poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ MIŁKOWSKI
PROZA
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Krótka historia wbicia 
siekiery w biurko

 – Muszą jakoś pakować te siekiery – mówisz. – Nikt ci nie da gołej siekiery do ręki.
 – Ja się obawiam, że nie pakują – mówię. – Na trzonku naklejony jest kod pasko-
wy i tyle.
Wszystko jak zwykle rozbije się o problemy techniczne. Jak można się zmobilizować do pracy, jeśli od samego początku nie ma w tej kwestii wątpliwości? Ileż czynów nie dochodzi do skutku i ileż tekstów nie powstaje z powodu niemożności przełamania trudności technicznych. Te dwa nieszczęścia niekiedy występują jednocześnie – ta sama trudność uniemożliwia tak dokonanie czynu, jak i spisanie tekstu. Jeżeli istnieje X (a istnieje) i jeżeli istnieje Y (tego jeszcze nie jestem pewien), jeśli, co więcej, X pisze tekst, którego bohaterem jest Y, a ponadto Y do swojego bohaterstwa koniecznie potrzebuje siekiery – wówczas obaj mają poważny problem. Obaj mamy problem, a raczej bogatą wiązankę problemów. 
Zakłada się dla narracyjnej wiarygodności, że żyjący w wielkim mieście współczesny intelektualista nie dysponuje siekierą w sensie ścisłym. Warstwa symboliczna czy metaforyczna tym razem nie wystarczy – potrzeba siekiery nieujętej w cudzysłów, siekiery przez małe „s”, nie przez duże. Dawniej taką siekierę można było z łatwością kupić w istniejącym w każdym mieście „Domu Chłopa”. Jest w tym oczywiście pewna niezręczność, żeby posyłać intelektualistę do domu nie jemu z samej definicji przypisanemu. Raz jeden byłby jednak intelektualista beneficjantem powszechnej egalitaryzacji. Raz jeden – kiedy potrzeba mu siekiery. 
Bez wątpienia można kupić siekierę w OBI, do którego z kolei łatwo się dostać specjalnym autobusem – nigdzie indziej się tym autobusem dostać nie sposób, przystanków się nie pomyli. Zarówno ja sam, jak i mój ewentualny bohater z łatwością możemy dotrzeć do OBI i kupić tam siekierę. Jeśli jednak takiej siekiery nie pakują, a raczej nie pakują, to pojawia się problem związany z transportem zakupionej już siekiery. Wracać tym samym autobusem z siekierą na kolanach? Co ja bym pomyślał, gdyby obok mnie w autobusie siedział człowiek z siekierą na kolanach? 
Co jednak ma zrobić ktoś, komu z racji niezawinionych okoliczności życiowych siekiera stała się bezwzględnie niezbędna? W gazetę tę siekierę zawinąć? Czy mój bohater nie zostanie aresztowany za jazdę z siekierą na kolanach? Powinien – jako obywatel życzyłbym sobie, aby podobni pasażerowie niezwłocznie byli aresztowani. Mój bohater nie powinien jednak zostać zatrzymany na tak wczesnym etapie działania. Potem – to jest po wbiciu siekiery – niewątpliwie musimy obaj liczyć się z przykrymi konsekwencjami, ale żaden z nas dwóch nie może sobie pozwolić na porażkę na etapie transportu. Może dałoby się zastosować jakiś uspokajający współpasażerów kamuflaż – na przykład założyć strój drwala. Albo przez całą jazdę rozmawiać przez telefon (tak, babciu, kupiłem siekierę, właśnie jadę narąbać ci drewna). Swoją drogą, ludzie nie postępują racjonalnie – nie liczy się stopień zagrożenia, a raczej niecodzienność ekwipunku. Gdybym na przykład jechał autobusem z rzeźnickim nożem (jednak mniej niebezpiecznym niż siekiera), to na pewno zostałbym zatrzymany. Może najlepiej zadziała metoda paradoksalna – należy kupić kilka siekier. Każdy wówczas pomyśli, że ten pasażer z siedmioma siekierami na kolanach jest szefem brygady drwali. Gdyby chłopak chciał zabić staruszkę – pomyśli współpasażer – to kupiłby sobie jedną siekierę.
Generalnie – problemy techniczne są, ale nie są nierozwiązywalne. Da się to zrobić. Jeśli zaś da się to zrobić, to da się również to napisać.
 – A dlaczego właściwie on to wszystko robi? – pytasz.
 – Ja myślę – odpowiadam – że ma jakiś dobry powód.

***

 – Już wiem – mówisz. – Wpakować tę siekierę w futerał od gitary.
 – Dobry pomysł – mówię. – Jeszcze lepszy byłby futerał od skrzypiec, bo jest twardy.
Twardy – owszem – ale mały. Siekiera zaś ma być duża. Ma to być zgodna z normami prawnymi, legalna, koncesjonowana, pełnometrażowa, pełnoziarnista siekiera. Niepotrzebny mi żaden zestaw „Mały drwal”. Potrzebny jest drwal duży, z którym należy – nareszcie – zacząć się liczyć. Ostatecznie więc użyje się futerału od gitary, tylko takiego droższego, utwardzanego. Przydałby mi się nawet taki futerał, bo swoją gitarę noszę w starym, rozlatującym się ortalionie. (Bądźmy szczerzy, gdzie ja ją niby noszę?) Prawdopodobnie jednak sam futerał trzeba będzie cisnąć gdzieś w krzaki koło placówki, którą zamierza się odwiedzić z siekierą. Czy są tam jakieś krzaki? Niestety nie zwróciłem uwagi. Kiedy odwiedzałem tę placówkę, to raczej się jeszcze nie spodziewałem, że będę się tam wybierał – czy też wysyłał bohatera – z siekierą. 
Futerał jest więc inwestycją straconą, podobnie jak sama siekiera – ją również trzeba będzie tam zostawić, choćby dla wzmocnienia efektu. Ile może kosztować taki futerał? Dwieście złotych – nie więcej. Siekiera – najwyżej piętnaście. Autobus do OBI jest bezpłatny, do placówki docelowej można się przejść piechotą. Wyjdzie tanio. Warto.
Futerał cisnąć w krzaki – błąd. Trzeba będzie trzymać siekierę w futerale jeszcze w czasie przechodzenia przez portiernię. Domniemana gitara nie tylko odwróci wszelkie podejrzenia, ale będzie stanowić znakomity hak, na którym uwiesi się padlinę dla portiera. Przedefiluje się obok niego z futerałem, poklepie się czule swój domniemany sprzęt grający, ukłon, familiarny uśmiech, ja do szefa w sprawie nagrania, nie orientuje się pan, czy skrzypek już przyszedł? Futerał zachowa się jeszcze, idąc przez kolejne korytarze, kłaniając się kolejnym łajdakom niższego szczebla, a wiadomy sprzęt wyjmie się dopiero przed gabinetem łajdaka naczelnego – ten od początku wizyty musi mieć jasność, że przyszedł do niego człowiek z siekierą, a nie jakiś sympatyczny grajek. Wychodząc weźmie się futerał z powrotem, przejdzie się z nim spokojnie przed portierem, uśmiech ojcowski, idę na przystanek tramwajowy po skrzypka, zgubił się, jak zwykle. 
Co dalej? Przezwyciężywszy wszelkie początkowe trudności techniczne, bohater i autor stają przed problemem wyższego rzędu. Co z tą siekierą? W co tę siekierę? Bo przecież nie – w kogo. Przecież ja w moim tekście literackim w żadnych okolicznościach nie poprę mordu ani ciężkiego okaleczania. Bohater w zasadzie byłby zdolny wbić tę siekierę w pewną głowę, ale autor – świadomy swej społecznej misji moralista – nie byłby zdolny takiej historii opisać. Musiałby jakoś bohatera ukarać czy chociaż napiętnować, a przecież trudno by mu było ukryć, że zarówno z samym bohaterem, jak i tym bardziej z wiadomym ciosem siekiery w pewnej mierze sympatyzuje. Głowa zatem odpada – podobnie ręka, noga, brzuch, i tak dalej. Swego rodzaju kompromis (między skłonnościami bohatera i autora) stanowiłaby broda. Przyciąć mu brodę siekierą – przeciw takiemu czynowi trudno by było wysunąć jakiekolwiek zastrzeżenia moralne. Bądźmy jednak szczerzy – do takiej operacji trzeba by znacznie bardziej precyzyjnego i doświadczonego operatora siekiery niż ten, którym się tutaj dysponuje. Ryzyko obcięcia innych jeszcze prócz brody części (czy to z racji czynników sprawnościowych, czy też freudowskich) jest znaczne. Napaść fizyczna nie wchodzi więc w grę. Pozostaje wandalizm. 
Należy rozstrzygnąć jeszcze jedną kwestię. Czy rąbać sprzęty w jego gabinecie w pozornie niekontrolowanym szale – z każdym ciosem potęgując zniszczenia i strach? Czy raczej wykonać pojedynczy ponury zamach i wbić siekierę z całą mocą w biurko? Skłaniam się ku drugiemu rozwiązaniu. Porąbane na kawałki sprzęty szybko wyniosą i zastąpią nowymi, a biurko z pojedynczą rysą być może jeszcze przez pewien czas pozostawią. Przykryje się tę rysę jakąś serwetą i będzie się udawać, że nie ma sprawy. Tymczasem właściciel biurka będzie doskonale pamiętał, co przykrywa serweta, która zamiast rysę tuszować, będzie ją nieustannie podkreślać. Po drugie, i o wiele ważniejsze, siekiera wbita pojedynczym zamachem byłaby mocnym i wyrazistym symbolem. Nie chodzi przecież o mnożenie strat pośród biurowych sprzętów, ale o czytelny komunikat. Wbicie siekiery w biurko – pojedynczym mocnym zamachem – przemówi do każdego; każdemu przypomni, jak nikłą ochroną jest dyrektorskie biurko, jak mały jest dystans między tkwiącymi w wątłej powłoce trzewiami a siekierą w ręce rozwścieczonego intelektualisty.
 – Widzę to tak – mówię. – Wchodzi do gabinetu i jednym potężnym zamachem wbija siekierę w biurko redaktora naczelnego. 
 – Ach, redaktora naczelnego – mówisz. – To teraz ja już wszystko rozumiem. 

***

 – Skłaniam się teraz w stronę wiadra – mówię. – Zamiast wbijać siekierę, oblać go wodą z wiadra. Takie metalowe wiadro też się chyba da kupić w OBI.
 – Wiadro? Kiepski pomysł – mówisz. – Bezsensownie łagodzisz środki wyrazu. Lepiej trzymaj się tej siekiery.

Trzymam się tej siekiery. Mam swoje powody. Tak zwana psychologia na ogół rozczarowuje, postać i tak wisi wyłącznie na sznurku narratora. Trzymam się więc tego, co widać.
Widać głównie buty, bo w czasie spacerów treningowych spojrzenie wciąż woli penetrować bezpieczne przyziemne rejony. Z przodu, po prawej stronie (a czasem również po lewej, bo niekiedy trzeba zmienić rękę) widać ten fragment futerału, który powinien okrywać gryf gitary. Nie okrywa – tego nie widać – bo w środku tkwi siekiera. Nie widać i ma nie być widać, do tego właśnie służą spacery treningowe. Futerał nie da niczego po sobie poznać, ale nad dyskrecją mordy należy popracować. Trening obejmuje więc przechadzanie się po mieście (to miasto wyjątkowo dobrze się do tych celów nadaje) z futerałem w ręku i doskonale pozbawionym wszelkiej treści wyrazem twarzy. W pierwszych dniach treningu futerał kryje gitarę (trening na sucho), w kolejnych – siekierę. Po jakimś tygodniu następuje przełamanie, zawodnik opanowuje tę prostą w sumie zagrywkę i przybiera pożądany wyraz twarzy. Od tej pory chodzi się dokładnie tak samo niezależnie od tego, co się w futerale niesie. Co widzi niezależny obserwator? Jakiegoś znudzonego cymbała z gitarą. To właśnie ma widzieć. 
Jest jeszcze kilka innych sztuczek, jakie koniecznie należy przećwiczyć. Większość również odnosi się do wizualnej strony zagadnienia, ale nie należy również zaniedbywać strony kinestetycznej (precyzyjny zamach, chodzenie po schodach z futerałem w ręku, otwieranie futerału) i akustycznej. Strona wizualna jak zwykle jednak dominuje, bo nawet ćwiczenia akustyczne wykonuje się przed lustrem (absurd!). „Ja do szefa w sprawie nagrania” – jeśli ma się odpowiednio dużo czasu, można się tego nauczyć nawet po norwesku.
Pozostają już tylko przewidywania. Co będzie widać, a co słychać w tym decydującym momencie? Akustyka prawdopodobnie zawiedzie. Naczelny będzie na tyle rozsądny, żeby milczeć, prawdopodobnie będzie też mimo wszystko czekał na jakąś wypowiedź zza siekiery. Ta oczywiście nie padnie. Przyjdzie się więc zadowolić głuchym trzaskiem, jaki prawdopodobnie wyda z siebie biurko przy spotkaniu z siekierą. Strona wizualna? Jeśli się dobrze wyceluje, jeśli pójdzie się w odpowiedniej porze dnia i roku, jeśli dobrze zapamiętałem położenia okna – to brzeg biurka, trzonek siekiery i jego cień widziane z góry utworzą zgrabny trójkąt. 

 – Zrozum – mówię – muszę znaleźć jakąś wystarczająco wyrafinowaną formę, która udźwignęłaby tę dość banalną, a w dodatku utaplaną w resentymentach, historyjkę.
 – Ja tam sądzę – mówisz – że powinieneś napisać to jak najprościej, bez żadnych metapoziomów. Inaczej wcale ci nie ulży, a chodzi przecież właśnie o to. 

Gdy tylko wbił siekierę w biurko naczelnego natychmiast pożałował, że jednak nie zdecydował się na przycięcie jego brody. Znajdował się teraz w stanie całkowitej jasności, boskiej koncentracji, wzniósł się na wyżyny sprawności intelektualnej i fizycznej. Mógłby teraz trafić tą siekierą w sam środek ustawionej na sztorc zapałki, co tu dopiero mówić o długiej i gęstej brodzie. Każdy mięsień, każdy nerw gotów był teraz działać z doskonałą precyzją. Mógł posługiwać się siekierą jak chirurgicznym lancetem. W dłoni nadal czuł wspomnienie ściskanej przed chwilą siekiery. W tym momencie odczuwał, słyszał i widział z nieznaną wcześniej wyrazistością. Jego mózg bombardowała niepoliczalna ilość zmysłowych bodźców, był jednak w stanie każdy z nich precyzyjnie wyselekcjonować, źródło każdego z nich określić, na każdy błyskawicznie zareagować.
Fizjologia już dawno uporała się z tą zagadką – za ten błogi, lecz zarazem wyniszczający organizm stan odpowiedzialny jest gwałtowny skok poziomu noradrenaliny. Wszystko działo się znacznie wolniej – tak właśnie opisują swoje przeżycia uczestnicy wypadków drogowych, strzelanin, zamachów. Odpowiednio pobudzony tenisista w czasie kluczowego meczu ma wrażenie, że piłeczka leci wolniej niż zwykle. W rozumieniu fizyki posteinsteinowskiej ta piłeczka istotnie leci wolniej. 
„Piłeczka, a co dopiero siekiera” – pomyślał, bo i o tym zdążył pomyśleć. Uświadomił też sobie, że z tych samych fizjologicznych powodów już na zawsze dokładnie zapamięta rozstawienie sprzętów w gabinecie naczelnego, jego ubiór, wyraz jego twarzy. Przyszło mu wówczas do głowy, że naczelnemu świat w tej chwili również zanurza się w gwałtownym przypływie noradrenaliny, on również widzi wszystko w zwolnionym tempie, on również na zawsze zapamięta widok wbitej w biurko siekiery. Chodzi przecież właśnie o to. 

 – Odpowiednio skonstruowany tekst o ciosie siekierą sam jest właśnie takim ciosem – mówię.
 – Czyli jednak metapoziom – mówisz. – Planujesz wbić mu w biurko opowiadanie.

Oczywiście redaktor naczelny zapoznał się z opowiadaniem tego zarozumiałego gnoja, wydrukowanym w niszowym czasopiśmie literackim. Nie zwykł, co prawda, czytywać tego typu pisemek – w ogóle czytywał głównie to, co sam wydawał – ale w tego typu przypadkach zawsze można było liczyć na życzliwość innych ludzi. Doniesiono więc naczelnemu egzemplarz pisma i wskazano odpowiedni tekścik. „Szkoda, że mi jeszcze nie podkreślili fragmentów o brodzie”, pomyślał naczelny. Fragmenty o brodzie wydały mu się zresztą wyjątkowo niesmaczne, nie dało się ich w żaden sposób uzasadnić artystycznie. Nawet gdyby założyć, że redaktor z opowiadania jest rzeczywiście jakąś wyjątkowo obrzydliwą postacią, to przecież jego broda nie jest żadnym świadectwem tej obrzydliwości. Samo obdarzenie tej postaci brodą – nie mówiąc już o maniakalnym jej opisywaniu i sadystycznych wizjach przycinanie jej siekierą – służy tylko i wyłącznie stworzeniu oczywistego podobieństwa z samym naczelnym, którego to podobieństwa poza warstwą czysto fizyczną nie udało się autorowi w żaden bardziej subtelny sposób wskazać. Nie ma tu z czym dyskutować, nie ma żadnych zarzutów, do których można by się odnieść. 
Naczelny niespecjalnie więc wziął sobie brutalny atak gówniarza do serca i rychło by o nim zapomniał, gdyby nie fakt, że kolejnego dnia zastał swoje biurko niechlujnie zaścielone pstrokatym obrusem. Nie miał oczywiście wątpliwości, że jest to średnio udany dowcip podwładnych – którzy na dodatek przez cały dzień ani na moment nie zostawili go samego w gabinecie, nieustannie zasypując jakimiś nagle pilnymi sprawami. Ani się więc zbytnio nie przejął tekstem, ani też w zasadzie nie miał wątpliwości co do obrusu, a jednak pod koniec dnia, kiedy wreszcie zdołał na moment zostać w gabinecie sam, uchylił rąbek materiału, aby przekonać się, czy aby istotnie nie skrywa on jakiejś głębokiej rysy.

 – Zrobili ci takie świństwo – mówisz. – Jak wreszcie napiszesz to opowiadanie, to się trochę lepiej poczujesz. Ciesz się, że masz zawód, który ci daje taką możliwość. Co ja mogłabym zrobić, gdyby to mnie ktoś wysmażył takie świństwo?
 – Mogłabyś wbić naczelnemu smażycielowi siekierę w biurko – mówię.

Ruszaj, mój drogi bohaterze, ja cię w całej rozciągłości popieram. Oboje z żoną cię z całą mocą popieramy! Ruszaj do OBI, wsiadaj w darmowy autobus, pakuj siekierę w futerał i do dzieła. Co ty byś beze mnie zrobił? W końcu to ja wpadłem na pomysł z futerałem, ja – do spółki z żoną – rozwiązałem wszystkie problemy logistyczne, a i z narracyjnymi się rychło uporam.
Co ja bym z kolei zrobił bez ciebie, mój miły bohaterze? Kto inny ścisnąłby w dłoni siekierę w sensie ścisłym? Źli ludzie nie liczą się z artystą, bo są przekonani, że nawet w razie grobowych komplikacji nie przyjdzie z siekierą i nie rąbnie nią w biurko. W najgorszym razie napisze pamflecik. Tymczasem, jak poucza Woody Allen, w pewnych sytuacjach znacznie lepiej niż kąśliwy felieton w „New Yorkerze” sprawdzają się kije i kamienie. Rozumiesz, mój bohaterze tekturowy? Może i ja bym sobie bez ciebie mógł jakoś poradzić. Może by się znalazł ktoś, kto przejąłby od ciebie siekierę. 
Wchodzisz do budynku z futerałem w ręce. Masz na sobie tylko sweter, chociaż dni są już coraz chłodniejsze. Zrezygnowałeś z kurtki, żeby nie skrępowała ci decydującego zamachu.
 – Dzień dobry – mówisz. – Ja do naczelnego w sprawie nagrania. Nie wie pan, czy skrzypek już przyszedł?
 – Skrzypek? Nie, nie widziałem.
 – To ja już się zorientuję – mówisz i już jesteś na schodach. 
Na półpiętrze natykasz się na znajomego redaktora niższego rzędu.
 – Pan do mnie? – pyta.
 – Nie – odpowiadasz. – Tym razem mam spotkanie z naczelnym.
 – Nie wiedziałem, że gra pan na gitarze – rzuca za tobą.
 – Wielu rzeczy jeszcze pan o mnie nie wie – odpowiadam.
Wyprzedzam cię na schodach i dalej idę już sam. Od początku o to przecież chodziło. Przestańmy się oszukiwać. Staję przed gabinetem naczelnego. Powoli odpinam klamry futerału. Zaglądam do środka. Cóż ja właściwie mogę z niego wyjąć? Pióro? 
To jednak o wiele za mało.

 – Miałeś pisać – mówisz. – Już nie piszesz? Dokąd się wybierasz?
 – Jadę do OBI – odpowiadam. – Zaostrzam środki wyrazu.
Maciej Miłkowski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas