poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
W alkowie pradziadków
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

Że małżeństwo dla XIX-wiecznej kobiety stanowiło jeden z priorytetów, najważniejszy środek prowadzący do uporządkowania swojego życia w patriarchalnym społeczeństwie, uznać już dziś trzeba za truizm. Nie znaczy to jednak, że łączące się z tym konkretne wzory zachowań są dobrze znane. Książka Agnieszki Lisak pozwala się w nich zorientować. Jak szukała męża XIX-wieczna arystokratka? A jak chłopka? Jak się to różniło od zasad obowiązujących mieszczankę? Jak należało się zachować? W co ubrać? Dokąd chadzać? Jak konwersować? Jak pogodzić ewentualne ambicje intelektualne i zawodowe z ograniczonymi dla kobiet możliwościami manewru w tych dziedzinach? Sympatyczna, nasycona łagodnym humorem opowieść Lisak udziela odpowiedzi na te i inne pytania, w tym także te bardziej kontrowersyjne – kwestie związane z prostytucją, zdradą małżeńską czy antykoncepcją. Budując swoją wieloaspektową narrację, autorka opiera się na literaturze dokumentu osobistego i zróżnicowanych poradnikach, jak również prasie, dzięki czemu udaje jej się pokazać personalny wymiar życia w XIX wieku. Przedstawia rytuał zalotów, podległych (zwłaszcza w wyższych sferach) zaawansowanej kontroli, odbywających się w obecności przyzwoitki. Opisuje podporządkowanie żony mężowi, niekiedy graniczące z zastraszeniem. Rekonstruuje subtelne kody, jakimi porozumiewali się zakochani (oficjalnie związani bądź nie). Zarysowuje obraz taktyk ochrony skromności i czystości myśli, jak również ciekawych w swej egzotyce środków konserwujących czystość ciała (takich jak „wyskok mydlany” do mycia głowy albo skrobaczki do języka). Daje mocny obraz tabu, jakie otaczało większość spraw cielesnych. 

Ale to, co – według dzisiejszych kryteriów – jest odbierane jako pruderia czy nadmierne spętanie konwenansem, stanowi inny kod obyczajowy. Na przykład stosunek do nagiego ciała. Oczywiście, kultura dziś jest pełna jego wizerunków. Obrazy te mają zróżnicowany stopień naerotyzowania – są i takie, które są go pozbawione. Sygnalizuje to, najogólniej, znacznie wyższą niż w XIX wieku tolerancję na goliznę; choć obrońcy moralności przy różnych okazjach i z rozmaitych perspektyw piętnują nasycenie kultury erotyką, to wydają się na straconej pozycji. Tadeusz Boy-Żeleński wspominał, że dla współczesnego mu początkującego adepta medycyny podręczniki anatomii – z ich detalicznymi ilustracjami – odgrywały rolę inicjującą, niejako wbrew czy obok ich podstawowej funkcji edukacyjnej (kształcenie lekarzy) pełniły także wtórną, rozbudzając seksualną wyobraźnię młodzieńców1. Dzisiaj, w sytuacji chyba nieodwracalnie zmienionej przez Hugh Hefnera czy Larry’ego Flinta, zapewne mało kto sięga do podręcznika anatomii, by się zapoznać z jej szczególnie interesującymi obszarami. Nie znaczy to jednak wcale, że współcześnie zasad obyczajowych jest mniej i są one w prosty sposób bardziej „naturalne” albo „racjonalne” (choć pewnie słusznie są odbierane jako luźniejsze). Tymczasem autorka zdaje się oceniać wiek XIX z perspektywy wieku XXI. Osiąga w ten sposób kilka atrakcyjnych czytelniczo efektów: sprawia wrażenie, jakby delikatnie i dobrodusznie sobie kpiła z bohaterów swojej opowieści, zyskuje lżejszy i bardziej żartobliwy ton, nawiązuje silniejszą więź z czytelnikiem dzięki podkreśleniu wspólnoty kultury (w opozycji do obcości kultury przedstawianej w książce). Tego rodzaju zabieg pozwala jej też łatwiej pokazać zmianę, jaka nastąpiła. Rzecz jasna, Agnieszka Lisak ma prawo tak napisać swoją książkę, w szczególności taką książkę, jak ta – popularną, wypełnioną ciekawostkami, gawędziarską, nieaspirującą do naukowości. Taka postawa narratora sugeruje jednak, moim zdaniem, nieuzasadniony paternalizm. Wydaje się, że ten paternalizm w stosunku do przeszłości jest cechą naszej kultury, która jest dumna ze swojego racjonalizmu i publicznie deklaruje wyzbycie się szeroko rozumianego zabobonu. Bo też jak tu się nie roześmiać, gdy się czyta u historyka, że: „W klasach zamożnych kodeks dobrych manier długo nakazywał będzie dziewczętom unikanie oglądania się nago, nawet w lustrze wody, np. w wannie. Produkuje się specjalne proszki do mącenia wody, aby nie urażać poczucia wstydliwości”2. Współcześnie raczej nikt się już w Europie nie gorszy, że do kąpieli trzeba się obnażyć. Zwłaszcza że mamy specjalnie do tego celu przeznaczone pomieszczenia, wypełnione szerokim asortymentem parafernaliów, zapewniające wygodę i chroniące prywatność. Mamy też lepsze pojęcie o znaczeniu mycia się, inne rozumienie higieny oraz odmienne, nowoczesne, rygorystyczne (przynajmniej w sferze postulatów) nawyki z nią związane. Ale samo to nie znaczy, że własna nagość w ogóle „nie uraża poczucia wstydliwości”. Po zakończeniu ablucji nie paradujemy przecież w nieskończoność au naturel, nawet na osobności, choćby i podczas upału. Lustro w sypialni, zwłaszcza duże i naprzeciw łóżka, wciąż uchodzi za pewną ekstrawagancję i może trochę wyuzdany rekwizyt w erotycznych grach. Mieszkańcy bloków, świadomi rewelacyjnych akustycznych właściwości łazienek, starają się zachować w nich dyskretną ciszę, także i dziś dając wyraz potrzebie ochrony intymności. Choć więc formy i reguły życia zmieniły się bardzo – w skali, która uzasadnia użycie terminu „rewolucja obyczajowa” – to pewne struktury pozostały. Lektura książki Lisak uzmysławia nie tylko zmianę, lecz także ciągłość. 

A lektura to przyjemna. Agnieszka Lisak pisze z lekkością, dowcipnie i potoczyście. Przytacza smakowite anegdoty, na jakie trafiła w swej całkiem rozległej kwerendzie. Cytuje dowcipy z „Bociana” i obszerne fragmenty poradników oraz zamieszcza reprodukcje niekiedy doprawdy zaskakujących ilustracji (niestety, ich źródła czasem zbywa milczeniem). Zarysowuje kontekst historyczny i obyczajowy, służący za tło dla przedstawianych wzorów zachowań. W niektórych miejscach tekst cechuje jednak osobliwa maniera, która zdradza pokrewieństwo z logicznym błędnym kołem. Na przykład omawiając niełatwą drogę kobiet do edukacji, autorka opowiada o Marii Skłodowskiej-Curie: „Zafascynowana fizyką i naukami przyrodniczymi zdecydowała się podjąć studia. Niestety, szczęścia musiała szukać poza krajem. Wybór padł na Sorbonę. Pomysł jak na owe czasy ekscentryczny, ale nie dla kogoś, kto w przyszłości miał wynaleźć polon i rad oraz otrzymać Nagrodę Nobla”. Nie daruję sobie uwagi, że ani polonu, ani radu Maria Skłodowska-Curie nie wynalazła, bo trudno wynaleźć pierwiastek chemiczny, choć nie w tym rzecz. W zdaniu tym skutek decyzji o wyjeździe na Sorbonę (badaczka została tam przyjęta w 1891 roku) – odkrycia, Nagrody Nobla (1903, 1911) – jest przedstawiony jako jej przyczyna, a to stanowi klasyczne błędne koło. 

Ponadto w stylu Lisak przebija tendencja do czegoś, co – z braku pomysłu na lepsze określenie – nazwałabym esencjalistycznym traktowaniem idei, przypisywaniem im roli sprawczej. Autorka stwierdza na przykład: „W dziewiętnastym wieku można było zauważyć dwa typy kobiet, pierwszy wypracowany w dobie romantyzmu, drugi narzucony przez myśl pozytywistyczną”, następnie spieszy skonstruować opozycję między wrażliwym, uduchowionym salonowym aniołem romantyzmu a energiczną, pracowitą, przedsiębiorczą, wprawną w szyciu wdową popowstaniową pozytywizmu. Autorka chyba przecenia rolę myśli zarówno pozytywistycznej, jak i romantycznej, przypisując im zdolność narzucenia komuś czegokolwiek w sferze zachowań. Przede wszystkim jednak miesza świat idei ze światem społecznym, traktuje je tak, jak gdyby były namacalne, zmaterializowane, bez trudu uchwytne jako czynniki oddziałujące na kulturę. To zmącenie poziomów dyskursu prowadzi Lisak do nadmiernych uogólnień, które sprawiają wrażenie zbyt raptownych, niedostatecznie uzasadnionych, nawet jeśli w najbardziej ogólnych zarysach nie sposób odmówić im słuszności. Na przykład: „Z […] rezerwą podchodzono do miłości fizycznej, którą uznawano za brudną i pozostającą w sprzeczności z czystością uczuć. W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku często więcej kochano się duszą niż ciałem”. (Pomijam absolutną empiryczną nieweryfikowalność takiego stwierdzenia). Służy temu, jak widać, preferowana forma gramatyczna autorki: bezosobowa forma czasownika zakończona na „-no”. 

Błędów logicznych, polegających na tego rodzaju przesadnej generalizacji, Lisak popełnia zresztą więcej, dając się unieść czy to automatyzmowi myślenia, czy własnemu lekkiemu pióru. Ta skłonność dochodzi do głosu jeszcze dobitniej, gdy Lisak kreśli obraz pozytywizmu: „Zgodnie z ideą utylitaryzmu, jednostka tylko wtedy miała jakąkolwiek wartość, gdy była użyteczna w społeczeństwie. […] Młodzież pogardzała ideami romantyzmu, w tym wybujałą uczuciowością. Czas już był najwyższy przestać spacerować po obłokach i zejść z nieba na ziemię”. Tutaj zamiłowanie do uogólnienia wywindowało autorkę do poziomu błędu rzeczowego. Niejedyny to zresztą taki przypadek. Wprowadzając cytat z Pamiątki po dobrej matce, autorka niefrasobliwie stwierdza: „jak pisała w 1898 roku K. Hoffmanowa”. Chodzi oczywiście o Klementynę z Tańskich Hoffmanową, która zmarła w 1845 roku, mimo że jej pochodząca z 1819 roku książka Pamiątka po dobrej matce przez młodą Polkę faktycznie miała wznowienie w roku 1898.

Nadmienię jeszcze, że Lisak popełnia też błąd projekcji. Na przykład opisując społeczny teatr spotkań towarzyskich i rywalizacji o pozycję, podsumowuje: „Wszystko to czyniło relacje międzyludzkie trudnymi do zniesienia”. Skąd ona to wie? Cytowani przez nią autorzy wspomnień albo poradników nie wygłaszają na serio sądów o takim stopniu wyabstrahowania, nie można więc powiedzieć, że Lisak odwołuje się do doświadczenia swoich bohaterów. Z drugiej strony, nie ma własnego doświadczenia ówczesnych relacji międzyludzkich. Ma o nich mniej lub bardziej umotywowane wyobrażenie, powzięte na podstawie lektury literatury dokumentu osobistego, ale przecież nie daje to podstaw do stwierdzenia, że ówczesne relacje międzyludzkie były trudniejsze do zniesienia niż obecne. Z podobnych względów książka Lisak nie wytrzymuje porównania z – również przecież syntetycznym – opracowaniem Obyczaje w Polsce. Od średniowiecza do czasów współczesnych pod redakcją Andrzeja Chwalby3.

Naturalnie, moje utyskiwania można odeprzeć, wskazując, że książka o charakterze popularnym nie musi spełniać rygorów naukowych, że może sobie pozwolić na więcej luzu, że pewne koncesje są dozwolone. Ale żeby aż błędy? Niekłamana przyjemność lektury tej zajmującej książki byłaby większa, gdyby nie irytujące, a przede wszystkim niepotrzebne usterki. Tak, jak urocza suknia wizytowa doskonale obyłaby się bez plamy. 
 
Anna Pochłódka


PRZYPISY:
1 Tadeusz Boy-Żeleński, Królik, w: tegoż, O Krakowie, oprac. Henryk Markiewicz, Kraków 1968, s. 169–171.
2 Alain Courbain, Kulisy, w: Historia życia prywatnego, t. 4. Od rewolucji francuskiej do I wojny światowej, red. Michelle Perrot, Wrocław–Warszawa–Kraków 1999, s. 435.
3 Obyczaje w Polsce. Od średniowiecza do czasów współczesnych, red. Andrzej Chwalba, Warszawa 2005 (tam rozdział Polska doby rozbiorów i międzywojenna, napisany przez Dobrochnę Kałwę). 



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas