poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANDRZEJ PAJĄK
Litteratura cybernetica, czyli burza w szklance wody
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

1. Fikcja nie-literacka
Hiperfikcje, literatura cyfrowa, e-literatura… To ostatnio modne terminy, które pozwalają łączyć świat literatury z najnowszymi osiągnięciami technologicznymi. Badacze literatury łącznie z niżej podpisanym zapełnili już wiele stron papieru, analizując te zagadnienia. Powstały o nich książki, rozprawy doktorskie. Problem w tym, że lista polskich utworów e-literackich prezentuje się nadzwyczaj skromnie. Wliczając nawet te najprostsze produkcje, które są rejestrowane przez portal „Techsty.art.pl”, ich liczba to mniej niż 30 pozycji, jakie powstały przez ostatnie 14 lat. Z czego godne uwagi są właściwie tylko trzy tytuły: Koniec świata według Emeryka Radosława Nowakowskiego, Czary i Mary Anety Kamińskiej oraz Księga Słów Wszystkich Józefa Żuka Piwkowskiego. 

Przyczyn niezbyt imponującego stanu polskiej e-literatury nie należy upatrywać w jej niszowości, ale raczej w opóźnieniu Polski w dostępie do nowoczesnych technologii, które było efektem polityki rządów komunistycznych. Zaryzykowałbym twierdzenie, że nasz kraj ominęła „epoka Story Space” (1987) i zamiast tego wkroczyliśmy od razu w „epokę blogów” (ok. 1999). W dużej mierze polska e-literatura powstawała w czasach, kiedy zarówno komputery, jak i dostęp do Sieci były znacznie mniej powszechne i być może dlatego te działania nie trafiały na podatny grunt. Choć zdarzały się w tym okresie (1997–2001) ciekawe projekty. Przykładem może być wspólne pisanie (collaborative writing) powieści z Jerzym Pilchem (2001), zorganizowane przez tygodnik „Polityka”, czy współtworzenie wierszy przez uczestników chatu multipoezja.onet.pl moderowanego przez Michała Zabłockiego.

Działania nastawione na przekaz poetycki zdają się wskazywać, że twórczość cyfrowa to kolejny etap działań awangardowych, jakie pojawiły się w polskiej literaturze (ale przecież można to odnieść również do literatur obcojęzycznych) w XX wieku. Nie jest to kontynuacja w linii prostej, lecz wyraźnie czerpie się tu z dorobku przedwojennych awangard i poprzedzających je dokonań. 

Scott Rettberg w pracy opublikowanej w internetowym magazynie „Fiberculture” pokazał, jak dużo wspólnego z praktyką dadaistów ma współczesna literatura cyfrowa. Jedni i drudzy korzystają z zastanych wokół siebie obiektów. Jak Tristan Tzara w 1920 roku formułował reguły poematu dadaistycznego, tak w 2008 roku Jarosław Lipszyc stworzył tom Mnemotechniki (2008), który jest dostępny zarówno w formie książkowej, jak i opublikowany w internetowych Wikiźródłach. Lipszyc zremiksował hasła zawarte w polskiej wersji Wikipedii Wolnej Encyklopedii, tworząc z nich nowe byty – nowe utwory poetyckie. Ale sam pomysł nie jest przecież nowy. O centonie, jego tradycji i innego typu grach ze słowem pisał w 1954 roku Tuwim w Pegazie dęba. Do czego za chwilę jeszcze powrócę.

2. Autorefleksja
Patrząc na e-literaturę z perspektywy czasu, dochodzę zatem do wniosku, że zajmowałem się działaniami niszowymi, które zaledwie w kilku przypadkach okazują się godne uwagi. Początkowo wydawało mi się, że zapoczątkowana w 1987 roku (przez afternoon, a story Michaela Joyce’a) era powieści komputerowej dość szybko spowoduje wykorzystanie wielkich możliwości, jakie tkwią w tzw. nowych mediach. Efektem połączenia literatury z technologią miałaby być taka forma powieści, czy ogólniej literatury, w której nie tylko rolę odgrywać by mogła hipertekstowa struktura tekstu, ale przede wszystkim połączenie tejże literatury z rzeczywistością. Przykładowo, czytając fragment utworu, w którym bohater dokądś telefonuje, czytelnik również otrzymuje taką możliwość. Dzwoni i w zależności od jego chęci i intuicji tą drogą „otrzymuje” dodatkową porcję fabuły. 

To marzenie, mimo że możliwe do zrealizowania, do dziś się w świecie literatury nie spełniło i, jak sądzę, w najbliższym czasie się nie spełni. Tekst pozostanie tekstem, jaki znamy od stuleci, nawet jeśli obudowany w dodatki (np. aparat krytyczny) doczeka się edycji cyfrowej na miarę technicznych możliwości medium. Gdyby stało się tak, jak sobie wymarzyłem, pojawiłby się (i pojawia się) dylemat, czy taki interaktywny tekst jest po prostu grą komputerową, czy jeszcze literaturą, w której słowo jest ważniejsze od liczby zdobytych punktów, zaliczonych „questów” albo zabitych potworów. 

Zresztą formuła gry komputerowej, w której zadaniem gracza-czytelnika-użytkownika jest rozwiązanie zagadki, jest potencjalnym zagrożeniem dla literatury popularnej, dla kryminałów. Przyjemność i napięcie towarzyszące na przykład grze w Farenheita (Quantic Dream 2005) są trudne do opisania. Za sprawą serii aporii i epifanii to coś zupełnie innego niż lektura powieści sensacyjnej czy oglądanie thrillera.

Z jednej strony, e-literatura jest zatem eksperymentem. Z drugiej jednak – w swojej odmienności nie jest właściwie niczym nowym. Jej nowatorstwo sprowadza się tylko do wykorzystania innego medium. Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku było to „testowanie” hipertekstowej struktury; teraz eksperymenty dokonują się na ekranie iPhone’a (zoomed story Shadows Never Sleep naszej rodaczki Ayi Karpińskiej) czy w interfejsie komputerowej mapy Google Maps (The 21 Steps Charlesa Cummingsa). 

3. Dziedzictwo
Eksperyment i testowanie możliwości medium, jak wspomniałem, nie są niczym nowym. Są tak stare jak tekst. Dlatego badając wciąż niszową e-literaturę, nie można ignorować tradycji tekstów dynamicznych, które pojawiły się masowo już w epoce baroku. Wskazanie tego okresu literackiego jako momentu pojawiania się tekstów, które mają punkty wspólne z literaturą elektroniczną, nie jest przypadkowe. Od baroku bowiem rozpoczyna się na szerszą skalę eksperymentowanie z literacką formą utworów. 

Niecodzienny, nawet i dziś, układ tekstów z tamtego okresu skłania współczesnego czytelnika do uważnej lektury, wymusza wybór jej początku i końca oraz, co najważniejsze, dodaje kolejny poziom znaczenia. To zaproszenie do gry, interakcji i działania sprawia, że tekst przestaje już być jedynie do czytania. Jego forma nie uwzględnia już tylko tekstu jako symbolicznego wyrażenia ludzkich poglądów, ale również traktuje go jako twór zdeterminowany poprzez swego rodzaju poziom programowania i przetwarzania znaków (Shäfer).

Na stronach antologii barokowej poezji kunsztownej i wizualnej Piramidy*słońca*labirynty autorstwa Piotra Rypsona znajdziemy ponad 260 przykładów, z których wiele wymaga od czytelnika czegoś więcej niż tylko czytania. Nie znajdziemy co prawda u Rypsona tekstów-maszyn na miarę Fünffacher Denckring autorstwa Georga Philippa Harsdörffera czy dysków Rajmunda Llulla. Jednak kilka niezwykłych przykładów polskiej poezji kombinatorycznej, jak np. Carmen infinitum Ksawerego Prolewicza, pokazuje, że generatora milionów wierszy nie przyniosła literaturze dopiero działalność istniejącej do dziś Pracowni Literatury Potencjalnej (OuLiPo), a tym bardziej komputer. 

Takich przypadków polska literatura zna co najmniej kilka. Jeśli przyjrzelibyśmy się bliżej XVI–XVIII-wiecznym sylwom, które potrafiły urosnąć nawet do objętości ponad 1500 stron, to moglibyśmy odnaleźć w nich pierwowzór blogów. Uzupełniane przez pokolenia zapiski mogły być prowadzone przez kilku członków rodziny, a do już istniejących wpisów ich czytelnicy dodawali własne, na przykład jako glosy na marginesie (vide komentarze na stronach www). Oprócz tego obok odręcznego pisma wklejane były różnorodne teksty drukowane, fotografie itp. (vide możliwość wklejania zdjęć i filmów do blogów czy profili w serwisach społecznościowych). Powstawało w ten sposób unikatowe i wciąż żywe dzieło.

Kolejna perełka, która zasługuje na uwagę, to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego (polski przekład pochodzi z 1847 roku). Jej skomplikowana szkatułkowa budowa sprawia, że można ją bez skrupułów równać z powieścią Sterne’a. Poza tym Potocki zawiera w niej kilka spostrzeżeń, które w jakimś sensie są zbieżne z możliwościami oferowanymi dziś przez okno internetowej przeglądarki. Wystarczy przeczytać ten opis pochodzący z części Dzień 28: Jakkolwiek całą uwagę zwracam na słowa naszego naczelnika, nie mogę przecie schwytać w nich najmniejszego związku. W istocie, nie wiem, kto mówi, a kto słucha. Tu margrabia de Val Florida opowiada córce swoje przygody, która opowiada je naczelnikowi, który nam znowu je opowiada. To istny labirynt. Zawsze zdawało mi się, że romanse i inne dzieła podobnego rodzaju winny być pisane w kilku kolumnach, na kształt tablic chronologicznych. – Masz senor słuszność – odpowiedziała Rebeka. – I tak na przykład w jednej kolumnie czytano by, że pani de Val Florida oszukuje swego męża, w drugiej zaś ujrzano, czym ten wypadek go uczynił, co bez wątpienia rzuciłoby nowe światło na całe opowiadanie. 

 – Wcale nie to chciałem powiedzieć – rzekł Velasquez. – Ale oto jest na przykład książę Sidonia, którego charakter mam zgłębiać, gdy tymczasem widziałem go już na marach. Czyliż nie lepiej było zacząć od wojny portugalskiej? Wtedy w drugiej kolumnie ujrzałbym doktora Sangre Moreno zastanawiającego się nad sztuką lekarską i nie zdziwiłbym się widząc, że jeden płata zwłoki drugiego. – Zapewne – przerwała Rebeka – ciągłe niespodzianki czynią opowiadanie mało zajmującym, gdyż nigdy nie można zgadnąć, co po czym nastąpi.

Innym przykładem nietypowej książki jest Pałuba (1903) autorstwa Karola Irzykowskiego. Tu w Studium biograficznym pojawiają się fizykalne odnośniki (linki!) kierujące do wersów znajdujących się na innych stronach powieści, co uruchamia tym samym eksploracyjne działanie użytkownika, który decyduje o porządku lektury. Najciekawsze mogą prowadzić od jednego miejsca do wielu, co nie jest proste do zrealizowania w świecie internetu.

Praktycznie wszystkie opisane utwory to dzieła literackie. Jednak eksperymenty na tekście jako takim i na tekście literackim to nie tylko działania pisarzy, ale także artystów plastyków. Przykładem może być Historia pewnego przypadku Małgorzaty Dawidek-Gryglickiej. Był to składający się z kilkudziesięciu połączeń analogowy hipertekst, który powstał w 1997 roku, i to bez świadomości istnienia hipertekstu komputerowego. W pomalowanym na biało pomieszczeniu porozwieszano kartki, pomiędzy którymi rozciągnięto linki. Zwiedzający (czytelnik?), zanim wszedł do wnętrza, przed wejściem napotykał pierwszą z około czterdziestu leksji tekstu. Połączenia przybierały nie tylko prostą formę prowadzącą od leksji do leksji, ale bardzo często nitka rozszczepiała się: rozdwajała lub roztrajała pomiędzy leksjami. 

Również z pracowni artystycznej pochodzą projekty Józefa Żuka Piwkowskiego i Wojciecha Bruszewskiego, które należą do najciekawszych przykładów utworów kombinatorycznych, jakie pojawiły się w historii polskiej literatury ergodycznej. Można je uznać za naszą odwiedź na matematyczne działania twórców skupionych wokół grupy OuLiPo. 

Najciekawsza jest Księga Słów Wszystkich, będąca spisem wszystkich możliwych słów, jakie można utworzyć z 26 liter alfabetu łacińskiego. Co bardzo istotne, ten projekt powstał wprawdzie na komputerze, ale na długo przez internetem i komputerami osobistymi, bo tychże w 1976 roku jeszcze nawet za Wielką Wodą nie było!

4. Teoria
Napisałem wcześniej, że eksperymentująca literatura „wymaga od czytelnika czegoś więcej niż tylko czytania”. Owo „coś więcej” norweski teoretyk Espen Aarseth określił mianem nietrywialnego wysiłku, w opozycji do niego stawiając wysiłek „trywialny”, jakim ma być przewracanie kartek czy wodzenie gałką oczną po stronie z tekstem. Aarseth, widzący tekst jako maszynę do generowania znaczeń, której operatorem jest czytelnik, buduje teorię cybertekstu. Zaprezentowane w Cybertext: Perspectives on Ergodic Literature (1997) podejście pozwala na spójny ogląd różnorakich tekstów, począwszy od napisów pojawiających się w jaskiniach, poprzez dzieła publikowane na papierze, hiperteksty czytane na ekranie komputera, gry tekstowe, bazy danych, na utworach poezji kinetycznej i holograficznej kończąc. Pisze on: Cybertekst nie jest żadną nową czy rewolucyjną formą tekstu możliwą tylko dzięki wynalazkowi cyfrowego komputera. Nie stanowi on też radykalnego zerwania ze staromodną tekstualnością, choć łatwym byłoby go w ten właśnie sposób przedstawić. Cybertekst to pewna perspektywa patrzenia na wszelkie formy tekstualności, to sposób na poszerzenie zakresu badań literackich dzięki wprowadzeniu w ich obszar zjawisk do tej pory uznawanych za egzystujące poza nim, na jego obrzeżach, lub nawet w opozycji do niego, z powodów czysto zewnętrznych.

Z powyższych powodów teoria norweskiego badacza wydaje się obiecującym, spójnym spojrzeniem na „literaturę eksperymentu”.

5. Przyszłość ma postać tabliczki
Czy oznacza to, że drogi literatury i komputera, czy raczej internetu, rozchodzą się, a właściwie nigdy się na dobre nie zeszły? Nie jestem prognostą, ale wszystko wskazuje na to, że nawet jeśli znikną papierowe książki, a wielkie dzieła będziemy czytać na czytnikach takich jak e-Clicto, Amazon Kindle czy Apple iPad, to kodeksowa forma prezentacji tekstu literackiego nie ulegnie znaczącej zmianie. Zmieni się tylko medium, pojawią się nowe możliwości, takie jak szybkie wyszukiwanie, dostęp do materiałów dodatkowych, ale wciąż będzie to ten sam poczciwy tekst. 

Czekają nas jednak duże zmiany na rynku prasy. Jak wskazują wyniki dystrybucji, czasopisma coraz słabiej się sprzedają. Internet staje się nowym jakościowo źródłem informacji, które łączy prasę, radio i telewizję w jednym okienku. I to, jak pokazują prezentacje konceptów cyfrowych wersji amerykańskich tytułów „Wired” czy „Sports Illustrated”, jest przyszłość. A przyszłość dla prasy wydaje się mieć formę glinianej… przepraszam, cyfrowej tabliczki. Literatura, nawet ta w wersji 2.0, może spać spokojnie.

Andrzej Pająk




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas