poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
AGNIESZKA WESOŁOWSKA
Problemy z Herbertem, czyli wyznania młodej poetki
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Klasyk w buszu
Herbert nie jest moim ulubionym poetą. Nie jest też poetą, któremu nie potrafię spojrzeć w oczy (być może niewiele pojęłam z Pana Cogito, któremu w końcu los – nie on losowi – zagląda w źrenice). Nieważne, co jest powodem takiego stanu rzeczy: wstyd, serce, co się zbuntowało, nieczyste sumienie. Jest raczej tak – biorę czasem Herberta w ręce, tak jak on brał Kołatkę, słuchając muzyki sfer, rytmu dziejów, staccata Ewangelii, sadzam go takiego naprzeciw siebie i spoglądam. I rozumiem, że w cokolwiek by się wsłuchać, do czegokolwiek by się wtrącać – zawsze pozostanie się w Ogrodzie. Wszystko, wszystko na świecie dzieje się wśród kwiatów, padoków i ogrodzeń – mówi nam Herbert. Więc patrzę mu w te oczy arogancko i wyzywająco, pytanie zadaję nieco teatralnie. W ten sposób próbuję być klasyczna i barbarzyńska, rozważna i romantyczna, naznaczona światłem Pana Cogito i dotknięta jasnością poety, który mówi uśmiech, dłonie i oczy. Ale przecież podwójność blasku nie wyczerpuje skomplikowania świata, odwrotnie – na swój sposób świat ten jeszcze polaryzuje i utrudnia. 

Rzeczywistość obarczona dziejami – w przeciwieństwie do człowieka – nie załamuje się. Bo nie może, nie potrafi. Jest coś bluźnierczego w tej wytrwałości, ale jest też jakaś niepojmowalna boskość – wbrew zagładzie następuje początek, prawo Eliadego zdaje się bardziej pewne niż prawo grawitacji, Apokalipsa kończy się nadzieją na happy end. Trochę nieakuratne te zestawienia, może prześmiewcze, ale przecież żadna kultura, żadna cywilizacja, żadna księga – nie są bezinteresowne. Trzeba po prostu żyć z poczuciem, że za każdy najczystszy wiersz żąda się jakiejś łaski, za każdym obrazem kryje się wiara w istnienie – jednak istnienie – przedmiotu. Można tak jak Herbert napisać:

[…]
słyszałem starca który recytował Homera
znałem ludzi wygnanych jak Dante 
w teatrze widziałem wszystkie sztuki Szekspira

udało mi się
można powiedzieć w czepku urodzony

wytłumacz to innym
miałem wspaniałe życie

cierpiałem

Ale to cierpienie – ani żadne inne uczucie – nigdy nie będzie czymś, po co można sięgnąć jak po produkt w supermarkecie. Ani jak po podmiot liryczny, puentę czy inne pewniki, którymi ratujemy się na własną rękę i… zgubę. Nawet jeśli prześledzimy linijka po linijce, nawet jeśli wbrew zakazom znaczącego znajdziemy się bliżej signifié – dotknąć go nie zdołamy. 

Nikomu nie przekażesz wiedzy
twój tylko słuch jest i twój dotyk 

albo:
 
Dłonie nasze nie przekażą kształtu
 waszych dłoni
trwonimy je dotykając pospolitych rzeczy.

Tylko że jakoś w nas istnieje. I może po to jest sztuka. Bo nawet jeśli osobna, mroczna czy trudna – pozwala przełamać samotność. Podobnie jest z historią. Może być głupia i zła, a przecież zawsze jest pouczająca.

Wróćmy na chwilę do mojego pytania, które zadaję czasem Herbertowi. Co teraz, proszę pana? Czy dalej pójdziemy gościńcem, czy będziemy skakać przez płotki. Siedzę i czekam, ale nie odpowiada. Czasem się złoszczę, niecierpliwię. Mówią, że miłość przychodzi z czasem. Dojrzewa się do niej. Ale ja już kiedyś kochałam, byłam wierna, szłam, mimo wietrznej nocy i pustej drogi, nawet umarłam, żeby nic mi niestety nie można było zarzucić. Zawsze najbardziej nasłuchiwałam Herbertowego Marsjasza, szczebiotania tramwajów, jaskółczego głosu fabryk, patrzyłam jak nowe życie słało się im pod nogami. Niestety, to wszystko dziać się musiało w małym brudnym hotelu, kiedy świtają tapety. Może wielka przyroda czy wielki świat to nie to samo, co mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą – jednak zawsze miałam poczucie, że żadnym fragmentem, żadnym cytatem nie zdołam wyciągnąć Herberta z teatru. Kaleczył się o dramaty ze sceny, o rekwizyty, o piękno (nie zapomnę chwili kiedy/ rozdarłem skórę o krzak głogu) – i nie umiał być sam, zawsze musiał mieć przy sobie Liwiusza, dzielnych wodzów, wielkich mistrzów. Albo inaczej – nigdy nie opuścił Etrusków, Antygony, Pana od przyrody. Dawał martwej naturze życie.

Ale to może wydawać się także głęboką niesprawiedliwością zadaną nie komu innemu przecież, tylko autorowi Lelka oraz wierszy nierzadko biorących na warsztat paralityczną codzienność, poecie, który jeśli zwracał się Do Ateny, to prosił:

i zedrzyj z oczu 
łuskę powiek
 
niech patrzą
 
a kiedy opiewał Troję, myślał:
 
jak wyprowadzić 
z ruin ludzi
jak wyprowadzić
z wierszy chór

Poeta musi nieustannie sobie zaprzeczać, bo natura świata jest paradoksalna i każdy obraz, każda filozofia czy nagłe objawienie – mają jakąś swoją antytezę, jaka dopóty jest obca naszej własnej „prawdzie”, dopóki nie zostanie uwewnętrzniona, dopóki nie skojarzy się jej z doświadczeniem z innej sfery – niższej lub wyższej – i nie uczyni z niej laski ślepca, o którą także można się oprzeć. Dziwnie by brzmiało, gdyby stwierdzić, że w platońskim świecie Herberta można czegokolwiek używać wedle względnych i chwilowych potrzeb. Bo i tak nie jest. Bo nie o wartości, tylko o poznanie tu chodzi. Dlatego raz jest Sól ziemi, innym razem Dlaczego klasycy. I najpierw wzruszenie:

Kobieta pochyla się
a w jej oczach jest wyraz
którego nie odda
żaden malarz rozbitych dzbanów
 
(gdy rozumieć tę niemożność jako wyjątkowo znamienną, skoro nawet spece od okruchów, ułamków – znawcy cierpienia – temu podołać nie mogą), a potem gorzka przepowiednia:
 
jeśli tematem sztuki będzie dzbanek 
rozbity
[…]
 
to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków

Nieważny płacz (inny fragment tego wiersz był już przywołany). Założenie Herberta było jednak – globalnie, jeśli można tak powiedzieć, czyniąc całą jego poezję właściwym sobie światem – inne. Inne było jego najgłębsze przekonanie o znaczeniu sztuki, nie tak wyobrażał sobie swoją rolę w poezji i rolę poezji w swoim życiu. Niezbyt przekonujące te zdania, ale każdy twórca musi jakoś dojść z tym do ładu. Herbert był nie tyle pielgrzymem, co pątnikiem, nie tak pustelnikiem, jak eremitą, i bardziej uprawiał ascezę aniżeli pościł. Zawsze o krok poza raną i poza źródłem szczęścia. O krok dalej. Wszystkie jego uczucia stawały się w ten sposób czymś więcej. Przeglądały się w kulturze, jak Pan Cogito przeglądał się w lustrze. Tylko że bohater literacki – o grozo – przegrał ten pojedynek. Poeta wygrał bitwę o historię. Wojna o jego życie, o to, jakie było i dlaczego, pozostała nierozstrzygnięta. Może nawet wciąż trwa.   

Marzyciel
A więc mogliśmy zatrzymać się na stacji Rovigo. Poznać Longobardów. Wypowiedzieć wiele szlachetnych i niegodnych imion. Klęczeć przy mistycznych Ołtarzach. A także – co może najważniejsze – dowiedzieć się, że najtrudniej jest przekroczyć przepaść / co się otwiera za paznokciem. Świadomość ta raz po raz przedziera się do wierszy Herberta, ale jednocześnie sama jest wąwozem, w który można wpaść, dlatego nie podchodzi się zbyt blisko. Poeta do końca będzie zachęcał:
 
Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu 
 Żydem z Aleksandrii
poprowadzą ciebie przez uśpione bazary
miasta traktatów kryptoportyki
tam nad wygasłym atanorem tablicą 
szmaragdową
kołyszą się Basileos Valens Zosima  
 Geber Filalet 
(złoto wyparowało mądrość pozostała) 
 
Doda wprawdzie:
 
Odkryj znikomość mowy królewską moc 
 gestu
bezużyteczność pojęć czystość samogłosek
– lecz matrycą jego poezji na zawsze pozostanie coś więcej niż tylko osobiste doświadczenie. Obok tego wątku pojawia się jednak coś jeszcze, coś co mnie zachwyca i dziwi, ilekroć próbuję to wyartykułować. Bo jak to nazwać? Prosto zrymowana Księga Zohar? Rytmiczne wizje lekkoducha? Może, tym bardziej, że:
 
ta konspiracja wyobraźni
ma chleba smak i lekkość wódki
 
Głód, czerstwa wiara, życie u podstaw. Ale jednocześnie pragnienie równie fundamentalne, choć już nieco luksusowe. Homo ludens to poeta, poeta to ktoś, kto zmierza do gwiazd i pod strzechy. Być bardem to być Hannibalem swojego narodu. Czasem jest tylko zabawnie, czasem przerażająco, czasem pięknie. Rzecz w tym, że wszystko można opowiedzieć heksametrem – gdybyśmy chcieli wysnuć wniosek bardzo ogólny (zresztą poeta mówi o tym wprost: w cieniu jednego heksametru leżą / wilk i łania jastrząb i gołąb). Całkiem sporo jest wierszy pisanych w tym duchu (Homilia, Mitteleuropa, Wilki, Jak nas wprowadzono, Węgrom, Prolog, Opis króla, Zimowy ogród, Późnojesienny wiersz Pana Cogito przeznaczony dla pism kobiecych – to tylko niektóre). One jednak się wyłamują, nie są dla Herberta charakterystyczne, nie opisują go nawet w połowie, nie utrwalają go. Są epizodem. Więc dlaczego. Może gdzieś po drodze odpowiedział sam:
 
– ponieważ szyja galopującego konia
jest piękna
a suknie dziewcząt grających w piłkę
są jak strumień żywe i niepowtarzalne
 
Może chciał czasem być jak Chodasiewicz, znajomy z antologii rymujących Słowian. Oczywiście, można przypuszczać, że to była gra. Ironiczna albo magiczna. Wiele z tych wierszy to jednak wiersze piękne, niespodziewanie rozglądające się gdzieś za Rimbaudem. Tylko że takiego Herberta czasem trzeba odszukać, bo ukrywa się sam w sobie, we własnych nienagannych wersach. Trzeba nazwać po imieniu sens utajony, tak jak poeta po imieniu nazywa swoich mistrzów. Jak to uczyni? – można zapytać dość patetycznie. I to jest miejsce, gdzie wzniosłość spotyka się z banalną daremnością. To chwila, gdy poezja zwycięża najlepszych poetów, a kamień filozoficzny wystrzelony z przypadkowej procy trafia najwytrwalszych alchemików. Choć oni zawsze będą twierdzić, że są poddanymi, to rzadko zdobędą się na taniec u podnóża skały, która nigdy nie będzie ani Golgotą, ani Syjonem. A jednak właśnie tu jest pies pogrzebany. I może dlatego wzniesienie zawodzi. Zawodzi wniebogłosy czy zawodzi oczekujących? Podwójność znów nabiera blasku, język staje się tajemniczy i pociągający – a to raz po raz już w czasach Homera wydawało się nieosiągalne. Nie można tu pielgrzymować zbyt często. Trzeba bronić natury słowa, jak ekolodzy bronią ptaków i niedźwiedzi. Trochę szaleńczo.

Przychodzi czas – dla języka, którym się posługujemy, i dla ludzi, do których się zwracamy – że już trzeba dać spokój piramidom słów, stożkom metafor, wykresom znaczeń. Dla Herberta był to akurat czas ojczysty, tak jak krajem jego, lub glebą, była kultura. Znajdował inne ujścia dla swojej poetyckiej energii. Cóż, nie był „kwiecistą” (bo w zasadzie nie był), to był moralistą. Nie nasza to rzecz. Wybór artystyczny – można powiedzieć. Splot okoliczności i temperamentu. Nam zostają przesłania, pozbawione strategii szeptanie poety: 
 
[…] można
używać w poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy 
 porannego nieba
pisać o miłości
 
Iść na jednej, na prawej nodze Don Kiszota (jak w wierszu O dwu nogach Pana Cogito).
Agnieszka Wesołowska






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas