poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARIUSZ SIENIEWICZ
PĘTLA ŚPIĄCEJ KRÓLEWNY [fragment]
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Odcinek 1: Baran znowu odsunął ten głaz

Cholerka‑niebieska, cała drżę z radości i podniecenia!…
Tym razem powinno się udać. Byleby nie zapeszyć, byleby tylko nie zawahać się ani na chwilę i nie zacząć walić ze strachu w wieko. Jeszcze by kto usłyszał i je otworzył.

Aż trudno uwierzyć, że właśnie spełnia się sen najcudowniejszy ze wszystkich moich snów śmiertelnych. Wytęskniony od chwili pierwszej bezsenności, przywoływany przez lata niekończącą się litanią próśb, gróźb i szantaży, wybłagany na klęczkach u bezimiennych bogiń – niemych i ukrytych w źrenicznych rajach nocy. Gdyby dodatkowo wyśnił się teraz jakiś człowiek, kazałbym mu mnie mocno uszczypnąć.

Ten sen jest pyszny – smakuje jak ostatnia kostka ptasiego mleczka. Odurza jak papieros bez filtra i dwie szybkie Krwawe Mary, wypite w „Dziupli” – zadymionej kafejce dla samotnych dziewcząt po czterdziestce, na rogu ulic świętych Jerzego i Krzysztofa.

Swoim podnieceniem chciałabym obdzielić pół świata, a już szczególnie – wiele wyposzczonych kobiet: obrączkowane wdowy wierne małżeńskiej przysiędze, emerytowane stare panny, rytualnie oziębłe mężatki i zakonnice o łonach niczym kamienne misy w przedsionkach świątyń jedynego Boga. Szastałabym podnieceniem na lewo i prawo. Starczyłoby dla wszystkich potrzebujących, zwłaszcza dla tych z kafejki na rogu ulic świętych od smoków i podróży. „Kobiety straconych szans, lat i języków – podniecajcie się! Samolubnie, egoistycznie, do woli! Bo nikt, ale to nikt tego za was nie zrobi. Doświadczajcie niewidzialnego. Bierzcie, co wasze, aż poczujecie we włosach spadające gwiazdy! I mówcie o tym głośno, bez wstydu, odzyskanym językiem dumnych wszetecznic. Dość mizantropii między udami!” – tak bym wołała.

Moje podniecenie jest wielkie niczym brzuch zeppelina. Choć skórę powleka zwilgotniały chłód, w środku płonę tym rodzajem podniecenia, którego nie dał mi żaden Casanova – ani cytujący z pamięci wiersze, ani chłop z jajami, czyli z własnym biznesem. Cholerka‑niebieska!… Ten sen śmiertelny to lepsze niż życie i najsubtelniej sprokurowany orgazm! Życie i seks są stanowczo przereklamowane.

To lepsze, ponieważ parę lat temu odkryłam, że głowę wypchaną mam gałganami sloganów i zaklęć, którym zawierzyło moje wcale nie dyskretnie starzejące się ciało. Przeszedł mnie wtedy dreszcz, jakbym wbiła się zębami w sweter z szetlandu.

Jest takim moment w życiu – owszem, nie przeczę, trudny do uchwycenia, ale jest, gdy między lewą a prawą półkulę mózgu włazi krasnolud‑copywriter z korporacji Życie Za Wszelką Cenę & Company. Włazi, by już nigdy nie wyleźć. Najpierw szepcze, a później coraz głośniej, coraz odważniej wykrzykuje aforyzmy godne biblijnych psalmistów: „Jestem tak szczęśliwa, że ze szczęścia mogę się tylko popłakać i posikać!”. „Świat cudowny jest jak oczy Johnny’ego Deppa, jak usta Colina Farrella i tyłeczek Keanu Reevesa!”. „Prawdziwa miłość występuje tylko w liczby mnogiej, a samotność rodzi kłamstwo, prowadząc nie dalej niż na czubek nosa Pinokia”…

Znalazł się, mądrala!, gałganiarz jeden! Niechby ten krzyk moja małżowina wypluła! Cokolwiek krzyczał w moim imieniu, i tak szykował mi miejsce u boku jakiegoś „misia”. Bo „miś” lub „misiaczek”, „skarbek” albo „kudłaczek” był moją karmą od chwili poczęcia. Czasami odnosiłam wrażenie, że już Mojżesz na kamiennych tablicach musiał nieść z góry Synaj zapisane zdrobnienia mojego szczęścia.

Latka leciały jak oczka w rajstopie, a ja zrozumiałam – jestem stracona. Krasnoludowe zaklęcia srebrzyły się grubą warstwą na moich wargach i układały je w stężony uśmiech. On krzyczał, ja poruszałam bezradnie ustami i w odruchu obronnym zanosiłam się śmiechem. Jak debilka. Często wbrew okolicznościom, co wywoływało konsternację otoczenia. A to na zebraniu w pracy, gdy moją pensję dekretowano jako ilość przechodzącą w jakość; a to na imieninach szefa, gdy szef najpierw ślinił się do mnie, by później obrzygać mi obcasy i raczyć bełkotliwą onomatopeją, z której rozumiałam tylko tyle, że jestem słodką Grażyną, a zaraz śliczną Kryśką lub ponętną Haliną, a to na pogrzebie kuzyna, gdy wszyscy zapewniali o swojej dozgonnej miłości do trupa – tak wielkiej, że mógłby być ich pierworodnym trupem. Cokolwiek chciałam nazwać po swojemu, zaczynałam krztusić się, dławić, aż pąsowiałam ze wstydu i milkłam. Moje milczenie nie było złotem, przypominało raczej pordzewiałą bezradność. Przestałam słyszeć swój język. No i to była całkowita klęska. 

 –  Ty cipo, gorsza od manekina! A dusza gdzie? – krzyczałam wieczorami w wannie. – Gdzie zapodziałaś swoją duszę?

Wiele paskudniejszych przekleństw słyszała później poduszka. Były łzy, była gorycz, bezradność, czasami nienawiść do samej siebie. Nienawiść najstraszniejsza ze wszystkich, prowadząca do samookaleczenia, o czym świadczyły siniaki na udach. Krasnal przyprawiał mnie o ból głowy i zacierał ręce z uciechy. Gnój jeden!

Tak… to lepsze… Bo już nie trzeba wypatrywać nieistniejących wschodów i zachodów słońca ani wzdychać do coraz większych zakoli i łysin – tych piusek papieskich na głowach mężczyzn. Nie trzeba udawać ufnego naczynia, czary przepełnionej po brzegi czułością, westalki pilnującej ciepła zbyt wąskiej kołdry dla dwojga. Nie trzeba jęczeć, że „oooch!…”, że „aaach!…”, ani że „jeszcze, dalej!…”, „tak… tak!”. Nie trzeba wydawać z siebie pierdołowatych sapań i pisków, by chwilę później łasić się do pleców, mruczeć im kocio: „kocham”, „dziękuję”, i że było cudownie, jak w niebie…

No właśnie. Czy można czuć się cudownie, jak w niebie, gdy w łóżku – już po wzdychaniu, sapaniu, po wielu innych dźwiękach nieznanych muzycznym skalom i gamom – człowiek gada do pryszcza na plecach jak do obrazu, a pryszcz ani razu? Żeby chociaż podzielił się papierosem, żeby nie kazał mi w kółko liczyć swoich orgazmów… Szkoda słów, jak i palców jednej ręki. I nie pomoże parle vous francaise?, do you speak English?, gawarit’ie pa ruski? Próbowałam wiele razy – niestety, bez skutku. Bo gdybym nawet ubiegła krasnoluda, gdybym posiadła wszystkie języki świata, gdybym mówiła najpiękniejszymi narzeczami, pryszcz pozostanie głuchy na ich wołanie. A plecy – jak zawsze – ułożą się w ścianą płaczu, do której będę przywierać rozpalonym czołem. Noc w noc, przez kolejne długie nieodróżnialne lata. W dłoniach będę ściskać niewidzialną karteczkę tych samych modlitw i skarg. Żebym chociaż mogła być jednym z kiwaczków‑Żydów, którzy zostawiają karteczki w szczelinach jerozolimskiej ściany. Ale nie jestem, więc gdzie miałabym włożyć swoją, żeby być wysłuchaną?… Chyba tylko w tyłek pryszcza! No bo, gdzie indziej? Pryszcz nie słucha kobiety. Żony, matki, córki, nawet kurwy i kochanki, owszem, ale kobiety – nigdy. Ponoć istnieją lepsze, szlachetniejsze pryszcze, ale gdzie? Nie wiem. Pewnie w bibliotekach albo na innych planetach.

Osobowość pryszcza jest dobrze znana: asertywności całe morze, współczucia tyle, co wody w durszlaku. Ech, gdyby on wiedział, że wystarczyłoby jedno słowo, nawet po eskimosku, i mógłby od razu poprowadzić mnie przed ołtarz. Taka byłam otwarta: bierzcie i jedzcie, oto życiodajne ciało moje! Bierzcie i pijcie, oto życionośne piersi moje! Oto i ja cała – Jola lojalna, pierwsza naiwna, dupencja liryczna, żywcem wyjęta z wierszy Asnyka. Teraz za późno, bez łaski.

Nazwą mnie idiotką albo zakompleksioną, niedorżniętą babą. Tara‑tara – tarta tarką potarta!… Żadna mi nowość – całe życie spędziłam w cieniu waginalnej klątwy. Klątwy niepojętej. Z waginy powstałaś, w waginę się obrócisz! To już chyba Hiob wiedział lepiej, dlaczego cierpi. Jeśli wierzyć tym wszystkim mędrcom w podkoszulkach i kapciach, tym Buddom brzuchatym, wąsatym, z zaczesanymi na bok grzywkami, których życiowa mądrość pieni się między drugim a piątym kuflem piwa, między wódeczką, śledzikiem, sałatką, moje problemy miały źródło między nogami… A dlaczego, pytam szanowną Radę Wąsato‑Brzuchatą, dlaczego nie w łopatce, nie w pięcie, łokciu, paznokciu? Dlaczego akurat wybijały z podbrzusza, czyniąc każdą myśl poronionym płodem idiotki.
 
–  Bo każdy robi użytek z tego, co najlepsze – padała błyskotliwa odpowiedź.

Słyszałam to wiele razy, tak jak wiele razy, ilekroć zrobiłam coś, co przekraczało linię graniczną garsonki, szpilek i tandetnej, ach strasznie tandetnej, choć obowiązkowej!, czerwonej szminki na ustach, kończyło się komentarzem:

 –  Łeee, patrzcie! Stuknięta, niedorżnięta! Chłopa jej trzeba.

Zupełnie, jakbym była kłodą drewna w tartaku. Kłodą bezkształtną i czekającą, aż w rękach jakiegoś drwala uzyska właściwą formę. Znam ich, znam tych przepoconych leśnych brutali, co to ścinają drzewa, uprzedzając atawizm, by na drzewa nie wrócić – w brudnych majtkach, z dziurami w skarpetach, ale z genetyczną pretensją do bycia rycerzem na białym koniu, ułanem malowanym, a w najgorszym razie  –  Marlonem Brando w jaguarze.

Teraz kłoda drewna wybiera wolność. Rycerze, ułani, malowani chłopcy – spierdalać na koniach, i to galopem! Nadszedł wasz koniec. Bo zamku już nie ma, bo wieża zburzona, a ja nie królewna z waszej bajki, ani tym bardziej – Zosieńka z okienka. Chcę w sen głębiej zapaść. Bo wolność, prawdziwa wolność, zaczyna się od snu pod zimnymi powiekami. Drżę więc, płonę i śnię bardzo wyraźnie:

Oto stado baranic, które wczorajszego wieczora skwapliwie policzyłam przed zaśnięciem, odchodzi w stronę gęstej mgły. Ich droga wyłożona jest kawałkami pociemniałych gwiazd niczym pistacjami tłuczonymi w moździerzu. Skołtunione, frędzlowate zady poruszają się z gracją rubensowskich modelek. Milczą anielskie chóry i surmy, nie słychać gromów, grzmotów, błyskawic. Zamiast nich rozbrzmiewają donośne pobekiwania, dźwięki mosiężnych dzwonków i przez otchłań nieskończenie długiej nocy niesie się stukot kopyt. To moja pogrzebowa orkiestra dęta, to moja muzyka zaświatów! Innej nie pragnę i nie chcę słyszeć.

Na wełniastych, gdzieniegdzie wyliniałych grzbietach baranic chybocą trumny. Są różnej wielkości. Od maleńkiego kuferka jak dla trupka Calineczki, przez smukłe pudła o rozmiarach ciał nastoletnich Lolit, po wielkie skrzynie, w których zmieściłyby się puszyste matuchny Guliwerów. Baranice pobekują, dźwigając trumny niczym kanciaste, lakierowane walizy. Czasem któraś potknie się o gwieździstą nierówność, czasem puści bąka z wysiłku, lecz wszystkie idą posłusznie. Zad za zadem, trumna za trumną. Ich celem jest to, co nieuchronne: woal falującej mgły i… święty spokój. Mój święty spokój! Istnieli władcy, którzy za święty spokój gotowi byli oddać całe królestwa. Ja oddam wyłącznie sześćdziesiąt dwa kilo siebie. Niewielka strata, a jaka nagroda!

Stado liczy trzydzieści osiem baranic – dokładnie tyle, ile wczoraj skończyłam lat. Wystarczająco dużo, aby uwolnić się od: pokutnych depresji, liczonych pudełkami ptasiego mleczka. Od samooskarżeń, kompleksów, głupawych fobii, grzechów ciężkich i lekkich. Bezsennych nocy, zaspanych poranków. Lustra w łazience – tego lichwiarza młodości, co pożycza na procent pamięć o ładniejszych odbiciach siebie. Zbyt mocnych drinków, rozmazanych makijaży, obcych, spoconych dłoni, wędrujących po moich kolanach jak niecierpliwe kraby. Nocnych powrotów z imprez i cmokań taksówkarzy, którzy mieli tę skłonność, że brali mnie za białoruską kurewkę i, szukając moich oczu we wstecznym lusterku, wyznawali, że kończą o szóstej rano. Zapadała tak zwana niezręczna cisza i dopiero wypowiedziane przeze mnie z czysto polskim akcentem słowa: 

 –  Naprawdę? No to świeże bułki pan sobie kupisz. Niech pan się z łaski swojej odpieprzy i patrzy na drogę, dobrze?! – ratowały sytuację.

W tym kraju dobrze jest mówić czystym akcentem, bo ani się człowiek nie spostrzeże, a zostaje kurwą z eksportu.

Trzydzieści osiem drewnianych trumien. To wystarczająco dużo, aby tych lat już nie odejmować, nie dzielić. Aby zrozumieć, że los jest niczym więcej jak tylko narastającym, pustym zmęczeniem. Aby uniknąć wymownych spojrzeń pokasłującego ojca. Aby uciec od wzroku młodziutkich stażystów, traktujących mnie w kategoriach istoty specjalnej troski, a w najlepszym razie – jak oldskulową ciotkę, do której można się dobrać dopiero po siedmiu browcach. W oczach stażystów wielokrotnie widziałam to pełne ekscytacji wahanie: czy ciotce nie sypnął się wąs pod nosem, i czy piersi nie rozpoczęły desantu na pępek. Nie, nie! Moje piersi nie będą spadochroniarzami! Nie będą cichociemnym tandemem, zrzuconym na tyły wroga – utraconej młodości.

Nie skarżę się. Przeciwnie – mam w sobie wielką determinację i nigdy wcześniej nie czułam jej z tak wielką siłą. Skoro nie zapisałam się do Klubu Anonimowych Cip‑Frustratek, nadszedł czas, żeby wreszcie przekroczyć własne ciało, tak jak przekracza się próg starego domu, zostawiając klucze w otwartych drzwiach. Dość pierniczenia! Dość lamentu odmierzanego codziennie łyżeczką jak gorzkie lekarstwo.

Już niedaleko i zaraz pochowam każdy rok życia, a z nimi – Calineczkę, kobietę powszednią, matuchnę Guliwera. Złożę do grobu wszystkie kobiety. Te, którymi byłam, i którymi nigdy nie będę. Rodziłam je każdego dnia, zamiast dzieci. Nosiłam ciężarny brzuch fantazji w tajemnicy przed światem, nie zdradzając sekretów nawet przed najlepszymi psiapsiółami. Muszę przyznać, że czasami byłam sentymentalna jak cholerka‑niebieska! Jeden film z Meg Ryan dawał lepszy efekt niż kilogram obieranej cebuli. Całkiem świadomie lubiłam się spłakać. Spłakać w samotności, na pokaz przed samą sobą. W fotelu, z podkurczonymi nogami i kurczowo zaciśniętą dłonią, w której topiła się ostatnia kostka ptasiego mleczka lub „Pawełka”. Druga dłoń nerwowo gmerała palce stóp. Wystarczy o tym, bo nie ręczę za swoje łzy.

Trumny skrzypią, nieudolnie umocowane do grzbietów. Jednak żadna nie spada. Trzyma je mój sen i silna wola świeżej truposzki. Najmniejsze są przywiązane kolorowymi kokardkami i sznurowadłami zdjętymi z dziecięcych bucików. Kilka trumien owijają skakanki, guma do gry pod trzepakiem, paski ze skaju, z plastikowymi klamerkami – dużymi jak ucha starych siatek, harcerskie chusty i pasy. Większość spinają kable po lokówkach, żelazkach, suszarkach, depilatorach. Trzy lub cztery złączone są z baranicami za pomocą wstążek kuchennych fartuchów. Najpiękniej przedstawia się trumna o białej barwie. Z przodu obwiązuje ją koronkowy welon, z tyłu – długi tren. Karoca, nie trumna! Nie wiem, gdzie, w jakim zakątku świata rosły tak cudowne drzewa – o białej korze, o białych elipsach słojów, lecz wiem, że leży w niej panna młoda, którą nigdy nie będę. Panna młoda musiała usłyszeć to jedno jedyne słowo pryszcza. Nieszczęsna. Tonąca zawsze welonu się chwyta.

I bardzo dobrze, że nie będę panną młodą. Bo na końcu karawany jadę ja: czarna Śpiąca Królewna w prążkowanej sukience. Chora na narkolepsję o samobójczej intensywności. Moją trumnę okręca bieliźniany sznur z kolorowymi klipsami. Przez całe lata schły na nim wyprane podkoszulki, majtki, rajstopy, bluzki. Przez całe lata dawał odpoczynek wróblom, które wyglądały niczym kapryśne nuty na dyndającej, szarpanej przez wiatr pięciolinii. Teraz sprawdza się w drugiej co do ważności roli, jaką można wyznaczyć bieliźnianym sznurom – owija trumnę królewny. Pierwszą jest oczywiście rola powrozu na szyi wisielca, ale jakoś nie miałam śmiałości tak skończyć. Po pierwsze dlatego, że boję się dźwięku chrupnięcia, po drugie – haki na żyrandole są słabe, sufity w blokach – niebezpiecznie niskie i mogłoby się skończyć połamaniem nóg, niczym więcej. A pałętać się po lesie, szukać odpowiednich gałęzi, później wleźć na drzewo, zawiązać pętlę, i tak dalej – nie, przepraszam, dziękuję bardzo. Za dużo zachodu. I niechby mnie jeszcze jakaś wiewiórka zobaczyła albo zając za krzakiem. Zaraz skrzyknąłby się łoś z bobrem, dzik z sarną i pewnie pól lasu gapiów przylazłoby popatrzeć. Nici z prywatności.

Jeszcze tylko chwila, dwie i oddam ostatnią myśl, tak jak bez żalu oddaje się ostatnią, jednogroszową monetę. Tyle było warte całe to życie zaklinane przez krasnoluda w skamieniałą świętość. Nie potrafiłam jej odczarować, a w mojej rodzinie, w jej żeńskiej, zdziesiątkowanej porodami części, nie uchowała się żadna wiedźma, czy czarownica. Przynajmniej milczą o tym rodzinne kroniki i najstarszy z rodu – dziewięćdziesięcioletni wuj Bogdan. Zresztą wuj Bogdan nie zdobyłby się na szczerość. Raz, że od chwili ślubu z ciocią Stasią wybrał język ryby, a dwa – pochłonęła go absolutna amnezja. Ciocia prała wuja przez czterdzieści lat pożycia, zamiast wujowych skarpetek i gaci. Prała go zgodnie z wielowiekową sztuką mistrzów: tak, żeby bolało i nie było widać. Dla większej pewności kazała wujowi chodzić w golfach. W czterdziestym pierwszym roku małżeństwa przestała bić, ponieważ przestało bić jej serce. Zmarła nagle, na zawał, w chwili, gdy robiła zamach patelnią w kierunku wujowej szczęki – tyle ustaliła rodzinna komisja w składzie: babka, matka i ja. Oczywiście o wynikach naszego śledztwa nie powiedziałyśmy prokuratorowi. Ten obejrzał wuja‑denata, zamienił kilka słów z dzielnicowym, wypił kawę w kuchni, coś zanotował i poszedł. Nie wiem, czy poobijana patelnia, która latami nie widziała jajek, to przekonujący dowód, by nazwać ciocię czarownicą. Dla wuja Bogdana pewnie tak, ale interweniująca za sprawą sąsiadów policja zawsze odchodziła z niczym – żadnych śladów, obdukcja nie miała sensu, wuj Bogdan odmawiał zeznań. Kuzyn Andrzej żartował, że wuj tylko dlatego przeżył ciocię, bo był bitym, a nie bijącym. Ironicznym psikusem losu ofiara często przeżywa swego oprawcę, żeby miał kto przynosić kwiaty na jego grób. Tak też czyni wdowiec Bogdan. Na grobie cioci Stasi zawsze palą się znicze, świeże chryzantemy w doniczkach przystrajają pomnik, a wuj, wsparty o laskę, godzinami stoi przed grobem ciotuchny i szlocha, instynktownie zasłaniając twarz. Rodzina szepcze z podziwem: ależ on musiał ją kochać! Taka miłość już się nie zdarza! Kobiety zazdroszczą nieboszczce, jakby zapominając, że prawdziwe, niegasnące uczucia najlepiej wydrapać sobie pazurami.

Dobrze, ale co ze mną?… Zamknięta w trumnie, powinnam odczuwać strach przed wiecznym potępieniem i thrillerami o grillach i rusztach, na których diabły opiekają nieszczęsne dusze. Nie czuję strachu – jak mam czuć, skoro zapodziałam gdzieś duszę? Pod zesztywniałym językiem wybucha chichot. Chichoczę jak diablica –  już na wpół martwa i jeszcze na wpół żywa. I zamiast obcasem, mogłabym strzelić kopytem! Ogonem zawinąć zamiast rąbkiem sukienki! Przenika mnie bluźniercza, wezbrana lekkość! Promieniuje z wystygłego łona, przepływa pod skórą, rozsadza miednicę, klatkę piersiową i czaszkę. Nigdy wcześniej nie zaznałam takiej lekkości. Mimo że moje ciało zamknięte jest w drewnie, czuję się uwolnionym latawcem, dymem z papierosa, materią wyzbytą własnego ciężaru i ziemskich sił, które przyciągały ją każdego poranka do życia, zginając kark w niezrozumiałej pokorze.

Sama wyśniłam sobie śmierć. Jest jedynym snem, który od początku do końca zależy ode mnie. To mój cyrk – moje baranice i trumny, nikomu nic do tego. Mogłabym cała zniknąć, rozpłynąć się w pierwszy raz doświadczonej lekkości, ale obiecałam sobie, że skoro wytrwałam ciele przez trzydzieści osiem lat, wytrwam jeszcze kilka chwil. To nie potrwa długo. Mgła coraz bliżej, a coraz dalej wszystko, co ziemskie.

Chichoczę, choć twardo i niewygodnie. Ciało dzielnie znosi niedogodności podróży. Na szczęście daleko mu do księżniczki na ziarnku grochu. Jest Śpiącą Królewną, której nie zbudzi już żaden pocałunek księcia, rycerza czy biznesmena. Ani w usteczka, ani w szyjkę, za uszkiem, ani w obojczyk, cycuszek, pępuszek i niżej. Śpiąca Królewna, taka jak moje ciało teraz, nie rozchyla usteczek, nie nadstawia uszka, nie rozkłada kolanek i nóżek – ona rozkłada się cała! Od czółka do stópki.

Stado przyśpiesza, dzwonienie staje się częstsze i mgła blisko – gęstnieje jak budyń z sokiem kałamarnicy. Już niedaleko. Kości trzeszczą – od czaszki po brązowy paznokieć dużego palca u nogi. Gwóźdź przebił wieko, rozdrapuje chrząstkę nosa, a szpary w deskach takie, że chłód zagląda pod sukienkę, pieści piszczele i wygrywa na żuchwie miłosne songi. Stolarz spartolił robotę. Karmniki dla wróbli mu zbijać. Czyżby ojciec poskąpił grosza dla swojej córki?… Ojcowie wydają córki za mąż, wydając całe fortuny na ślub. Powinni mieć równie hojną rękę, gdy rękę córki oddają śmierci. Trumna miała być szykowna, zbita na miarę, lecz ciało podskakuje, zjeżdża do przodu, zsuwa się w tył, rzuca nim z lewa na prawą. Dobrze, że zdążyło trochę napuchnąć. Przypomina miękkość pieczarki. Męczy się ciało, stukocze, bulgocze, a ja patrzę i patrzę, raz z wewnątrz, raz z zewnątrz siebie. Nie mogę mu pomóc.

Święty spokój, święty spokój – powtarzam zaklęcie pod kołkowatym językiem. Nie chciałam wyśnić kremacji. Ciało zbyt szybko obróciłoby się w proch, by po dwóch kwadransach zapełnić puszkę. Skończyłoby na regale ojca, obok jego ulubionego kufla i butelki w kształcie Matki Boskiej, z której dawno wyschła święcona woda. A tak mogę jeszcze potowarzyszyć ciału w ostatniej wędrówce: brzuchowi rozdętemu do granic rozstępów, łydce pożółkłej i zwiędłej, zgranatowiałym opuszkom palców. Moje ciało, moje ciało, moje bardzo niekobiece ciało… Jakże szybko doświadcza teraz przemiany, z jaką łatwością śmierć wydrąża w nim podgniłe korytarze, znaczy tatuażami, maluje niepojęte anagramy. I pomyśleć, że za jakiś czas nawet najstarsze robaki, nestorzy glistowatych rodów nie będą pamiętać, czy było mężczyzną, czy kobietą.

Bez żalu zostawiam dom, świnkę morską, schorowanego ojca. Bez żalu zostawiam miasto, w którym się urodziłam i w którym umarłam – to był dopiero lokalny patriotyzm! Ojciec pociągnie jeszcze wiele lat. Ojcowie tacy jak mój, dożywają mojżeszowego wieku – wystrojeni w szaty pidżam, nieprzemakalne pampersy, z kosturami kroplówek nad głową. Czasami odnoszę wrażenie, że mój ojciec jest blaszanym pudełkiem landrynek – grzechocze w środku od nadmiaru niestrawionych pigułek. Kilka zawsze znajduję w pampersie. 

A miasto? Miasto będzie istnieć dalej, nie zauważy mojego zniknięcia. Jego nazwa okaże się trwalsza od imion i nazwisk całych pokoleń. Ono z roku na rok będzie rosnąć do góry i w dół. Do góry – coraz wyższymi biurowcami. W dół – coraz głębiej zapadającymi się grobami nekropolii. Z doły i z góry oczodoły trupów i szklanych biurowców będą patrzeć jak staje się światem zakochanym w sobie. 

Coś za nic – sprawiedliwa wymiana, gdy za wszelką cenę nie chce się zostać czterdziestoletnią sfrustrowaną babą, przy której taki Franz Kafka był tryskającą fontanną optymizmu.

Szkoda mi tylko dwóch rzeczy: ptasiego mleczka i prążkowanej sukienki. Tam, gdzie podążam, raczej nie mogę liczyć na ptasie mleczko. Choć, jeśli to „gdzie” nie okaże się nicością, wszystko jest możliwe. Bo kto zaprzeczy, że piekło nie może być wybrukowane ptasim mleczkiem, a w niebie święci – skoro garnków nie lepią – wlewają wanilię, czekoladę, mleko do prostokątnych foremek i śpiewają nad nimi donośne Te Deum? Bóg może okazać się kontrolerem jakości. Smakuje losowo wybrane ptasie mleczka i całość produkcji dzieli wedle ziemskich zasług: pod jednym filarem nieba – dla świętych z najświętszych, pod drugim – dla dusz dobrych, poczciwych, choć nierozgarniętych, pod trzecim – dla krnąbrnych, lecz nawróconych w ostatnim tchnieniu. Pod czwartym filarem niebieskim – dla takich jak ja: narkoleptyczek o duszy zgubionej w czarnym śnie. 

Ubóstwiałam ptasie mleczko. Cholerka‑niebieska, za waniliowe oddałabym najwykwintniejsze obiady i kolacje. Całymi tygodniami mogłam stosować katońskie diety, mogłam żyć o chlebie i wodzie, zapychać się kiełkami pszenicy, wymiotować siemieniem, jogurtami, pestkami dyni, by dzień po zakończeniu kuracji wpałaszować dwa pudełka naraz i obwołać się najszczęśliwszą istotą na świecie. Bulimistką łakoci! Jeśli istnieją Bóg i Szatan, powinni lepiej znać się na ludzkich słabościach. Bo gdybym to ja była Ewą, nie skusiłoby mnie jabłko ani podszepty węża. Na Drzewie Poznania powinno rosnąć ptasie mleczko. Wzięłabym na siebie grzech pierworodny całej przyszłej ludzkości. Grzech pierworodny o smaku wanilii.

Sukienka rozerwała się o niedokładnie wyheblowany sęk, a przecież nowiutka, prosto ze sklepu, z białą metką przy zamku. Na metce przekreślona cena stu złotych i dopisana: dwadzieścia pięć. Ojciec przyoszczędził i na tym. Sknerus, a od lat umiera na pieniądzach. W wersalce trzyma cały spieniężony majątek, i jeszcze co miesiąc dokłada emeryturę.

 –  Zostaw, zostaw! To na leki! – rozrzuca ręce na posłaniu niczym Rejtan, ilekroć chcę mu pościelić wersalkę.

Nawet w moim ostatnim śnie nie przestaje być liczykrupą. Czyżbym naprawdę takim chciała go zapamiętać?…

Mam więc sukienkę niewiele droższą od ciążowego testera, uszytą na miarę wklęsłości i wypukłości przeciętnej kobiety. Kilka dni temu sukienka wisiała w oszklonej witrynie, dodając szyku manekinowi – niejeden facet musiał zdejmować ją w myślach niczym z uległej i niemej kochanki. Tymczasem moje ciało będzie kochanką ziemi. Nie chciałam, aby przyjęła mnie w podartym ubraniu. Trzeba mieć styl do końca, nawet jeśli jest przeceniony. Pozostaje mi wierzyć, że ziemia nie zauważy rozdarcia, że dość szybko ją ściągnie, by zacząć rozbierać skórę, zrzucać mięso, aż dojdzie do sedna namiętności – piszczeli wyślizganych przez czas i kamyki.

Ale się rozgadałam!… Ja tu gadu‑gadu, a baranice z małymi trumnami na przedzie wkraczają w mgłę. Już się rozpływa trumna Calineczki, znikają kolejno trumny ciał Lolit i biała trumna z koronkowym welonem. Za chwilę i moja baranica wkroczy w ciemność. Za chwilę spłonę nabrzmiałym zeppelinowym podnieceniem. Mój chichot wprawia trumnę w drżenie, a od podbrzusza płynie spazmatyczna fala rozkoszy!… Przy tym, co teraz czuję, ziemskie rozkosze były jakąś nudną grą wstępną! Tak… dopiero w chwili, gdy człowiek umiera, potrafi pewne rzeczy prawdziwie ocenić.

Pora zostawić ciało, pora otworzyć się całkowicie na święty spokój i zostać czystą lekkością… Latawcem… bezciężarną materią… dymem z papierosa… Mgła – ledwie na wyciągnięcie kopyta baranicy… Już! Teraz!

Nagle… Cholerka‑niebieska! Tarta tarką potarta!… Nie, tylko nie to! Znowu?!…

W ostatnim momencie, na granicy resztek podświadomości, która zawsze gaśnie ostatnia, dobiega mnie ciężki przeraźliwy łoskot. I jeszcze jeden, i jeszcze, jakby przesuwały się całe góry kredensów. Aż pękają bębenki! Przez szpary w deskach zaczyna przebijać jasność i wsącza się niczym strumyczki wody. Jasność rośnie, potężnieje, jest coraz większa, już rozświetla trumnę ostrymi promieniami… I naraz słyszę dobrze znajomy, przebrzydły głos:

 –  Powiadam ci, Łazarko, wstań!

Moja baranica staje dęba. Kopyta grzęzną w blednących, migdałowych gwiazdach. Reszta karawany odchodzi w mgłę. Chichot zamiera mi na ustach. Udaję kompletną truposzkę. Udaję, że to nie o mnie chodzi, że do Calineczki te słowa, do którejś Lolity, może do panny młodej… Je trzeba zawrócić.

 –  Nie wygłupiaj się, słyszysz? Chyba nie przypuszczałaś, że na to pozwolę. Rozkazuję ci wstać i wyjść natychmiast! Nie zachowuj się jak dziecko – głos nalega. Jest silny i natarczywy, wraz ze wstającym dniem, nieboszczyka podniesie z grobu. Dźwięczy w nim siła największych tyranów – potężniejsza od śmierci.

Czuję się niczym uciekinier Dżin, któremu rozkazano z powrotem wskoczyć do lampy. Truchleję, kurczę się w rozklekotanym i bulgoczącym zarazem ciele, w swojej podartej sukience, w sześciu ścianach drewna. Chowam się w sobie jak ślimak w skorupie. Lekkość pryska. Moje podniecenie zmienia się w fałd przebitego brzucha zeppelina. Zeppelin leci bezładnie w dół. I znów czuję się ciężka ciężarem sześćdziesięciu dwóch kilogramów mięsa.

Zostaję sama z baranicą na pustej drodze. Gwiazdy znikają, połykane przez narastającą zewsząd jasność. Bieliźniany sznur pęka, zsuwa się po ścianach trumny. Bez niego czuję się całkowicie bezbronna. A głos swoje:

 – Łazarko, czwarty raz nie powtórzę! Myślałaś, że tak łatwo się wywiniesz. Wstań, mówię! W imię życia! W imię pokasłującego ojca. Jego myśl przybiegła po mnie z modlitwą.

I po co się tak drzeć? Przecież słyszę. Robi to specjalnie – znam go. Lubi szpanować swoją siłą. Popisuje się, Copperfield jeden! Iluzjonista życia i śmierci! No i znowu ta kuglarska sztuczka – wieko trumny otwiera się i odpada na bok. Widzę to dość wyraźnie pod roztrzepotanymi znienacka powiekami, skąpana w świetle, jakbym leżała nie w trumnie, lecz pod rozsłonecznionym niebem. Palcem pukam się w zapadłą pierś, robię niewinnie pytającą minę pierwszej naiwnej, czy aby na pewno ja? Czy rzeczywiście do mnie przemawia głos? Tu było wiele innych trumien, co łatwo poznać po śladach baranic. Gdyby zechciał, potrafiłby je zawrócić z mgły. Takie cuda ma przecież w małym palcu.

 –  Nie udawaj, kobieto. I nie zasłaniaj się innymi. Życia nie sposób przereklamować. Życiem trzeba się zachwycać. A o twoim seksie lepiej nic nie mówić. To twoja prywatna sprawa – głos nie odpuszcza.

Przez głowę przebiega mi myśl: akurat! – prywatna może i jest, dopóki nie kończy się brzuchem! Wtedy każdy, od pijaczka pod sklepem po prezydenta w Belwederze, staje się Salomonem. A życie? Dlaczego zachwyca, skoro nie zachwyca? Chyba że nazywa się Juliusz Słowacki, w co jednak wątpię. Baran znowu odwalił głaz, a ja powinnam przebierać nogami ze szczęścia. Jakoś nie przebieram, nawet nie drgnie najmniejszy palec u nogi. I nagle łapię się na tym, że palnęłam głupstwo. Odpowiedź zna każda mała dziewczynka. Życie zachwyca nawet wtedy, gdy nie zachwyca. Mój ginekolog uwielbiał mawiać, że rodzimy się w macicznych skurczach zachwytu. I tylko nasza słabość widzi w nich ból. Filozof za stówkę od wizyty! Gdyby miał wypchnąć z siebie piłkę do kosza, ten zachwyt rozsadziłby mu odbyt i już inaczej by śpiewał, przechodząc powrotną fazę mutacji. Słowo „baran” też nie ułatwi mi zadania. Mimo to próbuję negocjować i zgłaszam protest niewinnym głosikiem:

 –  Chcę spać! Jestem śmiertelnie zmęczona, rozumiesz?!… Dosuń ten głaz z powrotem! Jedna kobieta wte czy wewte… Na świecie tyle sukienek, tyle wysokich obcasów, czerwonych szminek. Tyle wdów, mężatek, starych panien. Wybierz sobie którąkolwiek. One chcą żyć jak najdłużej. One chcą mieć domowe doktoraty z geriatrii i babkowania, z robienia ciast i pierogów. Ale mnie zostaw. Chcę umrzeć. Jestem niedorżniętą kłodą drewna. Kompleksy mam i grzechy… Oj, grzechy mam straszne! O, i biust… Oj, biust mam beznadziejnie, strasznie sflaczały. Tak strasznie, że mnie samą nieraz przestraszył, gdy nieopatrznie zdjęłam biustonosz przed lustrem. Mój biust jest Bazyliszkiem. A nogi, sam zobacz! Bida z nędzą. Za takie nogi powinni wsadzać do więzienia. A cipka? Jak z niskobudżetowej porno‑fantazji męskiej klasy C! I jeszcze ciało rozlazłe, i w ogóle – niezły ze mnie pasztet. Nie wiem, czy żebro, z którego powstałam, było wybrakowane, czy też sama doprowadziłam się do takiego stanu. Nikt ani łzy nie uroni. Ojciec tylko z egoizmu modli się o zdrowie córeczki. To stary dewot, bezradny pampersiarz. Chcę odejść nieodwołalnie, więc odejdź i ty. Dosuń głaz, daj mi spokój. 

Krasnolud jest nieugięty. Bawi się ze mną jak kot z myszką. Nie zdziwiłabym się, gdyby zaprosił ludzi na swoje show. Przecież to sprawdzony od wieków numer. Pewnie stoją tam, na zewnątrz i w napięciu czekają, aż podniesie z martwych moje sześćdziesiąt dwa kilo. Podnosił cięższych ode mnie. Ale zanim wypchnie mnie znów do życia, pozwala sobie na krótkie proroctwo. Mówi patetycznie, z emfazą, kierując słowa bardziej do gapiów niż do mnie:

 –  Jeszcze urodzisz syna, pochowasz ojca i męża. A jak już pochowasz, zaczniesz się podkochiwać się w przystojnym studencie Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Jeszcze polubisz lepienie pierogów, a wnuki będą ci włazić na głowę i pustoszyć portfel. Czeka cię długie, wspaniałe życie, kobieto. Pamiętaj, ono jest cudem! Trzeba żyć – życiem zachwycać się w życiu i nigdy w życiu nie wolno życiu urągać. Dlatego teraz otwórz oczy. Wyłaź z trumny. Dość cyrku! No już, dźwigamy pupę. Chyba nie chcesz zepsuć mi cudu? – pyta nieco ciszej, choć nie oczekuje odpowiedzi.

Moja baranica kładzie się na gwiazdach i ani „be”, ani „me”. Leży. Jest teraz pokorną owieczką. Zdrajczyni! Moja własna baranica ze snu! Nie, to nie owieczka. To głupi, uparty osioł.
 
–  Rusz zad! Uciekajmy! Byle doskoczyć do mgły i już nas nie ma – cedzę do niej przez zaciśnięte usta. Cichutko, żeby tamten nie słyszał. Nic z tego, baranica zaparła się, leży i ani drgnie. A ja… też, mądra idiotka! Przecież wieko opadło, sznur już nie wiąże trumny. Teraz to sobie mogę. Wcześniej trzeba było o tym pomyśleć.

 –  Słyszę! Wszystko słyszę wyraźnie! Nie kombinuj. Zaczyna świtać. Jesteś bez szans. Czas iść do pracy, a nie umierać – oznajmia z wredną satysfakcją krasnolud, by zaraz dodać uwagę natury ogólnej i dość oczywistej: – Tylko poniedziałek nadchodzi, wszystkim w głowie jedno: nie obudzić się, umrzeć. To tak, jakbym ja powiedział tam, wtedy: chromolę swoją Golgotę!
 
–  Ale to był piątek. Tygodnia koniec i początek – wbijam mu szpilę rymem, troszeczkę zdziwiona, że przypomniał mi się przebój sprzed lat.

 –  Tym bardziej. Dwa dni mogłem jeszcze pobalować, a mimo to bok nadstawiłem i łyknąłem ocet – jego szpila jest dłuższa i bardziej ostra. – No, już, ręce do góry!

Na nic protesty, nici z ucieczki, fortel nie wyszedł. Wychodzę z trumny. Wychodzę z rękoma do góry. Jak jeniec. Wychodzę – powłócząc myślami, szurając nogami. Podążam w jasność. Ja – Łazarka, chcąc nie chcąc przywołana przebrzydłym głosem do porządku. Życiem uszczęśliwiona na siłę. Na siłę przepędzona z własnego snu. Miałam rację – słyszę oklaski i ochy. To trochę trwa, zanim tłum się wyklaska, wyocha. Wreszcie odchodzi, słyszę cichnący szmer, a głos przestrzega:

 –  Nie waż mi się robić cokolwiek na własną rękę. Pamiętaj: zachwyt, zachwyt, zachwyt! – powtarza, jakby raptownie dostał czkawki.

A co mi tam – skoro znowu żyję i nie ma dla mnie nadziei, walę bez ogródek:

 –  Od tego zachwytu zrobię się taka wilgotna, że tylko patrzeć, jak się w tej wilgotności utopię. 

I żeby opuszczenie trumny uczynić jeszcze bardziej honorowym, rzucam burkliwie, na odchodnym:

 –  A Judasz to mógł się powiesić!

 –  No, już, już, bez dąsów, bo dam po pupie. Lubię cię. Jesteś taka romantyczna i mało rozważna. To symboliczne i symptomatyczne – głos krasnoluda łagodnieje.

Chyba rozmemłana i mało martwa – komentuję w myślach. 

Nic się nie dokonało. Mgła jest mi wciąż niedostępna, a z nią – święty spokój. I żyć nadal muszę, i wszystko odwołać, i snu własnego się zaprzeć. Mój sen jest podarty – podobny do sukienki z przeceny. 

Muszę wrócić do pierniczenia, do poniedziałku, do życia, do ojca, miasta, chomika i prokurowanych na siłę orgazmów. Bo prawo do orgazmów stało się obowiązkiem orgazmu. Mogę nie mieć na chleb, mogę nie mieć pracy, nawet faceta, ale orgazm muszę mieć zawsze. 

Zniknął kondukt baranic, cisza przygniotła dźwięki dzwonków i kopyt, a mojej trumny jakby nigdy, ale to nigdy nie było. Oczy odwracają się od wewnętrznej strony oczodołów, wracają na swoje miejsce. Jasność maluje powieki brzoskwiniowym kolorem. Zaraz wstanę z łóżka, zaraz zapomnę o wszystkim i rozespanymi oczami rozpoznam pokój. Wciąż z rękoma uniesionymi do góry. To uniesienie rąk jest mylące – może oznaczać euforię i aplauz, lecz również – kapitulację.

Zawsze kończy się tak samo i tak samo zaczyna. Na psa urok! – że sobie tak archaicznie przeklnę. Koniec jest początkiem. Początek jest końcem. Koniec z początkiem układają się w pętlę. Wieczór i poranek, północ i południe – dzień w dzień, tydzień po tygodniu – biegną po wyznaczonym kole. Kolistość to przekleństwo. Człowiek doświadcza jej w pełni, gdy zna swoje życie na pamięć i może bez problemu istnieć na jawie z zamkniętymi oczami. 

Już słyszę – dzwoni budzik. Uciszam go szybkim plaśnięciem niczym insekta. Już widzę – sufit z żyrandolem. Piąta trzydzieści. Wstawaj, Łazarko! – zmuszam się. Rusz swój trzydziestoośmioletni tyłek, nienajświętsza, pokalana panienko – ironizuję, choć chce mi się wyć. 

Świta za oknem. Dzień zagląda przez szpary w żaluzjach. I już zaczynam się złościć. Bo co to znaczy, że „dzień zagląda”? Czyżby miał twarz, oczy, głowę? Zagląda, bo co? Ciekawski jest? Niedoszłej nieboszczki nie widział? Tu nie ma nic do oglądania. To nie mój język, ja nie użyłabym takich słów. Spopielała poświata wypełnia pokój, osiada na meblach, dywanie niczym szadź. Materia odzyskuje kontury, krawędzie, zaokrąglenia, wyłania się z ciemności. Zaraz dźwignę swoje ciało tak, jakbym dźwigała z posad bryłę świata. Wysiłek ponad ludzkie siły, i nie myślę o paru kilogramach nadwagi. Jednak każdego poranka udaje się wstać. Już mnie witają zasłonki w róże, półka z książkami, lampka, krem do stóp i nożyczki na nocnej szafce. Mam wrażenie, że całą noc czekały, aż obudzę się. I znowu – co za „już mnie witają”? Jeszcze niech mi kwiaty wręczą, niech ukłonią się, powiedzą „dzień dobry” i podadzą śniadanie do łóżka. Dobrze by było, tarta potarta!… Chciałam się żegnać, nie witać. Jest kwiecień. Kwiecień ponoć plecie trzy po trzy, zwłaszcza o świcie, więc nie ma się czemu dziwić. Jest poniedziałek. Początki tygodnia są niebezpieczne. Piąta trzydzieści. Nie, już piąta czterdzieści. 
Odwalony głaz… 
Światło.

Jak tu żyć? To strasznie niesprawiedliwe. I nie o sobie myślę. Myślę o innych. Chciałabym mieć możliwość część swego życia oddać tym, którzy tak bardzo go pragną – w szpitalach, hospicjach, na łożach śmierci. Życie jest źle rozdzielane. Jednym nie starcza, inni – tacy jak ja – mają go zdecydowanie za dużo. Jest w tym niepojęte marnotrawstwo. Gdy u mnie nadwyżka, a u kogoś innego deficyt – powinien istnieć jakiś sposób, bym oddała potrzebującemu zbyteczną część życia. Bluźnię?… Może rzeczywiście głupia cipa ze mnie, skoro nie umiem zejść z tego świata raz a dobrze. Istnieje przecież tyle innych, skuteczniejszych sposobów niż sen.

Zaczynam uparcie powtarzać poranne memento: kobieto, nie wierz sobie za bardzo. Póki na dobre nie umrzesz, nie wierz, że w ogóle jesteś kobietą. To tylko taka umowa, którą głupcy nazywają losem i traktują bardzo poważnie. Jeśli coś warto traktować poważnie, to chichot, który zamiera na ustach w świetle poranka.

W pokoju obok pokasłuje ojciec. Już usłyszał, że wstałam. Już daje dychawiczne znaki. Jego kaszel jest specjalnie donośny, przenika zdławionym pomrukiem przez ścianę. Jego kaszel to sadystyczne larum ojcowskiego cierpienia. 

Oto i jestem – obudzona, choć jeszcze lunatykująca. Żywa, choć żywcem obdarta ze snu.

Czas chwycić życie w zęby jak starą wygryzioną kość. I uważać, bardzo uważać, żeby się nią nie udławić. Czas nanieść makijaż, założyć kieckę i zacząć doganiać wieczór.

W poniedziałek, o piątej czterdzieści, powstałam z martwych. Znów nie udało się zasnąć na amen.

Mariusz Sieniewicz




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas