poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

Tym razem – kamyk do własnego (tj. dekadowego) ogródka. W cyklu „Próżnia niedoskonała, czyli urojone dwudziestolecie” („Dekada Literacka” 2009 nr 3), jak zapewne czytelnicy pamiętają, Leszek Szaruga prezentował powieść Wirujący stolik pióra fikcyjnej oczywiście autorki, Marty Niebkiewicz. Jednym z głównych bohaterów jest tu niejaki Leon Chonik, działacz opozycyjny, z czasem autor artykułu Wasz prezydent – nasz premier. Za sprawą i nazwiska, i tytułu tego artykułu – nie ma chyba wątpliwości, kto jest realnym prototypem tej postaci. Z konspektu Szarugi wynika, że ten mniemamy opozycjonista był najpierw inspirowany przez partyjnego eksprominenta, a potem być może stał się narzędziem Kremla w zaprogramowanym tam przebiegu Jesieni Ludów z 1989 r. Za to wszystko odpowiada pozornie pani Niebkiewicz, ale przecież Szaruga omawia książkę, jaką chciałby przeczytać, a więc treść jej aprobuje. Kamerzysta zadaje sobie pytanie, czy takie wzięte z sufitu personalne insynuacje polityczne nie są naruszeniem reguł etycznych (a może i prawnych?), które należy respektować w powieści z kluczem.

Dziwna jest logika prawników. W rubryce Analiza prawna „Rzeczpospolitej” (z 11 – 12 IX 2009) Marek Domagalski najpierw stwierdza, że odmawianie zbrodni katyńskiej przymiotu ludobójstwa jest rażącą, nieuzasadnioną rewizją powszechnej wiedzy na jej temat, a potem cytuje art. 2 Konwencji ONZ z 9 grudnia 1948 r., z którego wynika, że masowy katyński mord polskich oficerów nie mieści się niestety w żadnej kategorii zbrodni ludobójstwa wymienionych w tej konwencji (grupy narodowe, etniczne, rasowe czy religijne). A prof. Jan Barcz, specjalista prawa międzynarodowego („Gazeta Wyborcza” z 11 – 12 IX 2009), powiada, że gdyby spojrzeć skrupulatnie na definicję zbrodni ludobójstwa, to zapewne Stefan Niesiołowski ma rację, że Katyń nie był ludobójstwem, ale w następnym zdaniu mówi, że zbrodnia ludobójstwa [ … ] w odniesieniu do Katynia ma bardzo mocną kwalifikację. Jakże „bardzo mocną”, skoro przeczy jej skrupulatna analiza ONZ‑owskiej definicji zbrodni ludobójstwa? Bądź tu mądry.

Mądry na pewno jest Jarosław Kaczyński. On ocenia („Dziennik” z 11 IX 2009), że stanowisko Niesiołowskiego w wymiarze moralnym jest to po prostu postawa haniebna. [ … ] To jest nawet coś więcej niż zdrada. [ … ] To już nie jest nawet realizm polityczny, to po prostu wysługiwanie się obcym państwom i zbrodnicze działanie wobec własnego narodu. Kto nie mówi dzisiaj w tych sprawach prawdy, ten nie tylko znieważa naszą przeszłość, ale zachowuje się haniebnie wobec tych ofiar. Tylko tyle jako ocena ścisłego trzymania się litery prawa!

W powszechnym odczuciu Polaków Katyń jest zapewne ludobójstwem. Ale polityczni szermierze tego poglądu wiedzą przecież, że tylko modyfikacja wspomnianej konwencji ONZ może spowodować jego międzynarodowe uznanie, należy więc starać się o jej wprowadzenie, a nie pomstować na tych, którzy mówią, że na razie należy się z nią liczyć. Z drugiej strony ci ostatni udają, że istnieje różnica między formułą „ludobójstwo” a „zbrodnia mająca znamiona ludobójstwa”, co sprzeczne jest z powszechnie obowiązującą formułą prawną. 
Obie strony rżną głupa i – obrażają inteligencję Polaków (a druga z nich – także Rosjan). NB. uchwała sejmowa, która „znamiona ludobójstwa” nadaje wszystkim zbrodniom dokonanym w Archipelagu Gułag, również bezzasadnie – w rozumieniu konwencji ONZ – rozszerza zastosowanie takiej kwalifikacji.

Do czego prowadzi obowiązkowa dziś w teatrze aktualizacja klasyków – dobrze ilustruje wypowiedź znakomitej przecież aktorki Anny Polony, która tak się usprawiedliwia w związku z krakowskim spektaklem Beniowskiego „awantur dziwnych łańcuch złoty” wysnuty z poematu Juliusza Słowackiego: W Beniowskim niektóre wątki możemy także odnieść do współczesnych wydarzeń, np. postać Swentyny, która przenosi listy przez linię wroga, przypomina łączniczkę w powstaniu warszawskim. Także sytuacja, kiedy Aniela żegna ukochanego, który stracił majątek i wyrusza w świat, żeby zdobyć fortunę, czyż nie przywołuje skojarzeń ze współczesną emigracją zarobkową i wszystkimi bolesnymi sytuacjami, które są jej efektem? („Gazeta Wyborcza – Kraków” z 4 IX 2009).

„Twórczość” jako jedyne polskie pismo prowadzi przegląd prasy zagranicznej. Czytelnik tego działu oczekiwałby omówienia najważniejszych artykułów z najważniejszych periodyków literackich całego świata. Tymczasem – znajduje sprawozdania wzięte z pracy dwóch – trzech krajów wybranych nie wiadomo na jakiej zasadzie (w numerze 9. z r. 2009 są to Czechy i Finlandia), dotyczące spraw często przypadkowych i dalekich od zainteresowań czytelnika polskiego, jak np. korespondencja fińskiej pisarki Hagar Olsson ze swoją przyjaciółką Edith Södergran, zresztą opublikowana już pół wieku temu, a teraz przypomniana przez pismo „Books from Finland”.

Uwaga dla koleżanek i kolegów – literaturoznawców: nie piszcie nigdy przykładowo: „Ryszard Nycz, Język modernizmu, op. cit.” (lub „dz. cyt.”), bo „op. cit.” to skrót od opus citatum (dzieło  [ już ] cytowane). Jeśli powtarza się tytuł, nie trzeba pisać „op. cit.” czy „dz. cyt.”.

Wacław Radziwonowicz („Gazeta Wyborcza” z 4 IX 2009), pisząc o festiwalu antypolskich bredni w prasie rosyjskiej, jako przykład wymienia m.in. twierdzenia niejakiego Drożżina, że międzywojenna Polska planowała wyrzucenie mniejszości żydowskiej na Madagaskar i że w tej sprawie delegacja z Polski jeździła na afrykańską wyspę. Nie jest to taka brednia, jak się Radziwonowiczowi wydaje. Hasło „Żydzi na Madagaskar” było głoszone przez narodowców, a w r. 1936 rzeczywiście delegacja rządowa pod kierownictwem Mieczysława Lepeckiego wyjechała na Madagaskar, by zbadać możliwości kolonizacyjne na tej wyspie, z myślą także o Żydach.

Józef Hen (Magazyn „Dziennika” z 5 – 6 IX 2009), wspominając swój pobyt w ZSRR w latach wojny, mówi: Gdy front zbliżał się do Polski, wiedziałem, że jak nie zaciągnę się do armii  [ Berlinga ], to zostanę w ZSRR na zawsze. W r. 1944 mógł tak Hen myśleć, ale mylił się. W latach 1945 – 1946, mimo przeszkód stwarzanych czasem przez władze lokalne, ok. 260 000 Polaków i polskich Żydów, będących obywatelami polskimi przed 17 września 1939 r., wróciło do kraju.

Trudno zrozumieć, dlaczego popisują się zwrotami łacińskimi ludzie, którzy o łacinie nie mają zielonego pojęcia. W „Plusie‑Minusie” (z 12 – 13 IX 2009) troje utytułowanych zapewne chirurgów ogłasza, że postęp w medycynie i zastosowanie nowych technologii w leczeniu chorób naczyniowych to signum tempore. Signum tempore od biedy można by przetłumaczyć jako „znak w czasie”, ale autorzy chcieli użyć znanego łacińskiego wyrażenia „znak czasu”, a to w oryginale brzmi signum temporis. Tego elementarnego błędu nie dostrzegł nikt w redakcji „Rzeczypospolitej”.

Feliks Netz („Śląsk” 2009 nr 9), recenzując książkę Kawior i popiół Marci Shore, przypisuje jej kalambur „terroretycy”, gdy tymczasem twórcą jego był Artur Sandauer (Trzy razy nie, „Życie Literackie” 1957 nr 34).

Nowa książka Tomasza Łubieńskiego 1939. Zaczęło się we wrześniu jest ciekawa i odważna. Szkoda tylko, że sporo w niej faktograficznych pomyłek. I tak: paradę zwycięstwa w Moskwie w 1945 r. otwierał nie Żukow, lecz Rokossowski (s. 46), Żukow ją przyjmował; miasteczko, w którym znaleźli się wypędzeni z Niemiec Żydzi, to Zbąszyń, a nie Zbąszyn (s. 51 – 53); znany polityk i publicysta nazywał się Retinger, nie Rettinger (s. 63 i dalej); w łacinie nie ma wyrazu „orso”, jest tylko „ursus” (s. 67); słowa Nikt nie jest wielkim człowiekiem dla swego służącego znajdują się już w Próbach Montaigne’a, przypisuje się je też arystokratce francuskiej Anne Marie Bigot de Cornuel, ale nie Kondeuszowi (s. 97); Zuzanna Ginczanka zginęła nie w warszawskim getcie, lecz w Płaszowie jesienią 1944 r. (s. 106); Alarm Słonimskiego powstał nie przed wrześniem 1939, lecz według datowania autorskiego 11 IX 1939, a ukazał się w paryskich „Wiadomościach Polskich” w marcu 1940 r. (s. 109). I jeszcze – łatwo było ustalić, że stały autor „Wiadomości Literackich” podpisujący się Quidam to młody Wiktor Weintraub (s. 110).

Andrzej Krzysztof Kunert („Dziennik. Gazeta Prawna” z 18 – 20 IX 2009) twierdzi, że określenia „Zachodnia Białoruś” i „Zachodnia Ukraina” zostały we wrześniu 1939 r. przez sowieckich okupantów wymyślone w ciągu kilku godzin. Nie jest to ścisłe. Określenia te funkcjonowały w działalności komunistycznej w Polsce znacznie wcześniej – już w 1923 r. powstała Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy i Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi.

W „Nowych Książkach” (2009 nr 9, s. 46) Wojciech Kaliszewski chwali książkę Literatura Europy za to, że wymieniony w niej jest nawet humanista i poeta łacińsko‑polski Janko z Czarnkowa. Trudno o większą bzdurę. Janko z Czarnkowa żył w XIV wieku, był autorem nie wierszy, lecz kroniki, o czym Literatura Europy (s. 157) poprawnie informuje. Inna rzecz, że autor tego rozdziału, François Orsini, eksponując Janka z Czarnkowa jako współautora czy współredaktora Kroniki Wielkopolskiej (co jest tylko hipotezą), pomija jego bezsporne dzieło – Kronikę z lat 1370 – 1384, a także wcześniejszych kronikarzy – Galla Anonima i Kadłubka, i nie docenia dzieła Długosza.

Sporo nieścisłości znalazło się w artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego Lwów. Plebiscytu nie będzie („Gazeta Wyborcza” z 17 IX 2009). Wbrew temu, co piszą autorzy, w kawiarni Atlasa nie można było spotkać w okresie międzywojennym Solskiego, Jaracza i Hemara, ponieważ mieszkali oni w Warszawie (Hemar od r. 1925).
Deportacje uchodźców w czerwcu 1940 r. objęły nie tych, którzy uprzednio zgłosili się na powrót pod okupację niemiecką, ale tych, którzy nie chcieli wziąć sowieckiego paszportu (a tym samym obywatelstwa).
Zesłańcy na pewno nie pisali listów z pustyni Gobi, ponieważ znajduje się ona poza granicami ZSRR. 
„Czerwony Sztandar” nie był miesięcznikiem, lecz dziennikiem. 
Boy‑Żeleński nie napisał we Lwowie ani jednego słowa o Stalinie, a bardzo powściągliwe uwagi o ZSRR znajdują się tylko w jego felietonie o wrażeniach z Moskwy. 
Elżbieta Szemplińska wyjechała z mężem do Luksemburga nie spod okupacji sowieckiej we Lwowie, lecz z Warszawy, i to dopiero w r. 1946. 
Wątpliwa jest informacja, że aresztowani w styczniu 1945 r. profesorowie harowali przy wyrębie lasów i wydobyciach antracytu w Zagłębiu Donieckim – jeśli wierzyć Janowi Drausowi (Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie 1918 – 1946, Kraków 2007, s. 172) przebywali oni w więzieniach i po kilku miesiącach zostali zwolnieni. 
Wśród tych profesorów znajdowali się m.in. filolog klasyczny Ryszard Gansiniec. Rzeczywiście był on w latach 1930 – 1939 właścicielem drukarni, ale przedstawienie go tylko w tym charakterze dezorientuje czytelników.

Marek Sterlingow („Gazeta Wyborcza” z 18 IX 2009) pisze o przedwojennym Uniwersytecie Wileńskim: Wydział Filologii Polskiej ma świetną renomę. Studiuje tu Czesław Miłosz. W rzeczywistości – wydział taki nie istniał, działały tylko dwie katedry literatury polskiej w obrębie Wydziału Humanistycznego. A Miłosz studiował nie polonistykę, lecz prawo. 
I znowu czytamy w prasie (Magazyn „Dziennika” z 29 – 30 VIII 2009) bezmyślne strzelanie z brylantów (zamiast strzelania brylantami). Autor Piotr Zaremba dodaje do tego drugi błąd: przypisuje te słowa jakiemuś anonimowemu poecie, podczas gdy wyszły one z ust Stanisława Pigonia.

Joanna Kwaśniewska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie dzieli się z czytelnikami Magazynu „Dziennika” (z 29 – 30 VIII 2009) następującymi zdobyczami światowej psychologii twórczości: 1. W psychologii artystą jest ten, który [ … ] stworzył coś nowego, ale i wartościowego, co spotkało się z powszechnym uznaniem; 2. Dwóch badaczy, Osborn i Parnes, doszło do wniosku, że myślenie dywergencyjne, czyli zdolność wymyślania wielu odpowiedzi na zadane pytanie, musi iść w parze z myśleniem konwergencyjnym, czyli umiejętnością dokonywania wyboru, który z pomysłów jest najbardziej wartościowy; 3. Mihaly Csikszentmihalyi stworzył najpopularniejszą obecnie koncepcję, z której wynika, że jeśli zadanie jest inspirujące, ale za trudne, może spowodować frustrację, a jeśli jest ono za łatwe w stosunku do posiadanych umiejętności, pojawia się nuda. Prawda, że rewelacyjne?

Myli się Eryk Krasucki (Międzynarodowy komunista, Warszawa 2009, s. 155), pisząc, że Iwaszkiewicz dostał nagrodę „Odrodzenia” w r. 1947 za tomik wierszy wybranych. Nagrodzono wówczas dwa tomy jego opowiadań: Nową miłość i Opowiadania włoskie.

Ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego korespondencja Sławomira Mrożka i Adama Tarna z lat 1963 – 1975. Obaj pisarze, zwłaszcza Mrożek, dużo wtedy podróżowali i oczywiście podawali adresy hoteli, w których się zatrzymywali. Wszystkie te adresy zostały wykropkowane. Zabieg chyba po raz pierwszy zastosowany w publikacjach epistolarnych. Nota wydawnicza przyczyn tego zjawiska nie wyjaśnia. A przecież adresy te nie stanowiły żadnego naruszenia dóbr osobistych ich autorów, a przyszłym ich biografom mogłyby się przydać. 

Być może Maria Janion pomyliła się („Gazeta Wyborcza” z 26 – 27 IX 2009), mówiąc o swym seminarium i Michale Sokołowskim, ale przeprowadzający z nią wywiad Kazimiera Szczuka i Sławomir Sierakowski powinni ją zapytać, kto to taki ten Michał Sokołowski. I wówczas zapewne okazałoby się, że chodzi tu o Michała Sokolnickiego, działacza niepodległościowego, potem dyplomatę.
W tymże numerze „Gazety” Joanna Szczęsna w rozmowie z Andrzejem Bartem powołuje się na Zygmunta Bartkowiaka jako autora książki o Łodzi pt. Złe miasto, który to tytuł (ze znakiem zapytania) wziął Bart do cyklu swoich filmów dokumentalnych. Tymczasem pisarz, o którego tu chodzi, nazywał się nie Bartkowiak, ale Bartkiewicz.

Amica Janion, sed… etc. We wspomnianym tu wywiadzie Maria Janion słusznie jest dumna ze swych Colloquiów gdańskich prowadzonych w latach 70. Dlaczego jednak postponuje inne zajęcia uniwersyteckie, na których rzekomo uprawiano tylko pozytywistyczne dudnienie? Rozmija się to z faktami – na zajęciach tych w niektórych uniwersytetach dyskutowano o Jakobsonie i Lévy‑Straussie, o Bachtinie i Łotmanie, o Barthesie i Kristevej – autorach równie godnych uwagi jak ci, których preferowała Maria Janion. Przy okazji nazwała lekceważąco Piotra Chmielowskiego – poczciwym. Cóż powiedzieć? Obyśmy dziś mieli takich poczciwców…

Niestety, jeszcze raz ten sam numer „Gazety Wyborczej”. Włodzimierz Kalicki pisze tu w artykule o Śmigłym‑Rydzu, że latem 1917 r. w związku z kryzysem przysięgowym złożył on dymisję z Legionów, ale wycofał ją po ogłoszeniu przez państwa centralne Aktu 5 listopada, zapowiadającego utworzenie państwa polskiego. Chronologia tych wydarzeń jest tu na pewno mylna, bo przecież Akt 5 listopada pochodzi z roku 1916, a więc był wcześniejszy od kryzysu przysięgowego. Wątpliwość też budzą inne informacje tu podane. Według artykułu Piotra Staweckiego w Polskim Słowniku Biograficznym w lipcu 1917 r. nie Rydz złożył dymisję, lecz został przez władze austriackie zwolniony i już do Legionów nie wrócił.

Z kolei Jacek Żakowski („Polityka” 2009 nr 39) pisze: Żeromskiemu II RP ofiarowała mieszkanie na Zamku Królewskim, Sienkiewiczowi dworek. Żakowski może nie pamiętał, kiedy Sienkiewicz otrzymał Oblęgorek (w r. 1900), ale na pewno wie, że zmarł on przed odzyskaniem niepodległości. Panie i panowie redaktorzy – warto być uważniejszym!

Dziwne rzeczy przeczytać można w numerze 9. „Odry” z 2009 r. Najpierw Wojciech Suleja (s. 24) twierdzi, że Bereza Kartuska nie była obozem koncentracyjnym, bo obozy koncentracyjne mają jednoznaczną konotację, były obozami zagłady. Suleja powtarza tu tezę moczarowskiej kampanii przeciw encyklopedii PWN z r. 1967. Dziś z reguły oddziela się obozy koncentracyjne (Dachau, Oranienburg, Sachsenhausen) od obozów zagłady (Auschwitz, Majdanek, Bełżec). Ale nic to w porównaniu z tym, co wygaduje dr Dobrosława Platt, prezes zarządu Wydawnictwa Ossolineum (s. 82): Mój ogromny podziw dla inicjatywy „Biblioteki Narodowej” budził Wacław Borowy, który objął serię w 1942 roku i do roku 1946 pojawiały się „wojenne wydania” BN w Chicago, Edynburgu, Hanowerze i Jerozolimie. Borowy był redaktorem BN tylko przez krótki czas w r. 1947, przedruki niektórych jej tomików ukazywały się istotnie w czasie wojny za granicą, ale oczywiście nie pod redakcją Borowego, który przebywał w kraju. 
Prezes Platt w tymże wywiadzie tak uzasadnia włączenie Wyboru pism gen. Sosnkowskiego do BN: był twórcą ciekawego języka politycznego i interesującej korespondencji, ponadto tłumaczył Baudelaire’a, o czym nie wszyscy wiedzą. Teza, że Sosnkowski był twórcą ciekawego języka politycznego, jest nowością naukową, a pozostałe motywy nie uzasadniają publikacji jego tekstów w BN.

Witold Pyrkosz w wywiadzie‑rzece pt. Witold Pyrkosz. Podwójnie urodzony (który przeprowadziły z nim Anna Grużewska i Iza Komendołowicz) mówi, że w styczniu czy lutym 1944 roku wkroczyli Rosjanie (do Krakowa, s. 16). No cóż, może to lapsus linguae. Ale że błędu tego (1944 zamiast 1945) nie dostrzegły ani obie wymienione tu autorki, ani redakcja Wydawnictwa Literackiego – pojąć nie sposób. W tejże książce Pyrkosz, wspominając Jakuba Rotbauma jako reżysera w teatrze wrocławskim, dodaje: Nie wiem, co się z nim później stało. Pewnie wyjechał z Polski (s. 81). Wystarczyło jednak zajrzeć do encyklopedii, by się dowiedzieć, że Rotbaum z Polski nie wyjechał, zmarł we Wrocławiu w r. 1994. Pomyłką jest też wzmianka o sztuce Bohater naszych czasów na podstawie powieści Tomasza Manna (s. 131). Powieści o takim tytule Mann nie napisał. Chodzi tu o sztukę J.M. Synge’a pod tytułem Bohater naszego świata, graną w Teatrze Ludowym w r. 1956. 

Aleksandra Pawlicka („Przekrój” z 24 IX 2009) w artykule o sytuacji nauki polskiej pisze, że w kuluarach prac nad ustawami pojawiają się z niepokojem zadawane pytania: – A co z Polskim słownikiem biograficznym przygotowywanym od 75 lat przez PAN, który zdołano doprowadzić dopiero do litery R? Chyba jednak w tych kuluarach pojawiają się trochę inne pytania. Bo skoro słownik ten jest wydawany (nie przygotowywany) od 75 lat, to nie mogło to być PAN, które powstało 58 lat temu. Słownik był wydawany przed wojną przez PAU, po październiku ‘56 przez PAN, ostatnio stał się wspólnym wydawnictwem obu tych instytucji. A doprowadzono go nie do litery R, lecz do nazwisk na Sy – a to spora różnica. 

Najnowsza powieść Zbigniewa Kruszyńskiego nosi tytuł Ostatni raport. Widocznie autor (i wydawca) nie wiedzieli, że przedtem tak nazwał swą francuską książkę Józef Beck (Le dernier rapport).

Omawiając film Gwiazda Kopernika („Gazeta Wyborcza – Kraków”, dod. „Co jest grane” z 9 – 15 X 2009), Paweł T. Felis zauważa, że wymyśloną postacią jest zakochana w Mikołaju Anna. No, niezupełnie. Wiadomo, że w r. 1539 z powodu krążących plotek Kopernik polecił usunąć z Fromborku niejaką Annę Schilling, gospodynię w swoim domu. 

Aż tyle roztargnienia, niedbalstwa i ignorancji… Może tytuł tej rubryki trzeba zmienić na Mare obscurorum?
 
hm



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas