poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK DUKAJ
O kulturze masowej głos odrębny
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

Czy w kulturze masowej możliwe jest arcydzieło? Czy wolno używać mechanizmów rynkowych dla potrzeb kultury wysokiej? Czy kultura masowa nieuchronnie ściąga w dół kulturę jako taką? Na te i podobne pytania mieliśmy dać odpowiedź na Kongresie Kultury Polskiej  [ KKP odbył się w dniach 23 – 25 września 2009 roku w Krakowie – przyp. red. ]. 

Kwestię zderzenia i perspektyw koegzystencji kultury masowej i wysokiej widziałem wszakże radykalnie inaczej niż większość uczestników Kongresu. 

W ogóle nie ma dla mnie pytania: CZY kultura masowa? Jest pytanie: CZYJA kultura masowa? Kto na niej zarobi? Kogo uczyni mocarstwem? Jak zmieni świat? Jak urobi Polskę? JAK ZDEFINIUJE CZŁO­WIEKA?

Bardzo trudno wypłukać tu z dyskusji zamulające je latami myślenie życzeniowe oraz lęki tych, którzy te dyskusje zazwyczaj prowadzą, czyli reprezentantów, adwokatów kultury wysokiej. 

Przede wszystkim bowiem postępujące umasowienie kultury nie jest trendem wewnątrzkulturowym, nie jest to aspekt „rodzaju”, podzbioru kultury ani fenomen związany z momentem historycznym, jakaś efemeryda cywilizacyjna, moda czy skutek pokoleniowych błędów w edukacji – zaciśniemy zęby, przeczekamy i wróci stare. Nie. 
Spójrzmy z zewnątrz: nie na masowość, komercyjność jako aspekt kultury – ale na kulturę jako składnik masowej komercji. 

Otóż kultura jest i będzie masowa, ponieważ w nieunikniony sposób odpowiada za coraz większą część Produktu Globalnego Brutto. Te proporcje będą rosły aż do stanu, gdy produkować, przetwarzać i sprzedawać będzie się niemal wyłącznie produkty intelektualne, intellectual property, czyli szeroko rozumianą kulturę – bo wszystko, czego wartość zależy wyłącznie od posiadania nieprzetworzonej inteligentnie materii, staje się coraz łatwiej i taniej dostępne. 

Nie trzeba być marksistą, by móc patrzeć na dzieje człowieka jako na historię wytworzonej przez niego kultury połykającej stopniowo przyrodę. Niezmienniki fizyczne (biologiczne, gospodarcze etc.) stopniowo stają się zmiennymi kulturowymi. Asymptota tej funkcji jest oczywista: pozostanie naga fizyka plus kultura. 

To proces cywilizacyjny startujący od momentu przejścia gromad łowiecko‑zbierackich w pierwsze cywilizacje rolnicze. Nie da się go zatrzymać ani odwrócić. Chyba że odwrócilibyśmy całość postępu – co w praktyce jest już możliwe wyłącznie na skutek jakiejś gigantycznej katastrofy (wojna nuklearna, druga Czarna Śmierć albo kolejny meteoryt jukatański). 

Tradycyjnie rozumiana elitarność kultury jawi mi się reliktem tych epok, gdy rozkład warstw społecznych generował bardzo wąską klasę osób, które stać było na oddawanie się „sztuce dla sztuki”; gdy liczba dziennych godzin pracy koniecznych dla utrzymania się przy życiu pozostawała tak duża, że przeciętnemu człowiekowi nie starczało czasu na wiele więcej. Przenoszenie owej „naturalnej elitarności” w czasy współczesne trąci pretensjonalnym anachronizmem – równie dobrze moglibyśmy debatować nad odtworzeniem systemu feudalnego mecenatu i nadwornych poetów, nadwornych malarzy etc. 

Co prawda w niektórych wystąpieniach w rozmaitych debatach na Kongresie pobrzmiewały takie właśnie nuty. Większość lamentujących nad stanem współczesnej kultury zdominowanej przez produkty masowe z trudem ukrywa tęsknotę do tamtych czasów – a raczej: własnego wyobrażenia tamtych czasów. 
Wiążą się z tymi zmianami inne aspekty postępu cywilizacyjnego: umasowienie wykształcenia, milionkrotne rozszerzenie „świata postrzeganego” dzięki środkom masowej komunikacji itp. 

A zwłaszcza: fenomen „masowości niszowości”, „elitarności równoległych”. Otóż nie ma jednej kultury elitarnej (co do której wszyscy mielibyśmy odruchowe skojarzenia), ale wiele rozbieżnych, a równie niszowych kultur, równodostępnych dla setek milionów dzięki nowym technologiom. Można być „ambitnym” na wiele niekompatybilnych sposobów, można być kultowym dla wielu niepokrywających się środowisk, można kontestować masowość i komercję wieloma wzajem sprzecznymi metodami. I po zsumowaniu tych nisz otrzymujemy – znowu – potężną masę; heterogeniczną i niepoddającą się łatwej eksploatacji, ale już mieszczącą się w skalach klasycznej „kultury masowej”. 

Zresztą tak czy owak należy rozdzielić znaczeniowo „kulturę komercyjną” od „kultury niskiej”: te pola mogą się częściowo pokrywać, ale nie ma tu tożsamości. 

Albowiem o ile „kulturę niską” dałoby się jakoś określić przez cechy własne należącego do niej dzieła, o tyle „komercyjność” jest czymś wobec dzieła zewnętrznym. Ten sam utwór na skutek różnych zbiegów okoliczności może być bardzo komercyjny i kompletnie niezyskowny. 
Wiele dzieł emblematycznych dla kultury elitarnej, wysokiej (np. malarstwo nowoczesne, rzeźba) jest niezwykle komercyjnych. 

I na odwrót: mamy coraz więcej przejawów działalności kulturowej niezaprzeczalnie masowej, egalitarnej, zanurzonej w popie – a całkowicie niekomercyjnej (np. muzyczna, literacka, plastyczna twórczość z założenia „uwalniana” w internecie, także twórczość informatyczna, całe ideologiczne pokłosie ruchu open source). 

Bardzo możliwe, że w dalszej perspektywie tradycyjnie rozumiana komercyjność stanie się korelatem kultury elitarnej, „zamkniętej”, a niekomercyjność – masowej, „otwartej”. 

Za prywatny koncert trzeba artyście zapłacić; nagrania jego muzyki są natomiast dostępne za darmo. Za spotkanie, kolację z poetą trzeba mu zapłacić; a wiersz przeczytasz za darmo. Jeden jedyny oryginał obrazu kupujesz i posiadasz; cyfrową reprodukcję oglądasz za darmo. Itd., itd. 

Tymczasem proponuje się jeszcze inny wyznacznik „dzieła komercyjnego”: czy u zarania, w intencji twórcy było ono środkiem dla zarobku, czy też „celem samym w sobie” (przez analogię np. do kryteriów stosowanych w filozofii personalizmu). Pomijając już fakt, że jakąkolwiek godność powinniśmy przypisywać wyłącznie twórcy i odbiorcom, nie martwemu dziełu, trudno zaprzeczyć, iż wielka część klasyki uznawanej obecnie za fundament kultury wysokiej powstała jako ordynarna komercja swoich czasów. Biografie niekwestionowanych geniuszy literatury, architektury, muzyki, malarstwa pełne są opowieści o przemyślnych strategiach twórców mających na celu maksymalizację komercyjności ich twórczości. Z bardzo niskich pobudek powstawały materialne i niematerialne artefakty uznawane dziś za symbole najwyższych wzlotów ducha. 

Kiedy twierdzę, że ten sam utwór na skutek różnych zbiegów okoliczności może być bardzo komercyjny i kompletnie niezyskowny, mam jednak na myśli jeszcze co innego. 

Kluczowy jest tu mechanizm komercjalizacji przez cyfrowe media globalne wymazujący samą możliwość elitarności sprzed epoki mas. Wobec sześciomiliardowej puli odbiorców‑konsumentów każda sztuka – przy założeniu jej dostępności bliskiej stu procentom – może znaleźć nabywców wynoszących ją do poziomu masowości / zyskowności. A zatem każda sztuka wysoka jest zarazem – w potencji – sztuką komercyjną. (Co nie oznacza, że „niską”). 

Bo czy istnieje jeszcze kultura elitarna jako coś źródłowo osobnego wobec kultury masowej? Podczas gdy bez wątpienia istnieje kultura masowa rozłączna z kulturą elitarną: samożywna. Zapewne taki kanibalizm rzadko skutkuje czymś wartościowym – tym niemniej trudno zaprzeczyć oczywistym mechanizmom. 

Spróbujmy sobie wyobrazić człowieka wychowanego w kulturze wysokiej, ale TYLKO w kulturze wysokiej, albo przynajmniej W WIĘKSZOŚCI w kulturze wysokiej. Ostatnie takie wzorce pokoleniowe pochodzą bodaj z międzywojnia: dzieci z tzw. dobrych rodzin uczęszczające do klasycznych gimnazjów, z łaciną, greką, wprost z dzieciństwa wychowywane do dorosłości. 
Współcześnie natomiast jest to właściwie niemożliwe. Człowiek taki musiałby chyba być hodowany od małego w jakimś „zakonie kulturowym”. 

Podczas gdy mamy miliony osób wychowanych w kulturze niskiej, masowej, bez żadnego kontaktu z kulturą wysoką. 
Środowiskiem naturalnym człowieka jest dziś właśnie kultura masowa. 

Co nie stanowi jakiegoś wybryku historii, ale szczególne ujęcie reguły wyższej: wyroby kultury odpowiadają nie tylko za coraz większy procent PKB, ale w coraz większym procencie określają nasze warunki życiowe w ogóle. I także tego procesu nie sposób odwrócić. 

Ojczyzną dla następnych pokoleń będzie nie środowisko materialne, ale środowisko niematerialne, czyli – źródłowo – kultura. Oderwanie się od ziemi, od „tu i teraz”, od okoliczności ciała stanowi nieunikniony kolejny etap „wyzwalania” człowieka spod władzy warunków narzuconych przez naturę. Już dziś coraz silniejsza staje się dla wielu „ojczyzna wirtualna”: bardziej się czują sąsiadami, ziomkami rozrzuconych dowolnie po świecie znajomych / współpracowników sieciowych – którzy utożsamiają się z podobnymi ideałami, porozumiewają za pomocą podobnych kodów, odwołują się w myśleniu do podobnych struktur skojarzeniowych, interesują podobnymi rzeczami – aniżeli sąsiadami rodaków „fizycznych”. 

Kiedy miejsce zamieszkania, zwierzchność podatkowa, ograniczenia językowe itp. staną się jeszcze mniej istotne, siła danego państwa, narodu w całości będzie zależeć od jego kultury, od jej masowości. Stopień jej popularności w skali globalnej jest tu wyznacznikiem skuteczności: podbijamy, zasysamy kolejne umysły, wyobraźnie, twórcze osobowości – ZARAŻAJĄC je naszą kulturą. 

Dzisiaj najbliższe temu modelowi są Stany Zjednoczone. Ale można przeprowadzić (po drugiej stronie lustra dobrobytu) paralele z ekspansywnym islamem: religia to bardzo efektywny roznośnik kultury. 

Skuteczność tych wzorców zależy bezpośrednio od mechanizmów kultury masowej – niejako z definicji kultura elitarna nie stanowi najszerszego wspólnego mianownika. 

Na tym etapie nie można też już powiedzieć, że państwo, naród MA jakąś kulturę; on JEST tą kulturą. 

Stwierdziwszy powyższe, nie wolno mi nie podkreślić, że kultura elitarna (ambitna, awangardowa, nieszukająca na początku właściwie żadnego odbiorcy) ma tu do odegrania wielką rolę, a to wówczas, gdy rozważamy globalną konkurencję już w horyzoncie pokolenia / dwóch. Inwestowanie w taką kulturę oferuje większy zysk niż szybki zwrot z inwestycji w kulturę masową. 
Owa kultura „wysokiego ryzyka” jest bowiem zalążkiem, generatorem prawdziwych innowacji, rewolucji cywilizacyjnych, wynalazków także w naukach ścisłych. Nie dzieje się to jednak tak wprost i po łatwych do prześledzenia związkach przyczynowo‑skutkowych jak w kulturze niskiej i powiązanych z nią biznesach. Wiadomo, że zależności istnieją, lecz nikt jeszcze nie podał dokładnego algorytmu generowania bogactwa tą metodą. Mamy tutaj natomiast dość dużą pewność co do KORELATÓW sukcesu. 

Kultura wysoka pomaga bowiem głównie POŚREDNIO, tzn. przez kształtowanie umysłów, osobowości, modeli relacji, struktur społecznych – takich, które stanowią najżyźniejszą glebę dla kreatywności na rozmaitych polach. Owo przełożenie ujawnia się nie szybciej niż po kilku latach – najbardziej naturalny cykl wyznacza długość studiów wyższych, cztery / pięć lat. Ale niektóre dobrodziejstwa wychodzą na jaw dopiero w drugim pokoleniu. 

Za klasyczne przykłady powyższych strategii służą gospodarki zagłębi hi‑techowych (z Kalifornią z Doliną Krzemową na czele), wielkich emulatorów technologicznych w rodzaju Bangalore oraz krajów „przesterowanych” na gospodarkę postmaterialną, jak Irlandia. 

Wszystko to oczywiście stanowi odprysk szerszej debaty ekonomiczno‑politologicznej, której ostatnia odsłona to teoria „gospodarki zaufania”. Czy mianowicie otwartość kulturowa i swobody intelektualne kojarzone z modelem zachodniej liberalnej demokracji dają czy nie dają krytyczną przewagę w wyścigu cywilizacyjnym? Czy zaufanie międzyludzkie i zdolność do organizacji przedsięwzięć poza rygorem zabezpieczeń prawnych, „spontanicznie” – stanowią warunek konieczny przejścia do następnej fazy rozwoju? Za kontrprzykłady mają służyć Chiny i pomniejsze niedemokratyczne tygrysy azjatyckie w rodzaju Singapuru. Jak dotąd jednak nikt zdrowy na umyśle nie stawia tezy o większym potencjale kreatywności, wynalazczości, innowacyjności kultur zamkniętych tudzież kultur sprowadzonych do poziomu saprotroficznej masówki. 

Powyższe dotyczy perspektywy dwudziestu / trzydziestu lat; perspektywa dalsza prowadzi nas z powrotem do kultury masowej. 

Doświadczenia kulturowe nie są bowiem jedynie pewnym podzbiorem doznań zmysłowych, które swobodnie obmywają człowieka. Kultura jest to program (strumień programów), który się na człowieku wykonuje. 

W czasach kultury elitarnej efekty ograniczały się do relacji o jednostkowych przemianach, przypadkach szaleństwa tego czy owego artysty, nadwrażliwca. W skalach masowych wpływ był płytki, praktycznie ograniczony do mody, architektury czy pewnych zachowań dokołareligijnych – ponieważ program ten nie miał narzędzi, obudowy technologicznej, by realnie odmienić biologiczne podstawy bytu człowieka. 

Lecz dzisiaj już widzimy przyśpieszający proces modelowania „człowieka masowego” pod naciskiem kultury. 

Zaszły tu dwie kluczowe zmiany: 
(A) Istnieje taki poziom wspólnego dla wszystkich przekazu kulturowego, z którego praktycznie nie sposób się wyłączyć. Jeśli nie siedzisz zamknięty w klasztorze, to nawet nie oglądając telewizji i nie korzystając z internetu, i tak się dowiesz – na ulicy, od znajomych, z okładek pism, z wtórnego wpływu na produkty od kultury zależne – kto to jest Paris Hilton, co jest akurat modne, jaki ideał piękna dominuje etc.

(B) Postęp technologiczny daje nam coraz więcej narzędzi do przepisywania wzorców kulturowych wprost w kształt człowieka. Chirurgia plastyczna, tatuaże, piercing, chemia alterująca świadomość czy rygorystyczne diety i treningi – to zaledwie początek. 

Kosmetyka chirurgiczna twarzy czy kobiecych piersi przestała być czymś sztucznym, „dziwacznym”, stając się częścią tradycji nie tylko w Kalifornii. Istnieją narzędzia pozwalające nagiąć materię biologiczną (własne ciało) ku niematerialnym ideałom (wzorcom popkulturowym), zatem się z nich korzysta. Np. program MTV pt. „I Want a Famous Face” promował zwykłych ludzi przerabiających się chirurgicznie na obraz i podobieństwo celebrytów. 

Z czasem przybywa środków do automodelunku człowieka, coraz tańszych, coraz powszechniej akceptowanych. I te narzędzia nie determinują celu – cel, ideał rodzi się w snach, marzeniach. A one – skąd się biorą? 

Toteż docelowo biologia i neurologia staną się w stu procentach pochodnymi aktualnych trendów kulturowych: CZŁOWIEK TO BĘDZIE TO, CO AKURAT JEST MODNE JAKO CZŁOWIEK. 

Innymi słowy: człowiek będzie materialną, psychofizyczną emanacją kultury masowej. 

Czy mi się to podoba? Bynajmniej. Lecz nie widzę żadnej realnej bariery dla tych procesów. 

W jeszcze dalszej perspektywie jednak pewnym ratunkiem dla tak uplastycznionego człowieka (człowieczeństwa) mogą się okazać inne fenomeny kultury masowej: celebryctwo, celebryci. W oceanie równodostępnych możliwości – gdy można być każdym, a zatem nikim – oni oferują dzięki swojej wewnętrznej mocy przyciągania („nadawania prawdy fałszowi”, jak by napisał Nietzsche) atraktory JAKIEGOŚ człowieczeństwa. 

No dobrze, ale co to właściwie znaczy: „kultura masowa”? Powraca w takich debatach pytanie o definicję. Po tym poznać akademickie dyskusje ekspertów, że zaczynają się i kończą na definicjach. 

Pyta się o sam sens podziału. Te podziały istnieją, ponieważ są użyteczne poznawczo, a także ekonomicznie, marketingowo. Słyszę, jak się bezrefleksyjnie powtarza: Nie ma sztuki wysokiej i niskiej, jest tylko dobra i zła. Ale mówiąc o jakimś dziele sztuki, że jest dobre, mówiący stwierdza jedynie, że mu się ono podobało, natomiast określenie, iż coś jest np. muzyką pop, pozwala mi już jakoś ją zorientować w intersubiektywnej siatce pojęciowej. 

Pytanie o sens tych podziałów jednak cicho zakłada, iż w naszej mocy jest je zmienić. Nie pytamy o sens grawitacji czy liczb pierwszych. Można natomiast zasadnie pytać o sposoby wykorzystania grawitacji albo użyteczność algorytmów opartych na liczbach pierwszych. 

Mam oczywiście swoje subiektywne, „rozmyte” definicje „kultury wysokiej” i „kultury popularnej” (np. stopień konwencjonalizacji, wtórność / oryginalność). Ale tu idzie raczej u uchwycenie pewnych obiektywnych relacji widocznych w podziałach rynkowych, mediach, pisaniu o kulturze itp. 

Stawiam następującą tezę: praktyczna – tj. utarta w powszechnym uzusie – granica między popkulturą i kulturą wysoką jest funkcją maksymalizacji sumy sukcesu (komercyjnego i prestiżowego) dzieł z obu stron granicy. 

Widać to zarówno w strategiach ogólnobranżowych, jak i w staraniach konkretnych twórców. Ten proces nie ma nadanych z góry reguł i nikt nim nie kieruje: każdy twórca, producent orientuje się według własnego „sąsiedztwa” kulturowego. Ostatni przykład to starania Michała Witkowskiego, by zdjąć z siebie piętno autora piszącego dla krytyków i wejść do popu – tam widzi dla siebie większe profity. 

Niemniej jednak w dynamice masowej prędko tworzą się w ten sposób klastry, wspólne trendy – tak samo jak z chaotycznego ruchu po niebie tysiąca ptaków wtem organizuje się zmierzające w jednym kierunku stado. 

„Sztuka elitarna” też jest brandem. Ta sama książka ląduje na tej lub innej półce w księgarni w zależności od tego, jaka strategia marketingowa zostanie rozpoznana jako najefektywniejsza. 

Są takie dzieła sztuki (i w ogóle: produkty „owinięte” w kulturę, bo też perfumy, designerskie ciuchy itp.), które sprzedają się lepiej – bardziej masowo – gdy są droższe i postrzegane jako „elitarne”. 

I na odwrót: gdy Michael Jackson ogłosił się „Królem Popu”, to bardziej niż siebie – określił przez to ów „pop”: Muzyka pop to taka muzyka, której moje utwory są najlepszymi przykładami.

Swoisty znacznik granicy stanowią tu twórcy i dzieła „kultowe”. Zobaczmy, jak się wykorzystuje tę etykietkę. Zachodzi przedziwna inwersja świadomości: niszowość, a więc niepopularność, pełni rolę zachęty‑przynęty dla masowego konsumenta kultury. Bestsellery nie stają się książkami kultowymi – natomiast niektóre książki kultowe stają się bestsellerami. (Pytanie: czy i w jakim sensie tracą wówczas swą pierwotną „kultowość”?). 

W tej perspektywie cała dyskusja na Kongresie o kulturze wysokiej i niskiej stanowiła pewien rytuał popkulturowy. Co myśmy tam robili? Podnosiliśmy rozpoznawalność marek. 

W zamierzeniu jej kontekst był całkowicie różny od moich tu rozważań; w żadnym razie nie są one reprezentatywne. 

Na otwarcie debaty – która zresztą okazała się raczej ciągiem krótkich prelekcji – Henryk Woźniakowski przytoczył dwa cytaty mające posłużyć za wyznaczniki biegunowych postaw. 

W pierwszym cytacie Krzysztof Zanussi zaprezentował się jako jeden z ostatnich przedstawicieli „arystokratyzmu ducha”. Tak się nazywa program, który głoszę. Można go streścić w jednym zdaniu: nie dać się życiu zdegradować, nie zejść nigdy poniżej własnych najwyższych aspiracji. [ … ] Stąd mój całkowity rozbrat z kulturą masową. Kiedyś podejrzewałem, że jest toksyczna, dziś to już wiem na pewno. [ … ] Nie mam tolerancji dla tych, którzy chcą kulturę wysoką ściągać na dół albo nią pomiatać dlatego, że nie ma wystarczającej oglądalności. Odpowiadam im spostrzeżeniem: wszystko, co średnie, jest byle jakie.

W drugim cytacie Robert Krasowski bronił kultury masowej jako dostarczyciela rozrywki. Stworzenie wiecznie pełnego źródła radości jest osiągnięciem na miarę rozpalenia pierwszego ogniska. [ … ] Kultura wysoka nie może zgłaszać pretensji wobec jakości masowej rozrywki, odkąd sama zrezygnowała z dostarczania rozrywki. Nie ma już Molierów, Szekspirów, Arystofanesów. Przy czym zatem ludzkość ma się bawić – przy wierszach Miłosza, przy mszach Pendereckiego, przy filmach Wajdy? Mamy dziś podział pracy – kultura wysoka jest śmiertelnie poważna, a kultura masowa ostentacyjnie rozrywkowa.

Postawa Zanussiego – odtworzona na podstawie powyższego fragmentu – świadczy albo o niezrozumieniu istoty arystokratyzmu i demokracji masowej, albo o lekkiej hipokryzji. Arystokrata nie jest nim dlatego, że został za arystokratę uznany przez innych. Arystokrata nie zabiega o sukces; sukces jest dla demokratów, dla merkantylistów. Dla bycia arystokratą nie ma żadnego znaczenia, jakiego rodzaju i jakości rozrywkom oraz używkom się oddaje. Po prawdzie istnieje długa tradycja plebejskich rozrywek wysoko urodzonych; już rzymscy patrycjusze uprawiali taki kulturowy, duchowy „slumming”. To mieszczanie i parweniusze przejmują się bardzo wysublimowaniem swych gier i wzruszeń – gdyż między innymi te gry i wzruszenia czynią ich w oglądzie zewnętrznym „arystokratami ducha”. Prawdziwy książę jest księciem, nawet wychodząc brudnym świtem z taniego burdelu – ba, nierzadko pochwycony tam, na progu domu nierządu, będzie księciem tym bardziej, ponieważ POMIMO „sprowadzenia na dno”. 

Nie w tym więc hipokryzja Zanussiego, że wygłaszając takie credo, kręci komedię z Dodą; podobna swawolna samosterowność artystyczna znamionuje synów błękitnej krwi. Autor Barw ochronnych przeczy arystokratyzmowi, gdy usiłuje się z tym wszystkim PODOBAĆ, gdy się TŁUMACZY, gdy zabiega u widzów, czytelników o UZNANIE SWEJ WYŻSZOŚCI. 

Robert Krasowski dostrzega ważną rolę kultury masowej, lecz, moim zdaniem, w bardzo wąskim zakresie, wybiórczo. To prawda, ta kultura dostarcza masom rozrywki – trzeba jednak zadać sobie pytanie, jaką rolę pełni współcześnie owa rozrywka w życiu przeciętnego odbiorcy. Czy nasza refleksja ma się zatrzymać na poziomie powszechnego przeżycia „radości”? 

Kultura masowa wypełnia funkcję znacznie bardziej podstawową, bliższą tej właściwej uprzednio dla religii, dla idei narodowych, dla przedtechnologicznego boju o przetrwanie człowieka. Kultura masowa dostarcza mianowicie SENSU ŻYCIA. I to w znaczeniu bardzo praktycznym i dosłownym, tzn. ona sama jest dla ludzi sensem życia. 

Dla niej żyją, na nią czekają, ona daje im siłę, żeby przejść przez kolejny dzień, kolejny tydzień, kolejny rok, o niej śnią, w nią uciekają, według niej układają sobie obraz świata. Dzieci, młodzież, dorośli, starcy, kobiety i mężczyźni, wykształceni i niewykształceni, z miast i z miasteczek, wierzący i niewierzący, biedni i bogaci. 

Następny odcinek telenoweli. Romans celebrytów. Kontuzja piłkarza z ulubionego klubu. Nowy krój dżinsów. Nowy album idola. Enta część kultowej gry. Film z tym i tamtym gwiazdorem. Magiczny artefakt z bonusem do skilli. Wyjście do modnego klubu. Enty tom sagi o przygodach bohaterów znanych od dzieciństwa. Styl uczesania. Ślub księżniczki. Ciało jak z Photoshopa. Samochód naprawdę z Photoshopa. 

Wyjdźmy na ulicę. Posłuchajmy ich rozmów. Poczytajmy fora, blogi. Dla tego żyją. 

Jacek Dukaj




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas