poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Szczur w koronie. Kino Luisa Buñuela
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Antyklerykał i prowokator. Chyba geniusz, na pewno klasyk. Wydana na DVD kolekcja siedmiu klasycznych filmów Buñuela: Mrocznego przedmiotu pożądania, Widma wolności, Dyskretnego uroku burżuazji, Tristany, Drogi mlecznej, Piękności dnia i Dziennika panny służącej, sprzyja przypomnieniu tej twórczości.

Wielkie żarcie
Dyskretny urok burżuazji (1972): Wielkie żarcie nie może się rozpocząć. Wysztafirowani mieszczanie zasiadają do stołu, ale uczta – znak konsumpcji – jakoś się nie zaczyna. W Widmie wolności (1974) powszechnie uznane wartości stają się własnym zaprzeczeniem. Logika snu zawłaszcza perspektywę etyczną. Złe staje się dobrym, nieprawomyślne – politycznie poprawnym. Luis Buñuel śnił swój długi filmowy sen, odwracając utarte schematy, szydząc z dobrych obyczajów i świętej hipokryzji. Realność Buñuela odbijała się w surrealizmie, w szalonym, neurotycznym spojrzeniu Deneuve, w żarliwej wierze i zaduchu zakłamania. W sacrum i w profanum.

Są filmy, które, obejrzane raz, pamięta się zawsze. Mogą to być Gwiezdne wojny, Bolek i Lolek albo Pies andaluzyjski (1929). Nie tyle nawet sam film, który – zrealizowany w duecie z Salvadore Dalim – był zaledwie ciągiem surrealistycznych fantazji, onirycznych fantomów, co pojedyncze sceny, kadry. Nawet do dzisiaj, prawie osiemdziesiąt lat po premierze, sceny zdumiewająco silne i przerażające. Facet ostrzy brzytwę, a chmura – jak brzytwa – przecina księżyc. Wtedy mężczyzna zbliża się do stojącej na balkonie dziewczyny i tnie brzytwą jej oko. Książki zmieniają się w pistolety, mrówki atakują dłoń mężczyzny, kapłani przywiązani są do powrozu, który knebluje mężczyznę próbującego cmoknąć urodziwą golaskę, polegujący na fortepianie osioł ma poderżnięte gardło… Wystarczy? Nie wystarczy. Filmowy apetyt Buñuela nigdy się nie kończył. I nie znał pojęcia umiaru. 

Na kolana!
Choroba cywilizacji europejskiej, zdaniem Buñuela, polegała na ciasnych horyzontach kultury mieszczańskiej, wynikających z przekazywanego z pokolenia na pokolenie klerykalnego wychowania. Nie jeden raz Luis Buñuel obrywał za swoje poglądy. Z czasem przestał się tym przejmować. Na pierwszy pokaz Psa andaluzyjskiego wybrał się do kina z kieszenią wypełnioną kamieniami. Na wszelki wypadek: żeby się obronić albo żeby zaatakować. 

Luis Buñuel był prowokatorem z wyboru, nie z nadania. W kinie nie mistyfikował nienawiści do Kościoła instytucjonalnego, burżuazji (bez dyskretnego uroku) i hipokryzji. Przeciwnie, jego postawa była immanentną częścią twórczej osobowości. Buñuelowską osobliwością. Kiedy miałem 28 lat, byłem anarchistą – mówił. – Czymś niebywałym było dla mnie odkrycie de Sade’a. Nie chodziło o jego erotykę, ale o myśl ateistyczną. Aż do tego momentu ukrywano przede mną wolność, oszukiwano mnie co do tego, czym jest religia, a zwłaszcza moralność. Byłem ateistą, utraciłem wiarę, ale zastąpiłem ją ideą wolności, anarchizmem. Ten były uczeń kolegium jezuickiego był jednym z najbardziej wytrwałych – i utalentowanych – filmowych antyklerykałów. Żarliwą religijność zastąpił równie żarliwym ateizmem. Buñuel miał 16 lat, kiedy przeczytał sławne dzieła Darwina O powstawaniu gatunków i Nietzschego Tako rzecze Zaratustra. Odtąd przestał czytać książeczki do modlitw. Zaczął je palić. Mówił, że nienawidzi Chrystusa, ale dodawał natychmiast, że ma wielką cześć dla Matki Boskiej. 

Jednym z najważniejszych (zarazem najbardziej wywrotowych) antyreligijnych filmów Buñuela jest Szymon z pustyni (1965). Obraz odwołujący się do średniowiecznej legendy o świętym pustelniku, który przez czterdzieści lat „mieszkał” na słupie. Stąd jego przydomek: Szymon Słupnik. W interpretacji reżysera święty jest potworem. Egoistą i mitomanem. Doskonali się w wyrzeczeniach, ale nie jest w stanie okazać nawet cienia miłosierdzia. Zwłaszcza wiernie czekającej na niego, u podnóża słupa, matce. Puszy się jak paw, bo wie, że jest sławny. Nic więcej go nie interesuje. A kiedy urodziwy diabeł (Sylvia Pinal) porwie Szymona do dyskoteki (xx-wiecznej), powrót na słup nie będzie już możliwy. Tam rozpanoszył się nowy idol, święty asceta. 

W 1969 roku Buñuel nakręcił Mleczną drogę, film szyderczy i bezwzględny dla wszystkich bigotów. Sam reżyser nazwał ten film wyprawą w głąb fanatyzmu. Dlaczego ludzie wędrują w znoju i chłodzie całe tygodnie, żeby przyjrzeć się Najświętszej Panience albo zobaczyć relikwie? Buñuel, największy profan w historii kina, nie ma złudzeń. Robią to z głupoty, dla pieniędzy albo z naiwności. W Mlecznej drodze, dwójka pielgrzymów, Jean (Laurent Terzieff) i Pierre (Paul Frankeur), odbywa pieszą pielgrzymkę z Paryża do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Wyglądają jak kloszardzi, ale chcą pokłonić się relikwiom św. Jakuba niczym biblijni Trzej Królowie. Tymczasem w trakcie długiej trasy „bramy raju” się przed nimi nie otworzą. Droga do Santiago będzie coraz mniej realna i święta. Stanie się heretycka. Zmęczeni truchtem wędrowcy spróbują złapać „stopa”. Bez sukcesu. Zamiast „stopa” łapią natomiast rozmaitych dziwaków: niemego chłopca, który krwawi chrystusowo, katolickiego księdza po ucieczce z zakładu psychiatrycznego, parę muszkieterów, a nawet diabła we własnej osobie.

Buñuel był Aragończykiem, płynęła w nim gorąca, hiszpańska krew. Aragończycy są zdolni do wszystkiego – opowiadał przyjacielowi, Maksowi Aubowi. – Chłopak z mojego miasteczka w Wielkim Tygodniu przebierał się za księdza, wsiadał do tramwaju, wyjmował ogromny sandwicz z kiełbasą i zaczynał go lizać i pożerać, ku wielkiemu zgorszeniu pań. Z pełnymi ustami mówił: „W klasztorze my wszyscy to robimy”. 

Filmowe, antyreligijne prowokacje Buñuela nigdy nie były jednak wyłącznie tanim grepsem. W Nazarinie (1958) i Viridianie (1961) Buñuel, polemizując z religijnością zatwierdzoną glejtem kurii, nie odmawiał swoim naiwnym bohaterom prawa do zachowania norm etycznych. Inteligentnie drwił, ale nie atakował z furią. Nazarin (adaptacja powieści Pereza Galdsona) był historią dążącego do świętości kapłana, którego trudno jednoznacznie sklasyfikować. To fanatyk, ale jednocześnie męczennik w imię idei. Z kolei Viridiana (Silvia Pilnal) miała dobre intencje. Założyła przytułek dla żebraków na pewno nie tylko z wyrachowania, ale biblijne zasady, których była surowym egzekutorem, nijak nie komponowały się z rozpaczliwym rozpasaniem ludzi z marginesu, których „centrum” nie zrozumie nigdy. 

Luis Buñuel czasami usprawiedliwiał naiwnych świętych, ale dla strasznych mieszczuchów nie znał pojęcia litości. W porywającej Piękności dnia (1967), adaptacji powieści Josepha Kessela, stateczna burżujka Séverine Serizy (Catherine Deneuve) stawała się tytułową pięknością wtedy, gdy pracując w burdelu, czekała, aż ktoś ją zbije w pupę. Także w chronologicznie ostatnim filmie Buñuela, Mrocznym przedmiocie pożądania (1977), Mathieu, grany przez Fernando Reya, był krezusem bez wdzięku, polotu i potencji. Bez spełnienia erotycznego i duchowego. Boska Conchita, będąca z kolei egzemplifikacją dwoistej kobiecej natury: ladacznicy i anioła, okazała się dla nędznego bogacza partią nie do zdobycia. Dwoiła mu się w oczach. Dwoiła dosłownie, gdyż rolę tę przewrotny reżyser powierzył dwóm aktorkom: Carole Bouquet (wersja soft) i Ángeli Molinie (wersja porno). 

Skrzypek na dachu
A skąd Luis Buñuel wziął się w kinie? Skomplikowana historia. Najpierw chciał zostać księdzem, potem skrzypkiem. Miał podobno wielki talent, marzył o studiach w Paryżu. Ale na tym etapie życia Buñuel był jeszcze grzecznym synkiem tatusia, który przewidział dla Luisa karierę rolnika. I nie było dyskusji. Luis odstawił smyczek i na ojcowskiej smyczy trafił do Madrytu, gdzie zaczął się kształcić na inżyniera agronoma. Ale szybko zaczynał także dojrzewać – do buntu. Sam ściągnął z szyi smycz, poznał Salvadore Dalego i Federico Garcíę Lorcę. Uprawę roli zamienił na dolę artysty. 

Z dwójką przyjaciół trafił do Paryża, tam zakochał się w kinie. Pisywał recenzje, ale przede wszystkim namiętnie oglądał filmy. Szybko odnalazł swoich mistrzów, nie byle jakich – Fritza Langa i Sergieja Eisensteina (za jakiś czas zakocha się w filmach Felliniego, a potem, między innymi, w Rękopisie znalezionym w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa). Był młody i bezczelny. Pomyślał: skoro oni mogą, dlaczego nie ja? 

Z Dalim fascynował się surrealizmem, podświadomością i marzeniami sennymi. Ich pierwszy wspólny film, wspomniany już Pies andaluzyjski, był ekwiwalentem onirycznych fantazji przyszłego legendarnego malarza i dziwaka oraz przyszłego genialnego filmowca. W filmie następnym, Złotym wieku (1930), Buñuel (Dali był współautorem scenariusza) pokazał klasztor jako miejsce uciech erotycznych, a romantyczną miłość przeciwstawił zakłamanym kościelnym rygorom. Złoty wiek przetrwał na ekranie zaledwie kilka dni. Wskutek interwencji z góry (z nieba?) zniknął z kin na dobrych kilkadziesiąt lat. Luis Buñuel zniknął także. Ze świadomości kinomanów i z filmowych encyklopedii. 

W trakcie wojny domowej w Hiszpanii (1936–1939) reżyser stanął przeciwko generałowi Franco, co gwarantowało mu, w kilka lat później, wilczy bilet. W przeddzień ii wojny światowej wyjechał do Ameryki, a po sześciu latach przeniósł się do Meksyku. Przez czternaście lat nie nakręcił ani jednego wartościowego filmu, dopiero kiedy prawie wszyscy zapomnieli o dawnym, surrealistycznym rebeliancie, Buñuel, kolejny raz w swojej biografii, stworzył arcydzieło. W Meksyku, w 1950 roku, zrealizował Los Olvidados, przejmujący, neorealistyczny z ducha, ponury obraz młodych ludzi z przedmieść Mexico City. 

Swoje najsławniejsze filmy stworzył po powrocie do Europy, głównie we Francji, właściwie na starość. Tym samym zadał kłam, podbijanej bębenkiem zawsze zadowolonej z siebie filmowej młodzieży, tezie, że panowie – i panie – w pewnym wieku powinni raczej myśleć o kapciach i aparacie słuchowym. Tymczasem nie ma żadnej reguły. Buñuel swój najwybitniejszy film, Widmo wolności, stworzył w wieku 74 lat.

Ostatnie tchnienie
Drażnił i bulwersował tylko w kinie. Prywatnie był jowialnym, inteligentnym i dowcipnym starszym panem, którego uwielbiali aktorzy i dziennikarze. Stronił od rozgłosu i obyczajowych skandali. W swojej autobiografii, Ostatnim tchnieniu, przyznaje się, że tylko jeden raz w życiu odwiedził dom publiczny – jako nastolatek. I właśnie tam stracił niewinność. Oczywiście był także dziwakiem, ale w granicach normy. Lubił szczury. Dokarmiał je i pieścił, a po podtuczeniu i przycięciu ogonków (bo brzydkie) wypuszczał na wolność. I zapraszał nowe. Lubił też przebieranki. W młodości często ubierał się w strój zakonnika, stawał obok jakieś kobiety na ulicy i mocno szczypał ją w tyłek, po czym uciekał. Buñuel miał też oryginalne hobby: strzelał do celu. Miał piękną kolekcję broni palnej, a także lasek. Nietypowych, bo z ukrytymi ostrzami.
 
Przyjaciel reżysera, producent Ricardo Munoz Suay, wspominał, że marzeniem Buñuela było wezwanie, w obliczu śmierci, księdza katolickiego. Szczera spowiedź i spazmatycznie przyjęta komunia. Buñuel dodawał: Ricardo, będziesz potem do końca życia zastanawiał się, czy ja to zrobiłem serio, czy dla kawału. Umarł w 1983 roku. Serio czy dla kawału?
Łukasz Maciejewski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas