poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF UNIŁOWSKI
Prawo krytyki
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

1
W roku 1999 mój przyjaciel, Dariusz Nowacki, opublikował znakomitą książkę krytycznoliteracką zatytułowaną Zawód: czytelnik. Muszę jednak przyznać, że jej nagłówek trochę mnie wówczas zirytował1. Wydał mi się bowiem nazbyt kokieteryjny. Można było podejrzewać, że Nowacki sugeruje istnienie pewnej wspólnoty, że proponuje dyskurs krotochwilno-familiarny, swego rodzaju pogaduchy „między nami czytelnikami”. Owszem, krytyk wystąpił jako profesjonalista, a więc fachowiec, czytelnik systematyczny, ze stosowną terminologią i zapleczem w postaci fachowych lektur. Wszystko to razem byłoby jednak ledwie różnicą stopnia względem czytelnika-amatora, z którym profesjonalistę więcej by łączyło niż dzieliło.

W latach 90. spora, w pewnym momencie – wiodąca grupa młodych podówczas krytyków gotowa była dość bezceremonialnie odnosić się do własnej dyscypliny. Uważano, że krytyka powinna zrezygnować z funkcjonowania na prawach mowy koturnowej i odświętnej. Nie miała też być aktywnością podporządkowaną długofalowym celom. Towarzysząc nowej poezji i prozie, była za to traktowana jako wypowiedź doraźna, sytuacyjna, interweniująca w aktualną świadomość literacką. Związki z twórczością, której sekundowała, były tak głębokie i ścisłe, że niekiedy występowała w trybie prowadzonej od serca, przyjacielskiej korespondencji. Z drugiej strony, krytyka nie zapominała o szerokiej rzeszy czytelników, którym należało ogłosić dobrą nowinę o nowej literaturze. A poza wszystkim miała być fajna, żywa i autentyczna, w odróżnieniu od wystąpień starszych krytyków, którzy albo zastygli w kapłańskich pozach, albo zwykli przemawiać drętwym językiem akademickiej nauki o literaturze2.

Co tu kryć – wszyscy byliśmy wówczas beniaminkami mediów, choć łaska ich zainteresowania spływała na nas w różnym stopniu. Obawiałem się jednak, że literatura, a w ślad za nią krytyka – obie tak mocno zaangażowane w ówczesną sytuację – lekką ręką pozbywają się szansy na analizę warunków, w jakich same funkcjonują. Do tego bowiem potrzebna dystansu, mentalnego wycofania. Tymczasem tak daleko posunięta partycypacja w ówczesnej sytuacji pozwalała – z jednej strony – maksymalnie ją wykorzystać, z drugiej jednak – oznaczała bezwarunkową akceptację dla wykluwającego się porządku w sferze komunikacji społecznej. Przyszło za to zapłacić sporą cenę po kilku latach, kiedy to media wzięły, co wcześniej dały, a my wszyscy – pisarze i recenzenci – ocknęliśmy się w stanie kompletniej nieważkości. Dwuznaczne wydawały mi się również zabiegi obliczone na pozyskanie sympatii szerokiego grona czytelników. Sugerowały one bowiem, że to klienci księgarń są ostateczną instancją życia literackiego, od werdyktów zaś rynku nie ma odwołania. Tym samym milcząco godziliśmy się z założeniem, że literatura jest przede wszystkim towarem, a krytyk – pośrednikiem. W dodatku pośrednikiem między nie tyle autorem i czytelnikiem, co raczej – producentem i konsumentem. A skoro tak, to już bardzo łatwo było przyznać, że zasady tak zwanej gospodarki rynkowej są naturalną formą organizacji życia zbiorowego…

A jednak po dziesięciu z górą latach przychodzi mi stwierdzić, że w roku 1999 nie miałem racji, że miał ją Darek Nowacki! Nie dlatego, że obawy, o których wcześniej wspomniałem, okazały się bezpodstawne. Jak wszyscy wiemy, literackie sprawy wzięły dość niekorzystny obrót i dla siebie, i dla krytyki. Wszelako nie zmienia to faktu, że identyfikacja z rolą czytelnika to najuczciwsze i chyba jednie możliwe postawienie sprawy. Tak było w roku 1999, a tym bardziej – obecnie.

Oczywiście, krytykę literacką można, a nawet należy traktować jako instytucję życia literackiego oraz jeden z podmiotów zbiorowej komunikacji. Chodzi wszakże o taką instytucję, która z zasady nie jest sformalizowana, obywa się bez określonej z góry struktury, za każdym razem dokonując własnej rekonfiguracji. Więcej, zdolność do rekonfiguracji wypada uznać za warunek skutecznego działania krytyki, która musi nieustannie redefiniować swoje założenia i bliski sobie sposób rozumienia literatury, musi wciąż na nowo określać relacje między sobą oraz innymi instytucjami życia zbiorowego. W obrębie krytyki literackiej zawsze istnieje jakaś hierarchia (kogoś cenimy bardziej, kogoś mniej), ale ta hierarchia z konieczności musi być płynna. I jakkolwiek podobne procesy – w mniejszym lub większym stopniu – zachodzą w ramach każdej instytucji społecznej (inaczej nie moglibyśmy mówić o dynamice życia zbiorowego), to w wypadku krytyki są one czymś absolutnie podstawowym. Większość instytucji może dążyć przede wszystkim do stabilizacji, tymczasem krytyka, wszelka krytyka jest taką instytucją, która powinna dążyć do zmiany, nieustannie mutować.

Wypływa stąd wniosek, że ten, kto zajmuje się krytyką, nie powinien przypisywać sobie godności krytyka i wynikającego stąd przywileju osądzania. Przynajmniej zaś nie powinien postępować tak, jak gdyby wszystko to było mu dane lub też przez kogoś nadane. Szczęśliwie bowiem nie istnieje i – mam nadzieję – nigdy nie powstanie żaden krytycznoliteracki cech, korporacja zawodowa czy konsorcjum. O ile mogę publicznie występować jako literaturoznawca (udało mi się uzyskać stosowne uprawnienia), o tyle trudno przedstawiać się jako krytyk.

Krytyka byłaby więc instytucją, która nie posiada funkcjonariuszy. Przypisany dziś komuś tytuł krytyka już jutro może zostać mu odebrany, i to bez potrzeby wystawiania dokumentu w tej sprawie. Z konieczności krytyka opiera się, rzekłbym, na nieustającym wolontariacie. Kto się nią zajmuje, ten zawsze wyłącznie aspiruje do godności krytyka, to znaczy – musi ją zaryzykować i potwierdzić w każdym swoim wystąpieniu. Element ryzyka jest tu czymś nieodzownym, albowiem swój tytuł krytyk może potwierdzić jedynie przez swoją gotowość do zakwestionowania dotychczasowego sposobu pojmowania literatury oraz krytyki.

Jeśli jest prawdą, że nikt nie jest poetą, a jedynie nim bywa, to również krytycy jedynie bywają krytykami. Skoro tak, to chyba nie ma innego wyjścia, muszą się nazwać jakoś skromniej, na przykład – czytelnikami (zawodowymi czytelnikami), co jednak nie powinno być rozumiane jako odrzucenie czy redukcja własnych powinności. Przeciwnie, dziś powiedziałbym, że właśnie taka deklaracja może służyć podbiciu stawki. A wśród powodów, dla których krytyk powinien się identyfikować właśnie z rolą czytelnika, są również te bardziej zasadnicze…

2
Jeżeli dobrze pamiętam, to po raz pierwszy do publicznej oceny dzieł literackich przystąpiłem w zamierzchłych czasach trzeciej klasy szkoły podstawowej, kiedy to wszyscy zostaliśmy przymuszeni do założenia i prowadzenia dzienniczków lektur. Do takiego dzienniczka należało wpisywać tytuły książek wypożyczonych z biblioteki szkolnej, o tym zaś, że wypożyczone dzieło rzeczywiście zostało przeczytane, miała świadczyć wykonana poniżej ilustracja do wybranej sceny oraz krótka opinia na temat utworu. Dopuszczano przy tym takie działanie, w ramach którego ci mniej zdolni lub – po prostu – mniej pilni uczniowie mogą się ratować przytoczeniem fragmentu, który akurat najbardziej im się spodobał. Nie ukrywam, że w chwili lenistwa ja również kilkakrotnie skorzystałem z tej możliwości…

Samo określenie „dzienniczek lektur” mogło sugerować, że chodziło o zindywidualizowane wybory czytelnicze oraz prawo do wyrażenia jednostkowej opinii. Wszelako w pierwszej kolejności kojarzyło się – dość niepokojąco – z dzienniczkami ucznia czy dziennikiem klasowym, a więc dokumentami, do których wpisywano nasze cenzurki. Dzienniczki lektur nie były wcale niewinnym sposobem zachęcenia nas do częstszego odwiedzania biblioteki. Chodziło oczywiście o to, by z ich pomocą upublicznić, kontrolować i porównywać indywidualne oraz zbiorowe (tj. klasowe) „postępy w zakresie czytelnictwa”. A przede wszystkim służyły one wdrażaniu nas do akceptowalnych społecznie trybów czytania. Nasze opinie i sądy miały być, owszem, osobiste, ale zarazem – uzasadnione, poprawne i właściwe.

Z całej tej szkolnej przygody wyniosłem głębokie przekonanie, że lektura nigdy nie jest sprawą prywatną, jakkolwiek niekiedy za taką właśnie się podaje. Choćby odbywała się w przestrzeni najbardziej intymnej, to w istocie jest przedsięwzięciem, w którym zawsze uczestniczą co najmniej trzy strony: czytelnik, książka i jej autor oraz ten trzeci, dla którego i przed którym czytamy. Także po te lektury, jakie zgodnie z piękną, romantyczną tradycją nazywamy „zbójeckimi”, sięgamy – po pierwsze – przeciwko komuś lub czemuś (na przykład przeciwko innym, nakazanym lekturom) oraz dla kogoś, dla jakiejś alternatywnej, niechby wyimaginowanej, wspólnoty czytelniczej. Czytamy je – po wtóre – z myślą o innym sobie, innym, bo takim, jakim chcielibyśmy być.

Czytanie wiąże się zatem z inscenizowaniem komunikacji. A ponieważ zawsze czytam dla kogoś i przed kimś, to czytając jednocześnie sam muszę pisać. Właśnie za sprawą społecznej dyscypliny czytając nie mogę nie pomyśleć o tym, co o przeczytanym dziele mam do powiedzenia. W konsekwencji czytanie okazuje się przepisywaniem, gdzie ów nieszczęsny dywiz oznacza niemożliwość wiernego przepisania (bez dywizu), doskonałej reprodukcji, idealnego odwzorowania. Rzecz bowiem w tym, że nawet zatapiając się w lekturze, pochłaniając ją z wypiekami na twarzy, angażując się bez reszty i zapominając o bożym świecie, jednocześnie wypełniam swój dzienniczek. Ten trzeci, dla którego lub przed którym czytam, a więc pani nauczycielka, przyjaciel lub znajomy, któremu opowiem o książce, wreszcie – czytelnik mojej recenzji; to właśnie on sprawia, że ja sam obracam się w ów dywiz, rozstęp w tekstowym świecie, czyniący jego ciągłość oraz spójność czymś nieuchronnie problematycznym. Trudno, czytając plączę ze sobą słowa i znaczenia znalezione w tekście z tymi, które ja sam do niego wnoszę, a choć ów węzeł zdaje się nie do rozsupłania, to przecież nie znaczy, że znika różnica między jednym i drugim, między obcym teksem i moją parafrazą („opowiedz swoimi słowami”).

Wszelako pragmatyka dzienniczka lektur decyduje o marginalizacji samej czynności czytania. Z tego bowiem punktu widzenia samo czytanie jest ujmowane wyłącznie jako procedura, którą oceniamy ze względu na jej użyteczność, efektywność, wydajność (np. wzrost wskaźnika czytelnictwa w stosunku do analogicznego okresu). Nie liczy się zatem – by użyć języka sprzed paru ostatnich „zwrotów metodologicznych” w nauce o literaturze – sama „praca czytania / pisania”, liczy się wynikająca stąd konkluzja. Coś, co można określić liczbą punktów zdobytych podczas egzaminacyjnego testu lub liczbą gwiazdek, jakie recenzent postawi przy tytule omawianej książki. Choć kultura nowoczesna uznała autonomię filozofii, estetyki, sztuki i literatury, to mimo wszystko nie pogodziła się z myślą o czytaniu / pisaniu dla niego samego, cokolwiek miałoby to znaczyć. Zwróćmy uwagę, że jedyne, co wypada docenić u autorów książek uchodzących za nieistotne, to biegłość pióra, retoryczna i stylistyczna efektowność, oryginalność figur myślowych. Wszystko to ma status nieledwie pustych komplementów.

Społeczeństwo – czemu zresztą trudno się dziwić – postrzega czytanie / pisanie wyłącznie jako użyteczne narzędzie – czy to dla zrozumienia tekstów kultury, czy to dla samorozwoju jednostki, czy to dla czegoś jeszcze innego. Tym samym dostrzega również pewien pożytek z krytyki literackiej. Skoro bowiem czytanie / pisanie mamy za użyteczne narzędzie, to przydadzą się nam wszyscy, którzy starają się o rozwój tej technologii. Z ogromnej większości ich pomysłów zapewne nikt nigdy nie skorzysta, nie wyjdą też one poza fazę projektu czy prototypu, ale niektóre, owszem, doczekają się upowszechnienia, awansując – po nieuchronnym uproszczeniu – do rzędu lekturowych matryc. Z tego punktu widzenia krytyce literackiej, jaka w swoim problemowym centrum umieściłaby samo zagadnienie lektury (czym jest to, co czytam, ale również – co to znaczy czytać i co takiego robię, kiedy czytam), przypadałaby stosunkowo skromna rola specjalistycznego laboratorium. Skupiając się bowiem na samym czytaniu, taka krytyka nie pretendowałaby do miana eksperckiej, nie troszczyłaby się o czytelność i konkluzywność (czy nawet o klarowność wywodu), lecz dążyła raczej do sproblematyzowania, nieustannego kwestionowania zastanych reguł czytelności i konkluzywności. I jeszcze jedna uwaga: społeczeństwo, które taką aktywność raczyłoby uznać za zbyteczny luksus, w pewnej perspektywie stanie przed niebezpieczeństwem galopującej petryfikacji oraz homogenizacji dyskursu publicznego. Że będzie to oznaczało niezbyt pociągającą perspektywę kulturowej, ale też społecznej, zapaści – powinno być zrozumiałe nawet dla naszych polityków.

3
W ogłoszonej w roku 2007 książce Powrót centrali Przemysław Czapliński wystąpił z porywającym apelem o różnicowanie czytania: Konformizm i dywersja – oto bieguny komunikacyjnych postaw przejawianych przez naszą literaturę. W porównaniu z wcześniejszym okresem z pewnością więcej jest uległości wobec komunikacji masowej, i to wydaje się systemową prawidłowością […]. Im gorsza jednak jest ta literatura, tym poważniejsze zadanie krytyki w różnicowaniu czytania. Sądzę bowiem, że społeczeństwo, które czyta na sto sposobów, pożywi się przy jednej, nawet kiepskiej książce; społeczeństwo, które czyta w jeden sposób, pozostanie głodne nawet w bibliotece Babel3.

Owszem, sporo tu kwestii niejasnych. Dla przykładu, czy uległość wobec masowej komunikacji należy rozumieć jako przyczynę obecnego stanu rzeczy, czy też wynika ona z próby przystosowania do zastanych warunków? Dlaczego krytyka powinna zabiegać akurat o różnicowanie czytania? Co do tej kwestii, można by rzec, że w ten sposób krytyka odpowiada na społeczny głód, a przynajmniej apetyt. Tylko że ów metaforyczny głód zakrawa na jeszcze trudniejszą zagadkę. Chodzi o jakąś potrzebę, którą Czapliński liczy do rzędu naturalnych, a przynajmniej – podstawowych. Co więcej, jest to potrzeba całego społeczeństwa czy też potrzeba, którą odczuwają wszyscy członkowie zbiorowości. Trudno jednak odpowiedzieć na pytanie, jaki to głód nam doskwiera. Głód sensu? Głód wartości? Głód autentyzmu? Głód nieskrępowanej, otwartej komunikacji, gdzie każdy mógłby zabrać głos i przedstawić innym swoją narrację? Wnioskując z całej książki, można przyjąć, że najbliższy prawdy będzie ostatni domysł, choć idea takiej otwartej komunikacji byłaby jawną utopią (jak sprawić, aby każdy z nas w każdej chwili był gotów wysłuchać cudzej opowieści?). I kolejna wątpliwość: skąd pewnik, że głód komunikacyjny doskwiera nam bardziej niż – na przykład – głód konsumpcyjny? A dalej, czy domniemany głód komunikacyjny nie jest po prostu formą głodu konsumenckiego i czy przypadkiem próby jego zaspokojenia, zamiast przyczynić się do rozkwitu debat na łamach prasy społeczno-kulturalnej, nie zaowocują wyłącznie zalewem programów typu Wzruszyła mnie twoja historia? Bo metafora metaforą, ale dążenia do zróżnicowania form komunikacji społecznej nie wynikają z żadnych potrzeb naturalnych, są za to funkcją dość wyrafinowanego etapu w rozwoju społeczno-cywilizacyjnym, odpowiadającego fazie społeczeństwa postmasowego.

Ale choć mnożę wątpliwości, to wystąpienie Czaplińskiego uważam za istotne. Apel o różnicowanie czytania bardzo mnie przekonuje. Chętnie też przyznaję, że Czapliński z Powrotu centrali wydał mi się bliższy niż kiedykolwiek wcześniej. Wychodzi jednak na to, że można rozmaicie odpowiedzieć na to samo wezwanie. Myśl, by czytać na wiele sposobów, dopuszczając różne języki i różne punkty widzenia, by samemu wystąpić z lekturą, która okaże się odmienna od wszystkich pozostałych – taka myśl wygląda mi akurat na najmniej pociągającą. Nie chodzi zatem o to, aby dołożyć swoją cegiełkę do zbioru innych wypowiedzi. Szczerze mówiąc, wątpię w to, by tak zwane bogactwo różnorodnych odczytań sprzyjało różnicy. O ile bowiem wszystkie te odczytania traktujemy jako zbiór, kolekcję, antologię pojedynczych głosów, o tyle też wszelkie różnice między poszczególnymi lekturami bierzemy w nawias. Sytuując samych siebie w pozycji kogoś, kto pozostaje na zewnątrz tych różnic, mnogość i wielość odczytań sprawdzamy w istocie do rzędu zwykłych oboczności, a więc takich różnic, które nie mają znaczenia dla nadrzędnego sensu, jaki miałby wynikać z całego zbioru, kolekcji bądź antologii. Apel o różnicowanie czytania musi zatem dotyczyć czegoś innego, mianowicie – uświadomienia sobie, że czytanie samo nie może się obyć bez różnicowania.

Warto pamiętać, że krytyka – zgodnie z etymologią greckiego czasownika krinein – wiąże się z podziałem, a dopiero w znaczeniu przenośnym z roztrząsaniem jakiejś sprawy, problemu, wreszcie – dzieła. Wbrew pozorom, na pierwszy plan nie wysuwa się tu aktywność podobna do analizowania, lecz raczej czynność odłączania albo odkrawania, rozbiór w sensie rozbioru mięsa. Najstarsze znaczenie czasownika krinein odpowiada najściślej polskiemu ‘kroić’4. W etymologicznym zatem sensie krytyka jest dzieleniem.

Krytyka sama ustanawia różnice. Najpierw dlatego, że dzieli literaturę, niechby poprzestając na wyróżnieniu tej lepszej kosztem tej gorszej. Równie oczywiste, że krytyka parceluje opinie, ujawnia różnice sądów i mniemań. Za najistotniejsze mam jednak coś innego. Chodzi o to, że krytyka dąży do różnicowania swojego własnego czytania. By rzecz wytłumaczyć, posłuchajmy, co przed kilku laty pisała Beata Sierocka w związku z transcendentalno-pragmatycznym ujęciem komunikacji u Karla-Ottona Apla: Nie chodzi o to, że podmiot ma przed sobą świat zawsze już językowo zinterpretowany, ale o to, że język jest warunkiem konstytuowania się relacji podmiotowo-przedmiotowej, że na mocy swej komunikacyjnej struktury stanowi dopiero podstawę wyodrębnienia się teoretycznego podmiotu i przedmiotu5.

Przez analogię moglibyśmy stwierdzić, że czytanie – związane z inscenizacją komunikacji – stwarza podstawę dla wszelkich krytycznych podziałów. Chodzi o to, że czytanie wiąże się z odkrywaniem nieprzejrzystości języka, niewspółmierności dyskursów. Czytanie pokazuje nam, że tak naprawdę mówimy różnymi językami, które nie dają się sprowadzić ani do wspólnego mianownika, ani do siebie nawzajem. Czytanie pokazuje, że nawet nasz własny język nigdy nie osiąga takiego stopnia krystalizacji, abyśmy zasadnie mogli go uznać za jednorodny. Powiedziałbym przy tym – wbrew stanowisku Apla, a również, jak sądzę, Przemysława Czaplińskiego – że w wypadku krytyki literackiej jej transcendentnym założeniem nie powinna być żadna wspólnota komunikacyjna, lecz komunikacja pojmowana jako nieuchronny spór, wynikający z różnic, których nie da się stłumić, unieważnić ani wyrugować.

Przez spór nie należy jednak rozumieć forsowania swojej racji wszystkimi sposobami. W klasycznej książce – Ethos rycerski i jego odmiany – Maria Ossowska uczyniła uwagę, przy której – jak sądzę – warto się zatrzymać. Otóż pewne aspekty tego „ethosu” wydały się jej bardzo pożądane z punktu widzenia potrzeb współczesnej demokracji. Chodziło nie tylko o rzecz elementarną, o szacunek dla rywala, co równie dobrze można byłoby wyprowadzić z kodeksu sportowego lub po prostu z reguł dobrego wychowania (choć, jak wiemy, grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą). Ossowska przede wszystkim podkreślała znaczenie zasady, która nakazuje nie korzystać z przewagi zdobytej dzięki okolicznościom niezależnym od własnych umiejętności i sprawności. W naszym wypadku ta sama zasada zobowiązuje do możliwie lojalnego streszczenia stanowiska oponenta. Jeśli bowiem swój cel rozumiemy jako różnicowanie własnego czytania, to nasz sukces w niemałym stopniu zależy od skali wyzwania, z jakim przyszło nam się zmierzyć. Ustawiając rywala tak jak nam wygodnie, a tym samym ułatwiając sobie zadanie, działamy na rzecz destrukcji swojego własnego dyskursu.

Krytyka wiąże się z konceptualizacją lektury, rekonfigurowaniem konstytutywnych dla dyskursu różnic. Jedno i drugie razem pozwala zawiesić zastane podziały po to, by natychmiast wystąpić z projektem kolejnych zróżnicowań. Nie myślę w związku z tym o żadnej utopii, o dążeniu do zniesienia i likwidacji wszelkich podziałów, dopuszczeniu do głosu wszystkich mniejszości i wszystkich wykluczonych. Chodzi o przepracowanie różnic. Mity kosmologiczne dawnych kultur wcale często odwoływały się do jakiegoś pierwotnego podziału jako zasady stworzenia. Wszelako od czasu, gdy rozpoznaliśmy w nich mity, a więc wraz z początkiem nowoczesności, straciły one moc uzasadniania zróżnicowań. Odtąd zasadność różnic podtrzymuje tylko to jedno – zdolność do ich kontrolowania i rewidowania, zgoda na to, że w każdej chwili mogą zostać zakwestionowane i zastąpione zupełnie innym podziałem. Wszystko to nic innego jak prawo krytyki.

Krzysztof Uniłowski

Przypisy
1 Tej irytacji dałem wyraz w druku. Zob. mój szkicyk Dariusz zawodowiec w książce Koloniści i koczownicy. O najnowszej prozie i krytyce literackiej (Kraków 2002).
2 Pochwałę takiego programu znaleźć można w systematyzującym tendencje w obrębie ówczesnej młodej krytyki szkicu Jerzego Sosnowskiego Pasożyci i pielęgniarze („Czas Kultury” 1995, nr 3). Po latach Dorota Kozicka miała napisać o antyakademickich strategiach krytyki po 1989 roku (zob. tejże, Krytyk przeciw uniwersytetowi. O antyakademickich strategiach krytyki po 1989 roku, w: Dwadzieścia lat literatury polskiej 1989–2009. Idee, ideologie, metodologie, red. Arleta Galant i Inga Iwasiów, Szczecin 2008).
3 Przemysław Czapliński, Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości, Kraków 2007, s. 199.
4 Wedle wokabularzy oba słowa wywodzą się z tego samego praindoeuropejskiego rdzenia *krei-.
5 Beata Sierocka, Krytyka i dyskurs. O transcendentalno-pragmatycznym uprawomocnieniu krytyki filozoficznej, Kraków 2003, s. 61.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas