poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DARIUSZ NOWACKI
Jak oni (one) to robią?
Dekada Literacka 2010, nr 3 (241)

W dawnych powieściach miłość zajmowała rozległą przestrzeń rozciągającą się od pierwszego spotkania do progu kopulacji; próg ten stanowił granicę nie do przekroczenia” – zanotował Milan Kundera. W związku z tym czytelnik Tołstoja na próżno szukał odpowiedzi na pytania: „Od kiedy Karenin nie kocha się już z Anną? Czy umiał dawać jej rozkosz? A Anna? Czy nie była zimna? Kochali się po ciemku, w świetle, na łóżku, dywanie, w trzy minuty, przez trzy godziny, wymieniali romantyczne słówka, wypowiadali sprośności, zachowywali milczenie?”1. Mimo że od dawna przedstawienia literackie znajdują się poza progiem kopulacji, pytanie o to, jak oni (one) – w powieściach i opowiadaniach – to robią, bynajmniej nie straciło na znaczeniu. Być może nawet zyskało. Rzecz jasna, nie chodzi mi o aspekt poznawczy czy wymiar mimetyczny przedstawień miłości, która przekroczyła „próg kopulacji”, ani o inne tradycyjne użytki (instruktaż, ekscytacja, zgorszenie, transgresja etc.). Literatura zwana piękną wydaje się dziś – także i pod tym względem – kompletnie bezużyteczna. Dawno przestała być pożywką dla wyobraźni bądź narzędziem wtajemniczenia. Wszak żyjemy w czasach, w których dostęp do erotyki i pornografii (w każdej formie, także tekstowej) jest, głównie za sprawą internetu, błyskawiczny i nieograniczony. O co więc chodzi? Wstępnie wyjawię – o pewną nadwyżkę znaczeń.

Zostawiam na boku pradawną sytuację, o której pisał Kundera, choć oczywiście także i dziś można by pytać, mając na uwadze prozę współczesną, dlaczego oni (one) w tym lub innym utworze tego nie robią, a z jakichś powodów, na ogół fabularnych, powinni (np. bohaterowie bodaj najpiękniejszej polskiej powieści o miłości ostatniego dwudziestolecia – Terminalu Marka Bieńczyka). Interesuje mnie w tym miejscu wyłącznie seks przedstawiony, a precyzyjnie mówiąc – ujęcia (motywy, opisy, wypowiedzi bohaterów, komentarze narracyjne), które zostały mniej lub bardziej subtelnie sprofilowane (sformatowane). Mam na myśli profile (formaty) ideologiczne i sui generis edukacyjne (wychowawcze); wszystko to, w czym można by rozpoznać nastawienia perswazyjne lub zgoła tendencyjne. Dlatego też właściwie wypadałoby zmodyfikować pytanie widniejące w nagłówku tego tekstu: już nie tyle: „jak oni (one) to robią?”, ile dlaczego robią to tak, jak robią. I co my, czytelnicy, mamy o tym myśleć. 

I jeszcze konieczne zastrzeżenie, podpadające zresztą pod oczywistość: nie istnieją nieideologiczne, nieperswazyjne, niewinne i przezroczyste przedstawienia literackie, chwytające ten (seks) czy inny wymiar ludzkiego – indywidualnego bądź społecznego – doświadczenia. Nawet najbardziej konwencjonalnym ujęciom tematu miłosnego można, a nawet trzeba zadać to samo pytanie: Dlaczego robią to tak, jak robią? A więc jaki światopogląd erotyczny czy filozofię miłości kochankowie wyznają?; skąd wiedzą, że tak albo inaczej trzeba to robić?; co chciał nam powiedzieć autor, który daną scenę literacko opracował?; jakim językiem się posłużył?… i tak dalej, i tak bez końca. 

Najprawdziwsza na świecie 
jest miłość w klozecie
Wiekopomna i odrobinę zmodyfikowana fraza Big Cyca odsyła do twórczości jednej z największych w naszej dobie „zohydzaczek” (od zohydzić) seksu, Elfriede Jelinek, a konkretnie – do najbardziej znanego obrazu wykreowanego przez austriacką pisarkę, czyli sceny miłosnego zbliżenia między Eriką i Walterem, bohaterami Pianistki, w kiblu wiedeńskiego konserwatorium. Dość powiedzieć, że autorzy ekranizacji tej powieści (reż. Michael Haneke) tę właśnie scenę uznali za centralną, wycięli z niej jeden kadr i umieścili na plakacie reklamującym film. W prozie i dramatach Jelinek – mówiąc oczywiście w ogromnym i zapewne niewybaczalnym uproszczeniu – seksualność istnieje wyłącznie w polu przemocy i szeroko rozumianej toksyczności; związana jest z takimi pojęciami, jak męska dominacja, walka płci, poniżenie i samoponiżenie kobiet, kobiecy masochizm. Klozetowy, histeryczny, utożsamiany z bólem – fizycznym i psychicznym – seks nie jest tu, rzecz jasna, autonomizowany, pozostawiony sam sobie. Przedstawienia te są częścią większego i doniosłego ostatecznie projektu; ów brudny i par excellence patologiczny seks wpisuje się w krytykę porządku społecznego, ma charakter jawnie ideologiczny i polityczny. Toteż pytanie, dlaczego oni robią to tak, jak robią, a robią wyłącznie paskudnie i w plugawych okolicznościach, przyłożone do twórczości Jelinek, wydaje się pytaniem retorycznym. 

W zasobach polskiej prozy nie znajdziemy przykładów bezpośredniego i całościowego naśladownictwa metody Jelinek, ale seksualnych paskudztw i kuriozów, pojawiających się w funkcji perswazyjnej, silnie zideologizowanych i „ukierunkowanych”, nie brakuje. Mam na uwadze gotowe, „już zinterpretowane” motywy (matryce, stereotypy, niekiedy slogany), czyli tekstowe manifestacje pewnych stabilnych, ideowych mniemań. Można nawet odnieść wrażenie, iż owe „gotowce” stały się obligatoryjnymi składnikami opowieści traktujących o kobiecej martyrologii. Czas na drobną, dobraną na chybił trafił, ilustrację. 

Oto wrażliwa i sympatyczna bohaterka powieści Pułapka na motyla Hanny Samson od najmłodszych, nastoletnich lat ma do czynienia z przemocą seksualną. Tak się dziwnie składa, że każdy chłopak (lub dorosły mężczyzna), jakiego spotyka na swej drodze, podtyka Joannie pewną część własnego ciała, jeśli wolno tak powiedzieć, pod nos (tak naprawdę trochę niżej): „[ … ] ksiądz przytrzymał jej rękę i sam nadał rytm, poruszał ręką Joanny coraz szybciej i szybciej, głośno dysząc. Nagle chwycił Joannę za głowę i wetknął jej członek do gardła. Chciała się wyrwać, czuła, że się dusi, ale trzymał ją w żelaznym uścisku. Naraz jej usta wypełniły się gęstym płynem, ksiądz zaczął jęczeć, a potem zastygł w bezruchu”2. Tyle zdziałał spowiednik Joanny, instruktor żeglarstwa wkroczył na tę samą ścieżkę: „Krzysiek dźwiga się w górę [ … ], Joanna czuje ciepłą lepkość na twarzy, strumień uderza w nią, rozlewa się, znów uderza, zapach kleju, taki jak u szewca, niech już tak będzie, pozwoli mu oblewać się tą śmierdzącą mazią”3. Wstręt, uległość, (samo)poniżenie – oto niezawodna i właśnie obligatoryjna triada.

Seks w opowieściach traktujących o martyrologii kobiecej – co jest oczywistą oczywistością – nie może być jakkolwiek pociągający czy po prostu „znośny” (nietoksyczny). Ponieważ owe przedstawienia na ogół karmią się ideami feministycznymi (częściej: pop‑feministycznymi), wiadomo, że to mężczyźni zawodzą niejako z definicji. Są – jakże inaczej! – nieczuli, niewrażliwi, mają skłonności do przedmiotowego traktowania kobiet, nie posiadają elementarnej wiedzy na temat kobiecej seksualności; są ślepi i głusi na potrzeby swoich partnerek. W jednym z opowiadań Izabeli Szolc czytamy: „Sprawdziłeś palcem suchy srom, ciało śpiącej królewny obracałeś jak plastikową chudą lalkę. To w tę, to we w tę. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie pokazać twarzy. Szelest rozrywanego celofanu z prezerwatywą. Czy nie do takiego seksu byłam stworzona? Wbiłeś się tępo pomiędzy nogi. Pieczenie. Byłam cipą [ … ]. Rżnąłeś trupa, a nawet tego nie zauważyłeś”4. Cóż, przeznaczeniem niewrażliwych mężczyzn jest „rżnięcie trupów”. Ewentualnie kłód drewna. Posłuchajmy: „Wchodzi do łóżka, gasi światło. Odwraca się do mnie, przewraca mnie ku sobie, jestem jak kłoda drzewa, przecież on to musi czuć, przecież nie można mieć przyjemności z kłodą drzewa. [ … ] stacza się ze mnie, a ja boję się iść do łazienki, zmyć z siebie ten wstręt, który mnie wypełnia po brzegi”5

Piekło katolików
Prawdziwym koszmarem, o czym powiadamiają liczne polskie powieści, jest seks uprawiany przez katolików (nawiasem mówiąc, austriaccy bohaterowie Jelinek to także katolicy). Albo nieuprawiany, czyli represjonowany jako wykrocznie przeciwko szóstemu przykazaniu. Bohater powieści Rafała Ziemkiewicza Ciało obce (2005) po porzuceniu żony staje się seksualnym potworem w stylu sado‑maso właśnie dlatego, że przez długie lata doktryna katolicka tłumiła w nim popędy. Z kolei bohater Farciarza (2003) Andrzeja Horubały zamartwia się tym, iż nieustannie grzeszy myślą (wyłącznie w ten sposób!). W wyobraźni kopuluje z wieloma młodymi kobietami i fantazjuje na temat seksu analnego z żoną, której waginę zdewastowały liczne porody (pięć ich było). Pragnienie to wzmacnia lęk przed kolejną ciążą; bohater ma dość watykańskiej ruletki, jest nią prawdziwie umęczony. Ale najbardziej sugestywne i zarazem skrajnie tendencyjne ujęcie zaproponowała Ewa Madeyska w Katonieli. Mąż głównej bohaterki zwany Totalnym jest ortodoksyjnym katolikiem, który mimo rozpadu więzi małżeńskiej, „zdradzać nie chciał. Bo po co, skoro już sobie wybrał lalę do ujeżdżania”6. Małżonek ustalił cennik (osobne taryfy za stosunek odbyty i za zainicjowany, lecz nie odbyty); „miesiąc oralnego z aneksem do umowy, będziesz mi to robić dwa razy dziennie, alleluja!”7. Seksualny koszmar w katolickich rodzinach jest zresztą – przekonuje Madeyska – dziedziczony z pokolenia na pokolenie: „Matka tamtego wieczoru [ … ] przed ojcem naga stanęła [ … ] i cicho sobie powtarzając, zamknij oczy, kobieto, i myśl o świętości małżeństwa swego, męża w domu zatrzymała, męża, który w dwunastu ruchach w tę i z powrotem spełnił święty obowiązek małżeński”8. Dopowiedzmy: ojciec został zatrzymany w domu, kiedy wybierał się, o czym wiedziała matka, z kopulacyjną wizytą do swej kochanki, panny Lucynki.

Penetrację zostawmy 
kochankom bez wyobraźni
Jeśli idzie o seks heterycki, to w zasadzie większych niespodzianek nie należy oczekiwać. Pytanie o to, jak oni (mężczyzna i kobieta) to robią, nie jest kwestią pierwszoplanową. W centrum zawsze znajduje się kontekst (czyli przemoc, małżeńska prostytucja, uprzedmiotowienie i inne niesympatyczne, wołające o pomstę do nieba zjawiska). To nie technika seksualna podlega interpretacji, lecz zjawiska – psychologiczne, obyczajowe, społeczno‑kulturowe etc. – które są poniekąd ilustrowane przez opisy przeróżnych praktyk i zachowań łóżkowy. Inaczej mają się sprawy z homoseksualnymi obrazkami. Tutaj kwestia, jak oni (one) to robią, nabiera szczególnego znaczenia. 

Na imieninach jednej z dwu lesbijek, stanowiących zresztą przykładną, „postępową” parę, pojawia się przyjaciółka domu. Z prezentem: „realistyczne dildo, cybreskóra z uprzężą. Wyjątkowo duży, z profilowaną główką, jądrami i przyległościami”9. Podarunek to wielce nietrafiony: „Coś ty, Iga! Na co dzień taka matriarchalna jesteś, a tu nam prezentujesz symbol patriarchatu, zniewolenia kobiet, wykwit samczy, samą wprost esencję dominującej męskości [ … ]. Mnie to podnieca jak mózg w formalinie”10. Jak się tedy kochają bohaterki powieści Zofii Staniszewskiej? Oczywiście „poetycznie”, z niewysłowioną wprost czułością, jak motylek z kwiatkiem, żadnej penetracji, żadnych gadżetów! 

Anna Gruszczyńska, która przeanalizowała opowiadania lesbijskie zamieszczone w specjalistycznych portalach internetowych, twierdzi, że owe opowieści są skrajnie schematyczne, tworzone z jawną intencją poszukiwania alternatywy dla stosunków heteroseksualnych (ideał miłości pięknej i czystej, niedotkniętej obleśną „samczością”), acz te poszukiwania – zdaniem badaczki – są z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ idealizacja seksu lesbijskiego jest częścią dyskursu heteronormatywnego11. Z kolei Inga Iwasiów, odnosząc się do jednego z rozdziałów powieści Anny Bojarskiej, zauważyła, iż w owym niewielkim fragmencie „seks z kobietą opisany został zgodnie z męskocentryczną, voyerystyczną kliszą, jako podniecająca próba dotknięcia powodowana ciekawością”12. Węzeł dramatyczny tej sceny wygląda tak: „Zsuwam się w dół, między jej uda. Rozsuwam je. Dotykam tego, co jest pośrodku. Tego, co dotąd widziałam tylko w lusterku albo na porno filmach. Jak to pachnie! [ … ] i wsuwam palec (z zielonym paznokciem!) w otworek, a ona krzyczy, ale nie o to mi chodziło, ja się dopiero uczę, liznęłam tę różowość, a ona krzyczy”13

Wracam do niestosownej, niechcianej penetracji. Tym razem mam na uwadze przedstawienia, których bohaterami są męscy homoseksualiści. Zacznę od przypadku najbardziej, jak mniemam, zaawansowanego i skomplikowanego, czyli od niezwykle ryzykownej gry z wyobrażeniem, jak oni (geje) to robią. Przykład jest wprawdzie filmowy, ale doskonale opisuje problem, któremu chcę się tutaj przyjrzeć.

W lipcu ubiegłego roku na ekranach europejskich kin pojawił się film brytyjskiego komika Sachy Barona Cohena zatytułowany Brüno. Bohaterem tego obrazu jest karykaturalny austriacki gej, wyposażony w bodaj wszystkie cechy pochodzące z homofobicznego imaginarium: jest przegięty, ostentacyjny, narcystyczny, wulgarny, seksoholiczny, w dodatku zajmuje się modą i jest nastawiony na medialną karierę. Seksualność Brüna – nie dziwi to wcale – została zredukowana do sfery analnej. Aż za dobrze wiemy, jak on to robi. W czwartej minucie filmu dowiadujemy się, że bohater jest szalenie zakochany w pigmejskim stewardzie, Dieslu (który tak naprawdę jest młodym Azjatą). Z off‑u dobiega głos bohatera: „Normalna z nas parka, ciepłe kluchy, domowa rutyna”, co po sekundzie zostało zilustrowane sześcioma miniscenkami, przykładami praktyk intymnych podjętych w domowym zaciszu, z których aż pięć ma charakter analny. Każda z nich jest absurdalnym, jawnie komicznym i parodystyczny przerysowaniem, po prostu żartem (w finale – piąta scena analna – Brüno nalewa do kieliszków szampana z wielkiej butelki umieszczonej w kiszce stolcowej Diesla). W całym filmie rozsiane są przeróżne motywy, które ostatecznie sprawiają, że widzimy i słyszymy postać – jak pisał recenzent „Gazety Wyborczej” – „takiego geja, jakiego wyobrażają sobie homofobiczni konserwatyści obsesyjnie próbujący sobie wyobrazić, jak oni to robią i co sobie w co wsadzają”14. Tyle że nie dla wszystkich odbiorców i opiniodawców było to aż tak oczywiste. Niektórzy twierdzili, że Baron Cohen osiągnął efekt odwrotny od zamierzonego – film, pomyślany jako wycelowany w homofobiczne uprzedzenia, w istocie petryfikuje je, a nawet wzmacnia. Jeszcze przed premierą filmu w sprawę wymowy Brüna włączyli się liderzy wpływowej amerykańskiej organizacji GLAAD (Gay & Lesbian Alliance Against Defamation), nawiasem mówiąc, wymuszając na autorach filmu bardziej optymistyczne zakończenie, niż to pierwotnie przewidywał scenariusz. 

Redukcja do sfery analnej – to nader eufemistycznie powiedziane. W istocie chodzi o bardzo konkretny motyw – o, excusez le mot, gówno („My asshole’s just for shitting” – wrzeszczą w Brüno prostacy z Arkansas zgromadzeni na heteriadzie). Bohater Domu Róży, heterycki imigrant z Polski, w trakcie pierwszej rozmowy z przełożoną przyjmującą go do pracy (w charakterze pielęgniarza w domu starców w Reykjaviku) słyszy pytanie, czy też (sic! ) jest homoseksualistą. Zdumiony, prosty (w znaczeniu, by raz jeszcze nawiązać do Brüna, straight) bohater dowiaduje się, że chodzi o to, iż „wszyscy, którzy tu pracują, to cioty”15, kłótliwe i zazdrosne, osłabiające dyscyplinę pracy. Urzędniczka, z uwagi na poprawność polityczną, nie mogła mu powiedzieć tego, czego się dowiedział od prostej salowej, swojej współpracowniczki – że idzie o oswojenie z kałem: „Tylko pedały jakoś nadają się do tej roboty, ale oni to uwielbiają grzebać się w dupach, taka ich natura”16. Później okazuje się, że nie tylko z tego powodu geje stanowią większość męskiego personelu pielęgnacyjnego i sprzątającego. Ci do cna zepsuci mogą do woli kopulować z na wpół żywymi, pogrążonymi w starczej demencji klientami ośrodka: „Wszedłem do pokoju bez pukania. Zastałem Heidara rąbiącego w tyłek pensjonariusza. Byłem w szoku [ … ]. Heidar syczał i jakby nie zwracał na mnie uwagi, Dagbjartur szarpany z boku przypominał śpiącego podróżnego w przedziale PKP [ … ]. Heidar dokończył, wyjął z niego oślizgłego kutasa, jeszcze z ubitą pianką, pewnie mieszanką nasienia, żelu do penetracji i czopka na rozwolnienie”17

W naszej prozie gejowskiej nie znalazłem przykładu lęku przed analną penetracją – jako motywu czy deklaracji o wyraźnym wydźwięku politycznym. Muszę się tedy wesprzeć przykładem amerykańskim. Oto główny bohater Nocnego słuchacza Armisteada Maupina snuje retrospektywne rozważania na temat swojego życia seksualnego u boku kochanka, który go właśnie porzucił: „Na długo zanim się poznaliśmy, zaakceptowałem u siebie brak zainteresowania pieprzeniem [ … ]. Nagle znalazł się powód, by robić to ustami i dłońmi [ partner jest nosicielem wirusa HIV – dopis. mój, D.N. ] [ … ]. Jess na to przystał. Ilekroć podczas wywiadów omawialiśmy nasze życie seksualne, każdy z nas niezmiennie przyjmował ton orędownika odpowiedzialności. Najwspanialszym z narządów seksualnych, mawialiśmy, jest przecież umysł. Osobom, które za wszelką cenę domagają się penetracji, najzwyczajniej brakuje wyobraźni. Bo przecież najistotniejsze jest obrazowanie, jak również – niesłychanie erotyczny – akt odmowy”18. W powieści tej awersja względem penetracji ma dodatkowe uzasadnienie. Bohater zaprzyjaźnia się z chłopcem, który wcześniej był bestialsko wykorzystywany seksualnie (stąd konieczność stabuizowania seksu analnego). Jedna z jego refleksji rymuje się z kierunkiem niniejszej przechadzki. Chłopiec wspomina swój pobyt w szpitalu i przenikliwie demaskuje nastawienia psychiatrów i pracowników opieki społecznej: „niby wypytują o różne rzeczy, a tak naprawdę chcieliby wiedzieć, czy się to człowiekowi podobało [ … ]. Branie w dupsko”19. Wydźwięk tej demaskacji nakazuje mi urwać w tym miejscu wywód o niedostatku wyobraźni.

Seksualne bhp
Niezbyt oryginalna to myśl, że najlepszą opowieścią o seksie – spośród tych, jakie pojawiły się w ostatnim dwudziestoleciu – jest Lubiewo Michała Witkowskiego. Z jakiego powodu? Ano z tego względu, że przede wszystkim o seks w tej książce chodzi, o seks rozumiany jako gra o najwyższą stawkę. Wszelkie inne kwestie – polityczne, krytyczne, queerowe, campowe – w istocie są problemami podrzędnymi. To najbardziej żarliwa w naszym piśmiennictwie pochwała niczym nielimitowanej rozkoszy i zarazem bezpardonowe uderzenie w to, co niszczy seks, przemienia go w nudną rutynę – w seksualne bhp (zawsze czysto, pewnie i pachnąco). Toteż przekonują mnie wywody Przemysława Czaplińskiego, który między innymi powiada, iż u Witkowskiego „linia podziału nie przebiega między homo‑ i heteroseksualistami ani też między wynaturzonymi z jednej strony a naturalnymi z drugiej strony, lecz między ludźmi, którzy seksualności nie dyscyplinują oraz tymi, którzy sposoby uprawiania seksu dostosowują do porządku społecznego”20. Seks i owszem, ale w granicach rozsądku, a nade wszystko „zalegalizowany”. Nie w sensie formalno‑prawnym, lecz jako przypieczętowanie emocjonalnej więzi, jako usankcjonowanie – poprzez consummatum – związku. Tymczasem: „ja z przyjaźnią i bliskością nie chcę. Bo mi się to kojarzy z mamą. My chcemy nieznajomego, co nas sponiewiera, przejedzie jak tornado, zostawi mnie w takim stanie, że nawet nie będę miała siły wstać, zamknąć za nim drzwi, mokrą plamę na łóżku, sponiewieranym będę… Włosy w nieładzie, kupa szmat ze mnie zostanie, splunie, rzuci ręcznik papierowy na tą plamę i pójdzie [ … ]. A ja z twarzą w mokry jasiek wtuloną zasnę, zasnę, bez przyjaźni i bez bliskości!”21.

O wiele subtelnie, acz nad wyraz celnie, uchwycił ten konflikt Jerzy Sosnowski w eseju Ciało. Przyjmujemy – tego nauczyła nas kultura – że w wyznaniu „kocham cię” wyraża się „niesłychany tryumf ducha nad ciałem, przesycenie światłem najmniejszego nawet cienia wstrętu”. Toteż „twój śluz sprawia mi radość, mój pot możesz zlizywać z rozkoszą, kropelki twojej śliny mi smakują, mój członek jesteś gotowa wziąć do ust”22. Tymczasem w intymnej praktyce wygląda to tak: „Ostrożnie z całowaniem kochanki przed umyciem zębów. Z pokazywaniem kochankowi wyjątkowo nieudanej swej fotografii. Z ujawnieniem, że cierpię na hemoroidy i miewam zaparcia. Miłość francuska tylko po kąpieli. Upewnij się, czy warto się kochać przy zapalonym świetle”23.

Kiedy Nina Kunicka zaczęła snuć plany co do wspólnej przyszłości – jej i Nikodema – kiedy jęła go wypytywać, czy lubi dzieci, bohater powieści Dołęgi‑Mostowicza sprytnie ją spławił, z sypialni zresztą. A kiedy to zrobił, „naciągnął kołdrę na głowę i mruknął: – Ee… do cholery z taką miłością”24. Chciałoby się powtórzyć za Dyzmą: do cholery z takim seksem. Zdyscyplinowanym, społecznie akceptowalnym, bezpiecznym i higienicznym. Taki seks – próbował nas przekonać Witkowski – to zawracanie głowy. Prawie mu uwierzyłem. 

Dariusz Nowacki

PRZYPISY:
1 Milan Kundera, Miłość w historii, która przyspiesza, w: tegoż, Spotkanie, przeł. Marek Bieńczyk, Warszawa 2009, s. 30.
2 Hanna Samson, Pułapka na motyla, Warszawa 2000, s. 62 – 63. Na marginesie, powinno być: „wetknął członek do jej gardła”. Rzec by można, że nieuwaga redaktorki („jej” po „wetknął” i przed „członek”) otworzyła zaskakującą perspektywę transseksualną.
3 Tamże, s. 110. Redaktorka książki tu również zaspała. Chodzi o porównanie. W zakładach szewskich, jak wiadomo, używa się butaprenu, czyli kleju wytwarzanego na bazie kauczuku chloroprenowego. Skojarzenie z zapachem kleju może jest i uprawnione, ale akurat nie tego kleju. Osobiście postawiłbym na wikol, czyli spoiwo polioctanowinylowe.
4 Izabela Szolc, Alicja, w: tejże, Naga, Liszki 2010, s. 111.
5 Katarzyna Grochola, Trzepot skrzydeł, Kraków 2008, s. 143.
6 Ewa Madeyska, Katoniela, Kraków 2007, s. 177. 
7 Tamże.
8 Tamże, s. 196 – 197.
9 Zofia Staniszewska, Moja les, Warszawa 2010, s. 21.
10 Tamże, s. 22.
11 Zob. Anna Gruszczyńska, Jak to robią lesbijki w sieci. Zadymiony pokój i ucieczka od branży, w zbiorze: Parametry pożądania. Kultura odmieńców wobec homofobii, red. Tomasz Basiuk, Dominik Ferens, Tomasz Sikora, Kraków 2006. 
12 Inga Iwasiów, Niepokorne podmioty. Proza lesbijska (o lesbijkach) na tle…, www.artpapier.com.
13 Anna Bojarska, List otwarty do królowej Wiktorii, Warszawa 2001, s. 308.
14 Wojciech Orliński, Bruno wkręca homofobów, „Gazeta Wyborcza” 2009 z dn. 11.07.
15 Hubert Klimko‑Dobrzaniecki, Dom Róży, Wołowiec 2006, s. 10.
16 Tamże, s. 16.
17 Tamże, s. 53 – 54.
18 Armistead Maupin, Nocny słuchacz, przeł. Paweł Łopatka, Kraków 2009, s. 68.
19 Tamże, s. 64.
20 Przemysław Czaplinski, Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje, Warszawa 2009, s. 365.
21 Michał Witkowski, Lubiewo, Kraków 2005, s. 129 – 130.
22 Jerzy Sosnowski, Ciało, w: tegoż, Ach, Kraków 2005, s. 58.
23 Tamże.
24 Tadeusz Dołęga‑Mostowicz, Kariera Nikodema Dyzmy, Warszawa 2000, s. 170.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas