poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Dzieciństwo pokolenia X
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

Utopia będzie zaraz
kolaż sceniczny
z wykorzystaniem tekstów 
Pawła Demirskiego
piosenek z lat 80.
oraz Ksiąg Narodu Polskiego 
Adama Mickiewicza
Reżyseria: Michał Zadara
Scenografia: Robert Rumas
Opracowanie muzyczne i aranżacje: 
Jacek Budyń Szymkiewicz
Kostiumy: Julia Kornacka
Reżyseria światła: Artur Sienicki
Premiera: 16 stycznia 2010 
na Dużej Scenie 
Narodowego Starego Teatru 
im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Tytuł spektaklu Zadary brzmi jak odpowiedź na zadane pytanie – Kiedy utopia? Odpowiedź wykrętna, niejasna – wszak utopia zdarzy się nie teraz a za chwilę. Tytuł też nieźle sugeruje klimat przedstawienia – napięcie między tym, co jest, a co chciałoby się, by było, dziecinne pragnienie przeniesienia się w taką rzeczywistość, w której da się zrealizować każdy zamysł. Ale słowo „zaraz” nieubłaganie trzeźwi z dziecięcych mrzonek – utopia może oddalić się w mglistą przyszłość, jak to dzieje się wówczas, gdy mówimy „zaraz to zrobię”, odsuwając obietnicę w czas nieokreślony. Bohaterowie spektaklu Zadary tkwią między beznadziejnym „teraz” a ułudnym „zaraz będzie”. I tylko od czasu do czasu wybuchają jeremiadą zaiste dość lakoniczną: „tu nigdy lepiej nie będzie”. 

Tu – to obrzydliwy zakład fryzjerski z lat 80. Na ścianie drewniana boazeria, rachityczne paprotki. Gazety uwięzione w nieporęcznych drewnianych rączkach, które skutecznie bronią tych skarbów, by nie zostały wyniesione w niepożądane miejsce. Ze świetlówek zwisają wdzięcznie lepy na muchy, doskonale zharmonizowane z krzesełkami i kanapką obitą dermą w obowiązującym w zakładach publicznych kolorze ekskrementów. Fryzjer – Jan Peszek – w burym chałaciku, zahukany jest i jak na Peszka, który gra Peszka, przystało, nieśmiały bardzo. Jest dość obojętnym obserwatorem muzycznych zmagań młodszych kolegów, walczących z instrumentami. Zakład fryzjerski stanie się bowiem także miejscem prób w jakimś groteskowym domu kultury. A Peszek, myjąc włosy, susząc i tapirując, od niechcenia śledzi, czy próba lub towarzyskie spotkanie młodych nie zagraża swym napięciem porządkowi w zakładzie. Dba o oszczędny pobór energii elektrycznej i jak pokorny obywatel wzorowo gasi światło.

Bo scena na razie należy do tych, co utopii chcą, a raczej chcieli – zaraz. „Zaraz”,  to znaczy  w burzliwej dekadzie 1979–1989, wtedy, gdy kończyło się ich dzieciństwo i zaczynała młodość. Pierwsza młodość. Na ścianie pojawia się napis: jak opowiedzieć historię tych ludzi. Najprawdziwiej opowiedzieć ją może muzyka i oni sami, ci, którym (tym starszym) historia odebrała bezlitośnie Dobranockę. Pokolenie trzydziestolatków i czterdziestolatków: Anna Radwan-Gancarczyk, Barbara Wysocka, Małgorzata Zawadzka, Arkadiusz Brykalski, Juliusz Chrząstowski, Błażej Peszek, Krzysztof Zarzecki i Krzysztof Zawadzki. Aktorzy dają postaciom swoje nazwiska i być może także część prywatnych wspomnień. Na pewno obdarzają ich niebywałą energią, siłą, odnajdują w sobie nie tyle tamten czas ile tamte emocje. To spostrzeżenie Joanny Targoń wydaje mi się słuszne i ważne dla odbioru spektaklu. Bez tej świadomości przedstawienie będzie tylko zbiorem oderwanych, prawie kabaretowych obrazków o małolatach, którym śni się nieosiągalny Jarocin, kiedy wyśpiewują na domokulturowych czy szkolnych próbach Dmuchawce, latawce, wiatr. Jarocin, symbol prawdziwego życia i prawdziwej muzyki. Oni z podstawówki lub pierwszych klas liceum, zamknięci przez rodziców w pokojach, do których drzwi się nie puka, bo demokrację i prawa do wolności mają tylko starzy, oni marzący o rockowym zespole, a skazani na repertuar Urszuli, nie wierzą już nawet w to, że za trzy lata będzie matura. Nic im się nie udaje – impreza, miłość; nawet tata nie podłapał roboty za granicą, spodnie są zawsze za szerokie, a wyśnione glany nie cieszą, kiedy najpierw trzeba się o nie wykłócić, a potem ma się obowiązek chodzenia w nich, bo ojciec wydał na  nie forsę. Starzy są nieobecni, nie pojawiają się osobiście na scenie. Są  tylko wcielonym zakazem, tymi, którzy nie puszczają ani do Jarocina, ani do dziewczyny na drugi koniec Polski, niewolą, ściemniają; i w dodatku mak nawet w cieście kojarzy się im jednoznacznie z narkotykami. I nie mają pojęcia, że marzy się o gitarze, nie o jakimś przypadkowym badziewiu. Nawet wakacje nie cieszą, bo kiedy się skończą, czeka tylko katorga szkoły. Dmuchawce, latawce… przemieniają się w jakiś upiorny kakofoniczny utwór żałobny, a sfrustrowana instruktorka nie może opanować groteskowych ruchów. Dyryguje, dyryguje w zapamiętaniu, a oni walą w instrumenty, w kosz na śmieci, jakby w świat walili, w świat, który ich zawodzi, wciąż jest nie dla nich. Gadają tylko do siebie i snują nieustające monologi – co znaczy, że nie bardzo się lubią, choć są sobie niezbędni. Bo są tylko w podobnej sytuacji – ubezwłasnowolnienia. Obijają się o siebie, skupieni na sobie i swoich wielkich, choć groteskowych zmartwieniach, nie mogą wyjść poza siebie, choć coś nieustannie w tym muzycznym rozgardiaszu krzyczą, wyśpiewują, słabo słyszalni mimo mikroportów. Marzenie o rockowym zespole w grzecznej, bezpłciowej przestrzeni Domu Kultury jest niedorzeczne, ale kryje w sobie chyba tęsknotę za wspólnotą, za czymś własnym, a jednak łączącym z innymi; za wspólną sprawą, ideą, za czymś, co pozwoli być nareszcie słuchanym i rozumianym. Z braku czegoś, co poza frustracją, by ich wiązało ze sobą. Tymczasem złość na swoje życie wyładowują w bezwzględnym tropieniu konfabulacji kolegów. Nieprzypadkowo spektakl zaczyna się od odczytywania – wyśmiewania pamiętnika Błażeja Peszka. Kumple prześwietlą, wydrwią wszystkie zmyślenia. I te o wujku z zagranicy, i te o dziewczynie, i te ograniu, i o czynie prawie politycznym. Wspólnota rozczarowań, wspólnota niemożności zrealizowania się, wspólnota dotkliwości braku – choćby to był tylko brak modnych, dobrych spodni – nie uczy solidarności. A egzystencja w takiej wspólnocie wywołuje zazdrość i konieczność zaznaczenia własnej odrębności za wszelką cenę. Więc strojący się w barwne piórka zostaną obnażeni, skonfrontowani ze smutną zgrzebnością własnej, rzec można –  krajowej biografii. Wakacje za granicą, zachodnie ciuchy to też mrzonki. Motyw niedostatku bardziej zresztą ma charakter estetyczny niż ekonomiczny. To także jakaś postać zniewolenia – nie ta muzyka, nie ten zespół, nie te spodnie. W gruncie rzeczy niewiele chcą, a że rzeczywistość odmawia im najprostszych wolności, wkurzają się. Nieustannie i dziecinnie. Historia dotyka ich wtedy, gdy przynosi śmierć. Napis masakra studentów na Placu Tian’anmen w Pekinie pojawiający się w zakładzie fryzjerskim jest chyba pierwszą polityczną informacją, która ich przejmuje. Śpiewają o śmierci. Wcześniej polityka co najwyżej mogła być tematem słownych pyskówek ze starymi. Teraz współczesna historia znaczy śmierć młodych i to budzi solidarność, współczucie, może strach.

Dorastają? Nie wiem. Zadara i Demirski urywają opowieść o pokoleniu X w momencie jego formalnej dorosłości, w istocie jednak zamykają je w dziecinnym kojcu, w tym obskurnym pomieszczeniu będącym zakładem fryzjerskim i salą do ćwiczeń muzycznych. W finale przedstawienia Jan Peszek przypomina sobie o posłannictwie artystycznym. Staje się aktorem od spraw ważnych i zasadniczych problemów, przybliżającym ze straceńczą i kabotyńską zarazem pasją temu zagubionemu pokoleniu martwy paradygmat romantyczny. Faszeruje młodych, co dopiero rozstali się z tęsknotą za Jarocinem i nigdy nie wybaczą starym tej utraty, wielkim monologiem z Mickiewiczowskich Ksiąg Narodu Polskiego. Najpierw młodzi słuchają starego zgreda z ironicznym uśmiechem, potem przez wcale długą chwilę z zainteresowaniem – historia zniewolonej wolności mogłaby przecież być ich historią. Ale im bardziej narasta pompatyczny monolog Peszka, a wykład staje się szkolny, wieszczący posłannictwo Polaków, tym więcej słuchaczy ubywa i natchniony recytator pozostaje sam na sam ze swoimi wykresami, mapami. Rezygnuje, przegnany w końcu przez technicznych pracowników teatru, choć do końca jest przekonany o tym, że chcą go słuchać. W ogołoconej z fryzjerskich mebli przestrzeni pojawiają się trzy dziewczyny ubrane w białe kombinezony, w sztucznych rudych perukach. Zawadzka, Radwan i Wysocka mają swój zespół i śpiewają Dobranoc Panowie Krajewskiego i Osieckiej z repertuaru Rodowicz. Umarł zaściankowo rozumiany romantyzm. Umarło także marzenie o Jarocinie.

Świetnie grane, zabawne przedstawienie prześlizguje się po temacie efektownie i jednak komercyjnie. Ironiczno-gorzki obraz dzieciństwa pokolenia X – wykorzenionych, zagubionych, niezdolnych do buntu w porewolucyjnym świecie, wymagałby jednak wypuszczenia młodych z przedszkoli i podstawówek, dobitniejszego pokazania ich późniejszych lęków, fobii i porażek. A to może nie byłoby już ani tak łatwe, ani tak zabawne. Opowieść o tym, jak zostaje się niewolnikiem mediów, jak brak zakorzenienia rodzi depresje, frustracje, a inteligencja i wykształcenie tylko je powiększają, byłaby pewnie ciekawsza i bardziej przekonująca.

Małgorzata Ruda




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas