poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAWEŁ KOZIOŁ
Osiem iksów o Tadeuszu Julianie Pajbosiu
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

X Tadeusz Julian Pajboś jest wyklejanką. Składa się z pamiętników Aleksandra Wata, głównego bohatera Zmór Zegadłowicza, antyawangardowej skamandryckiej groteski z primaaprilisowego numeru „Wiadomości Literackich”, wojennych wspomnień Orwella, afrykańskich fascynacji Bogumiła Andrzejewskiego, parodii akademickiego biografizmu i z paru współczesnych aluzji, zmiennych z inkarnacji na inkarnację. 

Pajboś jest również alegorią, a zatem sprawą śmiertelnie poważną. Figurą – owszem – papierową, i to powstałą z udziałem średniej jakości kleju biurowego, lecz zarazem wskazującą na rzeczy od siebie większe. I o nich chciałbym właśnie pokrótce a jawnie opowiedzieć, zawieszając na chwilę literacką fikcję.

Że stanie się Tadeusz Julian alegorią, czyli znakiem – w momencie wymyślania postaci nie było to jeszcze do końca jasne. Rzecz działa się trzy lata temu, gdy już zaplanowany, lecz wciąż bezimienny konkurs poetycki Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie zgłosił był zapotrzebowanie na patrona. Warunki przedstawiały się następująco: patron miał się kojarzyć z nowymi środkami wyrazu, nie powinien zbyt wyraźnie przymuszać do określonej poetyki czy – jeszcze gorzej – do określonego stanowiska politycznego i miał jeszcze dawać pewne pole do socjotechnicznej zabawy.

Z nazwiskiem poszło stosunkowo najłatwiej – faktycznie pojawiło się ono przed wojną obok parodii wiersza i pastiszu pochwalnej recenzji (zainteresowanych odsyłam do antologii Zabawy skamandrytów z 1992 roku). Potem wystarczyło już tylko przyjąć założenie, że panowie poeci zrobili wówczas brzydki numer autorowi jak najbardziej rzeczywistemu, wystarczyło dopasować bądź nagiąć chronologię, ażeby powstał pierwszy tekst o Tadeuszu Julianie. Był to rodzaj pseudonaukowego, biograficznego szkicu, z którym następne wzmianki nie powinny być sprzeczne. Wtedy też uruchomił się mechanizm alegorii.

Charakter Tadeusza Juliana jako znak spraw większych wynika bezpośrednio z opowieści założycielskiej. Gdyby bowiem współcześnie cenny (o tym później) atrybut Pajbosiowego nieistnienia miał swe zatrute źródło w głupim żarcie Tuwima czy Słonimskiego, wówczas mielibyśmy do czynienia ze sceną symboliczną. Zapowiadałaby ona rytualne wyparcie polskiej awangardy, skutkujące wielką narracją o słusznym a przyrodzonym tradycjonalizmie reprezentowanym przez Naszych Wielkich (bo nawet Różewicza opisuje się dzisiaj jako Starego Mistrza, a nie jako tego wspaniałego prowokatora, którego widać z jego tekstów). Słowem – opowieść o Pajbosiu stanowi dobry punkt wyjścia, by zacząć mówić o nudnej nowelce, w jaką zmieniła się barwna opowieść o polskiej literaturze XX stulecia. 

Nowelka owa stanowi skodyfikowany system błędów w zarządzaniu literacką pamięcią i – chcemy tego czy nie – psuje poezję powstającą dzisiaj. Skoro bowiem doświadczenie przedwojennej awangardy zostało uznane – jak Pajboś – za nieistniejące, skoro uczyniono z niego nie-tradycję, a zatem coś, do czego nie da się odwołać, to automatycznie zawęziło się pole wyborów twórczych możliwych współcześnie. To znaczy – awangardę można nadal wybierać, zgadzając się jednak przy tym na całą serię ukrytych podatków. Ceną jest świadomość, że wybiera się coś obcego (z dosłownego potraktowania tego faktu wziął się Sosnowski), marginalnego, nieprzebijającego się (skoro zagłuszyć by to musiało całą wyżej wspomnianą nowelkę). Ceną jest wreszcie i to, że wybierając awangardę, po drodze naraża się na masę epitetów, spośród których „przekombinowany” stanowi stosunkowo najłagodniejszy.

Tymczasem różnorodność jest potrzebna. Wybór poetyckich patronów z pewnością jest sprawą zbyt istotną, by uprawiać w tym przypadku losowanie spośród tych samych pięciu czy sześciu nazwisk. Pisanie jest z pewnością sprawą zbyt istotną, aby na starcie uznawać się za kontynuatora, aby pod wpływem historii literatury pisać literaturę historii. Wybieranie patronów nieistniejących służy zaś temu, by nie dążyć do literatury, jaka była, ale do takiej, za którą się tęskni.

Czy naprawdę poezją zajmują się dziś wyłącznie ludzie tak miękcy, że koniecznie muszą się oni opierać na jakichś faktycznie istniejących nazwiskach, że sami sobie przypisują role następców i naśladowców, że zależy im na tym, aby być czyimiś? Jeżeli nie – a przykład powiedzmy Baczewskiego pokazuje, iż nie jest to jedyna możliwa strategia – to na czym polega defekt naszej kultury, skutkujący forowaniem wszelkiego rodzaju powtarzaczy? Skąd bierze się pusty gatunek wierszy hołdowniczych i festiwal takichże samych literackich postaw? I najważniejsze – jak temu przeciwdziałać?

Pajboś prawdopodobnie odniósłby się do całego zagadnienia tak (czytelniku, wyobraź sobie odpowiednio twardą typografię):

ziemia (kostki brukowe wylosowane drogi
asfalt jak plastry wędliny podany na tacy
siłom gnącym        studzienki w nich 
studzienina śluz miasta) 

ma wszystko oprócz podstaw.     
tyczy się to wszystkich
(oddolne skany obuwia podgląd wzdłuż 
łydki) pojęć
pochodnych  (nasyp, gruboziarnisty żużel

zmieszany z piachem, poniżej spławne błoto)
stawianych na niej (fundamenty, stemple,
podłużna pieczęć wykopu podbiegła 
ciemnym tuszem)

w których ponoć żyjemy (sino 
segmentowana,
tłusta dżdżownica pociągu towarowego
w kierunku wschodnim) takich jak dom
czy państwo.

ziemia (gliniaste bruzdy jak wewnątrz 
czaszki) nie ma
punktu oparcia. coś kołuje, a ona
z kół opada (wyschnięte kluski odbitego

bieżnika). tyczy się to wszystkich pojęć
pochodnych (borowina; agroturystyka) – 
ich intensywna uprawa sprawia, że 
korzenie

przerastają na stronę spadającą (piarg, 
klif).

Wiersz jest o powtarzaniu. O rozsypce, jakiej ulega to, co powtarzane, co nadwartościowane, jak metafora ziemi. O tym, jak niebezpiecznie opierać się na powtarzanym. O tym nareszcie, że „strona spadająca”, strona świadomej niebezpieczeństw powtarzania awangardy, jest coraz bliżej, pod coraz cieńszą warstwą miałkich powtórzeń.
Paweł Kozioł









 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas