poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MATEUSZ ANTONIUK
Herbert, ten sam, ale trochę inny
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Zbigniew Herbert
Mistrz z Delf
Fundacja Zeszytów Literackich
Warszawa 2008

Dziesięciolecie, które minęło już od śmierci Zbigniewa Herberta, charakteryzowało się wewnętrznym napięciem: z jednej strony radykalna nieobecność osoby autora, zapowiedziana w dramatycznym wierszu pt. Koniec (nie ma mnie i nie ma zupełna pustka), z drugiej ciągły i intensywny przypływ nowych tekstów poetyckich, prozatorskich, epistolarnych. Na łamach książkowych i prasowych umarły poeta ogłaszał, rzecz jasna per procura, utwory nigdy dotąd nie publikowane bądź zapomniane, drukowane raz jeden, w formie ulotnej, okazjonalnej. 

Mija dziesiąty rok kwerendy i działalności wydawniczej, jubileuszowa okoliczność zachęca więc do podsumowania efektów dotychczasowej pracy archiwizacyjnej oraz licznych publikacji. Obok Wierszy zebranych w edytorskim opracowaniu Ryszarda Krynickiego, funkcję rekapitulacji pełni bez wątpienia „Mistrz z Delft”  i inne utwory odnalezione, książka, która zbiera w całość Herbertowskie inedita, drukowane wcześniej na łamach „Zeszytów Literackich” w latach 1999–2008. 

Porządek lektury
Powiedzieć jednak o tej książce „próba podsumowania” – to za mało. Mistrz z Delft jest w istocie propozycją pewnego uporządkowania zbioru „herbertianów”. A tworzą ów zbiór teksty dość liczne (39 pozycji w spisie treści), zróżnicowane pod względem genologicznym i chronologicznym. Większość nie doczekała się publikacji za życia autora, jednakże część spośród nich była już ogłoszona przed rokiem 1998, tyle że w tłumaczeniach na języki obce i w zagranicznych wydawnictwach. Na tytułowej karcie książki czytamy: opracowała, ułożyła w tom i opatrzyła komentarzem Barbara Toruńczyk. W jaki sposób, wedle jakiego planu? Całość podzielona została na pięć głównych części i już wgląd w pierwszą z nich, zatytułowaną Szkice, pozwala uchwycić intencję kompozycyjną. Zasadniczo rozdział skupia formy prozatorskie, których orientację gatunkową można dookreślać następująco: zbliżenie do bieguna prozy eseistycznej, kulturoznawczej, podróżniczej, podejmującej tematy z zakresu historii sztuki i literatury; oddalanie od bieguna prozy fikcjonalnej, fabularnej, beletrystycznej. Niespodziewanie w takiej konstelacji tekstów odnajdujemy utwór liryczny, wiersz pt. Mykeny, który teoretycznie „powinien” znaleźć się w dziale Wiersze, proza poetycka. Motywacja jest jednak czytelna. Czas powstania oraz tematyka tekstu bliskie są prozatorskiemu Diariuszowi greckiemu; sąsiadowanie obu utworów lepiej eksponuje wewnętrzny obieg myślenia, scalający wielorakie, modalnie zróżnicowane dzieło Zbigniewa Herberta. Innymi słowy, redaktorski zmysł porządkowania dostrzega i podziały gatunkowe, i chronologię procesu twórczego, lecz z przesłanek tych nie wyprowadza absolutnych, nadrzędnych kryteriów systematyzacji. 

Lekturę Mistrza z Delft można porównać do zwiedzania ekspozycji, podzielonej na tematyczne sale. Wspomniana już część pierwsza pt. Szkice pokazuje Herberta – dojrzewającego i stopniowo kształtującego się eseistę. Część druga, Wiersze, proza poetycka uchyla drzwi Herbertowskiego warsztatu poetyckiego. Czytając pomieszczone tu inedita, znajdujemy się niejako na zapleczu Pana Cogito, a następnie Epilogu burzy. Proza eseistyczna powraca w części trzeciej, opatrzonej nadtytułem Prywatna historia świata. Tym razem edytor ukazuje Herberta myślącego o doświadczeniu historii, o nieoczywistym następstwie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, o przemijaniu postaci świata, wreszcie o roli człowieka jako rzeczywistego  /  urojonego podmiotu dziejów. W części czwartej (Herbert o swoich wierszach) zebrane zostały autokomentarze poety, przeznaczone dla odbiorcy niemieckiego (Dlaczego klasycy, Dotknąć rzeczywistości). A więc: Herbert mówiący o samym sobie, jakiś „metaherbert”. W końcowym rozdziale książki autor Pana Cogito opowiada już o innych osobach. Znajdziemy tu krótkie, wspomnieniowe uwagi, dotyczące ważnych postaci życia literackiego, z którymi Herbert zetknął się lub współpracował (Brodski, Unseld, Bondy, Ficowski1). Intymną tonacją wyróżnia się w tej grupie szkic wspomnieniowy z początku lat 90., poświęcony babci Bałabanowej2

Koncepcja wyodrębniania poszczególnych segmentów książki i proponowanych kręgów lekturowych jest oczywiście dziełem redaktorki tomu. Trzeba jednak podkreślić, że Barbara Toruńczyk inspiracji i podpowiedzi szukała u samego autora, w jego, dosłownie i w przenośni, szufladzie. Ośrodkiem, wokół którego krystalizują się poszczególne układy tekstów, jest przeważnie jakiś zamiar autorski, pomysł lub plan, nie w pełni zrealizowany, lecz udokumentowany archiwalnie. Przykładowo, trzon rozdziału pt. Prywatna historia świata stanowią krótkie szkice prozatorskie, pisane przez Herberta od końca lat 70. z myślą o planowanym tomie Narzeczona Attyli lub Porządek świata (informacja z komentarza edytorskiego). Do tego korpusu utworów redaktorka dołączyła teksty kilku przemówień, wygłoszonych przez Herberta z okazji otrzymania europejskich nagród literackich i kulturalnych (np. The T.S. Eliot Award for Creative Working, Preis der Stadt Munster fur Europaische Poesie). Można zatem powiedzieć, iż struktura Mistrza z Delft jest – do pewnego momentu – rekonstrukcją autorskiego porządku myślenia o własnym, rodzącym się dziele. To, co poza rekonstrukcję wykracza, jest zamiarem poety wyraźnie inspirowane i ukierunkowane. 

Herbert – ale jaki?
Czy Mistrz z Delft modyfikuje wizerunek Zbigniewa Herberta, a więc wizerunek poety, eseisty i dramatopisarza, który w ciągu półwiecznej bez mała aktywności twórczej zdążył wydać kilkanaście książek autoryzowanych, starannie przemyślanych? Byłoby sytuacją raczej dziwną, gdyby zgromadzone inedita implikowały jakiś radykalnie nowy projekt osobowości twórczej autora Rovigo. I tak, bez wątpienia, nie jest. Najnowsza „Herbertowska” książka „Zeszytów Literackich” przynosi całą serię powtórzeń i upewnień; w utworach „odnalezionych” potwierdza się tożsamość licznych utworów publikowanych za życia poety. Nic w tym niespodziewanego, że w dziale historiozoficznej prozy Herberta tak wyraźnie słyszalna jest sławna formuła Eliota, mówiąca o relacji „time present”, „time past” i „time future”. Nic niespodziewanego – jeśli pamięta się choćby o wierszu Do Ryszarda Krynickiego – list. Listę podobnych przykładów łatwo kontynuować. Po prostu: Mistrz z Delft nie miał być, nie mógł być i nie jest książką sensacyjno-reinterpretacyjną. 

Lektura tego tomu stwarza jednak możliwość ciekawego, świeżego spojrzenia na to, co znane. Zaproponowane przez Barbarę Toruńczyk sekwencje tekstów układają się często w linię opowieści, jakby domyślnej narracji o ewolucji Herbertowskiego pisarstwa, w różnych jego rejestrach i aspektach. Czytając uważnie część I zatytułowaną Szkice, możemy obserwować przemiany, jakim podlegał modus wypowiedzi eseistycznej. W punkcie wyjścia – Hamlet na granicy milczenia, utwór z roku 1952 (notabene najwcześniejszy tekst zamieszczony w Mistrzu z Delft, jedyny, który reprezentuje twórczość sprzed debiutu książkowego). Pisany jako komentarz do aktualnej dyskusji prasowej, będący próbą „wybicia się” młodego autora na własną interpretację szekspirowskiej tragedii, Hamlet… Herberta był nade wszystko formułą wyrażenia autorefleksji, samorozpoznania, diagnozy własnego losu3. Dramat budzącej się świadomości, zinterioryzowana przestrzeń filozoficznego sporu o pryncypia, którego rezultaty przekładają się na egzystencjalny konkret – oto podstawowa realność, przyjęta za obiekt studium młodego Herberta. W eseistyce lat 60. (i późniejszej) zachodzi zmiana. Już bowiem autora szkiców Holy Iona, czyli Kartka z podróży oraz Diariusz grecki bardziej od realności myśli interesuje realność sztuki, kultury, cywilizacji, piękna plastycznego, obecnego w malarstwie, rzeźbie, architekturze. Jeśli ktoś woli sąd ostrożniejszy: lektura pierwszej części Mistrza z Delft pozwala zobaczyć, jak Herbert-eseista zmienia w swym pisarstwie rozkład akcentów, stając się bardziej koneserem sztuki niż koneserem filozofii. 

Można zatem bawić się w wykreślanie linii przemian i ciągłości w obrębie korpusu tekstów „odnalezionych” i zebranych przez „Zeszyty Literackie”. Będzie to z pewnością zabawa i przyjemna, i pożyteczna, tym bardziej, że czytelnik otrzymuje wsparcie faktograficzne w postaci sumiennego komentarza edytorskiego. Ale Mistrz z Delft stwarza szansę na ciekawszą przygodę. Można poprzez lekturę tej książki uzyskać wgląd w problematykę warsztatu twórczego, można zajrzeć na zaplecze dzieł, które znaliśmy wcześniej w postaci definitywnej. 

A pokój, w którym tworzy się poezję, to bardzo ciekawy pokój – stwierdzam, przewrotnie parafrazuję zdanie jednego z mistrzów autotematyzmu w XX-wiecznej polskiej literaturze4. Czytając Mistrza z Delft, natrafiamy na zestaw kilku wierszy, zamieszczonych przez Herberta w maszynopisie Pana Cogito, jednakże niewłączonych ostatecznie do sławnego tomu pod tym samym tytułem (część z nich, nie wszystkie, znalazła się za to w niemieckim wydaniu Herr Cogito). To jednak nieco „inny Herbert”, inaczej kształtujący materię poetyckiej mowy i zarysy lirycznej sytuacji. Myślę szczególnie o wierszach Sen Pana Cogito oraz Pan Cogito sen-przebudzenie, układających się w wirtualny mini-cykl oniryczny. Publikacja Mistrza z Delft to sposobność do ponowienia lektury obu tekstów. W pierwszym z nich tytułowy „sen” okazuje się modalną ramą opowieści o jakiejś postaci (zapewne, choć niekoniecznie, śniącym Cogito), która, coraz szybciej, przyśpieszając kroku, przemierza dziwną, gasnącą przestrzeń pustego „miasta” (czy to na pewno miasto?). Pośpiech wiąże się z potrzebą spełnienia powinności wobec kogoś, kto wydaje się równocześnie umarły i żywy, zanim… Właśnie, zanim nastąpi coś, co będzie miało charakter kończący, finalny, nieodwracalny i co odbierze sens działaniu:
zaczął prawie biec
zbliża się godzina
zamykania sklepów
zatrzaskiwania wiek   

 – tak brzmią ostatnie takty wiersza Sen Pana Cogito. Owo „zamykanie” i „zatrzaskiwanie” kojarzy się ze śmiercią, ale może też oznaczać moment przebudzenia. Już na kolejnej stronie Mistrza z Delft odnajdujemy bowiem wiersz Pan Cogito sen-przebudzenie. Jest to właściwie poetyckie studium, opisujące przejście podmiotu (mówiącego w pierwszej osobie) ze snu do jawy:

szła nieruchomym krokiem jak źródło
ubrana była w suknię z kamyków
w światło brzozowe w korę 
 poranka
po prawej stronie szedł świt po lewej
szła ścieżka tak więc szły – czas i miejsce
(podkr. moje – M.A.)

Świadomość w stanie przebudzenia gwałtownie traci kontakt z regułami świata snu, odzyskując w zamian świat jawy wraz z jego rudymentami: „realnym” czasem i przestrzenią. Przyspieszony proces nie może jednak przebiegać bez zakłóceń, o czym informują nas (rzadkie u Herberta, dlatego silniej wyczuwalne) zakłócenia w sferze gramatyki wypowiedzi. Uwagę zwraca przestawienie epitetów (światło brzozowe, kora poranka, a przecież „powinno być” odwrotnie). Można to interpretować następująco: podmiot miesza słowa, tak, jak miesza jeszcze dane zmysłowe, odbierane na jawie; zaburzenia łączliwości wyrazów dokumentują poznawczą konfuzję budzącej się świadomości, dopiero odzyskującej świat. Ale można też powiedzieć inaczej: budząca się świadomość przechowuje jeszcze poczucie związków, korespondencji dostępnych poznaniu sennemu; neologizmy frazeologiczne mówią o istnieniu innej rzeczywistości niż rzeczywistość dnia. Charakterystyczne, że w ostatnim wersie utworu zabieg epitetowej substytucji zostaje powtórzony, czytamy bowiem: szeleści makiem pachnie jak powróz.

O czym to wszystko świadczy? W „kanonicznej”, polskiej wersji Pana Cogito z roku 1974 Zbigniew Herbert pomieścił utwór tematyzujący sen: Pan Cogito biada nad małością snów. Jest to wiersz, w którym o jakości snów mówi się na sposób w pełni opanowany, zorganizowany, logicznie przejrzysty, by tak rzec, „z pozycji dziennych”. Herbert – teraz widzimy to wyraźnie – mógł do tomu z roku 1974 wprowadzić wiersze prezentujące odmianę poetyki onirycznej, charakteryzującej się specyficzną wariantywnością podmiotu (nieoczywista relacja „ja śniony”  /  „ja śniący”), alogicznością, efektem niesubstancjalności świata przedstawionego, zakłóceniami w gramatyce wypowiedzi. Mógł – ale nie skorzystał z możliwości. Inaczej mówiąc: poprzez lekturę Mistrza z Delft dostrzegamy moment, w którym Herbert powstrzymuje się przed wykorzystaniem pewnych rozwiązań artystycznych, już wypracowanych i właściwie gotowych do użycia. Paradoksalnie, lepiej rozumiemy teraz tom Pan Cogito, widząc w nim rezultat działań polegających na samoograniczaniu, selekcji i rezygnacji z określonych możliwości twórczych. A na marginesie: czy oniryczna poetyka wierszy Sen Pana Cogito oraz Pan Cogito sen-przebudzenie nie zapowiada już – i to z jakim wyprzedzeniem! – pewnych cech estetyki Epilogu burzy?

Mistrz z Delft stwarza liczne możliwości zobaczenia Herbertowskiego dzieła in statu nascendi, od strony garderoby. Dobrym pomysłem jest bez wątpienia równoległe przedrukowanie wierszy pt. Zima oraz Spóźniony erotyk, będących w istocie dwoma kolejnymi stadiami pracy nad jednym tekstem poetyckim. Czytelnik zyskuje dzięki temu możliwość prześledzenia toku procesu twórczego in concreto, przez pryzmat ewolucji pojedynczego wersu, frazy, całostki. Rzetelny komentarz edytorski rzuca światło na inny aspekt Herbertowskiej metody pisarskiej. Autor Pana Cogito lubował się w kompozycjach cyklicznych; pojedynczy utwór pisał często już z myślą o dopiero projektowanej, mniej lub bardziej sprecyzowanej strukturze nadrzędnej, takiej jak np. zbiór tekstów prozatorskich, połączonych wspólnym wątkiem tematycznym. Niektóre spośród tych cyklów in spe nie doczekały się nigdy realizacji finalnej, domknięcia (np. wzmiankowane i charakteryzowane w komentarzu edytorskim Narzeczona Atylli, Porządek świata). 

Czy „Herbert nieznany” 
się skończył?
„Zeszyty Literackie” wydały książkę ważną, podsumowującą i porządkującą, wreszcie pogłębiającą (bez radykalnych przewartościowań) dotychczasową lekturę dzieła Zbigniewa Herberta. Jest ta edycja rezultatem pracy zespołowej. Wspomniano już o redaktorskiej ręce Barbary Toruńczyk. Istotny wkład w sporządzenie komentarza edytorskiego wniósł także Henryk Citko, od lat zajmujący się porządkowaniem i opracowaniem Archiwum Zbigniewa Herberta, obecnie kustosz zbioru herbertianów w Bibliotece Narodowej. Zamykająca książkę Nota wydawcy zawiera też podziękowania dla kilkunastu zasłużonych osób, asystujących przy powstaniu Mistrza z Delft. Wraz z publikowanymi równolegle przez „Zeszyty Literackie” Rozmowami, omawiana książka ciekawie dopełniła korpus publikowanych pism Zbigniewa Herberta.

Dopełniła… przy tym słowie można się jednak zawahać. Czy docieramy do końca procesu edytorskiego, czy Herbert pośmiertnie „opublikował” już wszystko? W zapowiedziach wydawniczych figuruje jeszcze nowa edycja dramatów, która ma również zawierać nieznane szerzej warianty Herbertowskich sztuk. Czy jest jeszcze możliwe i potrzebne dalsze ujawnianie archiwum? Formułuję te pytania ze szczególnej perspektywy, gdyż, dzięki życzliwości i zaufaniu okazanemu przez Panią Katarzynę Herbertową mogłem zapoznać się z najwcześniejszymi warstwami archiwum, datowanymi na lata 1948–19575. Mam więc podstawy, aby stwierdzić, iż w zbiorach archiwalnych znajduje się jeszcze kilkadziesiąt wierszy sprzed debiutu książkowego, niewłączonych ani do Struny światła, ani do Hermesa, psa i gwiazdy, a więc i nieobecnych w Wierszach zebranych pod redakcją Ryszarda Krynickiego. Czy uważam, że każdy, literalnie każdy z nich, winien być objęty jakąś idealną, pełną edycją? Raczej nie. A jednak: jest w tej grupie kilka, może kilkanaście wierszy naprawdę ciekawych, ważnych dla kształtowania osobowości twórczej poety, charakterystycznych, wartościowych artystycznie etc. Moja pamięć przywołuje od razu kilka pozycji: wczesne (ok. 1948) próby tłumaczenia wierszy Rilkego z Księgi obrazów; napisany jesienią 1949 roku, skondensowany, ściszony liryk Kelnerzy w pustych restauracjach; powstały w grudniu 1953 roku wiersz „bożonarodzeniowy” o incipicie Z twarzą na północ zwróconą już odjeżdżają jeźdźcy; korespondujący tonacją ze świątecznymi życzeniami wysłanymi w zbliżonym czasie Jerzemu Turowiczowi… A dalej, wykraczając poza domenę poezji: z lat 1949–1957 pochodzi zbiór ponad dwudziestu opowiadań narracyjno-fabularnych, głównie o tematyce wojennej. Osobiście jestem skłonny twierdzić, że i ten materiał zasługuje na konfrontację ze współczesnym czytelnikiem, zainteresowanym tradycjami polskiej prozy w 2. połowie ubiegłego wieku…

Oczywiście, wyraziłem jedynie własne przeświadczenia. Ewentualna edycja utworów nigdy niepublikowanych mogłaby powstać jedynie jako rezultat szerszych konsultacji w gronie edytorów, archiwistów, badaczy, spadkobierców praw autorskich. Czy takie gremium, po wypracowaniu konsensusu, miałoby moralne prawo, swoisty mandat do publikowania utworów ostatecznie nieprzeznaczonych przez autora do druku? (Przypomnijmy: w serii ineditów na łamach „Zeszytów Literackich” ukazywały się teksty w jakiś sposób przygotowywane do publikacji za życia autora). Pytanie na osobne rozważania, ale jeśli miałbym teraz, w tym artykule wyrazić własną opinię, powiedziałbym: z wieloma zastrzeżeniami i momentami wahania – tak. Jest w tym paradoks: rzeczywista wielkość autora obliguje tak zwaną „potomność” do troski o przekaz dziedzictwa, troski, która w pewnych sytuacjach może się przejawić niewiernością wobec autorskich rozstrzygnięć edytorskich. Nie zawsze można pozwolić na to, by twórca wybitny pozostawał jedynym sędzią we własnej sprawie. 

Tak uważam. Ale niech raz jeszcze dopowiedziane zostanie zastrzeżenie. Decyzje o dalszych publikacjach z działu „Herbert nieznany” – o ile kiedykolwiek zapadną – winny być poprzedzone rozważnym namysłem i szerszą konsultacją, podjęte odpowiedzialnie, nigdy w atmosferze doraźnej sensacji, w jakimkolwiek „interesie”. I z poszanowaniem wartości, którą trudno zdefiniować jednoznacznie i raz na zawsze, ale której nie należy lekceważyć: intymność, własność aktu twórczego.
Mateusz Antoniuk


PRZYPISY:
1 Warto przypomnieć, że o Ficowskim pisał Herbert po raz pierwszy już w roku 1948, cytując aprobatywnie jego wiersz pt. Kamyk (zob. Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone, Warszawa 2001, s. 376. Nota bene późniejszy o kilka lat wiersz Herberta pod tym samym tytułem daje się czytać w dialogu z tekstem Ficowskiego. Niewykluczone, że jest to sytuacja zamierzona przez Herberta. 
2 Ta grupa tekstów opatrzona została nadtytułem Charaktery, nieco mylącym, bo odsyłającym do tzw. charakterów, pisanych przez Herberta na początku lat pięćdziesiątych pod wyraźnym wpływem (choć nie na sposób niewolniczy) pisarstwa Zofii Nałkowskiej. Tamte utwory (po latach przedrukowane w Węźle gordyjskim) miały jednak odmienną tożsamość genologiczną, inne usytuowanie historycznoliterackie, inną funkcję. 
3 A więc, świadomie lub (jak przypuszczam) nieświadomie Herbert podążał tropami Stanisława Wyspiańskiego.
4 Por. Tadeusz Różewicz, Komentarz (wiersz z tomu Formy), w: tegoż, Poezja, t. 1, Kraków 1988, s. 461–469.
5 Kwerenda związana była z pracą doktorską pt. Otwieranie głosu. Wczesna twórczość Zbigniewa Herberta (1948–1957) w kontekście historycznoliterackim i w świetle badań archiwalnych. Praca ta jest obecnie przygotowywana do druku. 




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas