poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MICHAŁ PIĘTNIEWICZ
WIERSZE
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Poemat pisany na jednym oddechu

                                                                       Ani

zmarzłaś chyba tam w dalekim mieście
zmarzłe kwiaty na twojej szybie próbują
się podobać tym wszystkim którzy ufają
w święte przepowiednie i ceremoniały a 
na karku już trzydziestka trzeba robić dzieci

hodować gołębie i chodzić do pracy
najlepiej ogolonym i pachnącym oni nic
nie mają mi do zarzucenia jest pan obcy
niewiele pan umie śpi pan w wyschłej trawie
na stojąco pali pan papierosa i rozmyśla

a przecież tramwaje nie jeżdżą same
porusza ich miłość i boże tchnienie
tak i tobie może się to wydawać
nieco paradne i nie warte grzechu
jednak czasem trzeba zaryzykować
aby tym bardziej lśnić

to jest jak opowieść wzięta w dwie kostki lodu
cukru którym słodzę herbatę bo przy piecu
lepiej myśleć o twoim zamarzniętym sercu
i miłości którą wzięłaś białym ptakom
bo od tych należy się uczyć którzy nic nie umieją
tylko tak możesz przetrwać ten odpust
karmelkowe cukierki skradłaś swojej mamie
a siostrze pończochę morał z tego taki
że niedobre z ciebie dziecko

w każdym mieście przydarza się coś podobnego
fantasmagorie brane od dojnej mleczarki
rozwydrzone dzieci proszące o chrust
święte mikołaje które robią za małe dzieci
albo drzewo proszące o lament
i nic co się błąka w śniegu i kurtce
zbyt sennym matkom tych leków się nie podaje
recepta jest zbawienna dla siwowłosych aniołów
spieszących po pierwsze pranie dla swych skrzydeł

moja miła na bujanym obłoku
jaka książka spadnie ci z palca jak pierścionek
przecież mogłaś całować krwistoczerwone chmury
albo w swetrze lata prosić boga o grudzień
ogień się pali na dnie przepaści dnia i motyle
skubią małe ziarenka niekończących się chwil
które spędzamy razem patrząc w tańczące płomienie
migotliwe pejzaże spadają nam na głowę i ręce
dyktują układy oddechów i wolność a w garnku
kipią nasze historie jeden dwa idzie armia
nowych zdarzeń i z nieba sypie się confetti

mogłaś mnie przecież prosić o rękę
wolałaś patrzeć w studnię i zgadywać
co nowego przyniosą stare fale
brzuchate firanki morza i przypływające ryby
to może zdarzyć się naprawdę lecz nie musi
w oku grudnia stoją ciemne połacie nicości
bawimy się chusteczkami pełnymi kataru
i rozmyślamy jak będziemy karmić nasze dzieci
czym wyrosną: jakim drzewem lub chwastem
na jakim niezdobytym jeszcze polu
krwawić będą niewinnością bielą

pościel ma błękit i błękit ją posiada
tak i my żeglujmy w inną sferę
tę o której żywi nie słyszeli
a martwi wciąż wydają głos: jedźmy
ktoś nas woła przygarbiony kruk
albo młoda niewiasta z wiadrem w ręce
przebierająca w malinach jak w chmurach

nic nie jest prawdziwe prócz twojej gonitwy
lub gonitwy w ogóle biegnącej w szary las
i we mgle się rozjarza światło porannego słońca
jeszcze wilgotnego i zimnego od oparów dnia
ona ma lecz kto jeśli nie ja
piszący te słowa gnający na stracenie
przez chybotliwy wiatr i świergot mego pióra
które gnane tajemnym powiewem w nic
się przeistacza i na powrót pęka

jak bania czasu zbita muśnięciem zimna
twój lód to ja a ja jestem twoim pejzażem
naucz się tego i powtarzaj jak modlitwę
przyjdą starcy o lekkich nogach
i nauczać będą o miłości
mój lód to ty a ty jesteś moim pejzażem

popatrz jak wiatr poplątał nam czas
i zawalił wszystkie drogi
nie jest łatwo się spotkać trzymając zimną pochodnię
umykają kamyki umyka nam czas
dwie stare głowy trzeba schylić
i odejść
w ciemny las

jak wieczność krojona tępym nożem
przebudzimy się w otwartym białym czasie
znikną zagadki i ze snów spadną szpilki
będziemy tylko ty i ja
gnane wiaterkiem
maleńkie motylki


igiełką, szpilką, białą nitką

jest między nami kurtyna lodu
trzeba ją zdjąć jak zasłonę bo te piękne panie
za szybą pewnie oddadzą mi mój pocałunek
a przecież proste są te dojne mleczarki
za kurtyną światła które powoli wchodzi w dym
ty jesteś piękna swoim zimnem i lodem i dlatego
bardzo potrzeba mi twojego ciepła więc przyjdź proszę
nie zmieniaj sukienek i twarzy i nie staraj się
mnie uspokoić bo i tak mój oddech mnie zdradzi

słyszałem granie za kolejną ulicą
kolejna ulica odchodzi w cień
w niej są tylko piwa i przepiękne pary
które zazdroszczą mi mojego rauszu

tak właśnie: w tłuszczy odnaleźć się (skórę bez światła)
a potem znów mknąć w ten niewidzialny biały tunel
aż do ukochanej przez psy i koty mgły
by się obudzić zmartwychwstałym w innym popiele
który już nie będzie zdradzał lecz wznosił
igiełką szpilką białą nitką
dobry panie boże odpowiedz mi
czy ta dobra dusza uszyje mi sweter?
czy pokocha mnie przez mój sweter i mgłę?
igiełką szpilką białą nitką
powoli mknąć ku białym wydmom

w sali na opuszczonym krześle została złota trąbka
zadmie w nią natchniony mój szalony przyjaciel
i wtedy mogę spytać się ciebie: czy uszyjesz mi sweter?
igiełką szpilką białą nitką
gdy mknąć będę ku białym wydmom




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas