poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARIUSZ PISARSKI
Pod warstwą szkła i kryształu. Jak się czyta tekst cyfrowy
Dekada Literacka 2010, nr 1-2 (239-240)

Moja codzienna droga do pracy rzadko przebiega tą samą trasą. Kierowany buddyjską zachętą do pokonywania nawyków, najczęściej wybieram jedną z trzech. „Droga przekleństw” jest prosta jak tylko się da i najszybsza. Roi się tu od brawurowych wozów dostawczych, zajeżdżających drogę piętrowych autobusów i niemrawych niedzielnych kierowców, którzy nie wiedzą, co to kierunkowskaz. Trasa druga to typowa zielona ścieżka. Po kilku haustach spalin odbija się od drogi głównej, by popedałować wzdłuż spokojnych wód kanału. Cicho i da się oddychać. Jednak nianie z dziećmi, wędkarze, rozbiegane psy i truchtający biznesmeni ze słuchawkami na uszach nie dają rowerzystom rozwinąć skrzydeł. Trasa trzecia to „droga środka”. Biegnie przez senną dzielnicę mieszkalną, przeciska się przez Mozart Street, skręca w egzotyczną Cairo Road, mija Księcia Walii – smutny pustawy pub, przeskakuje mostem przez kanał i wypycha mnie do celu. 

Wszystkie trzy trasy w co najmniej jednym punkcie łączą się ze sobą. Każdy dzień i każda droga z domu do pracy i z powrotem mogą być różne. Fragment miasta – przestrzeni, w której wędrówka się odbywa – pozostaje niezmieniony. Jednak dzięki wielu ścieżkom, po których można przejść z punktu A do punktu B, jego doświadczenie jest za każdym razem inne. Podobnie dzieje się z tekstem literackim, gdy znajduje się on w warunkach sprzyjających rozgałęzieniom i wyborom. Warunki te podsuwa literaturze hipertekst. 

Czy możliwość wyboru i podatność na rozgałęzianie to zaleta czy wada, źródło tekstowej przyjemności czy bólu, przyszłość czy upadek literatury? Nie wiem. Istotniejsze wydaje mi się pytanie, jak analizować, interpretować i wartościować narrację, która może się zmieniać w zależności od tego, kto, kiedy i w jakim nastroju ją czyta? Problem ten, stary jak eksperymenty z cyfrowym słowem z lat 80. i 90., w zmienionym kontekście pojawia się dziś raz jeszcze. Społeczność czytających i wydawców zalewają wieści o przenośnych urządzeniach, które rzucają otwarte wyzwanie drukowi. Czytnik e‑booków mieści w sobie tysiące książek naraz, jest książką i biblioteką jednocześnie. Wśród propozycji, które podsunie czytelnikom przenośna technologia, znajdą się zapewne nie tylko te imitujące druk, lecz i takie, które zapragną przemówić językiem nowych mediów, włączyć cechy nośnika do arsenału swoich środków wyrazu. Strukturą głęboką tego języka jest hipertekst i baza danych. Ich wyrazem – rozgałęzianie i działanie na żądanie. Aby odpowiedzieć na pytanie, jak czytać i jak oceniać cyfrowe teksty przyszłości, warto sięgnąć do cyfrowej awangardy lat 90. Dzisiejsze hałaśliwe e‑booki pod względem poszukiwania nowych sposobów wyrazu wyglądają przy niej jak wiktoriańskie strażniczki obyczajów. 

Powieść hipertekstowa afternoon, a story Michaela Joyce’a, opublikowana w 1990 roku na małej dyskietce wkładanej do komputerów osobistych Macintosh, zaczyna się tak: Próbuję przywołać zimę. „Jakby to było wczoraj?” – mówi ona, ale dla mnie to bez znaczenia.

Słońce zachodzi przed piątą i to, co roztopiło się popołudniu zamarza z powrotem, tworząc na tle asfaltu kryształowe ośmiornice i lodowe palmy – rzeki i kontynenty ogarnięte strachem, wysiadamy z samochodu, śnieg jęczy pod naszymi butami, a dęby wybuchają jeden po drugim wzdłuż linii płotu na horyzoncie, szrapnel spada odłamkami, echo toczy się grzmotem daleko po lodzie. To była esencja lasu, mówią te fragmenty. A ciemność ta jest powietrzem.
„Poezja” mówi bez emocji,
bez znaczenia.

Czy chcesz o tym usłyszeć?

Pierwsza cyfrowa kartka powieści (pierwsza z pół tysiąca) nie ma prostego ciągu dalszego. Różni się też od wejść do narracyjnego labiryntu, znanych z fabularnych gier tekstowych lub paragrafowych opowieści fantasy, wzorowanych na Grze w klasy Cortazara, prowadzących zazwyczaj w dwu, trzech kierunkach (np. na wschód, na zachód). Początek afternoon, a story ma aż dziewiętnaście różnych ciągów dalszych. Kryją się one za co trzecim słowem, ale aktywne jest każde z nich, nawet klikając na pustą przestrzeń pomiędzy wersami, zostajemy gdzieś przeniesieni. Cóż się zatem wydarzy, gdy przed pięcioma komputerami, na których zainstalowano afternoon, posadzimy pięcioro czytelników i po upływie godziny zapytamy: o czym jest ta powieść? Czy jeśli taka lekturowa sesja odbywa się w klasie, da się „przepytać” uczniów ze znajomości „treści” utworu? Jak w końcu recenzować dzieło napędzane przez maszynerię, która odsłania przed nami pewne wybory, a zamyka inne? 

Moi czytelnicy – osoby, które prosiłem o kontrolowaną lekturę początków tej powieści – podchodzili do prób podejrzliwie, wyczuwając, że uruchomienie tego a nie innego słowa nie tylko zmienia bieg opowieści, ale też mówi coś o nich samych. Nie chodzi tu jednak o psychoanalizę, lecz o warunki odbioru dzieła. Wskazują one na kilka typów czytelnika powieści cyfrowej. 

Oto sensualista: spośród wszystkich słów, które przy pierwszej lekturze stanowią wrota w nieznane, wybiera takie jak: zachodzi, roztopiło, zamarza, ośmiornice, palmy, jęczy, echo, grzmotem. Sensualista uczulony jest na połyskliwość tekstu, odniesienia do obrazów, dźwięków i zapachów, które po przywołaniu domagają się kontynuacji. Obietnica fabuły ustępuje tu miejsca obietnicy zmysłowej uczty. Sensualista nie musi podążać za akcją, gdyż pierwsze zdania powieści sugerują jego ulubioną ramę gatunkową: prozę poetycką. Ten typ czytelnika czuje się tu jak ryba w wodzie. 

Stylistyczne nadorganizacje drażnią konkretystę. Szuka on w równym stopniu ciągu dalszego, jak jego zasadności. Wczoraj, ona, mnie, popołudniu, samochodu, asfaltu, płotu, mówi, usłyszeć – to słowa, które wybierze. On też, nieco zniecierpliwiony, naciśnie znajdujący się pod pytaniem czy chcesz o tym usłyszeć przycisk TAK. Kim jest ona, kim jest on, o co tu chodzi? – pyta. I dostaje to, czego pragnie. Łącza referencyjne prowadzą w afternoon od razu do sedna. Ignorując poetyckie bifurkacje, intertekstualne wolty, ślepe uliczki i metafikcyjne wycieczki, słowa wybierane przez konkretystę wiodą do zdania: chcę powiedzieć, że dziś rano mogłem widzieć śmierć swojego syna, które określi tonację całego tekstu. 

Typ trzeci to literat. Czytelnik obeznany z rzemiosłem pisarskim, odszukujący w tekstach kontury znanych sobie struktur, narzucający na to, co nieznane, siatkę oswojonych pojęć i chwytów. Bramami do dalszych partii utworu są dla niego słowa: przywołać, mówi, ona, znaczenia, wysiadamy, naszymi, esencja, fragmenty, poezja, usłyszeć. Zwroty te wskazują na formę, na postacie, na potencjalne wypowiedzi metatekstowe. Wszystkie one, ma nadzieję literat, powinny wyjaśnić, z jakim rodzajem opowieści ma się tu do czynienia i czego się spodziewać. Potwierdzenie tych oczekiwań pozwala literatowi na zarzucanie swoich pojęciowych (lub warsztatowych) sieci na kolejne szczeble narracyjnej budowli. 

Typ czwarty: egzystencjalista. Literatura to dla niego środek, a nie cel sam w sobie. W poszukiwaniu odpowiedzi na Pytania Zasadnicze nie przeszkodzi mu pokrywająca tekst warstwa szkła i kryształu. Egzystencjalista spogląda poprzez tekst, uruchamia słowa, za którymi podąża i w sztuce, i w życiu: zimę, słońce, rzeki, kontynenty, strachem, esencja, lasu, ciemność, powietrzem, poezja. Słowa poezja i esencja znaczą dla niego co innego niż dla literata. W tym tkwi urok łącza: obiecuje ono to, czego byśmy sobie życzyli, po czym obietnice te łamie. Jak mówił Stuart Moulthrop, hiperłącze to czek bez pokrycia, o którego wartości dowiadujemy się dopiero po drugiej stronie dwóch powiązanych segmentów. 

Ostatni typ odstaje od grupy. Ale jego strategie lekturowe są powszechne, zwłaszcza gdy odbiorcy wciąż przeszkadza odmienność medium. To defetysta. Nie chce on podążać za aktywnymi słowami. Na pytanie Czy chcesz o tym usłyszeć odpowie NIE, ewentualnie uderzy klawisz ENTER i uruchomi ścieżkę domyślną. Jeśli już, to wybierze słowa typu wczoraj (podświadoma ucieczka od lekturowego tu i teraz), asfalt (zawężenie punktu widzenia) czy odłamkami (założenie chaotyczności i niespójności jako koło ratunkowe). Defetyści są tekstom trudnym potrzebni. Stanowią istotną podporę przy próbie oceny utworu. Ich liczba świadczyć może o porażce lub sukcesie dzieła. 

Tak jak różne są sposoby przedarcia się przez miejską przestrzeń z punktu A do punktu B, tak żaden z wymienionych trybów czytania tekstu‑sieci i tekstu‑bazy danych nie jest sposobem gorszym lub lepszym. Tych kilka strategii lekturowych krzyżuje się z sobą i miesza. Jedną strategię można porzucać na rzecz innej. Dzieło rozgałęziające się i działające na żądanie wprowadza wariantowość nie tylko na poziomie narracji (ang. plot, ros. sjużet, franc. recit), ale też na poziomie opowiadanej historii, fabuły, świata przedstawionego (ang. story, ros. fabula, franc. histoire). Aby zilustrować to przykładem i odnaleźć w nim morał, raz jeszcze sięgnijmy do amerykańskiej awangardy literatury cyfrowej przełomu lat 80. i 90. Tym razem z perspektywy jej krytycznej recepcji. 

Jane Yellowlees Douglas z Uniwersytetu Floryda, była pionierką cyfrowego close reading, miała też szczęście być pierwszym beta testerem powieści afternoon, a story. W jednym z fragmentów utworu Joyce, niby mimochodem, pisze: ale to miejsce odwiedziła chyba tylko niestrudzona Jane Douglas. Nic dziwnego, iż kolejne omówienia tego tekstu czerpały z jej rozpoznań. Lektura afternoon to dla Douglas wędrówka przez kolejne warstwy, w głąb skrywanych przez tekst tajemnic. Ich epicentrum stanowi znajdujące się głęboko na peryferiach i trudno dostępne miejsce o nazwie white afternoon. Badaczka dociera tam dopiero za czwartym podejściem, co wynagradza sobie poczuciem fabularnego zamknięcia. Już wiem, co się wydarzyło – cieszy się Jane Yellowlees i dzieli ze światem trudno zdobytą wiedzą. Gdy jednak 10 lat później postanawiam nanieść odnogi afternoon na mapę, staje się jasne, że white afternoon nie jest ani głęboko ukryte, ani na peryferiach. 

W niektórych ścieżkach pojawia się już jako trzynasty ekran tekstu (uruchomienie słowa esencja + tryb domyślny), w innych (przycisk TAK + tryb domyślny) jako osiemnasty. Dochodzi się tu szybko i wygodnie. Wystarczy zamiast czterech sesji lekturowych przetestować piątą, szóstą i może kilka kolejnych, by postawić znak zapytania nie tylko nad tą czy inną interpretacją, ale też nad przyjętą wersją fabuły. 

W powieści o strukturze auto‑detektywistycznej, gdzie to, co zewnętrzne, miesza się z tym, co wewnętrzne, a świat aktualny ze światem możliwym, ten krytycznoliteracki problem potęguje się aż do bólu głowy. Jaki z tego wniosek? Gdy dziesięciu krytyków zabierze się do lektury nielinearnej i wielowariantowej powieści, skończyć się to może recenzjami dziesięciu różnych utworów. Tytuł pozostaje ten sam. Czy to dobrze, czy źle? Na pewno ciekawie. Przyszłość literatury, która czmycha właśnie z pachnących drukiem kartek pod reagującą na dotyk taflę szkła i kryształu, szykuje nam coś więcej niż lekturę elektronicznej Lalki Prusa. Warto liczyć i na to, że na Kindlach, iPadach i eClictach dojść może do bliskich spotkań z utworami pokroju afternoon. I jeśli po wszystkich „warto” i „powinno” ośmieliłbym się dodać trzy krótkie wskazówki, które uczyniłyby ów kontakt znośniejszym, brzmiałyby one tak:

1. Pokochaj fragment. Jeśli tekst rozgałęzia się i pojawia na żądanie, to czytelnik może nigdy nie dotrzeć do celu. Skąd wiedzieć, czego od tekstu zażądać? Pozostaje zadowolić się fragmentami, drobnymi odcinkami, by – jak zachęca Roland Barthes – niczym kamienie układać je w krąg i na okruchach tych się opierać. Kolejne podejścia do dzieła wyrzucą na brzeg kolejne fragmenty tej nigdy nie pełnej układanki. Na grzbiecie nowej fali przypłynie ktoś inny, by na gruzach twojego kręgu ustawić swój. Hipertekst wzmacnia, potwierdza i przywołuje rozumienia tekstu, które pomijając linearność, kładą nacisk na porządki pozakolejnościowe. Są to semantyczne zlepy i ciągi, które układają się w powtarzalne wzorce. Ich odkrywanie staje się ważniejsze niż bieg z punktu A do punktu B po wyraźnie oznaczonym torze. 

2. Wsłuchaj się w szum niespójności. Cyfrowy tekst to nie tylko zlepy i ciągi. To także szumy. Zamierzony chaos i władza przypadku nie są nowością. Spójność tekstu jest konwencją – szokował niegdyś studentów Włodzimierz Bolecki. Tekst cyfrowy nadaje tej tezie nowego blasku. Algorytmy losowe i warunkowe, w jakie można doposażyć hiperłącza, mogą sprawić, by ten sam fragment za każdym razem przenosił odbiorcę w inne miejsce. Ta nagła transportacja ma charakter zarówno intra‑, jak i intertekstualny, równie łatwo przywołuje tekst, dźwięk i fragment filmu. Gdy zasiądziemy do lektury na chłodnym, dotykowym ekranie, przetasowując w dłoniach coraz to inne partie niejednorodnej materii, pierwszą rzeczą, której możemy być pewni, będzie niespójność. Spójność to luksus i chwila wytchnienia. 

3. Odkryj w sobie cyborga. Elektroniczne hiperteksty zapraszają do cyborgicznych praktyk lekturowych – ostrzega Katherine Hayles. Modelowy czytelnik Umberto Eco staje się częścią obwodu zamkniętego, tworzonego przez żywy organizm oraz maszynę, poruszanego przez sprzężenie zwrotne pomiędzy tekstem a jego operatorem. Czytelnik o cyborgicznej tożsamości odbiera tekst inaczej niż okryty pledem, zagłębiony w fotelu czytelnik wieku XIX. Cyborg‑czytelnik przygląda się trybom i trybikom tykającego zegara tekstu, sprawdza naoliwienie, szuka słabych i mocnych punktów silnika, wykonuje jazdy próbne. Interpretacja następuje na końcu, po zapisie ścieżki, naniesieniu na mapę trasy przebiegu, raporcie błędów. 

Czy na czytnikach e‑booków odnajdziemy literaturę, która zachęci nas do testowania powyższych trzech wskazówek i pięciu strategii? Nie jestem tego pewien, ale chciałbym, by tak było. 

Mariusz Pisarski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas