulegają dominacji wyrazu „próchno”. W takiej konsytuacji zmieniony sens mogą uzyskać wyrażenia „kora mózgowa” i „wyszedł z lasu”. To pierwsze może być odczytane jako sygnał informujący, że mózg, tak jak głos i noga, utworzony został z materiału drewnianego, to drugie daje się sprowadzić do znaczenia: ‘wyprowadzić, wywieść siebie’ z lasu, czyli, mutatis mutandis, z drewna. „Drewnianość” bohatera ma sens równocześnie dosłowny („drewniana noga” – proteza, inwalidztwo) i przenośny („drewniany głos” jako opozycja do głosu „dźwięcznego”, „jak dzwon”, „silnego” może na przykład charakteryzować rezygnację, zwątpienie, bierność bohatera). Zarazem „drewnianość” człowieka żywiącego nienawiść sprawia, że destruktywne uczucie konkretyzuje się w wierszu jako „kornik”… I tak dalej, i tak dalej: międzysłowne zdarzenia generują mikrocharakterystykę i mikrofabułę, z metamorfoz języka wyłania się świat person. Bohater wiersza, jakiś kombatant zgorzkniały, rozżalony, okaleczony, zasklepiony w resentymencie, w poczuciu krzywdy i klęski, został na przestrzeni ośmiu wersów wy‑słowiony, to znaczy wyprowadzony (wywiedziony, wywołany) ze słów. A ściślej – ze zdynamizowanych stereotypów leksykalno‑frazeologicznych. 

Przeczytajmy utwór do końca:
 
Dla nienawiści do wspomnień
chłodu oczu zmarłych
z łez w lodowatym wzroku zakrzepłej 
w dwa szkła witrażu odgrzewał
wykwitłe z mrozu płucka.
Zsycham się biadał gdy w nim 
wzbierała wylewność
Nienawiść
do wszystkich
trawi mnie

sobą
Kłamał nie miał pojęcia czym 
co to jest sobą

Teraz wychodzi na jaw i może być dostrzeżona misterna, muzyczna precyzja, z jaką Edward Balcerzan komponuje swój wiersz. Motyw „kąpieli” w całostce pierwszej wprowadził po raz pierwszy „temat akwatyczny” – zdawało się wówczas, że tylko na moment, że bez możliwości kontynuowania. Ale teraz ów temat powraca, zyskuje na intensywności. To oczywiście komplikuje rysunek postaci, ujawnia tkwiące w niej pęknięcia, pogłębia psychologiczną charakterystykę. W „drewnianym” kombatancie kryje się też jakiś „humor” (w znaczeniu „ciecz”, „wilgoć”, „płynność” – Every Man in his humour…). Czyżby zatem wewnętrzna, mentalna zamiana w kawałek drewna była częściowa, nieostateczna, pozorowana? Czyżby pozostała jakaś skłonność do wzruszenia, jakaś potrzeba ekspresji uczuć, być może innych niż nienawiść? Ta skłonność i ta potrzeba byłaby jednak starannie maskowana, zagłuszana, niedopuszczana do – nomen omen – słowa. Bohater nazywa przecież swą „wylewność” – „zsychaniem”, kurczowo trzyma się „dyskursu drzewnego”, odrzuca, zagłusza możliwy „dyskurs akwatyczny”, pragnie się wy‑sławiać (wytwarzać, wymyślać) w ramach „drewnianego paradygmatu”. 

Jeśli zgodzimy się pomyśleć, że poetycka personologia Balcerzana też jest lingwistyczna, jeśli przyjmiemy, iż charaktery i fabuły biorą się tu z wnętrza intensyfikowanego języka, otworzy się przed nami jeszcze jedna możliwość czytania Wierszy niewszystkich. Zaczniemy w nich szukać (i znajdować) kolejnych bohaterów, których osobowości, cechy, stany i przygody wyprowadzone zostały ze słów i z międzysłowia (albo z wnętrza fraz i z pomiędzy fraz). W zdaniu „Bosman rozpływał się na dobre” odkryjemy projekt osobowości głównego bohatera utworu Druhy Bosmana – postaci płynnej, niestabilnej, fluktuującej za życia i po życiu. Dalej, w charakterologicznej galerii Edwarda Balcerzana odnajdziemy człowieka, którego tożsamość wyraża (a może stwarza?) używanie takich słów jak „mentalność”, „pragmatyzm”, „publicystyka” (Śmierć i porcelana). A także osobnika, który całe swoje życie podporządkował frazeologizmom budowanym wokół czasownika „zwalczać” („zwalczyć coś w sobie”, „zwalczać innych”), nie wiedząc, że logika tego wyrażenia określi sens jego własnej śmierci –  w najmniej spodziewany sposób:

Świat go 
zwalczył:
akurat zwalczał w sobie wszystko 
co miał do
zwalczenia
(Człowiek do zaprogramowania).

Ale ze słów rodzą się w poezji Balcerzana nie tylko persony sensu stricto, nie tylko byty wyraźnie osobowe. Dzieje się tu coś jeszcze – i ciekawszego, i trudniejszego do nazwania. Najprościej powołać się na autokomentarz samego poety, zapisany w Manifeście wspomnieniowym. Otóż frazy i wyrazy „wypełniają się zmyślonymi widokami, baśniowymi lub groteskowymi fabułami”. Powiem to jeszcze inaczej: podmiot tej poezji wyposażony został w bardzo szczególną wyobraźnię słuchu, dzięki której brzmienia słów stają się pulsującym źródłem bytów i światów. Wyraz „żeby” umieszczony w nagłosie wersu i strofy działa jak nadajnik, emituje w przestrzeń wiersza głoski‑dźwięki „ż”, „e”, „b”. Wokół nich krystalizują się kolejne (istniejące w języku bądź zmyślone) słowa, powołując do istnienia jakieś dziwne, rozmyte, mgławicowe pejzaże, jakieś personifikowane rzeczy i miejsca, jakieś wreszcie istnienia, o których trudno orzec definitywnie: ludzkie? nieludzkie? osobowe? nibyosobowe? realne? wyśnione?:

żeby: rzęsy szuwarów obłokiem pod     mokłe
biały staw w żabie skrzela mleczem      świtu ociekł
wieś dopadła źdźbeł wina i rzęzi pod     oknem
smagłych Żebów tubylec w beżowym   żabocie.
 
Można powiedzieć: wariacje fonologiczne stają się – wariacjami istnieniowymi… Ano właśnie. 

3
Nieprzypadkowo posłużyłem się tytułową formułą ciekawej książki Michała Nawrockiego, poświęconej poezji Bolesława Leśmiana. Autor Napoju cienistego – jednym z patronów Wierszy niewszystkich? Nie takie to znów dziwne. Echa Leśmianowej rzeczy w poezji Balcerzana są raczej rzadkie, lecz wyraźne i łatwo uchwytne. W wierszu zatytułowanym Jeden wieczór z tomikiem Bolesława Leśmiana osiągają konsystencję pastiszu, gdzie indziej zjawiają się na prawach lokalnej, momentalnej aluzji bądź trawestacji. Jak choćby we fragmencie pięknego erotyku dedykowanego żonie Bogusławie: „zbłąkany w tobie”, „wzbierający  /  w sypką łachę przyśnionego tobie ciała” (podkreślenie moje – M.A.). 

Ale nie zasilanie własnego języka mową Leśmiana jest tu najważniejsze. Autor Pana Błyszyczyńskiego pojawia się nade wszystko jako patron każdej poezji pisanej po polsku i łączącej inwencję językową z inwencją ontologiczną. Warto w tym miejscu przypomnieć pewną krytycznoliteracką dyskusję sprzed niemal czterdziestu lat. W sławnych Biegunach poezji z roku 1973 Jan Błoński rzucił uwagę o braku inspiracji leśmianowskiej we współczesnym wierszopisaniu. Edward Balcerzan z sądem tym polemizował: Leśmian działa i wpływa na najnowszą polską poezję – tyle, że w ukryciu i w sposób nieoczywisty. Leśmianowskie z ducha jest zwłaszcza Odwrócone światło, gdzie odbywają się „krwawe dramaty już nie kalekich postaci, ale kalekich rzeczywistości, krótkotrwałych, znikliwych, zakotwiczonych jedynie w słowie”3.

Przygody person i istnień zapełniających przestrzenie słów i frazeologizmów w poezji Balcerzana nie są może tak bardzo krwawe i groźne, bywają łagodne, pogodnie fantasmagoryczne: 

zatem: ćmy spod witraży zakrystian    zamierzchły
ćmi w cybuchu warownym 
w popielcowych nawach
a z bezokich meczetów w samą 
północ pierzchły
wesołe nowalijki zielonego nawet.

Ale i tutaj zdarza się jakiś byt, który stara się być, który musi wykonać wysiłek, aby istnieć, który próbuje się stawać, spełniać czy przeistaczać. Jak choćby pomnik, co „przybył dużemu miastu”, „odchropawił się”, „wyróżowił” nawet, a przecie: „pomnikowi też jest niełatwo  /  rudzieć w słońcu udawać wieczność” (Pomnik). I zdarzają się w poezji Balcerzana słowowiedne byty i rzeczywistości, które mogłyby zaistnieć – lecz nie zaistnieją, bo zostały wyparte przez inne, silniejsze i skuteczniejsze „zaistnienia”. Litera „M”, figurująca w napisie „ODBYWAMY SIĘ CZYIMŚ KOSZTEM” wypełniona zostaje tumultem istnienia, jakimiś „obrazami”, „znakami”, „zabarwieniami uczuciowymi”. Wszakże to językowe światorództwo odbywa się „kosztem innych znaków obrazów zabarwień  /  Kosztem góry innych kosztowności” (Kosztem myśli). 

4
Tak, ale… to jednak zbyt prosto powiedziane. Niewątpliwie Wiersze niewszystkie zaludniają i zapełniają postaci, byty oraz rzeczywistości wywiedzione ze zdynamizowanych, ożywionych stereotypów leksykalno‑frazeologicznych. Przesadą, a nawet zafałszowaniem byłoby wszakże stwierdzenie, że w świecie poezji Edwarda Balcerzana słowo jest absolutnie pierwsze, źródłowe, że mówienie wyprzedza tu istnienie, że poeta znajduje swoich bohaterów tylko w fałdach, meandrach, gęstwinach języka. Próba narzucenia takiego sensu omawianym utworom napotyka na wyraźny sprzeciw, wyartykułowany w domykającym tomik komentarzu odautorskim: „To nieprawda, że język przesłonił świat. To przesada, że słowo rządzi nami niepodzielnie. Słowa nie ma ani na początku, ani na końcu ludzkiej egzystencji. Jest pomiędzy urodzinami a śmiercią, plącze się między jawą a snem, zapala się i gaśnie między człowiekiem a człowiekiem, przemyka między człowiekiem a rzeczą – korygowane, wymienne, różnojęzyczne, nietrwałe”.

Czytając Manifest wspomnieniowy Edwarda Balcerzana, myślałem o tradycji awangardowego dyskursu metapoetyckiego, a dokładniej: o żarliwych, pełnych pasji i powagi autointerpretacjach Juliana Przybosia. Autor Linii i gwaru wypracował charakterystyczny model komentarza do własnych wierszy, który zawierał eksplikację reguł przyjętej gramatyki lirycznej, czasami polemikę z cudzymi, falsyfikowanymi interpretacjami, nade wszystko jednak – wyjaśnienia genetyczne. Z jakiego osobistego przeżycia lirycznego wyrasta wiersz, jaki był jego „zacząt”? Autokomentarze Balcerzana czytane na tle takiej tradycji ujawniają rzecz jasna swą odrębność – mają w sobie znacznie mniej dydaktyzmu oraz programotwórczej pasji, więcej dystansu, humoru, momentów wątpliwości. Ale jest w nich odczuwalny podobny ładunek prywatności. Poeta pyta: „co i jak pamięta (nie pamięta) moja poezja”, „co i jak pamięta (nie pamięta) moja proza”? I odpowiada: moja poezja jest pamięcią o zmysłowo poznawanym konkrecie. Takim na przykład, jak hałasy klatki schodowej w gmachu Politechniki Szczecińskiej i pogłosy rozmów w „Czytelni Chemicznej”, które zostały zapamiętane przez wiersz Sedno. I jest także pamięcią o prywatnej historii słów. „Pianino – czytamy w autokomentarzu – będzie dla mnie zawsze miało mrok zaciemnionego wnętrza wowczańskiego domu w czasie wojny i zapach połcia słoniny ukrytego w czarnym instrumencie na czarną godzinę”.

To ważne zastrzeżenia. Wiersze niewszystkie czytane dzisiaj, w roku 2010, są częścią wyraźnego i konsekwentnego sprzeciwu, kierowanego (od dobrych kilku lat) przez Edwarda Balcerzana pod adresem tych stanowisk, dyskursów i języków współczesnej humanistyki, które radykalnie kwestionują referencjalność literackiego słowa, celebrując tzw. „nieprzechodni” charakter języka poetyckiego: „ja  /  nie jestem dekonstrukcjonistą!  /  wieżę w święte obcowanie  /  miłości i metonimii,  /  widzenia i wyrazu,  /  dotyku i słów  /  w sztukę słowa” (Ból językoznawczy).

5
Słowa i frazy przybywają do poezji od strony prywatnej pamięci, już nasycone indywidualnymi, a bywa, że intymnymi skojarzeniami – zalążkami charakterów i fabuł. Poddane pracy wyobraźni, wyłaniają z siebie postaci, istnienia i rzeczywistości, a także same stają się sui generis postaciami, istnieniami, rzeczywistościami. Tak, w zasadniczym zarysie, ułożyła się moja lektura tomiku, tak mógłbym ją spuentować.

A przecież (cieszy mnie ta niekonsekwencja) spośród wszystkich Wierszy niewszystkich za najpiękniejszy uważam ten, który mówi o bezapelacyjnej utracie – słowa, postaci, rzeczywistości. Jest to utwór z roku 2008, najpóźniejszy w całym tomie. Opowiada o koledze z dzieciństwa, towarzyszu zabaw na szczecińskich ulicach. Kolga miał kłopot z artykulacją głoski „r” –  to pewne, tego pamięć nie zapomniała:

Ale 
rower
to dla niego był
howeh
goweg
albo wowew?

Całą poezję autora Słynnej suszy przenika niezwykłe, indywidualne „słowoodczucie”. Powiedziałbym nawet: podmiot tej poezji jest „w mowę własną dziwnie zasłuchany”. Dla „ja” mówiącego słowa są czymś konkretnym, materialnym, dostępnym zmysłowo. Gęste, skondensowane, stawiające opór – mówi się o nich wówczas jako o „zleżałej zaspie”, „gęstwinie” – to znów materializujące się w postaci „kropli w uchu”, której trudno się pozbyć, bo „nie wystarczy [ … ] podskakiwać to  /  na jednej to na drugiej nodze” (Plaża u źródeł liryki). Jeszcze innym razem słowa wizualizują się, wyświetlają, unaoczniają: wyrażenie „martwy punkt” potrafi zaistnieć wizualnie jako „gwiazda spalająca się w bezdrzewnej mapie nieba” to znów jako „ślad po ukąszeniu” (Czystej krwi romantyk). Słowa tętnią, ciążą, gniotą, zajmują miejsce, uwierają. Jednak słowo wypowiedziane sześćdziesiąt lat temu w Szczecinie przez chłopca z wadą wymowy umyka pamięci i wyobraźni, traci kontury, rozmywa się i rozrzedza, jego brzmieniowa tożsamość pozostaje kwestią niepewnej rekonstrukcji, rozchwianego domysłu, nieweryfikowalnej możliwości. Był na świecie „wowew”, był, na pewno był. Ale może to był „howeh”, „goweg” albo jeszcze jakoś inaczej.

Mateusz Antoniuk

PRZYPISY:
1 Na tę „integralną jedność” Balcerzanowego pisarstwa zwraca uwagę Jacek Łukasiewicz w komentarzu drukowanym na tylnej okładce Wierszy niewszystkich.
2 Edward Balcerzan, Poezja polska w latach 1939 – 1965, cz. II. Ideologie artystyczne, Warszawa 1988, s. 238.
3 Tegoż, Polaryzacje sztuki poetyckiej, zob. przedruk w: Jan Błoński, Odmarsz, Kraków 1978, s. 227.




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas