poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JANUSZ SZUBER
WIERSZE
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Do Györge’a Gömöri’ego

Blisko rok temu Wojtek Ligęza
planował wpaść z Tobą do mnie na Skawińską.
Nie wyszło. Ty w swoją i ja w swoją stronę.
Co się odwlecze, na wieki uciecze.

Dlatego jadąc teraz na czytanie Herberta
wcale nie byłem pewien, że tym razem się uda.

Nasze nagłe spotkanie w pustej
i ciemnej uliczce, kiedy przez uchylone okno
samochodu pytaliśmy przechodniów o drogę
do świętej Katarzyny, a Ty, jeden z nich, odpowiedziałeś
w polszczyźnie zdradzającej cudzoziemca,

dopisuję do Twojego nowego wiersza, który
tydzień wcześniej przesłałeś mi e-mailem.

W zapachu mgły i kopru, wódki
i grzanego miodu, ramię w ramię
z Balintem Balassim, żołnierzem
i wielkim poetą renesansu,

który ma pilne amoryczne sprawy
z dwórką na Wawelu, wędruje po późnojesiennym
Krakowie Györge Gömöri, a obok, jakby nigdy nic,

w obłoczkach kadzidła, koronkach i fioletach,
prałaci z rozkołysanymi trybularzami w rękach
i cyganeria, na dobrym już rauszu,
cała, bez wyjątku, od stóp do głów,

w botanicznej gęstwinie
wypisz – wymaluj prosto
spod ręki pana Wyspiańskiego.

I wtedy Twoje węgierskie ucho
pozwala Ci się delektować szelestem, 
skrzypieniem, szuraniem tutejszych
liści i słów.

30 października 2008

No i co, że w tamtym?
Tomaszowi Cieślakowi-Sokołowskiemu

Pan Kostek, niewiarygodnie stary, starszy niż za życia, wszedł bez pukania. Ojciec pomógł mu zdjąć palto i, na panu Kostku jak na manekinie, poprawił marynarkę. Usiedli, milczeli. Ojciec odwrócił się, wyjął z lodówki i jadł coś, do czego niezbędna była śmietana. To ja mu ją podałem, podważając paznokciem srebrną w zielone paski kapslę na butelce. Śmietana, zjełczała i w gruzłach, nie nadawała się do niczego. Wszyscy trzej patrzyliśmy w jeden punkt. Wybiła szósta, włączyły się, budząc mnie, grzejniki. Tym razem znowu się upiekło, wydzielono mi porcję kolejnego „jeszcze”, podczas kiedy pan Kostek i ojciec zostali już nieodwołalnie w TAMTYM.

To nasze oczy

To nasze oczy pełne piasku
Biegną na rzęsach w okna wąwóz
Potem spadanie w wspólną studnię
I zamiast ciała ciekły ołów

Przez który brniemy jak łoś w zaspach
Racice raniąc w szczodrych szronach
Miedzy oddechem a oddechem
Kra pęknie szybko w niesprawdzone

Do końca przejścia krnąbrny przesmyk
Dalej nadzieja na zdobiony
Zieloną miedzią dach katedry
Nad nim obłoki obłe suną

1968 / 69





 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas