poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
AWARIA ROBOCOPA [fragment]
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Koniec leniuchowania, wstawaj Robocopie, czas działać! Minęły kolejne tygodnie i chociaż Robocopowi wydawało się, że jego życie z Olgą nie może być już lepsze, piękniejsze i przyjemniejsze, to jednak z każdym dniem stawało się jeszcze lepsze, piękniejsze i przyjemniejsze. Cóż, trudno to nawet opisać, bo spece od gramatyki języka polskiego stworzyli bardzo ubogi system stopniowania przymiotników. Ale do czasu – do czasu sławetnej imprezy u progu wiosny, która tamtego roku otumaniła wszystkich niespodziewanymi upałami. Bawili się wieczorkiem w ogrodzie kumpla, i to bawili się świetnie. Zaczęło się od tradycyjnej rozrywki ludu polskiego, czyli grillowania, potem faceci skoncentrowali się na porównywaniu walorów smakowych rozmaitych marek piwa, kobiety na pogaduchach i pląsach. Było już późnawo, Robocop wodził rozmarzonym wzrokiem za Olgą i zaprawdę powiadam wam, nie spodobało mu się to, co zobaczył przez alkoholową mgiełkę: kobieta będąca lekiem na cały jego życiowy niefart ewidentnie dobierała się do rudaski z wielkim biustem. Tańczyła z nią, najpierw były to podrygiwanki obok siebie, niewinne pląsy panien, które nie zawsze chcą czuć w tańcu rozbiegane dłonie zbyt szybkich gości. Olga zbliżała się do rudaski, na chwilę kładła dłonie na jej ramionach, ocierała się biodrami. A potem już tańczyły przytulone i to właśnie Olga miała rozbiegane, niecierpliwe dłonie – Robocop przetarł oczy, łyknął piwa, ale wciąż widział to, co widział – głaskała pośladki tamtej, lekko szczypała, jednocześnie szepcząc coś wprost do ucha, drażniąc jego płatek rwącym się oddechem. Rudaska wcale się nie broniła, wręcz przeciwnie, wciskała budyniowate piersi w Olgę, pozwalała, aby twarde jak kamyki sutki, które Robocop tak lubił, kłuły ją lekko. Gapił się na to wszystko i nie bardzo wiedział, co ma zrobić. Jego oprogramowanie nie zawierało opcji, pozwalającej radzić sobie z takimi problemami. Wiedział jedynie, że coś jest cholernie nie tak, że ktoś tu robi go w wała i że nie powinien na to pozwolić. Wywlókł Olgę z imprezy, próbował robić sceny, ale ona, śmiejąc się, tłumaczyła mu, że to przecież nic takiego, niewinny w gruncie rzeczy taniec, który tylko facetom kojarzy się z seksem, bo przecież im wszystko kojarzy się z jednym, że dziewczyny po prostu tak robią, a poza tym przecież kocha tylko jego i nikogo innego. Nie przekonało to Robocopa, był zły, obrażony. Przekonała go dopiero noc z Olgą, która skończyła się dobrze popołudniu dnia następnego. 

Od sławetnej imprezy u progu wiosny niby nic się nie zmieniło, Robocop kochał Olgę, a Olga kochała Robocopa, wspólne śniadania wciąż smakowały wyśmienicie, palce same splatały się w kinie, plany na przyszłość stawały się coraz bardziej konkretne i szczegółowe, ale jednak… Nie ma co mydlić oczu wygibasami stylu, Robocop zwyczajnie zaczął się bać, że po raz kolejny okaże się naiwnym gościem, bezwolną zabawką w rękach bezwzględnej panny. Ale tym razem lęk nie szedł w parze z rezygnacją, w tym przypadku Robocop nie zamierzał po pierwszej przegranej potyczce wycofywać się na z góry upatrzone pozycje we własnej kawalerce, by melancholijnie kartkować notes z numerami telefonów bezpruderyjnych koleżanek. Postanowił powalczyć o Olgę, udowodnić jej raz na zawsze, że jest tym jednym jedynym, a zarazem wszystkim, całym światem. Przeanalizował sytuację, jak na skrupulatnego urzędnika przystało, wypisał w słupkach wszystko, co, odkąd poznał Olgę, robił dobrze, i wszystko, co robił źle. Wyszło mu ni mniej, ni więcej, że całe zło wzięło się z nadmiernego imprezowania, że zbyt wielu ludzi kręci się wokół Olgi, a wiadomo, że im więcej pokus, tym trudniej ustrzec się grzechu. W pierwszej chwili chciał zapowiedzieć jej, że odtąd koniec z cotygodniowymi wyjściami, koniec z rajdami po klubach z całym tabunem znajomków na karku, najwyższy czas skoncentrować się na pielęgnowaniu tego, co najważniejsze i najpiękniejsze – i nie chodzi bynajmniej o wielki kaktus, podarowany mu przez Olgę, który tak oboje lubili. Jednak lęk, nawet jeśli nie jest podszyty rezygnacją, pozostaje lękiem, Robocop przestraszył się, że naciskając na Olgę, ograniczając jej wolność, ostatecznie zniechęci ją do siebie. Poza tym nie był pewny, czy potrafi być wystarczająco stanowczy. Nigdy wcześniej nie narzucał kobietom swojej woli. Kolejna skaza, następny błąd systemu? Czyżby Robocop miał ich więcej? Człowiek zwany Błędem? Raczej Obłędem, bo kolejne miesiące wiosny mijały mu jak w amoku; czuł się rozedrgany, wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie – na Robocopa zakochanego bez pamięci i Robocopa zakochanego nieszczęśliwie. Tego pierwszego cieszyła każda chwila spędzona z Olgą, w euforię wprawiało słowo „kocham”, które Olga odmieniała przez wszystkie przypadki przy każdej okazji, a często i bez. Ten drugi lubował się w wymyślaniu ponurych scenariuszy, wystarczyło, że Olga spóźniła się kilka minut na spotkanie albo, co gorsza, nagle je odwołała, a już widział ją w mocno nieprzyzwoitych uściskach z kobietami, obcymi i znajomymi, więcej – nawet w jawnie pornograficznych układach kłębiących się ciał płci rozmaitych. Ten pierwszy nieustannie powtarzał, że kocha Olgę, ten drugi tłumaczył pierwszemu z rezygnacją, że kochać nie warto, bo i tak prędzej czy później zostanie się zdradzonym. Ten drugi szybko zdominował tego pierwszego, zatruwając skutecznie życie Robocopa, i pewnie zatrułby do końca, sprawiając, że Olga nie byłaby w stanie wytrzymać jego humorów, gdyby nie nagłe olśnienie. Fortel! Nie umie zdobyć się na to, żeby porozmawiać z nią otwarcie, jasno powiedzieć, czego od niej oczekuje, czego sobie nie życzy i czego nigdy nie zaakceptuje, więc weźmie ją sposobem.

Przygotowywał wszystko w tajemnicy, Olga dowiedziała się o planie, właściwie jedynie o jego części, dopiero wtedy, gdy Robocop miał atuty w ręku, to znaczy jeden w ręku, a drugi… O tym za chwilę. Zaprosił ją do swojej mikroskopijnej kawalerki, przygotował kolację, zapalił świece, puścił, a jakże, nastrojową muzyczkę i po tym jak zjedli, co było do zjedzenia, wypili, co było do wypicia, poprzytulali się intensywnie i z wyraźną satysfakcją, powiedział jej, że wykupił trzytygodniowe wczasy w Chorwacji, dwadzieścia jeden dni sam na sam, bez kolegów i szczególnie bez koleżanek, w miłym hoteliku na brzegu ciepłego morza. Olga skakała z radości, cieszyła się tak bardzo, że zaraz znowu zaczęli się intensywnie przytulać, tak intensywnie, że przypomnieli sobie, że muszą się trochę przespać dopiero, gdy świtało. Robocop, jako się rzekło, zdradził Oldze tylko część planu, nie powiedział jej, że zabiera ją do Chorwacji nie tylko, żeby sprawić jej przyjemność, ale przede wszystkim po to, by sprawdzić, czy kobieta jego życia nie będzie się oglądać za kobietami będącymi zmorą jego życia, czy może jej zaufać i czy gdyby coś poszło nie po jego myśli, to czy da się z tym coś zrobić, odkręcić tak, żeby przestał się wreszcie lękać. Nie powiedział, bo właściwie dlaczego miałby mówić. Nie lękajcież się! To hasło Robocop wziął sobie do serca, aż do urlopowego wyjazdu odpierał cykliczne napady lęku, jak umiał, a umiał nie za dobrze. Olga zauważyła, że jest nieco markotny, próbowała dopytywać się, o co chodzi, ale nieodmiennie tłumaczył, że to tylko zmęczenie nudną robotą. Wierzyła, a Robocop zakochany nieszczęśliwie w takich momentach judził, że jeśli on, który nie jest mistrzem ściemy i kamuflażu, potrafi tak łatwo ją oszukać, to ona tym bardziej może wcisnąć mu każdą ciemnotę. Próbował go nie słuchać. Tak dotrwał do wyjazdu, do czasu próby.

Pierwsze dni w Chorwacji to była… znacie już to słowo z opowieści o Robocopie, przypomnijcie je sobie, tak, to była… sielanka: rozleniwiająco ciepłe morze, spacery po plaży, wino pite wieczorami w pełnych gwaru małych kawiarniach i błoga świadomość, że w każdej chwili, o każdej porze dnia Olga jest obok niego, patrzy na niego, myśli o nim. Mimo rozleniwienia i błogości Robocop był czujny. Uważnie obserwował, jak Olga reaguje na długie, znaczące spojrzenia posępnych, miejscowych macho, którzy od rana przesiadywali przy stolikach wystawionych przed kawiarnie, konsekwentnie łojąc śliwowicę, oppa!, czy coś w tym rodzaju. Nie reagowała – dobrze. Jeszcze uważniej obserwował, czy Olga nie zawiesza zbyt długo wzroku na strzaskanych na głęboki brąz pięknościach z różnych stron świata, które paradowały, co za cholerna moda!, po plaży bez staników. Nie zawieszała – bardzo dobrze. Po kilku dniach rozpoznania, dyskretnego, tak wydawało się Robocopowi, badania Olgi, uznał, że najwyższy czas przejść do zdecydowanej ofensywy. Robocop – decydujące starcie! Jeden atut, który miał w ręku, wyjawił na długo przed wyjazdem na wywczasy, bo inaczej nie mógł. Kolejny atut, zdecydowanie mocniejszy, istnego dżokera, który teoretycznie pobić powinien każdą kartę, ukrywał w kieszeni, dokładniej – w kieszeni spodni wizytowego garnituru. Kto zabiera ze sobą szary wizytowy garnitur na wypoczyn nad Adriatykiem w środku upalnego lata, powiedźcie, no kto? Robocop zabrał, podobnie jak białą, markową koszulę, jeszcze bardziej markowy krawat (ponieważ żadna z poważnych firm branży odzieżowej nie zdecydowała się na sponsorowanie tej opowieści, pominę nazwy) oraz czarne, trochę zbyt błyszczące lakierki, i to wcale nie przez przypadek czy niezrozumiałą skłonność do sztywnych strojów. Po kilku sielankowych dniach, tak przyjemnych i pozbawionych najmniejszego nawet stresu, że Robocop nieszczęśliwie zakochany w ogóle przestał się odzywać, zapowiedział Oldze, że zabiera ją na wyjątkową kolację. Ucieszyła się, bardzo, bo przecież lubiła wszystko, co wyjątkowe, chociaż gdy zobaczyła go, jak wbija się w wizytowy garnitur, powiedziała ze śmiechem, że aż na tak wyjątkowe okazje nie jest przygotowana. On wyglądał jak uosobienie urzędniczej elegancji, nic to, że niskiego szczebla, ona w szortach i kusym, błyszczącym topie –  jak tryumfatorka konkursu na plażowiczkę turnusu. Wyszli z hoteliku wczesnym wieczorem, gdy zachodzące słońce mazało po nagrzanych murach gęstym światłem. Robocop obejmował Olgę ciasno ramieniem, miejscowi, posępni macho obejmowali ciasnymi spojrzeniami biust Olgi, odkryty brzuch, w którego pępku dyndał fikuśny wisiorek z czerwonym oczkiem, a, kto wie, może starali się objąć coś więcej, choć już nie spojrzeniami, a wyobraźnią. Robocopa rozpierała duma, że ma u boku taką wspaniałą kobietę jak Olga, która w dodatku jest jego kobietą, chociaż trochę niepokoiły go krzywe uśmiechy miejscowych macho, na chwilę jakby mniej posępnych. Uśmiechał się też Włoch, który witał ich na progu swojej restauracji, zagadując w kilku językach na raz, pytając, skąd są, Zibi!, Papa!, ciesząc się, że ich widzi u siebie, choć bardziej zdawał się cieszyć z obecności Olgi, Bella! Usadził ich przy stoliku, ale raz po raz podbiegał z powrotem, zapalając świece, poprawiając serwetki, wymieniając czystą popielniczkę na inną czystą, i uśmiechał się do Olgi od ucha do ucha, przewracając oczyma. Robocop patrzył na taniec godowy Włocha z pewną rezygnacją, aż w końcu powiedział, że gdyby ten makaroniarz należał do mafii, to na pewno podałby mu, Robocopowi, zawiniętą w papier rybę. Olga roześmiała się, Robocopowi zdarzało się być dowcipnym, chociaż rzadko. Na stół wjechało wino i przystawki, Olga była głodna, nie mogła się już doczekać dania głównego, michy makaronu z sosem pachnącym świeżymi ziołami, Robocop nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie wyciągnie swój najważniejszy atut. Chociaż obiecywał sobie, że zagra nim dopiero po kolacji, nie zdzierżył, i już kiedy Olga zaczęła dziobać widelcem w przystawce, wyciągnął z kieszeni małe puzderko, otworzył je i powiedział: Olgo, czy wyjdziesz za mnie? Potem na chwilę zamienił się w ubraną na szaro alegorię zdziwienia, dziwił się, że tak łatwo wypowiedział to zdanie, które, obawiał się tego, mogło mu, więcej – powinno, stanąć w gardle niczym ość, dziwił się bardziej jeszcze, że Olga zareagowała wybuchem nieokiełznanej radości, która ściągnęła uwagę całej knajpy, a już najbardziej dziwił się, że ich szczęście sprowokowało niespodziewany entuzjazm Włocha, który podbiegł do stolika, ściskał ich dłonie, Olgi jakby dłużej, zalewał potokami zdań w rozmaitych językach. Robocop z reakcji Olgi zrozumiał tyle, że zgadza się zostać jego żoną, z nieokiełznanej jak górski potok w czasie wiosennych roztopów gadaniny Włocha zaś jedynie słowo „gratis”, choć nie był pewien, do czego dokładnie się ono odnosiło. Knajpiarz podarował im butelkę wina, za kolejne trzy musieli zapłacić. Chyba za trzy, bo to, co działo się potem, Robocop pamiętał wybiórczo. Kiedy przebudził się następnego dnia, ustalił podstawowe dane tyczące czasu oraz przestrzeni, poszukał wzrokiem Olgi i z trudem ustawiając ostrość widzenia, dostrzegł, że leży obok niego, naga, a na jej palcu pobłyskuje zaręczynowy pierścionek, był pewny, że wieczorem i w nocy wszystko działo się tak, jak trzeba.

Gdyby komuś potrzebny był wzorzec szczęścia, to jego parametry mógłby bez trudu ustalić, obserwując Robocopa po zaręczynach. Był szczęśliwy, że Olga chciała wyjść za niego, był pewny, że jego życiowy niefart jest już przeszłością, zmorą pamięci raz na zawsze przebitą osinowym kołkiem, był przekonany, że jego podejrzenia co do nietypowych skłonności kobiety jego życia były bezpodstawne. Dlaczego Robocop był szczęśliwy, tego nie potrzeba zbyt obszernie tłumaczyć. Trudno, żeby nie czuł wszechogarniającej błogości, gdy Olga kilka razy dziennie powtarzała, że go kocha i kochać będzie zawsze, a te słowa może nieco banalne, choć szczere, potwierdzała niebanalnymi pieszczotami, nie zważając, czy akurat są w hotelowym pokoju, na plaży czy w kawiarni pełnej ludzi. Dlaczego Robocop był pewny i przekonany, wymaga pewnych wyjaśnień. Kombinował logicznie, choć można oczywiście mieć pewne zastrzeżenia co do logiczności rozumowania kogoś, kto jest oszołomiony nadmiarem emocji, że jeśli Olga zgodziła się wyjść za niego i wciąż zapewniała go o swojej miłości, to chciała, żeby było mu dobrze, jak najlepiej, żeby był szczęśliwy, a jeśli chciała, żeby było mu dobrze i żeby był szczęśliwy, to nie chciała go ranić, krzywdzić, a jeśli nie chciała go ranić i krzywdzić, to nie zamierzała go zdradzać i upokarzać. Tak to sobie wykombinował Robocop, a gdy skończył kombinować, z jego wyobraźni zniknęły pornograficzne wizualizacje, w których Olga ściskała brunetki, blondynki, a także rudaski. Może Robocop nie powinien zbytnio ufać logice? Tak, słusznie podejrzewacie, że zbliża się kulminacja tej nieco ślamazarnie rozwijającej się opowieści, coś przygotowanego specjalnie na polski rynek, zdominowany przez większość, myślącą, że nigdy nie jest tak źle, aby gorzej być nie mogło. 

Robocop i Olga ani się spostrzegli, a minęły dwa tygodnie wywczasów. Turnus mija a ja niczyja? O, nie, Olga była Robocopa, a Robocop – Olgi, wydawało się, że nikt ani nic nie jest w stanie wcisnąć się między nich, bo pasują do siebie niczym dwie platońskie połówki. Ładnie to brzmi, prawda? Problem jedynie w tym, że Platon żył dawno temu, kiedy nie było jeszcze Finlandii, więcej nawet, kiedy byt taki jak Finlandia zdawał się niewyobrażalny. Co ma do tego kraina w husgvarny obfita? Już tłumaczę. Jako się rzekło, turnus minął, ale Robocopowi i Oldze było tak dobrze i błogo, że nie chciało im się jeszcze opuszczać przyjemnego hoteliku nad ciepłym morzem. Przeliczyli euro i zdecydowali, że zostaną jeszcze kilka dni. Jak zdecydowali, tak zrobili, załatwili co trzeba, a potem poszli na plażę. Gdy wrócili, hotelik pełen był jasnowłosych i na pozór chłodnych, niczym opierające się globalnemu ociepleniu lodowce, Finów. Gdyby Robocop i Olga wyjechali z Chorwacji po trzech tygodniach albo gdyby Robocop nie stracił czujności, być może wszystko potoczyłoby się inaczej… Nie ma co gdybać, opowiem, jak było. W pokoju sąsiadującym z gniazdkiem naszych platońskich połówek zamieszkały dwie Finki, wysokie i smukłe jak sosny masztowe, oczywiście jasnowłose i bladolice. Jedna z nich poprosiła Robocopa, żeby pomógł jej otworzyć oporną walizkę, i tak od jednego krańca zamka do drugiego, od słowa do słowa zaczęła się znajomość. Potem zjedli razem obiad, raz czy dwa wspólnie plażowali. Ze smukłymi jak sosny masztowe Finkami rozmawiała głównie Olga, zdecydowanie lepiej władająca od Robocopa angielskim. A on? Pogrążony w błogostanie, z każdym dniem jakby większym, nie widział w tej znajomości żadnego zagrożenia. W końcu cóż w tym dziwnego, że kobieta jego życia, przyszła żona, przy boku której miał się zestarzeć, z którą wspólnie mieli spłodzić i wychowywać dzieci, ale to potem, za czas jakiś, bliżej nieokreślony, rozmawiała z Finkami? Nie co dzień przecież spotyka się Finki, pociągnęła Olgę ku nim zwykła ciekawość. Poza tym znajomość wyglądała na całkowicie niewinną, ot, Europejczycy spotykają się przypadkowo w przyjemnym kurorcie i gawędzą niespiesznie, aby zabić wakacyjną nudę.

Po kilku dniach smukłe, jasnowłose i ledwie nieco mniej bladolice zaprosiły ich na imprezkę organizowaną przez Finów w hotelowym ogrodzie. Poszli, bo czemu by nie mieli pójść. Zabawa rozwijała się błyskawicznie, Robocop zauważył z pewnym zdziwieniem, że nie tylko Polak i Węgier to dwa bratanki, ale również Polak i Fin, szczególnie jeśli chodzi o pełne fantazji spożywanie alkoholi wysokoprocentowych. Trochę konwersował z rozmaitymi przedstawicielami ludu Północy, sporo popijał, z pląsów zrezygnował, bo Finowie konsekwentnie szaleli przy bałkańskiej odmianie disco polo, której nie cierpiał. Popijał chyba za dużo, bo w okolicach północy zdrzemnął się na chwilę na wygodnym leżaku. A kiedy się przebudził, Olgi nie było obok niego. Poszukał jej wzrokiem pośród pląsającego na mocno już wydeptanym trawniku tłumku. Nie było jej. Poszedł do baru, ale znalazł tam tylko kilku Finów znajdujących się w fazie mocno zejściowej i mocno przerażonego Chorwata, próbującego wytłumaczyć im, że najwyższa pora kończyć zabawę. Pomyślał, że Olga pewnie też za dużo w siebie wlała i poszła spać. Zmagając się z coraz mocniejszymi zawrotami głowy, powlókł się do ich pokoju. A kiedy otworzy drzwi, zamarł. I pewnie stałby tak, wczepiony mocno palcami w futrynę, gdyby nie leżąca pod Olgą smukła, jasnowłosa i tym razem już absolutnie nie bladolica Finka, która zobaczywszy go, kiwnęła dłonią, zachęcając, żeby się do nich przyłączył. To takie macie obyczaje, finka wasza tępa mać, pomyślał i już chciał się rzucić na wciąż splecione kobiety z pięściami, ale na szczęście palce miał wczepione w futrynę. Furię zaraz zalał smutek tak wielki, jakiego jeszcze nigdy nie czuł. Wiedział jedno, musi jak najszybciej się stąd wynieść. Oderwał się od futryny, podszedł sztywny krokiem do szafy, wytargał walizkę i zaczął szybko wrzucać do niej ubrania. Finka umknęła, Olga wyskoczyła z łóżka, próbowała tulić go, obejmować, cały czas mówiąc, że kocha tylko jego, a to z Finką to nic nie znaczy, ot, popiły sobie i wyszła z tego taka tam zabawa, nawet niezbyt przyjemna, no, może trochę, ale przyjemnie, najprzyjemniej jest jej tylko z nim i żeby się nie wygłupiał, żeby przestał się wygłupiać z tą walizką, bo ona kocha go jak nikogo na świecie, jest przecież jego narzeczoną. Robocop nie reagował, odtrącał Olgę, upychał rzeczy w walizce. Nie patrzył na nią, nie chciał jej słuchać, czuł, że kobieta jego życia pachnie Finką, a może tylko mu się tak zdawało. Od razu powrócił Robocop nieszczęśliwie zakochany i zaszeptał, a nie mówiłem. Chcesz mnie tu zostawić, spytała nagle Olga. Nie wiedział, nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Jednego tylko był pewien – nigdy dotąd nie było mu tak źle.

Robert Ostaszewski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas