poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Żywoty akademików
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

David Lodge
Skazani na ciszę
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2008


Powieść akademicka to mój ulubiony gatunek, ale jako czytelnik mam z nim pewne istotne kłopoty: muszę go szukać poza polskim obszarem książkowym, a ten znowuż znam nie najlepiej. Kochając go – gatunek oczywiście – dokonuję zatem aktu zdrady. Podejrzewam bowiem, iż temat akademicki w polskim wydaniu mógłby się okazać mniej zabawny niż w wersji anglojęzycznej (od Davida Lodge’a po Zadie Smith), nie doszedłby też do tego okrucieństwa i pohańbienia jak u Coetzeego (w Hańbie). Marząc zatem o fabule na temat polskiego akademika (profesora, nie domu studenckiego), nie mam jasnego pojęcia, jak miałaby się ona przedstawiać. Realistyczna, fantastyczna, mieszana, groteskowa?

Polski nauczyciel akademicki i jego życiowe oraz zawodowe perypetie – kto by to czytał, oprócz kolegów po fachu? Ale przecież gdzieś, w uniwersyteckiej przestrzeni, w tym uniwersum nieustających konferencji, sesji oraz zebrań wyspecjalizowanych katedr, przewijają się, jak mniemam, krwiste kopie profesora Zappy z powieści Davida Lodge’a: z jednym, wymiętym od częstego używania, ale wypełnionym nowoczesnością referatem, który może obsługiwać naukowe konwentykle od Krakowa po Toronto, istnieją rozluźnieni mężczyźni w kraciastych marynarkach, z fajką w zębach (podobnie jak pierwowzór), otoczeni tłumkiem wielbicielek oraz pretendentów do sukcesji, masywnie zbudowani, nic z cherlactwa, szklanka whisky w mocnej (może być również owłosiona) dłoni, romanse w kolejnych konferencyjnych miejscach i jedna mądra kochanka w miejscu stałym (może to być miasto włoskie, ale również Kazimierz nad Wisłą, czemu nie). Napiszcie ich, pokażcie ich! Ale jak to zrobić?

Niestety, akademicki bohater Lodge’a przeszedł w międzyczasie na emeryturę i jakby tego było mało, zaczął tracić słuch. Opuścił przestrzeń małego światka, poniechał wizyt w British Museum, przestał frekwentować towarzyskie zebrania, na których rozkwitały i bladły kariery i ustalano marszruty następnych, najlepiej międzynarodowych konferencji.

Zaczęły się niepostrzeżenie zmieniać metodologie, aby wybuchnąć na koniec straszliwą kakofonią, ale powstawały też nowe języki, lecz akademik na wygnaniu emerytalnym i fizjologicznym nie słyszał ich już zbyt dobrze. To oczywiście oszczędzało mu nieco cierpienia związanego z nieodwołalnym odejściem w odstawkę, który to stan utwierdzała niespodziewana życzliwość do niedawna oschłych kolegów. Bowiem akademik emerytowany przestał być, nie wiedzieć czemu, konkurencją, co przyczyniło się do spektakularnej zmiany charakteru kolegów. Złośliwcy oraz intryganci zmienili się w empatyczne głosy – zaś słabnący słuch powoduje, iż bohater zaczyna łagodnie idealizować otoczenie, bo skrycie cierpi nad tym, iż nie jest już dla kolegów tak atrakcyjny, jak w czasach, gdy rozdzielał dotacje i decydował o awansach. Władza od niego odeszła niepostrzeżenie, pozdrawiając go formularzem, który już nie on będzie podpisywał. 

W pierwszej scenie powieści bohater, podczas ożywionego bankietu, uporczywie wbija wzrok w dekolt urodziwej młodej kobiety i nachyla się ku jej biustowi. Czyżby? Otóż narrator chce wymusić na czytelniku, już na samym początku swojej opowieści, wrażenie, iż profesor jest rozwiązły. Czytelnik bowiem nie wie jeszcze, iż profesor zaczyna głuchnąć, i nachyla głowę w sposób najwygodniejszy dla jego aparatu słuchowego, aby rozróżnić jeden głos w niewyraźnym szumie głosów innych. 

Główny problem profesora nie wiąże się zatem z esencją jego bytu – wiąże się natomiast z pragnieniem uczestnictwa, za wszelką cenę, w życiu zbiorowego ciała. Marginesy, na które emerytura skazuje profesora, nie są nieprzyjemne ani doskwierające. Ma młodszą, dobrze zarabiającą żonę, piękny dom na obrzeżach miasta, udane dzieci z obydwu małżeństw, które mu się przytrafiły, jest człowiekiem zamożnym, zatem pozbawionym frustracji na tle majątkowym, ma prawie wszystko, z wyjątkiem tego, czego już mieć nie może.

Los wydał na niego wyrok w postaci postępującej głuchoty (tytuł oryginału brzmi: Deaf sentence, po polsku Skazani na ciszę), życie przygotowuje dla niego wyłącznie pułapki. Minął czas niespodzianek.
Metaforyczny i symboliczny „mały światek” Davida Lodge’a istnieje dalej, ale przeszedł on bolesną dla czytelnika metamorfozę. Nie rozpoznajemy się w nim, bo nasz światek z kolei też przeszedł metamorfozę, ale zupełnie inną.  

Przypadek prozy Coetzeego i jego zhańbionego profesora, który pozwolił sobie na czyn nierządny z własną studentką, powoduje, iż przekroczenie bariery obyczajowej czyni z profesora Laurie postać tragiczną, i to w twardym rozumieniu tragizmu. Hańba będzie towarzyszyła wszystkim jego poczynaniom. Z kolei przelotny związek inżyniera ze specjalistką od literatury wiktoriańskiej (czyli Fajna robota Lodge’a) ma finał zdecydowanie dydaktyczny – jak to u tego pisarza, do którego zaraz powrócimy. Inżynier zaczyna czytać literaturę piękną, urodziwa, początkująca uczona wspiera go w imię przyjaźni spadkiem, który niespodziewanie otrzymała, umożliwiając mu założenie własnej firmy. Romans co prawda wygasa, co nie powoduje u żadnej ze stron nadmiernego wstrząsu uczuciowego, wszystko kończy się dobrze, choć nieprawdopodobnie, ale nie w tym rzecz. Młoda uczona bywa nowoczesna, inżynier bywa tępy, ale te dwa żywioły umysłowe dadzą się jakoś pogodzić w finalnej sielance.

W Skazanych na ciszę profesor na emeryturze traci swój impet przed-emerytalny. Robi wszystko, co się da, żeby uchronić się przed seksualną pułapką, którą zakłada na niego młoda doktorantka. Już się wydaje, że ulegnie wdziękom autorki pracy doktorskiej in progress (planowany temat: listy samobójców), ale jego instynkt samozachowawczy okazuje się na tyle skuteczny, iż żadna konsumpcja gorszącego związku nie następuje.

Bowiem bohaterowi, tak naprawdę, jest już wszystko jedno. Jego emeryckie życie zostaje odarte z wszelkich przywilejów, które by można nazwać nie tylko zawodowymi, ale i duchowymi. Zawód czynnego profesora stwarzał mu błogie złudzenie, iż jest dowcipniejszy od reszty świata nie-profesorskiego, że jego akademicka, choć czasem klimatycznie dokuczliwa wyspa, jest rajska.

Tymczasem – bo tak biegnie fabuła powieści Lodge’a – głównym problemem egzystencjalnym staje się dla niego starość, zaś w jej jakże bogatych – jak się okazuje – możliwościach, ograniczających jednostkę, widzi teraz podstawowe zadanie do rozwiązania. Poddać się czy nie? Walczyć czy udawać, że się jeszcze coś słyszy? Otaczający go świat staje się bezdźwięczny, zatem prostszy, ale jakże monotonny! Finał własny postrzega zaś w starości ojca, którym się opiekuje. Zsuwa się więc po równi pochyłej, aczkolwiek wciąż uczęszcza na zajęcia czytania z ruchu warg. Zbliża się ku zagładzie (i to słowo pada w powieści), tak jak bohater Coetzeego nieuchronnie zbliżał się ku hańbie. Obaj panowie osiągnęli swój cel.

Powieść akademicka umiera, gdy narrator przekracza pewne normy. Nie dopuszcza się w tym świecie występku ani fizycznego upadku. Umiera więc wtedy, gdy nie przestrzega reguł stereotypu. 

Nie zaprząta mnie w żadnej mierze fakt, iż nie mamy polskiej akademickiej powieści z kluczem. Po co nam ona, gdy persony i tak w większości rozpoznane być mogą tylko przez małą garstkę kolegów? Mnie interesuje profesorski bohater literacki, wymyślony, ale ulepiony z tego doświadczenia, które jest niewykorzystanym źródłem groteski, tragikomizmu, rejestrem feudalnych zachowań, jakich nie powstydziłby się żaden dwór królewski, przeglądem uczuciowym oraz erotycznym, obrazem finałów małżeńskich związków, gdzie głównym gwoździem procesowym okazuje się podział wspólnej biblioteki… Jak dzielić bowiem dobytek intelektualny? Wedle epok czy nazwisk autorów? Zmagania specjalistów od romantyzmu ze specjalistkami od literatury współczesnej mogą okazać się pasjonujące. 

W polskiej literaturze mamy profesorów i uczonych sztywnych jak dekalog. Profesor z Krakowa w Oziminie Berenta, smętny rezoner rozprawiający o bibliotece. Uczeni różnych stopni w prozie Chwina, tak wzniośli, że aż mróz przebiega po mniej wzniosłym ciele i umyśle. O kobietach nie wspominam, bo są to na ogół panie nauczycielki, nie wiedzieć czemu również plączące się po peryferiach życia.

Dlaczego jestem taka niesprawiedliwa dla profesji własnej? Powód jest właściwie jeden: marzę o Pninie. O profesorze Pninie z powieści Nabokova pod tymże tytułem, Rosjaninie na akademickim wygnaniu w amerykańskim college’u, małym, dobrodusznym, łysym, śmiesznym, poczciwym, małomównym, serdecznym, trochę zagubionym w tym dziwnym kraju, gdzie piłka (nożna) ma kształt zupełnie inny niż zwyczajna rosyjska piłka. Jest mianowicie wydłużona. 

Czasami marzę też o profesorze Zappie, ale ten jakby zaczyna już pracować na swoje polskie istnienie. Zdarza mi się widzieć, ze stosownego oddalenia, jego europejsko-amerykańską sylwetkę, w czerwonym szaliku, z oddaną studentką podbiegającą pół kroku za profesorem. Widzę go w mojej wyobraźni, rzecz jasna.
Czy publiczność czytająca bawiłaby się dobrze w tym towarzystwie? Jakby ją rozśmieszyć? Pierwsze próby uczynił niegdyś w tym kierunku Jerzy Pilch, ale dalszych poniechał. Porzucił nas, nie wiedząc do końca, że rozstaje się z tłumkiem nieodparcie malowniczym i wciąż klonującym nowe typy literackie. Podejrzewam, że Lodge nie napisze już kolejnej powieści akademickiej. Jego głuchy narrator nie usłyszy już głosów nowego pokolenia uczonych, nie weźmie udziału w sporach nad przydatnością dyskursu antropologicznego w historii literatury rozumianej jako efekt repetycji i recepcji. A szkoda.   
         Marta Wyka




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas