poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Król mrówek – Herberta traktat o dojrzałej miłości
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

W ostatnich latach w recepcji dzieła Herberta zaczęły pojawiać się głosy wskazujące na osobisty jego wymiar. Nie tylko więc na dystans, powściągliwość i „ściśnięte gardło”.

Tak czytam Króla mrówek. Zasada powściągliwości i unikania jawnych bezpośrednich ekspresji zostaje przełamana ironicznymi wtrętami, a także specyficzną grą w alegorię, krótko mówiąc – naszkicowany niejako na marginesie „traktat” (jak kto woli, „poemat”) o miłości, i to miłości dojrzałej, tworzony jest przez te dwa zasadnicze tropy retoryczne (ulubione Paula de Mana – dodajmy na marginesie, i na kolejnym dodajmy, że praktyka Herberta koincyduje z tą teorią), przy współudziale podrzędniejszego interpositio, wtrącenia, przy czym nie musi ono być sygnalizowane graficznie parentezą. Mogę tylko przypuszczać, że edytor Króla Mrówek, Ryszard Krynicki, który musi mieć niezwykle osobisty stosunek do opracowywanego dzieła i znać je lepiej niż ktokolwiek, czyta ten zbiór podobnie – komentarz swój zakończył następująco: Żałując, że Zbigniew Herbert nie zdążył napisać wielu utworów przewidywanych do tej książki, nie przestajemy mieć poczucia, że jest ona podsumowaniem istotnego wątku w jego twórczości – a przy tym najbardziej osobistym może dziełem Autora, który tak bardzo unikał jakiejkolwiek ostentacji1. Moim zdaniem ów osobisty wątek to wątek miłosny, w twórczości poetyckiej, wcześniejszej, obecny raczej, jak wiadomo, śladowo (i niezbyt „osobiście”), choć zawsze intrygująco2. Również to Krynicki zdecydował o nadaniu podtytułu „prywatna mitologia”, który znalazł na jednej z kartek w archiwum poety. „Prywatna” – można to rozumieć oczywiście jako wyraz osobistego stosunku do znanych mitów czy osobistą ich wykładnię, „obniżoną” i „uczłowieczoną”, a także „uwspółcześnioną” znanymi z wcześniejszych tomików środkami ironicznymi3. Wolę ten podtytuł potraktować jak wyzwanie: czy znajdą się tropy „prywatne” przy okazji mówienia o postaciach mitycznych? Wątek miłosny, oczywiście, nie jest w Królu mrówek jedynym, ani może nawet najważniejszym. A jednak zaskakująco wiele tych poematów (niekiedy opowiadań, ale granica jest płynna) mówi o pożądaniu erotycznym – co oczywiście nie dziwi, wszyscy, którzy wyszli poza szkolne „edycje kastrata” mitologii wiedzą, iż bogowie greccy byli dość chutliwi – zresztą bez karcącego (chrześcijańskiego? platońskiego?) spojrzenia, z ludzką wyrozumiałością; nakłada się na to wątek przywiązania, czy może wierności, która jest jednym z kluczowych słów w twórczości Herberta, zwykle jednak wiązano ją nie z miłością samą (raczej z szerszą „etyką”4). To napięcie wydaje mi się sugerować „dojrzałe” spojrzenie na miłość; mówiąc najkrócej – pobłażliwe potraktowanie pokus popędu, a zarazem trud wytrzymywania z jedną osobą, przywiązania do niej, przy świadomości, że jest to i najlepsze, i może bolesne dla drugiej osoby, amor fati i rodzaj cichej prośby o przebaczenie.

Cykl Bogowie z zeszytów szkolnych otwiera w układzie Krynickiego poemat H. E. O. (Hermes, Eurydyka, Orfeusz), dedykowany Kasi. Tytułowa kolejność imion jest zatem dokładnie odwrotna niż w znanym poemacie Rilkego, do którego luźno tu Herbert nawiązuje5 i z pewnością nieprzypadkiem zmienia akcenty: kluczową postacią jest Eurydyka, nie Orfeusz. Poemat chwyta kluczowy moment mitu, „perypetię” w rozumieniu Arystotelesowskim: końcowy odcinek anabazy, wyjścia z podziemi, tuż przed zakazanym spojrzeniem Orfeusza, który idzie, oczywiście, pierwszy i milczy, choć słyszy rozmowę Eurydyki z Hermesem. Jest to „Eurydyka, która się waha”: Czy to konieczne?  [ KM 11 ], pyta o swoje wyjście: Czy to naprawdę konieczne? Orfeusz jest stary – mówi – więc niedługo będę z nim żyła. Zapomniałam zupełnie, z jakich ziół robi się napar, który leczy jego obolałe od śpiewu gardło. Co znaczy wstawanie o świcie i czego chce mężczyzna, kiedy dotyka mego brzucha [ podkr. moje – P.S. ]. 

Hermes – posłaniec – występuje tu w roli strażnika tradycji, może „krytyka literackiego” (hermeneuty – tego, który pośredniczy między śpiewakiem a jego publicznością, objaśnia), „politycznego strażnika pieśni”, który bez przekonania rozwiewa te wątpliwości – musi wykonać zadanie wyprowadzenia. Może jest Eurydyka potrzebna do dokończenia mitu, a może Orfeusza gardło chrapliwsze bez niej pieśni intonuje. Bardzo znamienna jest także uwaga Eurydyki o czułości i plecach, które teraz ponownie widzi: 
Zawsze, to znaczy za życia, wzruszały mnie plecy mężczyzny. Są bezbronne.
Ale teraz już tego nie czuję. Czułość? Co to jest czułość?
 – To radość dotyku. Rodzaj niższej ekstazy – odpowiada Hermes  [ KM 11 ].

Wyższą ekstazą jest pieśń? Czułość należy do słów‑kluczy u wczesnego, ale nie tylko, Herberta6. Rzecz jasna nie w definicji Hermesa, ale pamiętajmy, że on zbywa Eurydykę, choć może zdradza się przy tym. Zatrzymajmy się jednak przy dziwnej może uwadze, że „plecy mężczyzny są bezbronne”. Tłumaczę ją sobie tak: Eurydyka nierzadko szła za ukochanym, który innym ukazywał twarz i/czy posturę – może maskę? Dawał oczekiwaną pieśń – prowadząc jednocześnie jakąś walkę? Działanie pojmował jako konfrontację, agon? Tylko ta, która znała go prywatnie, widziała „prawdziwe oblicze”, czyli plecy? Teraz owa wędrówka się powtarza, Orfeusz wydaje się zachowywać tak jak dawniej, tylko Eurydyka, która raz umarła, „już tego nie czuje”. Nagle Hermes, niewzruszony dotąd strażnik, zniża głos, by obiecać Eurydyce nowe, szczęśliwe życie: Eurydyko – cicho mówi Hermes – zdradzę ci tajemnicę losu. Orfeusz zginie wkrótce w podejrzanych okolicznościach. Wtedy będziesz wolna. Weźmiesz sobie za męża zdrowego osiłka o ramionach jak konary dębu, młodzieńca bez polotu, ale na tyle mądrego, że nie pragnie rzeczy nieosiągalnych. Nie masz pojęcia, jakie to będzie krzepiące po życiu z utalentowanym mazgajem  [ KM 12 ].

Hermes ukazuje swoją „prywatną” twarz. 
Albo też wykonuje sekretną misję, tak jak urzędnik, mający w Jaskini filozofów nakłonić skazanego Sokratesa do ucieczki, by uniknąć skandalu politycznego. (Być może H.E.O. w ogóle nawiązuje do tego „greckiego” dramatu poety, gdzie Orfeusz odpowiada Sokratesowi, a Eurydyka Ksantypie, przy odwróceniu ról w czynności wyprowadzania z „więzienia”, ale przy podobnej charakterystyce kobiety‑małżonki). Jak się zdaje, tylko Eurydyka (zawsze?) miała jedną, szczerą twarz. Lecz – jak to w Herbertowych reinterpretacjach – niespodziewanie właśnie ona wydaje się niemal bronić roli czy instytucji „wdowy po pisarzu” czy „wieszczu”. Być może tylko dlatego, że wie, że tego oczekiwałby mąż, lub że tego oczekiwano by od męża, a on zwykle spełniał ten swój „obowiązek”: Sądzę – mówi szybko Eurydyka – że moi rodacy prędzej mnie ukamieniują, niż pozwolą na drugie zamążpójście. Będę dla nich reklamą wierności i poezji, czymś w rodzaju wdowy narodowej. Posadzą mnie na skale, abym plotła natchnione wyrocznie, albo zamkną w świątyni, co na jedno wychodzi. A potem umrę po raz drugi. Jak się umiera po raz drugi? Mam nadzieję, że nie jest to takie bolesne i uciążliwe jak za pierwszym razem  [ KM 12 ]. 

Trudno w tym miejscu nie powiedzieć, że alegoria Herberta, autoironiczna, jest bardzo, może za bardzo, czytelna. Niemal jednoznaczna. Ale i to jest zwodnicze. Można wszak cały poemat czytać w podsuwanym właśnie przez poetę kluczu: poeta rozdarty między obowiązek a czułość, między oficjalne a prywatne, walczy z narzuconą gębą czy maską. W latach 90., zwłaszcza w Epilogu burzy, Herbert dawał wyraźne sygnały dystansu wobec poetyki, która uczyniła zeń „pomnik”, ową słynną Nike która się NIE waha, często mylnie odczytywaną jako apologia pewnych postaw tyrtejskich. Otóż zwodniczość, którą sugeruję, polegać ma na przesunięciu akcentu na kobietę i może szerzej, kobiecość, sophię, mądrość. Nawet Hermes wydaje się patrzeć okiem kobiety na mężczyzn – poszukiwaczy rzeczy nieosiągalnych, od których idące za ich plecami kobiety są mądrzejsze. Puenta jednak nie jest jednoznaczna. To wszystko słyszy Orfeusz przez ulewną ciemność. Po raz pierwszy podziwia mądrość Eurydyki. Czy naprawdę trzeba umrzeć, aby stać się dorosłą?  [ KM 12 ]. Wtedy decyduje się odwrócić. Krzyczy: Znalazłem! (Herbert chyba bawi się tu kalamburem eureka – Eurydyka). Napisałem: decyduje się odwrócić, choć narrator tego nie przesądza. Możliwe są co najmniej dwie interpretacje. Albo Orfeusz idzie przed siebie, a jest pogrążonym w swoich myślach „poszukiwaczem rzeczy nieosiągalnych”, i nagle w olśnieniu i zapomnieniu odwraca się w tył – albo też tak ma to wyglądać (dla Hermesa, Eurydyki i Historii), a przecież czytelnik wie (oni nie), że „wszystko słyszał”7. Znalazłem – wreszcie zrozumiałem? Kim naprawdę była moja żona, co jej zrobiłem, ku czemu ją prowadzę oraz że ona wszystko to wiedziała? A mimo to jest heroicznie wierna? Jak poproszę, pójdzie? Decyduje się więc pozostawić ją w Hadesie w akcie miłości? Może nigdy wcześniej jej nie słuchał, dopiero teraz usłyszał? I zrozumiał mądrość? Tu jednak zmienia się pozycja narratora8. Z zaangażowanego, będącego blisko bohaterów „reportera mitu” staje się on „historykiem mitu”, członkiem tej nadziemnej wspólnoty, która pragnie określonej interpretacji: Cienie znikają. Orfeusz wychodzi na światło dnia. Rozpiera go radosna duma, że doznał objawienia i odkrył nowy rodzaj literatury, zwany odtąd liryką zadumy i mroku [ KM 12 ]. A może narrator staje się tu literaturoznawcą, tropiącym elegijność w poezji Orfeusza lub jego związki z modelem liryki Rilkego? Czy może Orfeusz istotnie był taki głupi? Oczywiście, pokpiwanie z poetów i ich „etosu” jest właściwie stałą cechą wyobraźni Herberta9, i choćby dlatego można mówić o polemice z Rilkem, a szerzej z modernistyczną wizją poety i poezji.

Czy Orfeusz był Narcyzem? Albo inaczej: czy młody Orfeusz był Narcyzem10? W Narcyzie Herberta jest on dość lubieżny i kochliwy, lecz rujnujący serca (mógł zatem liczyć na długą artystyczną karierę – KM 63, wtrąca narrator) po zakochaniu się na sentymentalnie: Miłość Narcyza do Echo zaczęła więdnąć od momentu, kiedy chłopak doszedł do przekonania, że staje się coraz bardziej uzależniony od swojej wybranki, czyli traci wolność. Uroki opiekuństwa zbladły. Narcyz uroił sobie, że Echo rujnuje mu życie duchowe, jakby można było zrujnować coś, czego nie ma. Nic w tym nadzwyczajnego – wielu świetnie zapowiadających się młodzieńców rzuca studia, twierdząc, że wszyscy profesorowie to głupcy, w czym jest może cząstka prawdy, ale nie należy pochopnie generalizować, albo też występuje z trzaskiem z Kościoła aby zapisać się do jakiejś obskurnej sekty, obwieszczając światu, że tradycyjny Bóg‑Ojciec haniebnie zawiódł pokładane w nim nadzieje. Nastąpiło zerwanie. Narcyz nie wrócił do swych dawnych zajęć. Zaczął rozmyślać. [ … ] A Narcyz, jako się rzekło, dumał  [ KM 64 – 65 ]. 

Przypomnę Hermesa definicję mądrości u mężczyzny: bez polotu, ale na tyle mądry, że nie pragnie rzeczy nieosiągalnych, więc nie utalentowany mazgaj. I chyba nie tzw. stereotypowy „oderwany intelektualista”. I chyba też nie filozof (z pewnością nie Platon z Jaskini filozofów). Zauważam bowiem w Królu mrówek pewne przewartościowanie w myśleniu Herberta o relacji poezja – filozofia. Zmierza ono jakby ku Gombrowiczowskiemu „im mądrzej, tym głupiej”, a w każdym razie śmieszniej, a często przy tym – z krzywdą dla ukochanej. Kluczowy jest tu moment w tytułowym poemacie, gdy król Ajakos sprowadza Myrmidonom sławnych filozofów na gościnne wykłady: Myrmidoni taktownie słuchają i milczą. Aż pewnego dnia wybuchło. Kiedy prelegent kończył swój wykład fundamentalnym stwierdzeniem, które wyraża ontologiczną zasadę tożsamości: Trzeba z konieczności powiedzieć i myśleć, że tylko to, co jest – istnieje. Bo byt jest, a niebytu nie ma – rozległ się potężny jak grzmot śmiech.

Nie był to wcale śmiech szyderczy, ale eksplozja żywiołowej, nieposkromionej radości. [ … ] A przecież to oni  [ Myrmidoni ], nikt inny, dokonali epokowego odkrycia, że każda praca intelektualna jest swoistym wynaturzeniem, a jej wyniki zawierają potężny ładunek komizmu. Owe wydumane problemy, konstrukcje myślowe, kategorie, pojęcia – jeśli przyjrzeć im się dokładnie – są nieodparcie śmieszne  [ KM 39 ].

Zaproszonym filozofem był, zachowując ścisłość historyczną, Parmenides, a zacytowane zdanie dokładnie w tej postaci znajduje się w klasycznym podręczniku Tatarkiewicza11. Ale w porządku reinterpretacji mitu może to być równie dobrze Heidegger. Tak czysto i radośnie śmieją się natomiast na przykład mnisi zen. Znana jest opowieść o tym, jak czekano na mowę Buddy, a Budda nagle uniósł do góry kwiat – zaśmiał się tylko jeden uczeń, i to jemu Budda powiedział, że naprawdę go zrozumiał12. Otóż wydaje mi się, że Myrmidoni akurat nie są tu przez Herberta potraktowani zjadliwie, ciepła ironia wynika raczej stąd, że niestety takie wyobrażenie o jakiejkolwiek społeczności przynależy do gatunku literackiego zwanego utopią – nawet jeśli bardzo byśmy chcieli, aby się spełniła. W paru innych miejscach Króla mrówek autor wydaje się mówić: bądźmy prości. Nadmiar myślenia to głupota. Zwłaszcza nadmiar abstrakcji. Mądrość stoi po stronie Eurydyki. Mądrość to wybaczanie ludziom głupoty. W Traktacie o Narcyzie André Gide’a kolejne (a wyłącznie męskie) wcielenia Narcyza, podobnie, „dumają”. Narcyz patrzy, pyta; po czym medytuje. [ … ] Narcyz marzy o Raju13. Podobnie Adam‑Narcyz, znudzony patrzeniem na rzeczy, zaczyna myśleć: jak by tu zobaczyć siebie, czy odróżnia się od rzeczy? Z tego to gestu – wywodzi Gide – powstało rozdwojenie, a więc i kobieta, a także czas. Narcyzom być już nie wystarcza: trzeba dać świadectwo o sobie samym14. Wreszcie trzecie wcielenie Narcyza – oczywiście, Poeta i Uczony: Poeta nabożny kontempluje; medytuje nad symbolami i milczący schodzi głęboko w serce rzeczy, a kiedy postrzeże, ów wizjoner, Ideę, utajoną najdoskonalszą Liczbę jej Bytu wspierającą kształt niedoskonały, chwyta ją, a potem, nie troszcząc się o ten przejściowy kształt, co zakrywa ją w czasie, wie, jak przywrócić jej kształt wieczny, jej Kształt prawdziwy wreszcie, i zapowiadający nieuchronną zagładę – rajski i krystaliczny15.

Oto – powiemy – typowo modernistyczna wykładnia roli artysty. Zresztą traktat Gide’a z 1891 roku nosi podtytuł Teoria symbolu i dedykowany jest Paulowi Valéry. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy Herbert odnosi się do Gide’a polemicznie (o ile w ogóle go zna, ale zakładam, że tak16), trzeba by ustalić, czy Gide mówi na poważnie, czy też jest to persyflaż. A ja nie wiem. Wydaje się, że cały ten mit artysty zostaje wyłożony serio, ale potem określony mianem narcyzmu. Ponadto na początku i końcu Gide zamieścił rodzaj ramy metatekstowej, w której ironizuje na temat pisania książek swojego oraz wszelkiego. Podkreślę więc tylko niby‑mizoginiczny charakter wypowiedzi francuskiego pisarza – świat myśli, idei, ducha itd. to świat dostępny tylko mężczyznom. Mężczyznom – czyli Narcyzom. Po drugie, Gide – chyba tym razem serio – opowiada się za poetyką symbolistyczną. Herbert zaś, myślę, w swoim dążeniu ku prostocie, za alegorią17… Symbol oddala od „prostego życia”… W każdym razie wyobrażenie o bladej kochance‑anielicy, która niby inspiruje życie duchowe mężczyzny, lecz może też od niego odrywa, przynależy do mitologii najpierw romantycznej, potem modernistycznej. W doskonale znanym wierszu Kazimierza Przerwy‑Tetmajera mamy dokładnie taką realizację:

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię 
 przegięciu,
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała  blednie
i wargi się wilgotne rozchylają 
 bezwiednie. [ … ]

Lubię to – i tę chwilę lubię, gdy koło mnie
wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie nieziemskiego 
 świata18.

Jest coś komicznego w takiej wizji mężczyzny, gdy spojrzeć na nią z zewnątrz: zasadniczo kieruje się on wzniosłymi ideałami, pragnieniem rozwoju duchowo‑intelektualnego, lecz od czasu do czasu musi sobie bryknąć i w szał zmysłów popaść, by następnie znów polecieć myślami na księżyc. Że Herbert akurat do Tetmajera nawiązuje, nie mówię19; natomiast sądzę, że opisując w Narcyzie kochankę Echo, doprowadza niemal do groteski taką wizję kochanki‑anielicy: Trudno określić wyjątkową karnację jej ciała, zresztą wyraz karnacja jest tu nie na miejscu, ze względu na źródłosłów, który sugeruje – mięso. Echo była blada, na pograniczu upiorności, bladością rybią, niemą, wodnistą. Sprawiała wrażenie, że gdyby ktoś wbił w nią ostre spojrzenie – czego nikt z litości nie robił – odkryłby bez trudu pod cienką gazą skóry jej delikatną ossaturę i małe trzepoczące serce20.

Znów alegoria, jak to alegoria, jest jasna i czytelna: mężczyzna‑Narcyz wybiera taką kochankę, która jest w stanie tylko powtarzać w niedoskonałej postaci jego doniosłe przemyślenia. Przypuśćmy, rozpoczyna mowę o czymś „duchowym”, a zostaje – „ucho”… Mężczyzna ,więc Narcyz. A kobieta? Wierny pies? W Hekabe: dobrotliwi bogowie przemienią ją w sukę, gdyż tylko wielkie serce zwierząt pomieścić może tyle nieszczęścia  [ KM 92 ]. Proszę teraz zapomnieć o potocznych skojarzeniach – niedopuszczalnych – określeniach kobiet jako „suk” czy „suczek”, pamiętajmy, że jesteśmy w królestwie alegorii, co więcej – Herbertowej alegorii. Odwracam pytanie: czy mężczyźni, widząc wierność – za frazeologizmem: „psią wierność”21 – kobiet, nie zaczynają niekiedy traktować ich niczym owi dobrotliwi bogowie, jak suki, aby mogły znieść tyle nieszczęścia? Jest to pytanie o mękę wierności i przywiązania, jaką odczuwa – raczej – mężczyzna. Tak czytam poemat Pies infernalny. Prosta (jak zwykle) alegoria – Cerber to ukochana osoba. Gdy Herakles wyprowadza go z piekła, następuje początek tragedii, zwanej oswojeniem  [ KM 21 ]. Kto chce, może w Cerberze teraz dostrzec Anty‑Różę ze „Starego Księcia”. Herakles z początku groził Cerberowi, że zabije go, jeśli ten odejdzie – chciał go przy sobie jednak utrzymać, gdyż sądził, że ma do czynienia z bestią piekielną. Tymczasem: Ludzie o usposobieniu sentymentalnym mogliby w tym odkryć coś wzruszającego, ale świadek tej przemiany miał temperament wyprany z uczuć i porywczy zarazem. Rosła w nim, z trudem hamowana, wściekłość, że kiedy zadzierał głowę w górę, Cerber robił to samo. Pies stał się zwierciadłem swego pana, dodajmy, że z powodu różnicy postury, zwierciadłem krzywym. 

Ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Cerber zaczął mówić. Z początku niezdarnie, śliniąc się, wymawiał słowa papu, lulu, ale z dnia na dzień słownictwo jego bogaciło się, a składnia komplikowała  [ KM 23 ].

I wyć już nie chce. Staje się banalny. Herakles postanawia przed nim uciec. I tu pojawia się kolejna interpositio, tym razem bez parentezy: No cóż, ucieka się nie tylko przed wrogiem, ale i przed ciężarem przywiązania – wszyscy to robią, a przynajmniej znają dobrze tę pokusę  [ KM 25, podkr. moje – P.S. ]. Wreszcie Herakles postanawia się go pozbyć (uwaga na ostatnie w poemacie słowo): Na wieki pozostaje bez odpowiedzi dręczące pytanie, jak mógł Herakles wpychać w głąb ciemnego otworu ten mokry, brudny worek pełen bezradnych wrzasków i skowytu zawiedzionej miłości  [ KM 27 ]. Zdaje mi się, że można tak wytropiony „traktat o dojrzałej miłości” wpisać w ramy klasycznego Hermesa, psa i gwiazdy. W poemacie tym Hermes spotyka psa i następnie gwiazdę, i przywiązuje ich do siebie, bo czuł się samotny. Jak w Psie infernalnym, tak i w H. E. O. podstawową czynnością jest wspólne przebywanie drogi. I znamienne: Idą. Idą. Pies, Hermes i gwiazda. Trzymają się za ręce. Hermes myśli, że gdyby drugi raz wyruszał szukać przyjaciół, nie byłby taki szczery22

Szybko się zmęczył / znudził / dostrzegł „banalność”. Do pełniejszego wpisania późnych poematów prozą w paradygmat tego wcześniejszego brakuje nam jeszcze zlokalizowania „gwiazdy”. Może Selene z poematu Endymion? Bogini księżyca – gwiazdy. Jej rozmowa z Zeusem obrazuje rozbieżność męskiego i żeńskiego doświadczania miłości, jak ją ujmuje Herbert: Zapamiętaj sobie, mówię z doświadczenia, tylko przeżycia ulotne, przygody jednej nocy, są coś warte. Zapomnij o tym natychmiast. Zostaw go w spokoju, jeśli chcesz mieć ładne wspomnienia. Jeśli zdobędziesz się na to… Tylko trochę dobrej woli, Selene  [ KM 67 ]. Dalej, zgodnie z mitem, oszalała z miłości (jak widzi to chłodny Zeus) Selene podnosi Endymiona do rangi boga i ubezwłasnowolnia go: Co czuł Endymion obdarzony świetlistą miłością i skazany na zamgloną świadomość? Być może odczuwał nawet przemiany Selene, kiedy zbliżała się do niego dziewczęca, smukła, drżąca w nowiu, ciepła, macierzyńska, natarczywa w pełni. Jedno jest pewne – był przywiązany. 

A Selene była naprawdę zakochana. Szeptała w półotwarte usta Endymiona zaklęcia i odpowiadało jej echo. Zadowalała się urokiem doskonałej bierności, monologiem własnych uniesień i leniwym przyzwoleniem  [ KM 73 ]. 

Przypadek Selene o tyle jest ciekawy, że tym razem to nie kobieta jest ofiarą mężczyzny. Herbert szkicuje więc skomplikowaną grę. Endymion przypomina tu ową nimfę Echo, „doskonałą bierność”. Selene – jak Narcyz – w pewnym momencie czuje „nagły atak obcości” i porzuca Endymiona „jak lalkę”. 

Wątek miłosny w poezji Herberta nie jest, jak wspominałem, obfity. Pomijając piękne Dwie krople ze Struny światła – gdzie zadziwiają gry kategorią gender (kochankowie są „do końca mężni”, mąż pragnie ukryć się we włosach żony przed pożogą wojenną) – w Epizodzie z Hermesa, psa i gwiazdy oraz w Języku ze Studium przedmiotu znajdziemy jakby glosy czy konteksty dla niniejszych ustaleń. W Epizodzie rozmowa kochanków (nadmorska sceneria wskazuje, że adresatką pewnie była Halina Misiołkowa) ewoluuje od prostego wyznania ku jakimś hasłom, ponieważ „ludzie patrzą”, ponieważ „tak trzeba”:

Idziemy nad morzem
trzymając mocno w rękach
dwa końce starożytnego dialogu
 – kochasz mnie
 – kocham

ze ściągniętymi brwiami
streszczam całą mądrość
dwu testamentów
astrologów proroków
filozofów z ogrodów
i filozofów klasztornych
a brzmi to bez mała tak:
 – nie płacz
 – bądź dzielna
 – popatrz wszyscy ludzie

wydymasz wargi i mówisz
 – powinieneś być kaznodzieją – 23.

Już tu znajdujemy też kpinę z teologii i filozofii miłości, ku których nieskończonym przestrzeniom wybiega myśl skrzydlata mężczyzny wobec prostej prawdy „kocham”. W Języku kochanek połyka język kochanki. Nieopatrznie, jak powiada pierwsze słowo. I to już jest „oswojenie”.

Ta, którą pozbawiłem głosu, wpatruje się we mnie dużymi oczyma i czeka na słowo.
Ale ja nie wiem, którym językiem przemówić do niej – czy zrabowanym, czy tym, który roztapia się w ustach od nadmiaru ciężkiej dobroci24.

Język alegorii: ulży dobroci, miłości?

Piotr Sobolczyk

Przypisy
1 Ryszard Krynicki, Od wydawcy  [ 2001 ], w: Zbigniew Herbert, Król mrówek. Prywatna mitologia, opr. Ryszard Krynicki, Kraków 2008, s. 151  [ dalej – KM ].
2 Uważa się często (przynajmniej w XX wieku, w związku z nurtami eliminacji uczuć w poezji lub chłodu i dystansu emocjonalnego), że wiersze miłosne są rodzajem „choroby młodzieńczej”. Jak wiadomo, zachowały się młodzieńcze (? – autor miał wówczas 26 lat) wiersze Herberta, dedykowane Halinie Misiołkowej, którymi rządzi zasada rozlewności lirycznej; wiersze nieomal grafomańskie (autor był tego połowicznie świadom, pisząc To są chyba kiepskie wiersze, gdyż nigdy nie mogłem opanować wzruszenia, kiedy je pisałem. Żaden nie jest kalkulowany, żadnego nie przerabiałem – co pokazuje również ówczesny system kryteriów: pisanie we wzruszeniu źle się skończy). Zob. Zbigniew Herbert, Podwójny oddech. Prawdziwa historia nieskończonej miłości, wstęp Barbara Szczepuła, Gdynia 1999. Tak jakby ten model poezji został później (po „dojrzewaniu”?) uznany za wstydliwy i spowodował lęk przed tematyką miłosną w ogóle. (Albo też czując się „winnym”, poeta uważał, że nie ma prawa moralnego takich wierszy pisać). W tej perspektywie Króla mrówek można by widzieć jako dojrzałą próbę powrotu do tematyki miłosnej. Tym razem poświęconą żonie Katarzynie. Jest jeszcze jedno „ogniwo pośrednie”, rzec by można – wiersz z teki Epilogu burzy pt. Zima (z cyklu „Trzy erotyki”), którą znamy w trzech wersjach. Mówi ona właśnie o Misiołkowej w tonacji „powściągliwej”, choć niewątpliwie osobistej. (Może to zadecydowało o niewłączeniu wiersza do tomu; także chęć uniknięcia sprawienia przykrości żonie; z drugiej strony fakt napisania go i pracy nad rękopisem sugerowałby chęć „odkupienia winy”). Zob. Zbigniew Herbert, Mistrz z Delft, opr. Barbara Toruńczyk, Warszawa 2008, s. 98 – 103. Dość niezwykłą pozycję zajmuje w tym nurcie także niesamowite Serce ze Studium przedmiotu (Wrocław 1997, s. 77), gdzie po zimnym i niemal fizjologicznym, ale w surrealnym raczej rozumieniu, opisie serca‑narządu Herbert zmienia pozycję podmiotu i pokazuje miłość jako osobliwą czułość, która i sprawia ból, choć chce dobrze, i przełamuje barierę wstrętu: Trzeba bardzo kochać, aby wyciągać bliźniemu z serdecznych włosów te małe i ruchliwe pasożyty. To serce przypomina raczej jelito! Nawiasem mówiąc, podobne były początki poezjowania Białoszewskiego (o czym pisałem w tekście Hermetyczne pornografie Białoszewskiego, w: Literackie reprezentacje doświadczenia, red. Włodzimierz Bolecki, Ewa Nawrocka, Warszawa 2007), z tym że zaowocowało to u niego przejściem w poetykę swoistych obscenów w dojrzałej twórczości i niemożliwość poezji miłosnej w ogóle, co niewątpliwie miało związek z tabu homoseksualnym w kulturze; poza tym erotycznych juweniliów Białoszewskiego zachowało się – jak na chwilę obecną wiadomo – znacznie mniej. Złe są równie (omawiam je w cytowanym tekście). 
3 Por. np. recenzje Aleksandra Kaczorowskiego („Gazeta Wyborcza” z 22 V 2001) oraz Andrzeja Franaszka Płacz Achillesa („Gazeta Wyborcza” z 3 VI 2008).
4 Por. np. Tomasz Burek, Herbert – linia wierności  [ 1984 ], w: Poznawanie Herberta, opr. Andrzej Franaszek, Kraków 1998, s. 169‑183; Stanisław Barańczak, Uciekinier z Utopii, Londyn 1984.
5 O Rilkem Herberta, ale poetyckim, pisały m.in. Katarzyna Kuczyńska‑Koschany, Rilke poetów polskich, Wrocław 2004, s. 241 – 263; oraz Małgorzata Mikołajczak, Nurt liryczno‑elegijny w poezji Zbigniewa Herberta. Z perspektywy związków Herbert‑Rilke, w: Dialog i spór. Zbigniew Herbert a inni poeci i eseiści, red. Józef Maria Ruszar, Lublin 2006, s. 336 – 360.
6 W Podwójnym oddechu znajduje się wiersz Czułość (por. też Mateusz Antoniuk, Czułość bywa jak… Bezsilność wobec czułości – Norwid, Wyspiański, Herbert, Miłosz, w: Zmysł wzroku, zmysł sztuki. Prywatna historia sztuki Zbigniewa Herberta, red. Józef Maria Ruszar, Lublin 2006, s. 165 – 175). Także więc i ze względu na „czułość” powstawałaby tu klamra. Może wręcz pytanie Eurydyki Czułość? Co to jest czułość? jest…pytaniem o tytuł dawnego wiersza Orfeusza, zapomnianego. Hermes nazywa czułość radością dotyku, Eurydyka mówi Nie mam już żywych palców. W Czułości z 1950 r. pojawia się dziwna metafora palce flakony czułości. Herbert znał francuski i może wiedział, że un flacon znaczy także mniej więcej „formę”, a nie „treść”, kojarzy się z „płaskością”; a także pięknym zapachem i upojeniem. A jeśli Herbert testuje tutaj inny wariant: co by było, gdyby to dawna adresatka Czułości została ową „wdową narodową”? (Mimo dedykacji Kasi).
7 Podobnie u Rilkego: Zmysły się jakby rozdwoiły w sobie: / gdy jego wzrok jak pies wybiegał na przód, / zawracał, łasił się i biegł wciąż dalej, i na najbliższym czekał nań zakręcie – / to słuch jak zapach pozostawał za nim. / Czasem zdawało mu się, że dochodzi / tych dwojga, którzy szli jedno za drugim / i których tak miał prowadzić pod górę (cytuję przekład Rainer Maria Rilke, Sonety do Orfeusza i inne wiersze, przeł. Andrzej Pomorski, Kraków 1994, s. 198 – 201). Co znaczące, wiersz ten próbował tłumaczyć także Herbert, ale pracy nie ukończył; fragment opublikowały „Zeszyty Literackie” (2003, nr 83).
8 Manipulowanie podmiotem lirycznym opisał Jan Błoński w klasycznym szkicu Tradycja, ironia i głębsze znaczenie  [ 1970 ] (cyt. za: Poznawanie Heberta…, s. 68 – 72).
9 Znów nawiązuję do klasycznego studium Błońskiego (tamże, s. 62 – 63).
10 W fingującym autobiografizm poemacie Smok narrator‑staruszek wraca do swej młodości i wtrąca w parentezie taką oto definicję odróżniającą mężczyznę dorosłego od staruszka: Na koniec będę złośliwym staruszkiem (o starcach mówi się najczęściej złośliwi, a nie źli, bo nie mogą już na przykład prawdziwie po męsku skrzywdzić kobiety). Mam jeszcze trochę czasu  [ KM 113 ]. 
11 Władysław Tatarkiewicz, Historia filozofii, t. I, Warszawa 1988, s. 34 – 35. 
12 Nie sądzę, by kpina z młodzieńców o natchnionych twarzach, powołujących się na filozofię Wschodu, we wcześniejszym ustępie miała negować całkowicie skojarzenie z antyintelektualizmem buddyzmu. Pozerów, czyli parodię medytacji, skrytykowaliby i sami buddyści. 
13 Cyt. za: André Gide, Próba miłosna, czyli traktat o czczej żądzy, przeł. I. Rogozińska, Warszawa 1992, s. 51. 
14 Tamże, s. 56. 
15 Tamże, s. 59.
16 Mateusz Antoniuk zwrócił mi uwagę, że pod koniec lat 40. Herbert interesował się Gidem, jak zresztą wszyscy po Noblu z 1947 roku, kiedy też prasa sporo o nim pisała; w liście z 4 X 1950 roku do Zawieyskiego zwierzał się z pomysłu na opowiadanie wojenne z zagadnieniem Gide’owskim – chodzi o Lochy Watykanu.
17 Ciekawe, jak odpowiada to także przesunięciom filozoficznym między modernizmem a postmodernizmem, czyli np. między dyskusją nt. symbolu i alegorii pomiędzy Gadamerem (admiratorem symbolu) a Paulem de Manem (ironicznym adoratorem alegorii). A wcześniej rozumiano to jako spór oświecenia (alegoria) z romantyzmem (symbol). Por. Paul de Man, Retoryka czasowości, przeł. Andrzej Sosnowski, „Literatura na Świecie” 1999, nr 10/11, s. 192 – 193.
18 Cyt. za: Młoda Polska, opr. Jan Marx, Warszawa 1997, s. 323. 
19 Choć jego wczesne erotyki niewątpliwie stoją pod znakiem Młodej Polski, w tym właśnie Tetmajera. 
20 KM 64. Por. także dalej: Nieodparty urok zjawiska Echo wyrażały najlepiej potoczne, często powtarzane na sam jej widok uwagi – „ona naprawdę nie zdoła zrobić o własnych siłach dziesięciu kroków“ lub „nie przetrwa tej zimy, jeśli nie wesprze jej czyjeś mocne ramię“. W późniejszej wersji  [ KM 119 ], zresztą dużo według mnie słabszej, ten wątek całkowicie znika. Prawdę mówiąc, niewiele zostaje.
21 W Przepaści Pana Cogito o tytułowej przepaści mówi się przywiązana jak pies, co oznacza uciążliwość (Zbigniew Herbert, Pan Cogito, Wrocław 1998, s. 20).
22 Zbigniew Herbert, Wiersze wybrane, opr. Ryszard Krynicki, Kraków 2007, s. 91. 
23 Tamże, s. 64. 
24 Zbigniew Herbert, Studium przedmiotu, Wrocław 1997, s. 75.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas