poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAGDALENA RABIZO‑BIREK
Łuski zdań, szyszki wierszy
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

Piotr Szewc
Moje zdanie
Wydawnictwo Literackie, 
Kraków 2009

Piotra Szewca znamy przede wszystkim jako prozaika, jednego z najoryginalniejszych w pokoleniu pisarzy urodzonych po roku 60., autora wysoko cenionych przez krytykę, osadzonych w realiach jego ziemi rodzinnej – Zamojszczyny i Zamościa – powieści: Zagłada (1987), Zmierzchy i poranki (2000) oraz Bociany nad powiatem (2005). Pewną niespodzianką stało się jego późne (sporo po czterdziestce) objawienie się jako poety. Zazwyczaj bowiem droga literackiego rozwoju przebiega nieco inaczej – najpierw są wiersze i debiut tomikiem poezji, która porzucana jest na rzecz prozy (to casus Anny Nasiłowskiej czy Olgi Tokarczuk). I trzeba zajrzeć do dokładniejszego biogramu pisarza, żeby dowiedzieć się, że i on debiutował przed wielu laty zapominanym dziś tomem wierszy Świadectwo (1983). Zdarzają się poeci, którzy, zmęczeni lub ograniczeni formą poetycką, zaczynają w drugiej połowie życia pisać prozę (to przypadek Marcina Świetlickiego). Ale wyrosnąć z prozy i powrócić do intensywnego pisania wierszy, jak rzecz wygląda w przypadku Szewca, zdarza się chyba najrzadziej. Oczywiście nie wiemy, czy nie pracuje nad kolejną powieścią. Faktem jest natomiast, że jego dwie ostatnie książki – Całkiem prywatnie (2006) i niedawno opublikowane Moje zdanie – są tomikami poezji. Pisarze zazwyczaj mówią, że takie metamorfozy twórczości rozgrywają się poza sferą ich racjonalnych wyborów. Po prostu: nagle przyszły (bądź wróciły po długiej przerwie) wiersze albo pojawił się pomysł na prozę. 

Dla krytyka ciekawe są w takich przypadkach gatunkowe i rodzajowe interferencje – zazwyczaj bowiem powstają rozmaite „formy bardziej pojemne”: liryka przeniknięta żywiołem prozy i liryczna epika (ważnym atutem prozy kryminalnej Świetlickiego jest na przykład jej warstwa stylistyczna). Piotr Śliwiński słusznie zauważa na skrzydełku tomu, że Szewc już wcześniej, w swojej prozie, przekraczał granice rodzajowe: [ … ] był poetą i jako poeta nie przestał być prozaikiem. Kiedy czyta się jego wiersze, od razu zwraca uwagę to, co je łączy z jego powieściami. A jest to przywiązanie do kategorii miejsca i szczególna pieczołowitość w kreśleniu scenerii utworów. W ostatnim tomiku świat przedstawiony poszerza się i obejmuje już nie tylko znany z trzech powieści Zamość i jego okolice, ale też Warszawę, gdzie poeta od wielu lat mieszka i pracuje, oraz ulubione miejsce jego wypoczynku – Zalew Wiślany. Zatem także w swym poetyckim wcieleniu potwierdza opinię o sobie jako pisarzu miejsc. 

Impuls do rozważania osobliwości formalnej utworów Szewca stanowi także tytuł ostatniego tomiku, w którym poeta autoironicznie demonstruje programowy outsideryzm i egotyzm (piszę „autoironicznie”, ponieważ w puencie tytułowego liryku czytamy: moje zdanie było mu  [ światu ] zupełnie obojętne). Sformułowanie „moje zdanie” ma też wykładnię autotematyczną. Można je bowiem odnosić do osobliwej formy bezrymowych liryków, rozczłonkowanych na utrzymane w granicach sylabicznej regularności długie, pozbawione znaków interpunkcyjnych, „zdaniowe” wersy. Są one w istocie ukrytą, bo napisaną właśnie zdaniami, prozą poetycką. Chwytem właściwym poezji jest natomiast wykorzystanie przez autora szczęśliwych przypadków wieloznaczności, jakie wprowadza tok przerzutniowy. Dobre rezultaty (i tu na pewno nie ma mowy o przypadku) przynosi to zwłaszcza w błyskotliwych puentach wielu utworów. Weźmy jako przykład zakończenie tytułowego liryku:

[ … ] zbliżaliśmy się do Powiatowej 
odwrócona tyłem
dziewczyna trzepała dywan pierwszy 
motyl wyfrunął
na podbój nazajutrz mamę mieli wypisać
ze szpitala świat 
składał się w nową całość gdy 
zatrzasnąłem drzwi poczułem 
ulgę bo moje zdanie było mu zupełnie 
obojętne.

Ten wiersz jest istotny, bo usiany dyskretnymi uwagami autotematycznymi, jak owo „moje zdanie” czy wers przedostatni, odsłaniający zasadę poetyki Szewca, którą – jak mi się wydaje – są podejmowane w każdym utworze próby „składania świata w nową całość”. Typowy wiersz tomiku to kolaż pozornie przypadkowych obrazów – widzianych i wyobrażonych oraz zapamiętanych lub zasłyszanych zwrotów, słów, zdań. Bardzo często – jak w cytowanym utworze – jest to swoista sekwencja montażowa, „sfilmowanych” okiem kadrów i scen oraz „nagranych” uchem strzępów dialogów, których zdarzeniową kanwą jest sytuacja podróżowania lub wędrowania (np.: Zbliżał się wybuch, Łapię feromony, Przed świtem, Już blisko, Jestem szczęśliwy, Niewidzialna linia, Strefa fotosyntezy, Jadę do Zamościa, Druga kłódka, Łódź Kaliska). 

Do czego Szewcowi potrzebna jest poezja? Wydaje się, że posługuje się nią przede wszystkim w dwóch celach, które nie są prymarnie artystyczne, a mianowicie: by móc mówić o sobie oraz dlatego że ten sposób ekspresji okazuje się bardziej adekwatny do pokazania osobliwości jego (a może każdego człowieka) percepcji świata. Jest to także kolejna utopijna próba ukazania tego, czym jest istota życia. W cytowanym fragmencie tytułowego wiersza pojawia się niby‑przypadkowa metafora, przypominająca pomysły Ewy Lipskiej, o wypisaniu mamy ze szpitala świat. Sygnalizuje ona ważny wątek tomu, na który składają się wiersze upamiętniające bliskich zmarłych (rodzinę, znajomych, przyjaciół). Szewc pisze wiersze, by wspominać własne życie (zwłaszcza dzieciństwo), w celach terapeutycznych – by poradzić sobie z niełatwymi doświadczeniami osobistymi. Przy okazji weryfikuje ustalony w polskiej literaturze od czasów Schulza mit dzieciństwa jako „genialnej” epoki, wprowadzając jego znaczącą modyfikację, podpowiadaną przez własne doświadczenie. Dzieciństwo może być dla nas rajską epoką tylko do czasu śmierci bliskich. Ich odejście sprawia, że od tej pory każdemu wspomnieniowemu powrotowi w przeszłość towarzyszy bolesny skurcz serca – żal za tym, co nigdy nie wróci, zaś oglądane zdjęcie z dzieciństwa niepostrzeżenie zamienia się w wielokrotny nekrolog i przypomina przede wszystkim o przemijaniu, jak to dzieje się w wierszu Lipiec 1977

Od lewej stoimy babcia daleki kuzyn 
mama ja dziadek
akurat uśmiecha się jak żywy wujek 
Staszek za nami
[ … ]
tuszem Czołki lipiec 1977 r. kto to 
napisał dzień widzę
wietrzny robi się gorąco nie wiedziałem 
na przykład
że upadnie komuna wcześniej ogłoszą stan
wojenny przyleci
ptasia grypa ojcu amputują nogę zbyt 
wiele tego dla mnie
sprawy toczą się po swojemu a my tak 
w bezruchu.

Tak odczytuję niektóre wiersze oniryczne (Zasypiałem i budziłem się, Przed świtem) i przede wszystkim piękny i przejmujący minicykl wierszy rodzinnych (Zwiąż to, Dziękują Bogu, Nieme usta, Druga kłódka, Charakter pisma, Nareszcie razem, Liście kapusty, Pod krzakiem, Floksy), które są najczęściej budowane na motywie studiowania przedmiotów pozostawionych przez bliskich i medytowania nad ich śladami we własnej pamięci. 

Jak wspomniałam, drugim, możliwym powodem wyboru przez Szewca poezji jako sposobu ekspresji jest to, że w sposób szczególny udaje się w niej zawrzeć charakterystyczny sposób odbierania przez niego świata, oparty na połączeniu niezwykłej uważności widzenia i słyszenia (z pewnością jest on – jak wymienieni przez niego w wierszu Dwie szyszki poeci: Emily Dickinson, Jan Twardowski i Czesław Miłosz – poetą nadwzrocznym) z ewokowaniem żywiołu życia wewnętrznego, który zawsze towarzyszy percepcji, a manifestuje się przez momentalne wspomnieniowe lub wyobraźniowe błyski, skojarzenia i reminiscencje. Ten styk subiektywnego i obiektywnego, który w sposób unikatowy łączy ze sobą obraz poetycki, demonstrowany jest w sposób modelowy we wspomnianym liryku Dwie szyszki – obok Mojego zdania najważniejszej wypowiedzi autotematycznej tomu, którą interpretuję także jako wskazanie możliwych źródeł inspiracji i tradycji poetyckich. 

Szyszki, które leżą na półce obok tomów poezji wielkich mistrzów – stają się metonimiami poezji samego autora. Szewc zdaje się mówić: „Ich wiersze spoczywają w tomach Wierszy wybranych, mówią o sprawach istotnych, prorokują katastrofę (wspomina Apokalipsę w tłumaczeniu Miłosza), a moje wiersze są jak szyszki – zgrabny i wdzięczny twór natury, z którego wypadają niepozorne nasiona życia”. Sugeruje tym samym, że jego poezję w znakomitej części tworzą świat i inspiracje, które czerpie z oglądania ulotnych i zmiennych, sensownych i bezsensownych konfiguracji: elementów natury, rzeczy i ludzi. Dokonywany w utworze analityczny rozbiór szyszek na poszczególne łuski, zaglądanie pod nie przypomina otworzenie Puszki Pandory i czyni przedstawioną tu autotematyczną hipotezę prawdopodobną. Spod każdej z łusek wylewają się przypadkowe, pozbawione sensów naddanych, a zapamiętane obrazy, sytuacje, sceny. To jest materia prima wierszy, którą poeta w kolejnych etapach procesu tworzenia zamienia w łuski słów i zdań, szlifuje, eliminuje, spaja ze sobą w regularny porządek wersów, których zwieńczeniami – jakby czubkami wierszowanych szyszek – są „przypadkowo nieprzypadkowe” tytuły i puenty. 

Podoba mi się w lirykach Szewca troska o równowagę, na przykład w łączeniu obiektywnego z subiektywnym, oraz emocjonalne opanowanie. Przełamuje on wyraźne skłonności sentymentalne przywiązaniem do życiowego konkretu, co pozwala mu we wspomnieniu o chorej na raka matce zanotować taki szczegół, jak przykładanie przez nią do piersi liści gotowanej kapusty (Liście kapusty), i wspominać babcię podczas lektury listy zakupów, która spisała na starym odcinku renty (Charakter pisma). W smutek i żal nieoczekiwanie wkradają się nuty humorystyczne i w wierszach powstają sytuacje z lekka groteskowe. Szewc wydaje się mieć podobne do Mirona Białoszewskiego i Edwarda Stachury spojrzenie na to, co poetyckie. Nie tylko daje się ono streścić w znanej maksymie „wszystko jest poezją”, ale także uwypukla akcent kreacyjny: „wszystko może zmienić się w poezję”, zwłaszcza w oczach, uszach i rękach tego, kto urodził się poetą. Za sprawą autora Mojego zdania do polskiej poezji trafia spory kawałek świata jeszcze nieprzedstawionego, jak choćby niepozorny tasznik – opromieniona słońcem postać wzruszenia z jednego z najpiękniejszych wierszy o roślinach, jaki zdarzyło mi się czytać. Poetycki świat Szewca czytelnik może – tak po prostu – polubić.

Magdalena Rabizo‑Birek






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas