poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Białoszewski jako wychowawca
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

Białoszewski nie stworzył szkoły; Białoszewski nie ma właściwie naśladowców i epigonów, którzy by rozcieńczyli i rozmazali to, czego dokonał, pisał w 1975 r. Janusz Sławiński. 

Byłem w ósmej klasie podstawówki, wygrałem konkurs literacki dla młodzieży w kategorii „proza”, miałem 14–15 lat i mocne przekonanie, że nie znoszę poezji. Jak już mieli mi się spodobać żołnierze z Westerplatte Gałczyńskiego za rytm i brzmienie, to psuła mi zabawę wojna (nie bawiłem się w wojnę na podwórku); dorożka mnie irytowała (do dziś irytuje, gdy przemierzam krakowski rynek), a „wyspy szczęśliwe” o tyle denerwowały, że za oknem akurat spadały ostatnie liście, a mnie wydawało się, że nigdy w życiu nie wyjadę na południe i nie zobaczę piaszczystych plaż, palm, rozbijających się o kamień kokosów – jak w reklamie batonika, bo tak rozumiałem szczęśliwość wyspy. Baczyński mnie odrzucał, bo recytowały go z egzaltacją wszystkie koleżanki. Od Tuwima wolałem Brzechwę… Jako lublinianie na konkursy recytatorskie musieliśmy opanowywać poetów związanych z regionem, co na wieki zniechęciło mnie do Kamieńskiej. Nagle w podręczniku trzy wiersze Białoszewskiego. Trafił jak piorun: nie zagnieżdżał się powoli we mnie, mówił właśnie do mnie – tego, który jeden w klasie potrafił na głos powiedzieć (skądinąd dość często), że lektury szkolne są nudne. Przypuszczam, że moja strategia rozumienia, styl odbioru czy „skrypt hermeneutyczny” – zwał jak zwał – przypominał reakcję pierwszych życzliwych futurystom: nie miałem pojęcia, co ten poeta mówi i czy cokolwiek w ogóle, widziałem w tym czysty gest prowokacji wobec tradycji poetyckiego ględzenia, klecenia i uwznioślania, rozbicie, śmiech. Zapragnąłem więcej, poszedłem do biblioteki osiedlowej i – dzięki Białoszewskiemu – przeszedłem w dorosłość, to znaczy z działu dla dzieci i młodzieży do drugiej sali dla dorosłych, zamiast setny raz pożyczyć Pana Samochodzika lub Niziurskiego, czy jakieś wspomnienia wojenne z wywózki do Sowietów, pożyczyłem jedyną książkę Białoszewskiego, jaka gościła na półce – tom Odczepić się. Szukałem wyłącznie miejsc negacji, gier słownych i „odstępstw”, zdawało mi się, że znalazłem za mało, ale i tak fascynacja. „Treściowo” zaś zrozumiałem tylko cykl o sztucznych zębach, co też, jako prowokacyjny temat, bardzo mi odpowiadało. Żadna tam miłość i wojna, sztuczna szczęka (dopiero po latach zwróciłem uwagę na perwersyjną uwagę Białoszewskiego: do czego one?, sztuczne zęby?, do miłości, wiadomo, że też nie), ekstra!

Kiedy byłem w pierwszej klasie liceum, wyszedł akurat nowy wybór wierszy i chyba pierwszy raz tzw. „kieszonkowe” przeznaczyłem na książkę (wszystko wydawałem na kasety z muzyką dyskotekową). Polonistka się nieco krzywiła na moje ekstazy (była herbertolożką), pamiętam, pokazałem jej wiersz, a ona: „Moja świadomość tańczy przed sklepem spożywczym z wiecami kapusty? Boże, co on ma za metafory!”. Stał się zatem moją kontrkulturą i kontrabandą, batem na szkolną edukację literacką: nosiłem go w plecaku i w chwilach kryzysu, np. w przypływie nienawiści do jakiejś nauczycielki lub „życia” samego – wyszukiwałem pod ławką stosowne strofy i syczałem bezgłośnie dla przykładu: 

! niech Głowa się nie męczy
! niech Głowa tyle nie mówi 
! co Głowa wie? 

Wakacje między pierwszą a drugą klasą liceum spędzaliśmy z Rodziną w Górach Świętokrzyskich, pojechaliśmy do Kielc, przechodzimy obok księgarni, a tam na wystawie wielka księga Miron. Wspomnienia o poecie. Jak na ówczesne warunki dość droga. Rodzice z początku uważali ją za fanaberię i nie bardzo chcieli kupić, dopiero po paru dniach molestowania, wypełnionych też lękiem, że „wszyscy” ją wykupią, przy następnym wyjeździe do Kielc zrobili mi ten prezent. Otóż ta książka stała się dla mnie niemal tak samo ważna jak wiersze Białoszewskiego, czytałem ją po kilka razy (do chwili obecnej pewnie około setki), mocno wpłynęła na moje rozumienie i czytanie twórczości Białoszewskiego. Dlatego nigdy nie mogłem być zwolennikiem radykalnego odcinania kontekstu biograficznego. 

W klasie przedmaturalnej zakwalifikowaliśmy się z serdeczną przyjaciółką Kasią do centralnego etapu Olimpiady Polonistycznej, tam należało przygotować wypowiedź na wybrany temat. Zdecydowałem się oczywiście na Białoszewskiego, ale Kasia przebiła mnie w oryginalności, osobności i perwersji, wybierając polską poezję średniowieczną (na egzaminach okazało się, że paru innych uczniów ośmieliło się również wybrać Białoszewskiego i go uwielbiać, czego nie mogłem przeżyć; laureatami zostaliśmy oboje). Zamiast do szkoły chodziliśmy do Czytelni UMCS-u lub KUL-u, ja czytałem Barańczaka i mnóstwo różnych opracowań, Ona – uporczywie ślęczała nad Dłuską. Kiedy jechaliśmy pociągiem do Warszawy na ostateczną rozgrywkę, nasza klasa postanowiła odprowadzić nas na peron. Uchyliłem okno i przemówiłem do nich z wagonu: 

Kochacie siebie na wiosnę?
 bo ja nie 
zimy nie lubię 
wiosny nie lubię 
po co mnie jeszcze 
trzyma na czubie 
moja gałąź? 

(Był chyba kwiecień: miesiąc moich urodzin). Moja Mama potem powiedziała, że zachowuję się jak kabotyn i wszyscy się ze mnie śmieją. Możliwe, ale któż, przeżywając spleen (zamiast zdrowej i naturalnej depresji młodzieńczej), nie jest kabotynem? W tym okresie miałem już drugiego poetę, który przeorał moją świadomość – Micińskiego, byłem nawrócony na Młodą Polskę i zaczynałem w tym trybie czytać Białoszewskiego, poszukując nicości (substytut nirwany), obrzydzenia do świata i siebie, a miałem w pamięci przygotowany na olimpiadę esej Kwiatkowskiego o Abulii i liturgii u Białoszewskiego. Pociąg ruszył, przepraszająco rozłożyłem stolik i wyciągnąłem garść pustych kartek, aby pisać prozę. Polonistka: czy ty nigdy nie przestajesz pracować?. − Czy ty nigdy nie przestajesz pracować? – powiedziała sorka, zapisałem. Kiwnąłem zachęcająco głową, żeby mówiła więcej, bo przecież muszę coś pisać. Znałem już wówczas prozy Białoszewskiego i to była moja pierwsza próba takiego pisania „z życia”, na bieżąco. Fatalna.

Kilkakrotnie później słyszałem zarzut – wobec mnie czy wobec Białoszewskiego – że takie autobiograficzne, sylleptyczne spisywanie życia to łatwizna wobec kreacyjnego wysiłku obmyślania fikcyjnego świata. Polecam spróbować, jak ktoś tak myśli. Jak mówił Białoszewski, potrzebny jest do tego „błysk”, spięcie, ujrzenie splotu sytuacyjnego. I całe mnóstwo eliminacji, decyzji, co kiedy wprowadzić, jeśli w ogóle, a także „przearanżowań” (nawet tutaj: scenka w pociągu odbyła się, jak to opisałem, ale przy wyjeździe na olimpiadę filozoficzną rok wcześniej, po prostu za dużo by tłumaczyć, a pasowała; Białoszewski w pierwszej wersji wspomnień amerykańskich napisał, że u zakonnic na Manhattanie było jak w Sieradzu, ale potem poprawił jak w Przasnyszu, tłumacząc, że to „przaśniej” brzmi). Potrzebny dyktafon w uchu. Dlatego nie zgadzam się, że Białoszewski był prekursorem banalizmu i w związku z tą obserwacją dziesięć kartek o dwóch godzinach jazdy pociągiem uważam za etap przezwyciężony. Moje pierwsze lektury prozy Białoszewskiego były podobne, w kluczu „powieściowym” – myślałem: to drugorzędne wobec fabularyzacji, fikcji, wobec – dajmy na to – Gombrowicza. Znów winna jest temu wieloletnia edukacja, nie tylko szkolna. Jakie „autentyki” podaje się w szkole? Do tego nazywa się je np. quasi-literackimi, oddziela od fikcji jako nierównorzędny gatunek. A „dobranocki” (zwane też „wieczorynkami”)? Dlaczego dzieci przyzwyczaja się od zarania do animowanych kłamstw, zamiast pokazać, powiedzmy, reportaż o sadzeniu kasztanowców w ogródkach przedszkolnych i zbieraniu kasztanów, robieniu ludzików? Czemu hocki-klocki zamiast nagiej prawdy o nocnikach i leżakowaniu? (Przy czym Białoszewski wybrałby raczej topolę niż kasztanowiec. Artur Sandauer powiedział o wczesnym Białoszewskim: u Mirona słowa pękają jak kasztany). Obecnie – i to mnie różni od Białoszewskiego – mam dwa bieguny prozatorskie. Albo „błyski z życia”, zapisy chwil, w których mu się poddaję, godzę na nie, a nie próbuję kartezjańskim podmiotem je zdominować czy skolonizować – albo fikcja, ale to musi być hiperfikcja, metafikcja, aż groteska, przestylizowana i ostentacyjna, a mająca w sobie jakiś „koncept”, interpretację, tezę, prztyczek (kilka pierwocin z tego bieguna weszło do moich Opowieści obrzydliwych, co potwierdza, że z tym łatwiej niż z „autentykiem”). Skoro wyrasta z pewnej niezgody, to otwiera możliwość jakiejś „krytyki społecznej” czy „obyczajowej”, z której winno się skorzystać. Żadnych półśrodków w rodzaju „fikcja mająca udawać prawdziwe życie”. Markiza nie wyszła z domu o piątej, bo musiała napisać artykuł. Ale się zemści. Wyjdzie drzwiami, wróci oknem.

W tych czasach pisałem też wiersze. Nie za Białoszewskim, tylko dlatego, że kilka koleżanek pisało, chciałem być od nich lepszy (w renesansowych traktatach nazywano tę motywację aemulatio). Tu przydawał się Białoszewski, bowiem idąc w jego tropy, odróżniałem się od koleżanek podążających za Jimem Morrisonem i Arthurem Rimbaudem. Niestety, zabrnąłem w zaułek dobrze znany Bloomistom jako „lęk przed wpływem”: Białoszewski był zbyt silny, moje próbki żałosne. Pamiętam jedną z nich, w fazie „tessera” (u Blooma: takie czytanie mistrza, aby jego terminom przydać nowy sens), w rozpaczy westchnięte: ty osobny  /  ja podobny. W innych okolicznościach zapewne nie zdecydowałbym się tego ujawnić, ale teraz widzę w nim starcie dwóch koncepcji, powiedzmy: modernistycznej i post-, idei awangardowego „niepodobieństwa” i oryginalności oraz „literatury wyczerpania”, „powtórzenia”, a także Kierkegaardowską „rozpacz z powodu bycia nie-ja” oraz „rozpacz z powodu chęci bycia ja” (które powinny być przez Bloomistów przemyślane). Parę lat później, kiedy przygotowywałem już tomik Samotulenie (2002), byłem już – sądzę – swój. Oczywiście krytyka zauważyła mnóstwo Białoszewskiego, chyba głównie ze względu na neologizmy. Wydało mi się to powierzchowne. 

Białoszewski ukształtował moje myślenie o poezji, a to mnie na dłuższy czas zablokowało na odmienne projekty, choć polegało na pewnych „otwarciach” we mnie samym. Po pierwsze, zawsze wolałem jego wiersze krótkie – i głównie „późne”. Szkołę skrótu przeszedłem w klasie Białoszewskiego. W tym neologizmy i gry wieloznacznością jako czynniki kondensujące (czyli: ich efektowność, błyskotliwość – jak u niektórych neolingwistów – to dla mnie za mało; a na figurę enumeracji musiałem się latami nawracać). W tym sensie awangardę przerabiałem przez Białoszewskiego i dlatego ta pierwsza, „Pajbosiowa”, mało mnie nęci. Rzeczona brevitas musi jednak zawierać jakieś, by staromodnie powiedzieć, „drugie dno”. Dlatego nie lubię większości haiku i jego imitacji, skądinąd niesłychanie prostych. Otóż jeśli kultura zen, mówiąc skrótowo, podarowała nam dwa podstawowe gatunki czy tryby myśli-wypowiedzi, haiku i koan, to uważam, że u Białoszewskiego dominuje koan i dlatego ja skłaniam się ku niemu. Haiku powstawać ma w chwili harmonii ze światem, wyrażać czystą powierzchnię, tożsamość z nią, ma rejestrować. Koan jątrzy, nie bierze się ze zgody, jest paradoksem i grą ironii. Pewnie: nie ma we mnie samym harmonii, pełnej akceptacji „świata”, to i każda wydaje mi się fałszem, pozą lub ucieczką. Oto klasyczne haiku Ransestsu: 

Bezdzietna kobieta – 
ileż ona ma czułości 
dla lalek. 

Dla mnie to jest zbyt oczywista obserwacja, czytaj – nie ma o czym pisać. A oto jeden z najsłynniejszych koanów: jak wyglądała twoja twarz nim się urodziłeś? O, tu jest napięcie. Problem. I śmiech! Szczególnie jeden wiersz Białoszewskiego stał się moim osobistym koanem: 

pierwszy raz słyszę 
dwie cisze 
na oba uszy. 

Jasne, że można sprowadzić to do życiowej sytuacji – poeta jest stary, jedno ucho ma lepsze, drugie gorsze, czy coś takiego. Ale przeczytać to jako zapis medytacji? (Właśnie dopiero w medytacji uderzył mnie ten wiersz jak pałka, wcześniej „spływający”, nieczytelny). Wciąż z Białoszewskim w ręku szedłem przez tzw. badania naukowe, ale i gdy w moim życiu pojawił się Wschód, joga, okazało się, że i On tam był. Wschód dał mi nowy paradygmat i naukowego, i osobistego spojrzenia na te zapisy. To Białoszewskiemu wreszcie zawdzięczam stosunek do siebie w pisaniu. Po pierwsze więc – nieunikanie „ja” (polski poeta współczesny, niby ja). Już Wyka z okazji debiutu nazwał filozofię Białoszewskiego „pępkocentryczną”. Ile lat później ile razy usłyszałem to samo. „Nie należy pisać o sobie”, „to oznaka egotyzmu”, „tylko ja, ja i ja”, „bebechy” i „pępkocentryzm” (napisałem w końcu wiersz o medytacji pępkocentrycznej, o omphalosie, zamyka mój tomik Homunculus: trzeba mieć pępek). Otóż jest jedną z technik w psychologii sankhji-jogi nieustanne obserwowanie samego siebie, analizowanie swoich stanów i aktów, mające prowadzić do wyzwalania się ze schematów i spalania „więzów” świadomości. Jest, krótko mówiąc, niezbędne do samodoskonalenia, właściwa droga bez tego nie jest możliwa. Białoszewskiego kategoria oswajania jest wariantem znanego przekonania o terapeutycznej funkcji zapisu. Mam nosić sztuczne zęby – będę się w nich obserwował i zapisywał, w końcu się na nie/z nimi godzę. To również przejąłem. Przy czym proszę o tym pamiętać, spojrzeć od strony doświadczającego podmiotu, wtedy niemożliwe będzie stwierdzenie, że pisanie i publikowanie takich wierszy (o sztucznej szczęce czy masturbacji) to czysta prowokacja. Jest element przekroczenia granicy, ale jest też imperatyw szczerości – jako uczciwości wobec siebie. Nie napisałem wiersza o tym, że uderzyłem przyjaciela, po to, żeby prowokować, tylko dlatego, że nie mogłem sobie z tym poradzić, a później uważałem, że mówi o stanie/sytuacji, który może (lecz oby nie) przydarzyć się każdemu i nie trzeba ulegać tabu i przemilczać; poza tym zwolennik teorii Przybosia może powiedzieć, że odnalazłem „nową sytuację liryczną”. 

Wreszcie Białoszewski nauczył mnie, że pisząc o sobie, powinniśmy siąść w oślej ławce. Nie wolno do wszystkiego podejść z ironią i kpinką, a siebie pominąć (bez rozdzielania „ducha”, lepszego, od „gorszego” ciała). Właśnie siebie pierwszego. Siebie się nie oszczędza, gdy się wystawia. Dlatego też nie bać się być głupim. (Ale i odwrotnie: nie bać się być „nieczytelnym”, jak to się mówi, „trudnym”, a nawet niekiedy – „kapryśnym”). Z tego względu jestem impregnowany na wszelką twórczość, gdzie się pozuje. Zwłaszcza na mędrców i proroków. Poucza. Tylko siebie można pouczyć w wierszu. (Tyle że nauka prędsza / przez inny las. Co był w nas. – to Białoszewski z wiersza Szkoła sztucznych zębów). Mówić niby sprzed tablicy, a de facto z oślej ławki. Można kokietować, ale tak, by na tym nie zyskiwać, raczej zrażać, ci, którzy zostaną, będą sprawdzeni i wierni. Również Białoszewskiemu zawdzięczam więc „romans z tandetą”, czyli nieodrzucanie chropowatych form na rzecz wyglansowanych czy skłonność do zabawy kiczem i „boskim idiotyzmem”. Używanie rymów i wyraźnych symetrii pod pretekstem dowcipu, zapointowania, zgrzytu, cytatu, peryferyjności, rodzajowości. […] Bo tęskni się za tamtym wzruszeniem. Pewnie od dziecka miałem skłonność do przesady i kampu, ale Białoszewski swoją rękę uprawomacniającą do tego „złego gustu” przyłożył. 

Myślę, że to bardzo dużo, dlatego na koniec muszę zaznaczyć, że nie jestem wobec jego dzieła bezkrytyczny. Sporej grupy tekstów nie lubię lub nie cenię (nie doceniam?). Poza tym spory wpływ miały dla mojej poezji spotkania ze wspominanym Micińskim, Mallarmém (to na krótko) i poezją hiszpańską (szczególnie Cernudą i Lorcą, ale nie tylko). Jestem jednak przekonany, że pierwsze przeżycia literackie, wczesne, w znacznej mierze nas kształtują (psychologia lektury w duchu Piagetowskim lub innym mogłaby to wykazać) i trzema ostatnimi nazwiskami, a także innymi „odkryciami”, tylko już poszerzałem, budowałem na(d). W dodatku wiem, że Białoszewski mnie zamknął na znaczną grupę zjawisk lirycznych i super-chłonno-zgodnym krytykiem, jakiego projektował np. Kwiatkowski, być nie mogę, ale uzasadniam to tak, że poeci bywający krytykami rzadko bywają hipertolerancyjni i nie-idiosynkratyczni. (Tego, żeby się nie zajmować cudzą poezją, od Białoszewskiego świadomie się nie nauczyłem). 

I tyle mniej więcej. Mojego referatu. 

Piotr Sobolczyk



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas