poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Mężczyzna zwany kurą
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

W trudnym i żmudnym fachu pisarskim bywają projekty, które należą do zgoła niemożliwych do wykonania w sposób oryginalny czy choćby zadowalający. Jednym z nich jest pisanie o miłości, damsko-męskich powikłaniach. Wystarczy choćby przypomnieć sobie sławną frazę z posłowia do Imienia róży Umberto Eco. Niby o miłości pisało się, pisze się i pisać się będzie, jednak rzadko kiedy cokolwiek sensownego z tego rodzaju usiłowań wynika. Tym bardziej u nas... Ostatnimi czasy dominuje w naszej literaturze wzorzec prozy romansowej rodem z tzw. prozy kobiecej – nie lubię tego określenia, ale trudno – wywiedziony z opowieści o Bridget Jones. Mnożą się – w gruncie rzeczy zupełnie fantastyczne, bo ignorujące realia III RP – opowieści o kobietach w wieku mniej więcej średnim, które nie mając poważniejszych problemów bytowych, koncentrują uwagę na zdobyciu tego jednego, jedynego. Nawet gdy nie jest on wart starań. Grażyna Plebanek zignorowała tę tradycję. I dobrze.

Choć właściwie napisać, że Nielegalne związki są powieścią o miłości, to nie napisać nic (albo prawie nic). Nie ryzykując nadinterpretacji, można by odczytać tę książkę na przykład jako historię doli i niedoli Polaków, szukających pracy i ciekawej ścieżki kariery za granicą. W końcu główni bohaterowie powieści Plebanek, dzieciate małżeństwo Jonathan i Megi – niech nie mylą nas obco brzmiące imiona, bo to rodacy – trafiają do Brukseli, by tam realizować się zawodowo. To znaczy – zdecydowanie bardziej realizuje się Megi, pracująca w unijnej administracji, niż jej mąż (do tego tematu jeszcze wrócę). A poza nimi pojawiają się też w powieści postaci drugoplanowe, które zdecydowanie bardziej wolą pracować za euro niźli za złotówki. Co warte podkreślenia, autorka Dziewczyn z Portofino podeszła do tematu emigracji zarobkowej z ostatnich lat w sposób odmienny od większości prozaików, których interesował ten temat. Bohaterowie Nielegalnych związków nie należą do grupy niedokształconych nieudaczników czy absolwentów kiepskich kierunków niezbyt renomowanych uczelni, dla których szczytem marzeń jest praca na zmywaku w Anglii, tak chętnie portretowanych w naszej prozie. Wręcz przeciwnie – to ludzie świetnie wykształceni, władający kilkoma językami, którzy powoli, ale skutecznie robią kariery na tzw. Zachodzie. Oczywiście, ich ścieżki kariery zazwyczaj nie są usłane różami, często za sukcesy zawodowe przychodzi im płacić porażkami w życiu rodzinnym, co nie zmienia faktu, że Plebanek przedstawia inny typ bohatera-emigranta niż jej poprzednicy: Polaka-Europejczyka, który bez kompleksów rywalizuje z przedstawicielami europejskich nacji (i często tę rywalizację wygrywa), równie dobrze czuje się i odnajduje zarówno w Warszawie, jak i w innych stolicach unijnych. Tak, to ciekawy temat, ale wydaje mi się, że wątek romansowy z Nielegalnych związkach jest zdecydowanie bardziej frapujący, więc właśnie na nim skupię uwagę. 

Co tu kryć, Plebanek wykazała się nie lada odwagą, tak a nie inaczej projektując  opowieść w najnowszej powieści. Wynika z niej – ni mniej, ni więcej – że zdrada krzepi i rozwija. Oczywiście, poprzednie zdanie można uznać za tani retoryczny chwyt albo lekką przesadę interpretacyjną, lecz – jak sądzę – nie do końca. Ale po kolei. W Nielegalne związki wpisana jest historia nakładających się trójkątów „małżeńskich” (ujmuję to słowo w cudzysłów, bo nie wszyscy uczestnicy damsko-męskich awantur pozostają w zalegalizowanych związkach), których część wspólną stanowią Megi i Jonathan. Czytelnik zostaje wrzucony przez autorkę w sam środek romansowej afery: Jonathan spotyka się z kochanką, Andreą, w kościele, a potem wraca jak gdyby nigdy nic do rodziny i zwykłych problemów. Takie otwarcie tekstu sugeruje – co wzmacnia jeszcze dodatkowo tytuł powieści – że dalej przedstawiona zostanie pełna pikantnych szczegółów opowieść o „nielegalnym związku” żonatego, przeżywającego lekki życiowy kryzys mężczyzny z młodą i atrakcyjną kobietą. I faktycznie, jest dalej w tekście pewna dawka pikanterii, choćby w opisach seksu, zamroczenia nim bohaterów czy perwersyjności „trójkątnego” układu, wynikającej z faktu, że Andrea jest stałą partnerką wielce wpływowego przełożonego Megi. Szybko okazuje się jednak, że Plebanek porzuca sugerowany prosty schemat historii niewiernego męża, goniącego z obłędem w oczach za spódniczką, a właściwie przełamuje go. W jaki sposób? Czy idzie o to, że również Jonathan zostaje zdradzony przez żonę, bo zostaje? To też, ale ważniejsze są w tym przypadku takie a nie inne kreacje głównych bohaterów. Już tłumaczę w czym rzecz.

W powieści Plebanek wskazać można przynajmniej dwa oryginalne i frapujące zarazem chwyty, które sprawiają, że romans w jej wydaniu nabiera zupełnie nowej wagi i zaskakujących znaczeń. Jeden z nich to przepisywanie – w duchu feministycznym – stereotypowych ról kulturowo-społecznych przypisywanych kobietom i mężczyznom, które w dużej mierze steruje powieściową akcją. (Choć zaznaczę od razu, że w Nielegalnych związkach mamy do czynienia z feminizmem w wersji light, pozbawionym zadziorności i ortodoksyjności, z jakich słyną teksty pisarek określających się mianem feministycznych). W małżeństwie głównych bohaterów to Jonathan jest... kurą domową. Podczas gdy Megi robi karierę urzędniczą, często wyrabiając nadgodziny, i zarabia grube euro, jej mąż zajmuje się domem i dwójką dzieci. Do tego Jonathan, niegdyś nieźle radzący sobie dziennikarz i autor poczytnych bajek dla dzieci, właściwie rezygnuje z zawodowych ambicji po to, aby mogła je realizować żona, bo trudno uznać za satysfakcjonującą go kiepsko płatną pracę wykładowcy na kursach kreatywnego pisania. Co więcej, bohater ma specyficzną jak na mężczyznę emocjonalność – zdecydowanie bliżej niż do macho, który utwierdza sam przed sobą własną wartość, zdobywając kolejne kobiety, jest mu do typu wrażliwej, emocjonalnie reagującej kobiety. Wszystko to razem wzięte powoduje, że wysunięty w powieści na plan pierwszy wątek romansu Jonathana i Andrei rozwija się w sposób nieoczekiwany i ciekawy zarazem. Na początku ich utajnionego związku bohater jeszcze zachowuje się jak typowy mężczyzna, który nieco znudzony małżeńską rutyną próbuje podnieść sobie poziom adrenaliny podbojem nowej kobiety i daje się ponieść seksualnej fascynacji. Trafia jednak na partnerkę specyficzną. Andrea jest kobietą bardzo niezależną, samodzielną, opanowaną, poza łóżkiem rzadko daje się ponosić emocjom. W gruncie rzeczy w układzie z Jonathanem to ona jest osobą bardziej męską (przypomnę, oczywiście cały czas odnoszę się do stereotypowo pojmowanych ról mężczyzn i kobiet). Bohater szybko podporządkowuje się kochance, która w ich związku rozdaje karty, wchodząc w rolę tego, który tęskni, zasypuje smsami, czeka niecierpliwie na kolejne spotkanie albo choćby znak zainteresowania. Nazywa ją „uciekającą kobietą”, choć Andrea właściwie zdaje się zachowywać jak mężczyzna, który bierze sobie kobietę na jedną czy kilka nocy, a później zaczyna jej unikać. Początkowo Jonathan reaguje zdziwieniem na taki stan rzeczy, z czasem jednak dochodzi do wniosku, że „ma prawo do przeczuć, wrażeń, instynktów i porywów – mimo iż jest mężczyzną”, zaczyna akceptować swoją przepisaną rolę. Relacje kochanków komplikuje również wyjątkowo mocna więź Jonathana z dziećmi, wprawdzie w fazie wczesnego zauroczenia Andreą zdarza mu się zaniedbywać obowiązki rodzicielskie, później jednak stara się tak rozgrywać swój „nielegalny związek”, aby dzieci nie ucierpiały. Właściwie tylko ich obecność koniec końców powstrzymują go przed odejściem do kochanki, co w metaforycznym skrócie dobrze oddaje scenka odbierania latorośli z przedszkola: „Jonathan ciągnie swoje [dzieci – przyp. moje, R.O.] za ręce do samochodu, ma je już przy sobie – dwie ręce, dwoje dzieci – więcej rąk nie ma”.

W opowieściach o zdradzie najczęściej traktowana jest ona jako zło; pojawienie się „tej drugiej” czy „tego drugiego” niszczy porządek – choćby nawet wątpliwy czy mocno nietrwały – rodzinnych czy partnerskich relacji. Do pewnego stopnia podobnie jest w Nielegalnych związkach, gdy Jonathan, udręczony wątpliwościami i coraz bardziej zobojętniały wobec Megi, decyduje się na desperacki krok i przeprowadza się do Andrei. Plebanek wskazuje jednak też na swoiste „zyski” ze zdrady. Skoki w bok zarówno Jonathana, jak i Megi (mimo iż jej romans był zdecydowanie mniej intensywny, burzliwy) mają wymiar – by tak rzec – transgresyjny, pozwalają bohaterom pokonać ograniczenia własnej cielesności i seksualności, otworzyć się na nowe doświadczenia, w końcu – przejrzeć się w oczach innych partnerów po to, by zobaczyć swoją nieco odmienną twarz. Stanowią więc swoistą ścieżkę samopoznania, pozwalają – fakt, w sposób bolesny i trudny – uświadomić sobie bohaterom nie tylko własne pragnienia, ale też przeformułować, może nawet poprawić, system wartości i ustalić nowe życiowe priorytety. Zdrada jest więc w tym przypadku paradoksalnym budowaniem przez burzenie. Oczywiście, nie twierdzę, że Plebanek zachęca do zdrad, jednak pozytywne aspekty zdrady są w Nielegalnych związkach wyraźnie zaznaczone. 

Przyznam szczerze, że gdy z paratekstów umieszczonych na okładce powieści Plebanek wyczytałem, iż jest to powieść – rzecz ujmując w uproszczeniu – o miłości i zdradzie, nie spodziewałem się po tym tekście zbyt wiele. A tu niespodzianka – okazało się, że autorka zafundowała mi sporo lekturowej frajdy, co potwierdza, że gdy się chce, a przy tym ma się nieco odwagi i garść niebanalnych konceptów, to można. Oby innym prozaikom tak się chciało, jak chce się Plebanek.

Robert Ostaszewski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas