poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Pisarz na krańcu drogi
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Janusz Anderman
To wszystko
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2008

To wszystko jest drugą powieścią Janusza Andermana napisaną po przełomie 1989 roku. Znamienne, że narratorem obu powieści jest pisarz nieradzący sobie z czasem współczesnym, a narracja oparta jest na retrospekcji. W Całym czasie bohater cofa się sekwencyjnie w przeszłość w obliczu nieuchronnego wypadku samochodowego, w To wszystko snuje wspomnienia w ciągu kilku dni i nocy, dzielących go od samobójstwa. Postacie z tych utworów różnią się talentem: bohater Całego czasu brak pisarskich umiejętności rekompensuje sprytem i bezczelnością, bohater najnowszej powieści zdobył w przeszłości sławę pisarza popularnego i dobrze ocenianego przez krytykę. Obu jednak charakteryzuje pogłębiające się uczucie wyobcowania, nieprzystosowania do rzeczywistości. W kreacji takiego bohatera pisarz jest konsekwentny. Narrator Gry na zwłokę (narracja prowadzona w 1 osobie jest dla prozy Andermana charakterystyczna) to człowiek wykorzeniony, nawet w sensie dosłownym, bo bezdomny, na próżno poszukujący schronienia dla siebie. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że ten błądzący po ulicach i melinach Krakowa student, wyrzucany z pracy i mieszkań, to w pewnym stopniu parodia bohatera kafkowskiego. Bohater Andermana jest nie tylko wyobcowany, jest bezimienny, nazwiska jego bądź imienia nie ma nawet w śledczych raportach, raportach raczej wyimaginowanych niż rzeczywistych, bo jest on ogarnięty obsesją bycia śledzonym i oskarżonym (nosi przy sobie wezwanie na kolegium, i jest to jedyna rzecz, z jaką się nie rozstaje).

Jeżeli więc głos „raportu” – zauważa Jarzębski – rozbrzmiewający w głowie bohatera równolegle do jego własnego monologu przywodzi na myśl „głos Opatrzności”, to ta Opatrzność jest głupia i złośliwa, a bohater, który jej głos odnalazł w sobie, odkrywa tym samym wewnątrz własnej osobowości, i to w miejscu, gdzie oczekiwał sacrum sprawującego pieczę nad jednostką, obcy pierwiastek, budzący pogardę i ironiczny dystans.

Do kreacji takiego właśnie bohatera powraca Andermana w sposób bodaj najbardziej widoczny, wyrazisty w obu wspomnianych powieściach, o ile jednak bohater Gry na zwłokę zanurzony jest w obcej mu rzeczywistości, o tyle A.Z. i Marek Torm uciekają z obcej dla nich rzeczywistości w przeszłość. Torm tęskni nawet za minionym czasem, „czasem zaprzeszłym”, jak sam go nazywa. Wydawałoby się więc, że narrator powieści najnowszej do wspomnień wraca z sentymentem i nostalgią: Mój świat rozsypał się. Przeszłość się rozmazała, miejscami zatarła. […] Świetnie pamiętam czasy zaprzeszłe. Gdy patrzę przez okno na miasto, w którym żyłem wiele lat temu, widzę. Dostrzegam ludzi, których wtedy znałem, słyszę moje rozmowy z nimi. Mury piętrzące się za szybą też wiele znaczą. Róg Sławkowskiej i Pijarskiej; pamiętam szczegóły sprzed trzydziestu lat.

Czy jednak ten Kraków ze wspomnień, jego ulice i ludzie na tych ulicach, to nie jest Kraków z Gry na zwłokę – z końca lat 70., gdyż czas akcji najnowszej powieści Andermana to początek roku 2007? A jeżeli tak i jeżeli można znaleźć pewne wspólne cechy tożsamości narratorów obu powieści, to interpretacja sensów zawartych w To wszystko może prowadzić do ciekawych, nawet zaskakujących wniosków.

Marek Torm nie jest już bohaterem bezimiennym, jest też przekonany o swoim literackim talencie, a niemoc twórcza, która go ogarnęła w latach 90., jest wynikiem, jego zdaniem, „rozmigotanej”, rozmytej rzeczywistości, w której trudno się odnaleźć pisarzowi traktującemu literaturę w kategoriach estetycznych, a nie handlowych. Marek Torm ma o czasach mu współczesnych zdanie jak najgorsze: Literatura przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, bo nie była zdolna tej sytuacji ogarnąć. Stała się zbędna, zamieniła się w zabawkę kilkutysięcznej grupy hobbystów, którzy ze starego nawyku piszą książki, czytają je i recenzują. To już zamknięty obieg i nawet śmierć klasyków wydaje się przynosić ulgę niedobitkom czytelników; nie będą już pisać i wydawać, więc nie będzie trzeba ich czytać, a wypadało; umierają i idą w zapomnienie.

Dla pisarza, za jakiego uważa się Marek Torm, „zawalił się tamten świat”, w którym udawało mu się tworzyć i wydawać, trafiając w gust czytelników i krytyków. Nadzieje, jakie niosły nowe czasy, w zderzeniu z totalitarnym systemem nie ziściły się, gdzieś się zapodziały, utonęły w kakofonii poglądów i dążeń wspólne kiedyś cele, wspólne dla tzw. opozycji demokratycznej idee. Wszyscy przeżywaliśmy cud osiemdziesiątego dziewiątego roku – monologuje bohater – kiedy zaczął walić się stary niezniszczalny ustrój, [przeżywaliśmy] podobne uniesienia. Dzisiaj nikt nie chce wracać do tamtych nastrojów i nadziei, bo nadzieje się nie ziściły; wszyscy mamy świadomość, że rzeczywistość z nas zakpiła. I bezwiednie czujemy, że z tej świadomości, by nie oszaleć, należy uciekać. […] Przeszłości nie ma, przyszłość nie istnieje; nie sposób jej sobie wyobrazić. Jest teraźniejszość, rozedrgana, galaretowata, rokująca niewiadomą. Już nie jesteśmy tacy, jak w zapomnianych czasach, nie wiadomo, jacy będziemy.

Jaka jednak była ta Marka Torma twórczość, jakie były jego książki? Czytane, to wiemy, wydawane w sporych nakładach, tak, ale o czym i jak pisał Marek Torm? Posłuchajmy zainteresowanego: Przez lata pilnowałem, by nie wpaść w sidła historii. Udało mi się uniknąć tej pułapki. Gdyby nie to, zaszkodziłbym sobie podwójnie, bo mało kto mógłby spokojnie znosić moją przekorę. Mnie zawsze mierziły te chore tradycje, ślimaczące się niezmiennie od czasów literatury romantycznej. Ta Polska, pokazywana jako stos ofiarny, podpalany przez podstępnych wrogów, opoka chrześcijaństwa, doglądana przez zatroskaną matkę Polkę Boskę…

Wiemy więc, o czym i jak nie pisał Torm. A o czym pisał? Jako pisarz niedoświadczony myślał, że niewyczerpanym tematem będzie własne życie, intymne przeżycia, erotyczne doświadczenia, życie osób poznanych. Jeszcze nie wiedziałem – zwierza się – że fikcja pozwala zdobyć większy dystans do przedstawianego świata, że wykorzystywane fakty sprawiają na papierze wrażenie mało prawdopodobnych rojeń.

Można się domyślać, że jak dojrzał, uprawiał prozę obyczajowo-psychologiczną, o sprawach politycznie lub społecznie drażliwych pisał w sposób zakamuflowany, tak by cenzor mógł to puścić, a domyślny czytelnik „aluzju poniał”. Jako pisarz władzy się więc nie narażał, choć jej nie schlebiał, chciał być wydawany w obiegu oficjalnym, ale jednocześnie uczestniczył w towarzyskim raczej niż politycznym życiu opozycji demokratycznej.

W stanie wojennym, pod presją środowiska, nawet postanowił wydać coś w drugim obiegu i szybko spreparował przygotowywaną dla państwowego wydawnictwa powieść jako niecenzuralną, dodając parę scen ilustrujących stan wojenny, sroga zima, samochody opancerzone na ulicach. To zapewniło mu uznanie w środowisku, choć zdenerwowało władzę. Następną więc książkę mógł już wydać w wydawnictwie państwowym, z którym od lat współpracował, a drugoobiegowy epizod tylko dodał mu splendoru w środowisku i popularności wśród czytelników.

Czy taka literatura mogła mieć rację bytu w nowej rzeczywistości, rzeczywistości już bez cenzury, ale i bez dawnego czytelnika? W czasach, gdy literaturę wypierały produkty kultury masowej, gwiazdami stawali się z dnia na dzień nowi autorzy, ale tylko tacy, którzy potrafili sprostać wymogom nowej epoki. Jeśli ktoś zaczynał, było mu łatwiej. Lecz nie znałem nikogo, kto by się potrafił przestawić na pisanie komercyjne, na twórczość oczekiwaną przez publiczność, którą raz na zawsze zdeprawowała telewizja. Nowi potrafili się przystosować bezboleśnie i wygrywali.

Jego powieści pokrył cień zapomnienia, były bowiem z innej epoki, która dzisiaj już nikogo, poza studentami polonistyki, nie interesowała. Gdybym potrafił napisać powieść fantastycznonaukową – zastanawia się bohater – nie mówiąc już o modnym nurcie fantasy, byłbym uratowany. Albo tom o pedałach, bez używania w żadnym wypadku tego określenia.

Żałosne i śmieszne okazały się próby „twórcze” Marka Torma, który zaczął rejestrować najdrobniejsze zjawiska i wydarzenia dnia codziennego, sądząc, że może uda się z tego zbudować literaturę odpowiadającą rozmigotanej rzeczywistości, w jakiej trudno odnaleźć sens i doszukać się jakiejkolwiek hierarchii wartości.

Cóż więc pozostało pisarzowi, którego sens istnienia polegał na byciu wydawanym i czytanym, jeśli w obliczu nowej rzeczywistości ogarnęła go totalna niemoc twórcza, a wydawcy zapomnieli o istnieniu jego książek?

Tylko spektakularnie wykonane samobójstwo – uważa Torm – może uratować pamięć czytelników o jego twórczości. W tym celu przyjeżdża do swojego wydawcy, czyli Wydawnictwa Literackiego, z którym podpisał umowę wydawniczą na rzekomo planowaną powieść. Wydawca udostępnia mu gościnny apartament na ostatnim piętrze budynku, w wieży zegarowej, zwieńczonej dużym globusem, od którego budynek nazwany został popularnie Domem pod Globusem, usytuowanym na rogu ulic Basztowej i Długiej. Z okna apartamentu rozciąga się interesująca perspektywa ulicy Sławkowskiej, dochodzącej do Rynku Głównego. Widać wieże kościoła Mariackiego i Ratusza. Ta topografia jest ważna, bo widok z apartamentu przywodzi mu na myśl czasy, gdy jeszcze jako student błądził po Krakowie. Często chodził ulicą Długą, która obecnie razi go krzykliwymi reklamami, ulica jakby pogrążyła się w ataku histerii

Anderman umiejętnie buduje nastrój napięcia, jakie towarzyszy bohaterowi, przygotowującemu się skrupulatnie do inscenizacji swego samobójstwa. Nie ma to być akt rozpaczy, lecz czyn perfekcyjnie przemyślany i przygotowany. Ten absurdalny, wydawałoby się, pomysł obudowuje bardzo konkretnymi, osadzonymi w dokładnie opisanej przestrzeni i czasie, czynnościami. A pomysł zaświtał mu dość przypadkowo, na Targach Książki, które co roku odbywają się w Warszawie w Pałacu Kultury. Trafił tam na stoisko wydawcy z Krakowa, na którym obsługująca go osoba, z kierownictwa wydawnictwa, namówiła go na przygotowanie dla nich nowej powieści (kiedyś pisała doktorat poświęcony jego twórczości), proponując podpisanie umowy, zainkasowanie zaliczki, a nawet udostępnienie gościnnego apartamentu w siedzibie wydawnictwa. Przed wyjazdem do Krakowa udało mu się kupić stary, radziecki pistolet TT, zabrał też ze sobą kamerę. Redaktorkom, które zostały przydzielone mu do pracy nad książka, powiedział, że będzie pewnie potrzebował dwóch miesięcy na jej napisanie, i prosi, żeby mu nikt nie przeszkadzał. Sprzyjającą jego planowi okolicznością okazało się też i to, że do apartamentu była tylko jedna para kluczy. 

Plan zabicia się zaczął przygotowywać szczegółowo. Ważna stała się taka inscenizacja śmierci, żeby była ona głośnym faktem medialnym – jeżeli jego twórczości takim faktem stać się już nie mogła, to chociaż poprzez akt samobójczy, zafundowany szerokiej publiczności, niech zostanie przypomniana jego osoba jako znanego niegdyś pisarza. Bowiem świat, uważa autor nieczytanych już książek, trzeba zadziwić i zaskoczyć czymś całkowicie świeżym i niekonwencjonalnym. Jeszcze niedawno wystarczyło złożyć publiczne oświadczenie, że się jest skończonym alkoholikiem lub homoseksualistą. Żydem. Od pewnego czasu nawet przyznanie się do współpracy za poprzedniego ustroju z tajną komunistyczną policją budzi u publiczności odruch pełnego sympatii zaciekawienia.

Żeby plan się udał, potrzeba było zadbać o przekonywające uzasadnienie samobójstwa i w miarę estetyczne jego wykonanie. Plan ma na razie same luki – niepokoi się Marek Torm. – Co będzie, jeśli strzał skończy się makabrycznymi spustoszeniami? To jeszcze gorzej, niż gdyby do gazet przeciekły fotografie. Mogę oczywiście wyłączyć kamerę przed samym strzałem. Zapakować kasetę i […] wysłać. Ale taki monolog, nie zwieńczony finałem, musiałby być literacko genialny. Nie sadzę, by mnie było na niego stać. Co to miałoby być? Moje wyznania? Skargi? Objaśnianie istoty bytu, której nie znam? Monolog ukoronowany strzałem miałby tę odpowiednia siłę i dałby pożądany efekt. Jego wartość literacka nie musiałaby być jakaś szczególna, bo stanowiłby jedynie część całości. Tylko jaką mam gwarancję, że moja śmierć będzie estetyczna, tak by cały świat oglądał ją bez obrzydzenia? I jak spowodować, by nagranie nie utonęło w archiwach policyjnych lub prokuratorskich, lecz jak najszybciej znalazło się w Internecie?

W sukurs przychodzi mu przypadkowe poznanie fotoreportera, któremu opowiada swój plan i namawia, by o określonej porze, już po jego śmierci, przyszedł do apartamentu, zabrał kamerę z nagraniem ostatniej wypowiedzi pisarza popełniającego samobójstwo i jak najszybciej i najskuteczniej to nagranie upublicznił, również w Internecie. To przecież jest rola współczesnego paparazzo: zarobić na dobrze sprzedanej sensacji. Umawiają się, że Torm zrzuci mu wieczorem klucz, a on o 15.00 w piątek wejdzie do gmachu Wydawnictwa pod pretekstem doręczenia mu pizzy. Wcześniej, w nocy z czwartku na piątek, Torm strzeli sobie w głowę. Wchodzisz. – instruuje reportera. – Wyłączasz kamerę wideo, wyjmujesz kasetę. […] Jeśli uznasz, że można mi zrobić zdjęcia, zrobisz je. Sam rozsądzisz, czy będą się nadawały do publikacji, ale jak znam życie, wszystko nadaje się do publikacji.

Wydaje się zatem, że już wszystko przygotowane. Pisarzowi do czasu dokonania aktu samobójstwa zostają trzy dni. Zakupuje kilka półlitrówek. Popijając wódkę, oddaje się wspomnieniom, w których często pojawiają się relacje z kobietami. Wspomina z pewnym niesmakiem młode dziewczyny, które oddawały mu się jako dobrze zapowiadającemu się młodemu pisarzowi, ale robiły to bez polotu, i mężatki, często żony kolegów po piórze, artystów, naukowców, które oddawały mu się z podobnych motywów, ale z rozbudzoną fantazją erotyczną. Wspomina nieudany związek małżeński z dziewczyną, mającą zbyt rozbudzone w stosunku do swoich możliwości ambicje artystyczne – z wymarzonej śpiewaczki operowej stała się podrzędną piosenkarką w wędrownej trupie. Fantazjuje też na temat zachowań seksualnych i temperamentów dwóch młodych redaktorek. I tak upływa mu czas, potrzebny na przygotowanie się do zainscenizowania swej śmierci. Ważnym, kluczowym elementem tej inscenizacji miał być monolog bohatera skandalu – problem w tym, że Marek Torm nie wie, co ma w nim zawrzeć, jakie przesłanie, czy ma on być wypowiedziany na poważnie, czy z ironią, czy ma zawierać akcenty satyryczne, groteskowe, a może intymne, może powinien w nim skompromitować swoja „biedażonę”, która z niego ostatnio szydziła. I czym bardziej jest w rozterce, czym bardziej niepokoi się o treść swego monologu, tym większe ilości wódki pochłania. A przecież – zdaje sobie sprawę – moje słowa, które wypowiem do kamery wideo, muszą być klarowne. Będą ich słuchały miliony ludzi, bo będę pierwszym, który im dostarczy czegoś nowego; niecodziennej atrakcji, jakiej dotąd nie mieli i nawet sobie nie uświadamiali, że będą mogli mieć.

Pisarz im bliżej końca powieści, tym bardziej stopniuje napięcie: czy bohater w końcu zdoła wydusić z siebie jakąś składną, sensowną wypowiedź, czy zdoła w ogóle utrzymać pistolet w dłoni coraz bardziej drżącej od emocji i alkoholu?

Wreszcie nadchodzi noc z czwartku na piątek, a może to inna noc, może bohaterowi, pozbawionemu zegarka, który wyrzucił przez okno, pomyliły się daty, tak jak z trudem już rozpoznawał noc od dnia? Wykonuje jednak, zda się, ze spokojem, systematycznie ostatnie czynności. Na koniec: Położyłem pistolet TT na udach, wyjąłem z ust papierosa, wyciągnąłem rękę, ująłem szklankę, wychyliłem ją do dna i znów poczułem zapomniany łoskot w skroniach. […] Zaciągnąłem się dymem i po raz pierwszy wbiłem wzrok w czujne oko kamery. – Przyjechałem do tego miasta – powiedziałem po chwili – by się tu zastrzelić. Chcecie wiedzieć, dlaczego postanowiłem to zrobić? Zaraz wam to wyjaśnię…

To ostatnie słowa powieści Andermana. Powieści dobrze skonstruowanej, niepozbawionej charakterystycznego dla jego prozy komizmu, stanowiącej groteskowe, doprowadzone do absurdu, ujęcie problemu roli i kondycji pisarza we współczesnej, polskiej rzeczywistości. Rzeczywistości politycznej, w której zdezorientowany lud podczas kolejnych wyborów zatacza się z rozpaczy od ściany do ściany, i rzeczywistości kulturalnej, w której literatura tonie w falach kultury masowej, w której wydarzenie literackie tożsame być musi z wydarzeniem medialnym, bo poza kulturą masową usycha i ginie, w której dominować zaczyna kultura młodości, czyli niedojrzałości. To dopiero dziś powieści piszą już dzieci i nie ich jakość, lecz wiek autorów ma największe reklamowe znaczenie. Czternastolatki i piętnastolatki dostają ważne nagrody literackie i odznaczenia państwowe, udzielają obszernych wywiadów i biorą udział w sesjach zdjęciowych. W tej rzeczywistości książki nawet uznanych już za klasyków pisarzy i poetów zalegają na półkach, książki wielu innych pisarzy trafiają do tanich jatek lub na przemiał, a więzi miedzy twórcami ulegają erozji, pękają związki w środowiskach twórczych. 

Zauważmy jednak, że taka rzeczywistość widziana jest oczami pisarza, który w obliczu przemian ustrojowych i obyczajowych, przemian mentalnych i pokoleniowych poczuł się kompletnie bezradny, przegrany i zdegradowany. Pisarza, który też schlebiał kiedyś publiczności, który od uczciwości wobec własnych przekonań wolał lawirowanie pomiędzy postawami, by móc płynąć z prądem czasu. Więc może przyczyn degradacji twórczych środowisk należy szukać też po ich stronie, może zadania, które kiedyś realizowali, stały się zadaniami nie na nowe czasy, czasy przełomu, może konwencje, które uprawiali, stały się anachroniczne?

Temat na osobną rozprawę, autor powieści oczywiście go nie rozwija, bo nie taka rola pisarza. Ale problem przybliża i stawia „na ostrzu noża”. Stawia brutalnie, paradoksalnie, zaskakująco. To jedna perspektywa. Inna to perspektywa – jak mi się zdaje – autotematyczna. Krytycy nieraz wskazywali na autobiograficzne znaki w utworach Andermana, ale nie literacka biografia jest w tym wypadku istotna. Istotny wydaje się mocno ironiczny stosunek autora do nieudanych prób pisarskich Torma, zamierzającego rejestrować codzienną rzeczywistość. Przywołajmy raz jeszcze rozważania bohatera najnowszej powieści Andermana: Te zeszyty, w których zapisywałem maniakalnie najdrobniejsze nawet wydarzenia, miały być moim kapitałem, kołem ratunkowym. Przez kilkanaście lat nie potrafiłem uchwycić umykającej rzeczywistości w ramy prozatorskie. Wielokrotnie próbowałem, ale bez skutku. Poniechałem tych prób wówczas, kiedy zorientowałem się, że z trudem przypominam sobie konteksty, w których osadzane były reportaże, drukowane w czasopismach. Realia zmieniały się tak szybko, że nawet niewielkie przesunięcie w czasie wywoływało chaos poznawczy. […] Pomyślałem wtedy, by zapisywać szczegóły i to najdrobniejsze. I dalej: Z biegiem lat wpadł mi do głowy inny pomysł. Gdyby tak, planowałem, opublikować je bez żadnych zmian i bez zbędnych komentarzy? […] Formalnie byłoby to coś nowego w literaturze, zwierciadło chaosu, ale czy ktoś zdołałby przez takie morze informacji i faktów przebrnąć? […] To frapujący materiał zorganizowany przez osobę zapisywacza.

Sądzę, że to bardzo ważna wypowiedź, że ważne w niej jest niemal każde słowo. Bo zastanówmy się przez chwilę, jaka była, jaka jest, dotychczasowa twórczość samego Andermana, co jest jej cechą charakterystyczną. Jerzy Jarzębski nazwał to w skrócie i nad wyraz trafnie „poetyką cytatu”. Negując zdecydowanie wszechwiedzę narratora, Anderman poszedł w kierunku przeciwnym, w kierunku narratora rejestrującego wydarzenia i zjawiska, przytaczającego cudzą mowę, i w takiej konwencji literackiej napisane zostały już najwcześniejsze utwory, Zabawa w głuchy telefon i Gra na zwłokę. Rolę pisarza sprowadza więc Anderman do roli sprawozdawcy, „neutralnego obiektywu lub mikrofonu”. Zaciera granice między tym, co podmiotowe, a tym, co przedmiotowe, w Grze na zwłokę bohater nie wie dobrze, czy mówi, czy jest „mówiony”. Ta dwoistość narracji, jak zauważa krytyk, jest charakterystyczna dla prozy pokolenia Andermana. W następnych utworach, a szczególnie w opowiadaniach z tomu Kraj świata, wydanego w latach osiemdziesiątych, Anderman zastanawia się nad rolą pisarza w nowej, coraz bardziej zamglonej, rozmytej, coraz trudniej rozpoznawalnej rzeczywistości. W najbardziej autotematycznym opowiadaniu, Świat światów, pisarz konstatuje wprost, bez ogródek: nie wiem o czym pisać? Co jest ważne. […] To jest zamglone. Rozmyte. Rozmydlone. I to jest istota naszych czasów i w ogóle naszej epoki. Szara piana. A wszyscy teraz piszą pamiętniki. Dzienniki. Wydają jakieś zapiski.

Sam Anderman uprawia od lat taki typ pisarstwa, który swój wyraz znalazł w formach nazwanych „fotografie”, ogłaszanych trochę na zasadzie felietonów, trochę krótkich reportaży w „Gazecie Wyborczej” i zebranych dotąd w dwóch tomach, Fotografie i Nowe fotografie

Czy jednak podobna proza ma szanse przetrwania, czy zawarty w podobnych utworach opis rzeczywistości nie wietrzeje z biegiem czasu, czy nie traci na aktualności? Osobiście z zainteresowaniem czytam każdą nową „fotografię”, opublikowaną w gazecie, ale z mniejszym już znacznie zainteresowaniem powracam do tych prozatorskich prób, zebranych w tomach. 

Nad tym niezwykle ważnym dla dalszego rozwoju naszej literatury problemem zastanawiał się już kilkanaście lat temu Jerzy Jarzębski. Warto przypomnieć, co pisał w szkicu, który umieszczony został w zbiorze pt. Apetyt na Przemianę: W porównaniu z tymi wszystkimi książkami, które wchodziły z rzeczywistością w układy, proza Andermana – z całym okrucieństwem widzenia – ma zapewne większe szanse przetrwania; jej groteska i przerysowanie; jej bezradność w poszukiwaniu formuły opisu świata bardziej były bowiem autentyczne od wszystkich prób uchwycenia rzeczywistości w sidła fabuły, literackiej historii z wymową i podtekstem. Ale czy tak właśnie ma wyglądać twórczość na dziś i na jutro?

Krytyk tom opowiadań Kraj świata uważa za przypadek krańcowy – zarówno w twórczości tego autora, jak i na szerszym tle dzisiejszej literatury. Czy od tego czasu sytuacja w literaturze zmieniła się jakoś w sposób widoczny? Anderman, jak sądzę, w swojej najnowszej powieści daje wyraz zaniepokojeniu, które w inny sposób artykułował Jarzębski. Czy świadomość własnej niemocy pozwoli Andermanowi przezwyciężyć kryzys w twórczości jego samego i wielu innych pisarzy z jego i nie jego pokolenia? Czy też już pozostanie przy migotliwych, pełnych humoru, ale raczej „wisielczego”, fotografiach? 

Jarzębski lekarstwo na wyjście z tego impasu, z tego zaułka literatury, w jaki zabrnęli niektórzy polscy pisarze, widzi w literackiej kreacji podmiotu, oglądającego świat, nadającego mu kształt i znaki wartości – nie przez odwołanie jednak do jakichś istniejących a zarażonych ogólną szarością haseł i dekalogów, ale w oparciu o osobiste przekonania, wewnętrzną pewność, której nie zastąpi żadna formuła.

Anderman w To wszystko zatrzymał się na krańcu drogi, wyznaczonej przez swoją twórczość. Czy potrafi z niej zawrócić? Wierzę, że pytanie to nie pozostanie pytaniem retorycznym, mimo znamiennego tytułu najnowszej, ale może nie ostatniej powieści.
Bogdan Rogatko



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas