poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA ZACH
Komentarz
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Janusz Szuber powiedział kiedyś, że wiersze pozwoliły mu zbudować świat, który jest „chwilami prawdziwszy od realnego”. Myślę, że to zdanie dotyka istoty jego poezji, jak również poezji „uważności” w ogóle. Cel tych, którzy ją piszą, nie jest czysto estetyczny, a jej naiwna prostota ma za sobą długą tradycję religijnej i filozoficznej medytacji. Uważność, jak mówi Miłosz, to „opór duchowości wobec jednowymiarowego świata”. Takie wiersze jak Iskry spod koła Whitmana, Mistyk D. H. Lawrence’a czy Pianie kogutów Szubera otwierają się na współistnienie wszystkich rzeczy w chwili, która jest zarazem momentem i wiecznością. Takiego Szubera cenię najwyżej. Szubera opisującego przedmioty i doznania tak, że topnieją granice wiedzy i niewiedzy, czasu i trwania, „ja” i „nie-ja”, ale ostaje się twardość pestki, smak tranu, zapach kory. Ale nawet w wierszach, w których świadomość stapia się z przedmiotem, dotykając tajemniczego „jest”, podmiot Szubera nigdy do końca nie wyzwala się z bólu. Tym różni się nie tylko od mistrzów Tao, ale i od współczesnych poetów „uważności”, nawiązujących do źródeł buddyjskich czy chrześcijańskich. Jest tu zawsze jakiś ciemny, męski ton, jakaś chropowatość. Jak chropowatość pestki, którą próbuje wygładzić czuły, miękki język. Czułość natrafia zawsze na ciernistość świata i dzięki temu jest naprawdę czułością. Ten rys zbliża Szubera do Herberta, chociaż poezja sanockiego barda jest poezją ziemi, obłoków, bieszczadzkiego krajobrazu. Historia przenika do niej też jak gdyby z ziemi, najpierw jako historia pogrzebanych żywotów, jakaś studnia kwilenia, gałganów i piszczeli, że posłużę się tym razem cytatem z Miłosza.

Juwenilia rzadko bywają podobne do dojrzałej twórczości. Wczesne wiersze Herberta grzeszą nieraz nadmiarem obrazów, a w juweniliach Miłosza z trudem odgadujemy zapowiedź jego poetyckiej drogi. Janusz Szuber wszedł do literatury bez juweniliów, jako człowiek i poeta w pełni dojrzały. Jeżeli dzisiaj udostępnia nam swoje młodzieńcze próby, świadczy to chyba o jego pobłażliwości dla historyków literatury, których najwięcej cieszą „brakujące ogniwa”. O takich wierszach mówimy zwykle, że są ciekawe, dziwne, niepokojące – po czym już można się wymądrzać, snując rozległe analogie.

W młodzieńczym wierszu Szubera uderza najpierw jego rytmiczna zwartość i spiętrzenie obrazów. Wrażenie przy głośnym czytaniu zupełnie inne niż w cichej lekturze, bo opór, jaki stawiają aliteracje, daje efekt przedzierania się przez sploty i „chaszcze” języka. Być może właśnie tutaj znajduje się klucz do utworu. Kiedy ten efekt słabnie, wiersz się „rozluźnia” i traci spoistość. Wiersze Szubera często dźwięczą w szczególny sposób. Wiem, że poeta je nagrywa, zestraja, komponuje. Na ogół jednak dźwięki nie zatrzymują na sobie uwagi, a wszystkie wrażenia są doskonale uzgodnione. Na przykład słodkie strupy brudnego bursztynu z Piania kogutów oddają pełnię zmysłowego doznania w jego niepodzielnej jedności. Tutaj dzieje się coś innego: instrumentacja głoskowa stanowi walor samoistny, jakby narzucony na pierwotną materię snu.

Nie wszystko się tu zgadza. Wąwóz i studnia są znajome, zapowiadają wejście w sen – sen śmierci i narodzin, rytuał przejścia. W jednym wspólnym śnie ludzi mieszkają włochate zwierzęta – powiada Miłosz w jednym z poematów. Odczute jest ze zdumieniem „ja” w biciu serca, ale tak szerokie, że nie wypełni go cała ziemia z jej wiosną i latem (Na trąbach i na cytrze). Co tutaj jest istotne, to metamorfoza podmiotu i zanurzenie we wspólnym żywiole cielesności. Znika podział na „mnie i ciebie”, pozostaje pierwotne odczucie rytmu: serca, oddechu. Coś podobnego dzieje się w wierszu Szubera: najpierw spadanie w wspólną studnię i zaraz ciała ciekły ołów. To ciało jest bezpodmiotowe. Właściwie nasze, wspólne, ale za chwilę staje się żywiołem obcym, przez który brniemy jak łoś w zaspach. Podmiot zbiorowy występuje u Szubera niezmiernie rzadko i chyba nigdzie w takiej właśnie postaci. W wierszu Nomadzi mowa jest o naszej wspólnej nagości, co bardzo bliskie, ale jednak nie tożsame. To jedna z osobliwości tego wiersza, który jest dla mnie zarysem różnych możliwości. Wierszem „bez wyjścia”, bez rozwiązania, urywającym się na granicy snu i „nadziei”: Dalej nadzieja na zdobiony  /  Zieloną miedzią dach katedry  /  Nad nim obłoki obłe suną. Skąd tutaj taki sztafaż śródziemnomorski? Kojący widok z katedrą i obłokami? Odpoczynek dla „naszych oczu”? Powiedzieć można jedynie, że jest on przeciwieństwem wygnania w mroczny obszar i że w ten sposób, niezbyt jasno, zarysowuje się w wierszu opozycja pomiędzy tym, co obce i wrogie, a przestrzenią domową, rozumianą jako przestrzeń pewnej cywilizacji.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas