poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROZMOWA REDAKCYJNA
Czy bunt się ustatecznia? Młodość w literaturze i kulturze współczesnej
Dekada Literacka 2008, nr 5-6 (231-232)

PAULINA MAŁOCHLEB: Zaprosiliśmy Państwa na to spotkanie, ponieważ „Deka­da Literacka” właśnie teraz obchodzi swoje osiemnaste urodziny – nie jest to jeszcze poważny jubileusz, rocznica, którą należa­łoby świętować. Wydarzenie to podsunęło nam pomysł na rozmowę o młodości, jej roli i miejscu we współczesnej kulturze. Czy młodość, Państwa zdaniem, jest dziś wyraźnie wyodrębnionym segmentem biografii, a co za tym idzie, czy otwiera ją i zamyka jakaś granicą do przekroczenia. Jeśli tak, to czy są jakieś rytuały związane z jej przekraczaniem? Kiedy zaczyna się wchodzenie w dorosłość? Czy można po­strzegać młodość jako odrębną fazę życia? W jaki sposób funkcjonuje ona w świa­domości społecznej? Pytania te wydają się ważne, ponieważ stopniowo zanika­ją różnice między kolejnymi okresami w życiu, pytamy o nie starym językiem. Nawykliśmy do tego, że istnieje młodość i dojrzałość, ale może tak nie jest?

JAN JERSCHINA: Zbuntowałem się we­wnętrznie, kiedy usłyszałem, że przeciw­stawia Pani młodość i dojrzałość, gdyż w ten sposób sugeruje Pani, że młodość jest niedojrzała. Wydaje się, że lepiej było­by potraktować młodość trochę jak gatu­nek – uznać, że ma ona swoją specyficzną dojrzałość. Czym jest młodość? – jest to wiek rozterek, wyborów, tworzenia siebie i własnej tożsamości na sposób bardziej świadomy. Ten pierwiastek świadomości zaznacza się w młodości wyraźniej niż w dzieciństwie. Uważam, że powinni­śmy unikać poszukiwania istoty młodo­ści, dlatego że w gruncie rzeczy młodość jest kategorią bardzo zróżnicowaną. Za Antoniną Kłoskowską powiem, że ła­twiej byłoby określić, czym jest młodość lub młodzież, szukając wewnętrznych, charakterystycznych przeciwieństw czy sprzeczności. Proszę zwrócić uwagę na to, że najważniejsze wydarzenia w młodości dotyczą tworzenia związków emocjonal­nych, i to, jak one się realizują, określa postawy młodych ludzi młodzież w da­nej epoce. Moje studentki mają smutne twarze – ich podstawowym problemem jest to, że partnerzy uciekli za granicę, są nieobecni. To jest aktualny problem młodości. Większość tych młodych ludzi znajduje się w okresie poszukiwania part­nerów życiowych, przy czym dla nich łączy się to często z poczuciem osamotnienia. W rozmowie ze mną studenci podkreślali jeszcze jedną rzecz: znaczenie pieniędzy – dla nich jest to podstawowe kryterium wewnętrznego zróżnicowania grupy. Mło­dość nie jest zatem jednolitą kategorią, nie tylko w sensie wiekowym, ale też material­nym. Adam Siciński powiedział przed laty, że młodość kończy się w czterdziestym roku życia, ponieważ wtedy ludzie prze­stają być zależni od rodziców. Wydaje się jednak, że okres tej zależności nie kończy się wcale tak szybko – czterdziestolatki często muszą szukać pomocy u rodziców, żeby spłacić mieszkanie i samochód. Dla młodych przede wszystkim liczy się sta­bilność życiowa, poczucie bezpieczeństwa. Kiedy Stefan Nowak w latach 60. badał studentów, przeważająca grupa odpowie­działa, że ustrój, który najbardziej by im odpowiadał, to socjalizm. Dzisiaj w son­dażach młodzi mówią, że chętnie praco­waliby w dużej korporacji. Zarówno ustrój socjalistyczny jak i korporacja to wielkie organizmy, trwałe organizacje mogące za­pewnić bezpieczeństwo, dające szansę na karierę i stałą pensję. Wartości cenione społecznie pozostały bardzo podobne. Stefan Nowak poszukiwał w swych bada­niach potwierdzenia tezy, że młodzi mogą zmienić Polskę, a okazało się, że młodzi chcieli tylko „małej stabilizacji”. Wywołało to wielkie rozczarowanie władzy, a wyniki badań nigdy nie zostały opublikowane. Wyszło na jaw, że głównym dążeniem młodych jest stabilizacja, a nie rewolu­cja. Później jednak przyszedł 1968 rok. 

ŁUKASZ ORBITOWSKI: Odnoszę wra­żenie, że młodość jest pewnego rodzaju koniecznością kulturową, ponieważ cały rynek reklamy skierowany jest do ludzi młodych. Innymi słowy, cała kultura, która dociera łatwo do odbiorcy, adresowana jest do ludzi młodych. Cała telewizja, większość prasy, nakierowana jest na lu­dzi młodych – w okolicach 25 roku życia lub młodszych. Zwróćcie Państwo uwa­gę, że młodzi, w odróżnieniu od swoich poprzedników, którzy teraz mają 50 lat, są zanurzeni w kulturze popularnej, są jej współtwórcami, a przede wszystkim bardzo barwnymi konsumentami i ich sztuka wyrasta z telewizji, kina, muzy­ki. Tymczasem obcowanie z popkulturą jest po prostu kosztowne. I to jest, moim zdaniem, szalenie ważny punkt, w którym pieniądz w sposób bezpośredni zbiega się z procesem twórczym. Ci ludzie wchodzą w kulturę masową, bo to jest element ich życia, świata, ich pisania. A to kosztuje! Jakub Żulczyk musi pojechać na Heine­ken Opener Festival, ponieważ to pozwala mu brać aktywny udział w kulturze, pi­sać o muzyce, grać na konsoli. Mało tego, trzeba jeszcze nie być obcym, trzeba być częścią tej kultury – a to oznacza koniecz­ność posiadania odpowiedniego stroju, określonego stylu bycia.

P. MAŁOCHLEB: Z drugiej strony Żulczyk pisze manifest, nazywając swoich rówie­śników „pokoleniem 1200 brutto” – nie definiuje ich za pomocą odwołań do światopoglądu czy ideologii. Przeciwnie – elementem jednoczącym, wyznaczającym miejsce tego pokolenia w świecie, staje się marna pensja, jaką zarabia młody człowiek po studiach. 

Ł. ORBITOWSKI: To prawda, to było bar­dzo trafne określenie parę lat temu. Silnie działająca na wyobraźnię wizja tego po­kolenia wydawała mi się jednak odzwier­ciedleniem osobistego rozczarowania czy też chwilowego zjawiska, ponieważ „po­kolenia 1200 brutto” już nie ma, z tego powodu, że ludzie zaczęli zarabiać więcej albo wyjeżdżać za granicę do pracy. 

JERZY JARZĘBSKI: Wydaje mi się, że po­strzeganie zależności od rodziców w kate­goriach problemu i dążenie młodych do samodzielności to stosunkowo nowe zja­wiska społeczne. Dawniej młodzi również byli przez długi czas związani z rodzicami – żyło się w rodzinach wielopokoleniowych, mieszkających wspólnie. Oczywiście ro­dzice nie musieli pomagać młodym w zdo­byciu mieszkania, dlatego że mieszkali razem i w domu rodzinnym dożywali swoich dni. Teraz można powiedzieć, że z powodu szybkiego usamodzielniania się młodzieży stała się ona w większej mierze przedmiotem zabiegów rynkowych. Wy­nika to z szybkiego tempa narastania jej własnych potrzeb: mieszkanie, urządzenie mieszkania, odrębna subkultura mate­rialna. To wszystko współtworzy model rynkowy i model socjologiczny…

TERESA WALAS: …i kulturowy. Pan Or­bitowski zwrócił uwagę na coś szalenie ciekawego – pieniądze potrzebne są nie tylko na prywatne wydatki, ale przede wszystkim na to, żeby wejść w kulturę, którą człowiek akceptuje. Zagajewski wyznał w W cudzym pięknie, że wykładał na W UML-u po to, żeby móc kupować płyty Mozarta. Rodzaje potrzeb pozostają te same, zmienia się tylko ich treść. W tym, co Państwo mówią, jest jedna interesująca rzecz, która sprzeciwia się trwałemu mito­wi młodości jako fazy idealizmu, niesko­rumpowania, buntu. Czyżby współczesna młodzież, koncentrując się na problemach materialnych, dokonywała destrukcji tego społecznego romantycznego mitu, według którego młodość to wartość społeczna i duchowa? 

JUSTYNA JAWORSKA: Wydaje mi się, że w zjawisku ukonstytuowania się tego mitu można wyróżnić dwie fazy. Romantyzm w pewnym sensie młodość „wynalazł”, utwierdził ją w jej autoafirmacji. Nie ozna­cza to oczywiście, że przedtem ludzie nie byli młodzi, ale aż do romantyzmu nie traktowali tego faktu jako wartości. Na­tomiast druga fala miała miejsce w wieku XX, kiedy kultura masowa odkryła mło­dość jako kategorię rynkową, już nie tyl­ko kulturową czy polityczną. To zjawisko w Ameryce miało miejsce wcześniej, bo jakoś niedługo po II wojnie światowej. W Polsce za „drugofalowy” wybuch kul­tu młodości uznano Warszawski Festiwal Młodzieży w 1955 roku, a moda młodzie­żowa przyjęła się po odwilży. Można się zastanowić, czy po transformacji nie nastąpiła trzecia faza, która wzmocniła młodość jako kategorię konsumpcyjną: pojawiła się na olbrzymią skalę muzyka młodzieżowa, młodzieżowe gadżety. Na­silił się stylistyczny dyktat młodości. Jeśli sięgniemy do rozróżnienia uczynionego kiedyś przez Margaret Mead, to trzeba uznać, że żyjemy obecnie w kulturze postfiguratywnej, w której starsi naśla­dują młodszych.

J. JARZĘBSKI: Pomiędzy tym okresami, o których mówiłaś, ja umieściłbym jeszcze jedno zjawisko – młodość rewolucyjną, jaką przyniósł ze sobą komunizm. Na­leżałoby wskazać jeszcze falę afirmacji młodości, którą niosła ze sobą w zasadzie każda rewolucja, bo rewolucja opiera się na młodych. W Polsce stalinizm też był kulturą młodych, dlatego że młodzi z na­tury rzeczy burzą to, co było wcześniej. To świetnie widać w dziełach klasycznych – w Cichym Donie chodzi o to, żeby porwać za sobą młodych, żeby młodzi dali po gło­wie starym, broniącym starego porządku. 

T. WALAS: Już choćby w samym pojęciu „pryszczaci” zawarty był pierwiastek mło­dości, cierpień dojrzewania. 

KRZYSZTOF UNIŁOWSKI: Nie sądzę, żeby kultura masowa była adresowana tylko i wyłącznie do młodych. Ona w dużej mierze pozwala nam, starszym, podtrzy­mać złudzenie, że funkcjonalnie jesteśmy młodzi. Podam jeden z wielu banalnych przykładów – dinozaury muzyki popu­larnej mają publiczność pięćdziesięcio-, sześćdziesięcioletnią. To kultura młodzie­żowa pozwala nam ciągle partycypować w młodości, nawet kiedy już biologicznie nie jesteśmy młodzi. Co więcej, taka sytuacja, w której może nastąpić rozziew między ofertą rynku w ramach kultury popularnej a ekonomicznymi możli­wościami młodych ludzi, może prowa­dzić do frustracji. Gniew tego rodzaju też jest wykorzystywany, pojawiają się grupy, które pragną go zagospodarować. W poprzednich wyborach PiS kierował się do młodych z wezwaniem: zróbmy rewolucję, wypchnijmy starszych, bo oni blokują wam możliwość awansu, uwolnijmy wszystkie możliwości kariery, które są zamykane przez korporacje zawodowe. To była oferta dla prawników, ale i dla doktorantów, prawda? Oni jednak woleli oddać swoje głosy na kogoś zupełnie innego, kto absolutnie nie proponował rewolucji, ale namawiał raczej do partycypacji w tym systemie, który istnieje. Znów więc mogliśmy zobaczyć, że młodzi wolą dostosować się do struktury społecznej. Postawy buntownicze wydają się słabo obecne. Na tym więc tle środowisko „Krytyki Politycznej” skupione wokół Sławomira Sierakowskiego jest poniekąd egzotyczne, mało reprezentatywne dla swoich rówieśników – w tym sensie jest to rzeczywiście awangarda.

J. JARZĘBSKI: Rewolucja stała się dla młodych podejrzana, gdyż się zinstytucjonalizowała i zrobiono z niej pewien produkt rynkowy, co zresztą świetnie opisuje w swych książkach Dorota Masłowska. Pojawiło się nowe zjawisko, nowa rola społeczna: można być rewolucjonistą w systemie.

K. UNIŁOWSKI: Postawy rebelianckie w sztuce, w pracy intelektualnej nie są modne ani często spotykane. Młodzież nie jest zainteresowana buntem. 

P. MAŁOCHLEB: Młodzież, właśnie w tym środowisku naukowym, o którym Pan wspomniał, widzi przede wszystkim, że próby namówienia jej do rewolucji są w istocie próbami manipulacji. W ubiegłym roku na konferencji naukowej zorganizowanej przez IPN i Uniwersytet Szczeciński jeden z historyków zaczął nawoływać, aby młodzi zrobili rewolucję w nauce i zlustrowali prace naukowe publikowane i doktoraty obronione w po Marcu. Mówił, że trzeba sprawdzić wartość merytoryczną rozpraw naukowych i wyrzucić z uczelni splamionych, oczyścić środowisko. Nikt nie potraktował poważnie tej propozycji utorowania nam ścieżek, bo wiedzieliśmy, że celem nie jest odmłodzenie uczelni, lecz lustracja. 

Ł. ORBITOWSKI: Moim zdaniem młody artysta popierający rewolucję byłby człowiekiem szalonym z przyczyn praktycznych. Zawód twórcy jest stosunkowo mało rynkowy, z reguły dostają mu się ochłapy z pańskiego stołu: niewielkie stypendium, grant, etat na uczelni, posada korektora – wyznaczają mały światek, który jest dla pisarza cenny, ponieważ nie umie niczego innego robić. W związku z tym artysta, owszem, może czuć potrzebę rebelii, lecz wyrażał ją będzie za pomocą półśrodków: pójdzie na ustawkę z kibicami, upije się, napisze skandalizującą książkę. Nigdy nie będzie jednak zainteresowany realną zmianą zastanego układu społecznego czy też politycznego, bo jest od niego zależny i przy jakiejkolwiek zmianie systemu odpadnie jako pierwszy. 

J. JERSCHINA: Rewolucyjność nie jest przewidywalna – proszę więc uważać z formułowaniem sądów. Socjologowie mylili się, pisząc o konformizmie młodzieży i parciu do stabilizacji, ponieważ po tych okresach często wybuchały rewolucje. Paliwem dla rewolt zawsze byli ludzie luźni – młodzi, wykształceni, bezrobotni. W 2006 roku 40% ludzi po wyższych studiach nie miało pracy – wydaje się więc, że czeka nas rewolucja. 

ROBERT OSTASZEWSKI: Myślę, że młodzi nie chcą rewolucji. Bo kim są dzisiaj rewolucjoniści? W środowisku „KrytykiPolitycznej” – tej awangardy młodych – największym rewolucjonistą jest Marian Pankowski, urodzony w 1919 roku. 

P. MAŁOCHLEB: Czy można mówić o terrorze młodości w kulturze? A jeśli tak, to kto jest jego motorem – przecież nie młodzi, którzy uzależnieni są finansowo od rodziców i borykają się z najbardziej przyziemnymi problemami. 

K. UNIŁOWSKI: Terror młodości stosuje się do nas – osób w średnim wieku czy już nawet starszych. Chcemy być młodzi w ramach tej kultury. Ale to jest kwestia naszego wyboru, pragnienia, nie odbieramy tego modelu kultury jako przymusowego. Chcemy nosić dżinsy, zachowywać się tak jak w latach 70. czy 80., bo w ten sposób kultura popularna pozwala nam, otaczając nas takimi a nie innymi gadżetami, trwać w przekonaniu, że ciągle jesteśmy młodzi, że jeszcze nie przekroczyliśmy tego wieku, który czyniłby nas starymi. Znajdujemy się więc w wygodnej sytuacji – z jednej strony czerpiemy ze wszystkich dobrodziejstw związanych z naszą pozycją zawodowo-społeczną, a z drugiej – mamy to przyjemne poczucie, że nawet w ramach kultury popularnej, adresowanej głównie do młodych, my ciągle pozostajemy w głównym nurcie. Co może powodować, że młodość staje się czymś kłopotliwym dla części młodzieży, jeśli nie może w pełni korzystać z oferty kultury masowej, jeśli – co paradoksalne –
korzysta z niej w mniejszym stopniu niż generacja w wieku średnim.

Ł. ORBITOWSKI: Uwielbienie młodości samo zaczyna siebie zjadać – człowiek przyzwyczajony do stanu młodości za wszelką cenę stara się powstrzymać proces starzenia. Pojawiają się więc różne zjawiska służące podtrzymaniu młodości: zabiegi kosmetyczne, botox, kulturystyka itd. Wy­daje mi się, że terror młodości w rzeczy­wistości realizuje się poprzez nasz własny, wewnętrzny przymus bycia młodym. Oba­wiamy się, że nagle znajdziemy się poza światem, wylecimy za horyzont zdarzeń, zostaniemy w przestrzeni, w której żadna reklama nie jest skierowana do nas, książki mówią językiem dla nas niepojętym. I na­gle stajemy się samotni w tym wymiarze, w którym możemy sobie najwyżej poszu­kać towarzystwa innego starszego dziada…

T. WALAS: …który też nie będzie się chciał przyznać do tego, że jest stary. 

P. MAŁOCHLEB: Myślę, że oprócz tak ro­zumianego „terroru młodości” można też mówić o „sterroryzowanej młodości”, czyli o nakładaniu na barki młodego człowieka sprzecznych ról – wkracza on bowiem w życie społeczne i oczekuje się od niego stabilizacji, założenia rodziny, a przy tym jednocześnie w pracy ciągle traktowany jest jak młodzik, który musi się wykazać, przyłożyć, zabłysnąć. Zagrożeniem nie jest więc wypadnięcie poza system, lecz ugrzęźnięcie w nim, niemożliwość uwol­nienia się z sieci coraz ciaśniej oplatają­cych, sprzecznych ze sobą oczekiwań. 

K. UNIŁOWSKI: Jesteśmy już na tropie fał­szywej świadomości naszych czasów. Wy­myśliliśmy sobie kult młodości tylko po to, żeby młodych tym bardziej eksploatować. 

J. JARZĘBSKI: Młodzi ludzie poddawani są społecznej eksploatacji, są potrzebni koncernom, aby dać im młodą twarz. Źle dla wizerunku przedsiębiorstwa, je­śli wygląda jak zbiorowisko starych ludzi. Firma powinna być młoda, dynamiczna, rozwijająca się, więc młodość znowu staje się przede wszystkim rynkowym elementem. 

J. JAWORSKA: Wszystkie te zjawiska stały się zresztą tematem antykorporacyjnego nurtu w literaturze. 

Ł. ORBITOWSKI: Ale to jest strasznie nudny nurt! Mam wrażenie, że antykor­poracjonizm jest właściwy i ciekawy tylko w tej przestrzeni, gdzie kultura korpora­cyjna, globalizacyjna jest bardzo dobrze wykształcona, i gdzie jednak przyniosła korzyści, wymierny dobrobyt. Automa­tycznie skierowany przeciwko niej nurt kontestujący okazuje się wyrazisty i ma znaczenie, podczas gdy w Polsce jest to raczej podążanie za modą, a nie rzeczy­wista potrzeba kultury. 

K. UNIŁOWSKI: Nie widzę nurtu antykor­poracyjnego w Polsce poza samym hasłem. Bieńkowski krytykował przecież sytuację z lat 90. z perspektywy wartości polskiej prawicy. Właściwie jedyną naprawdę anty­korporacyjną powieścią był Zwał Shutego. Wolałbym więc, żebyśmy przedwcześnie nie uśmiercali tego nurtu, ponieważ póki co jest on raczej projektem.

T. WALAS: Można przyjąć, że mamy do czynienia z nowym – w perspektywie dłu­giego trwania – zjawiskiem: zróżnicowa­ny świat społeczny ciągle szuka dla siebie ikony młodości. Wcześniej kształtujące się i stabilizujące instytucje oraz formy życia zbiorowego zabiegały raczej o ikony dojrzałości, bo one wzbudzały zaufanie. Okazuje się więc, że jednak oddziałuje na nas mit młodości – jej energii twórczej, siły witalnej. 

P. MAŁOCHLEB: W jaki sposób młodość sama siebie widzi, definiuje? Powiedzie­liśmy na razie o negatywnych jej odnie­sieniach – że zanika w niej bunt, duch rewolucji, sprzeciwu, jakiejkolwiek kontestacji… 

MARTA WYKA: Zanikło również poczu­cie wspólnotowości, wewnętrzne kryteria rozpoznawalności grupy. Przecież pew­ne romantyczne znaki rozpoznawcze we współczesnym społeczeństwie przestały istnieć, nie ma różnic pomiędzy młodzieżą polską, francuską, szwedzką czy niemiec­ką – a przez długi czas były to wyróżniki młodości. W przestrzeni medialnej jednak znikły one zupełnie, nie stanowią bariery w porozumieniu. Młodość wykształciła swoje kody, które nie są związane ani z afirmacją, ani z zaprzeczaniem mitom romantycznym. Zaistniała inna prze­strzeń porozumienia i w niej młodzi się rozpoznają. W czasie rewolucji interne­towej znikły, silne wcześniej, kategorie i wewnętrzne podziały młodych: nie ma już ani dyferencjacji narodowej, ani spo­łecznej. Nie ma już, w kulturowym sensie, młodzieży robotniczej albo młodzieży chłopskiej. Przynależność klasowa nie jest już ważna. Ustalenia, które socjolo­gowie robili trzydzieści czy czterdzieści lat temu, zostały unieważnione. Tożsamość i samoidentyfikacja jest niezwykle ważna, ona stanowi podstawę rozpoznawania się młodzieży. Kolejną wartością jest postawa wobec konsumpcji – stanowi ona podsta­wową kategorię wyznaczającą stosunek młodych do innych grup społecznych. Młodzież pogardza tymi, którzy nie są już atrakcyjni. Pierwsze próby przełamania takich podziałów, budowanie przestrzeni empatii dostrzegam u Masłowskiej, któ­ra dąży do stworzenia płaszczyzny po­rozumienia między tymi nieszczęsnymi moherowymi beretami i sobą jako młodą pisarką. Masłowska mówi, że musimy się litować nad tymi, którym rynek nie ma nic do zaoferowania, którzy przystali do ojca Rydzyka, szukając swojego miejsca w społeczeństwie.

J. JAWORSKA: Kiedy pytam studentów, czy oni się rozpoznają klasowo w społe­czeństwie, odpowiadają przecząco. 

T. WALAS: To może oznaczać, że brak rów­nież wzorców kulturowych, a nie tylko poczucia społecznej przynależności. 

J. JARZĘBSKI: Być może rozpoznają się terytorialnie… 

K. UNIŁOWSKI: Raczej środowiskowo, bo ich związki nie ograniczają się do regionu Polski, ale raczej do środowiska: subkultu­ra blokersów funkcjonuje na wielu bloko­wiskach w kraju, nie zawęża się do jednego regionu. Innym przykładem będzie kul­tura disco-polo, która wyrosła z wyraź­nego gestu sprzeciwu wobec miastowych, w tym także wobec kultury inteligenckiej.

J. JERSCHINA: Przepraszam, ale nie zga­dzam się, że pochodzenie czy korzenie środowiskowe nie mają znaczenia. Mło­dzież nie deklaruje tego wprost, ale bar­dzo często pochodzenie determinuje ich pierwsze kroki w samodzielnym życiu. Na uczelniach wielkich miast, a zwłaszcza na tych najlepszych, dominuje młodzież za­można, inteligencka, natomiast młodzież chłopska uczy się w bardzo kiepskich uczelniach w małych miastach. Pocho­dzenie ma znaczenie. 

J. JARZĘBSKI: Istnienie wyższych szkół zawodowych zamiast wyrównywać szanse młodych, wprowadziło jeszcze większe rozwarstwienie. Dla wielu studentów licencjat wyznacza koniec ich kariery naukowej. Tylko nieliczni, ci lepsi i za­możniejsi, przyjeżdżają do większych ośrodków, by kontynuować studia. 

K. UNIŁOWSKI: Występuje jeszcze bariera mentalna: młodzież niekoniecznie chce wyjechać poza swój powiat, oni szukają dla siebie miejsca niedaleko domu, przestrzeni, z której pochodzą. Takie zachowanie łączy się z tendencją, od której zaczęliśmy naszą rozmowę – młodzież często szuka jakiejś otuliny. Młodzi z małych miast kształcą się w tych ośrodkach i zostają na miejscu dla­tego, że to jest przestrzeń oswojona, także w sensie mentalnym. Nie chodzi o to, że trudniej o pracę w Katowicach niż w Ryb­niku, rzecz w tym, że ceni się życie wśród swoich, osadzenie w znanej przestrzeni.

T. WALAS: Romantyczny mit młodości osadzony był na dwóch filarach: buntu i niewinności. Podaliśmy w wątpliwość ducha rewolucji, ale jak wygląda pozycja niewinności? Czy dalej istnieje opozycja: skorumpowani starzy versus niewinni, czyści młodzi? 

Ł. ORBITOWSKI: Nie sądzę. W książkach, które przeczytałem, młody człowiek jest jednostką niewinną tylko dlatego, że nie miał możliwości, aby się ubrudzić. Drzwi są przed nim zamknięte, to budzi u niego negatywne emocje, niezadowolenie. Czę­sto w powieściach Żulczyka czy innych autorów funkcjonuje wizerunek młodego człowieka, który chce zagarnąć tyle, ile można, użyć tyle, ile się da. 

J. JARZĘBSKI: To jest zabawne. Z jednej strony istnieje mit umoczonego w jakieś machinacje, korupcję starego, z drugiej – mit młodego, który jest znacznie bardziej zepsuty perwersyjną erotyką, narkotykami. Starym nawet by do głowy nie przyszło, czym młodzi teraz się zajmują.

Ł. ORBITOWSKI: W książkach Żulczyka, Piotra Rogoży czy Kuby Małeckiego do­strzegamy rozpad więzi rodzinnych. Te­matem tej literatury często jest przepaść pomiędzy rodzicami a młodymi ludźmi. Miejsce więzi rodzinnych w systemie społecznym zajęła „sztama”. Prawdziwą wartością staje się wierność wobec kum­pla – kumpel stanowi rodzaj świętości i złamanie zasad lojalności jest zbrodnią nieporównywalnie gorszą niż np. okra­dzenie rodziców lub ich okłamanie albo zdradzenie swojej dziewczyny. 

K. UNIŁOWSKI: Właśnie na to chciałem zwrócić uwagę, bo wydaje mi się, że ta konsolidacja nie dotyczy tylko grup mło­dzieżowych, lecz w ogóle grup pokole­niowych. Współczesne technologie będą ułatwiały konsolidację grupy i budowanie sobie tożsamości. 

J. JAWORSKA: Przypomniało mi się roz­czarowanie Dariusza Nowackiego, który po debiucie Krzysztofa Vargi Chłopaki nie płaczą narzekał, że autorowi nie udało się wykreować mitu pokoleniowego w tej książce o chłopakach. Varga opisuje świat dookoła, natomiast z tego opisu nie wy­łania się wyraźny etos grupy. Tymczasem być może nie chodziło o pisarską nieudol­ność, lecz właśnie o rozpoznanie, że w po­łowie lat 90. nie ma już miejsca na mit solidarności pokoleniowej. Śmiertelność czy Tequilę Vargi można już czytać jak elegię dla idei kumpelstwa.

K. UNIŁOWSKI: Te książki, o których mówiliśmy, pokazują, że trudno byłoby znaleźć narrację, jaka byłaby wspólna dla całego pokolenia. W związku z tym w Bia­łym kruku Stasiuka i u Vargi mieliśmy dramatyczną opowieść o rozpadzie, ale tylko paczki.

P. MAŁOCHLEB: W naszej rozmowie wciąż powraca problem rynku i komercji, zapy­tam więc Państwa, w jaki sposób młodość jest ujmowana w wydawniczych strate­giach marketingowych? Jak jest reklamo­wana, jakich najczęściej strategii się uży­wa? Pierwsza powieść Masłowskiej była przyjęta jako pewien eksces – dziwiono się, że tak młoda dziewczyna napisała świetną książkę. Później próbowano powtórzyć ten sukces, wydając Niezidentyfikowany obiekt halucynogenny siedemnastoletniej Pauliny Bukowskiej, którą reklamowano jako jeszcze młodszą Masłowską. Ciągle jednak trwała nieufność wobec książek bardzo młodych autorów, czytelnicy nie do końca wiedzieli, jak to ugryźć, czy w ogóle traktować poważnie literaturę pisaną przez nastolatki. 

K. UNIŁOWSKI: Wszystko wskazuje na to, po sukcesie Masłowskiej, że młodość to jednak jest kategoria, która może sprzy­jać karierze (bardziej autorki niż autora). Przez dwa lata wydawnictwa w Polsce poszukiwały nowego młodego talentu. Okazało się jednak, że Masłowska to był incydent i nie da się uczynić z niej zjawiska seryjnego. Prób było bez liku, Bukowska to ostatni odcinek tego serialu i żaden nie potwierdził, że występuje tu jakaś prawi­dłowość, że młodość sprzyja sukcesowi komercyjnemu i artystycznemu. W 2002 roku, po kilkuletnim zastoju na rynku wy­dawniczym, potrzebne było przełamanie i trafiła się akurat Masłowska.

J. JARZĘBSKI: Ale ona była jednak bardzo utalentowana. 

K. UNIŁOWSKI: Ależ oczywiście, że tak! Tymczasem wydaje się, że Masłowska jest jedną z najbardziej przeklętych przez in­ternautów autorek. Gdybyśmy sprawdzili opinie na jej temat na forach czytelniczych, to przeważają te zdecydowanie negatywne: „to jest ktoś, kto nie umie pisać!”, „to jest ktoś, kto nie zna reguł polszczyzny!”. I co ciekawe, te opinie nie są zróżnicowane w zależności od wieku. Negatywny stosu­nek do Masłowskiej mają jej rówieśnicy, za to jej zwolennikami są przede wszystkim wyrafinowani krytycy. 

P. MAŁOCHLEB: Czy dla szerokiej pu­bliczności wiek autora ma znaczenie? 

K. UNIŁOWSKI: Ma znaczenie, ponieważ budzi ciekawość publiczności, ale może zostać wykorzystany dla uzasadnienia niechęci. „No przecież to jest jakiś spisek” – takie było najczęstsze wytłumaczenie ka­riery Masłowskiej wśród czytelników, któ­rzy się do niej zrazili. Jej sukces uznano za wynik spisku mediów, krytyków, wydawcy. Jej wiek stał się argumentem wspierającym tezę, że dokonano manipulacji, wykorzy­stując jakąś młodą dziewczynę, która tak naprawdę nie zna języka polskiego. 

J. JARZĘBSKI: Bo wbrew pozorom Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną to jest bardzo trudny tekst. Żeby się nim za­chwycić, trzeba zrozumieć wszystkie jego smaczki. Poziom wewnętrznej komplikacji daje wymówkę tym, którzy nie bardzo sobie radzą ze zrozumieniem powieści – „jak to, ona przecież używa tylu brzydkich wyrazów!”. Tymczasem Masłowska nie pisze językiem blokersów, tylko szalenie skomplikowanym melanżem różnych języków.

P. MAŁOCHLEB: Tak, ale podstawę jej gry z językiem stanowi naginanie lub łama­nie reguł gramatycznych i składniowych. Młodzi tej literatury w ogóle nie rozumieją, poszczególne elementy nie składają się dla nich na świat przedstawiony mający pewne konkretne znaczenie. Kiedy pró­bowałam czytać z moimi uczniami Pawia królowej, to okazało się, że oni zupełnie nie są przygotowani do interpretacji pa­stiszu, tekstu parodystycznego. Nie dys­ponują językiem, jakim mogliby mówić o Stanisławie Retro, ponieważ do tej pory poznawali tylko postacie skomplikowane wewnętrznie, rozdarte, których dylema­ty duchowe miały znaczenie uniwersalne. A tymczasem Stanisław Retro nie nadaje się do czytania w perspektywie: naślado­wać / nie naśladować.

Ł. ORBITOWSKI: Moim zdaniem przyczy­na leży także w tym, że język Masłowskiej jest melanżem różnych języków, natomiast wyrasta z mowy potocznej na osiedlu w Wejherowie. I w tym momencie wy­brany przez nią język już nie istnieje, bo języki młodzieżowe bardzo szybko się zmieniają. Nie ma więc wspólnoty ko­munikacyjnej między młodym czytelni­kiem i Masłowską. Wojna polsko-ruska… staje się kolejnym tekstem z innej planety, ponieważ młodzież nie znajduje z nim porozumienia. 

J. JERSCHINA: Dlaczego Państwo uważają, że młodzież mówi językiem Orzeszkowej, i to jest powód, dla którego nie zrozumie Masłowskiej?

K. UNIŁOWSKI: Młodzi nie mówią Orzesz­kową, ale czytają podług kodów lekturo­wych odziedziczonych z XIX wieku.

J. JERSCHINA: Uważam, że można te ob­serwacje przenieść na szersze tło – mło­dzież, z którą mamy do czynienia, jest co­raz gorzej przygotowana do uczestniczenia w kulturze wysokiej. Niepoprawnie używa języka polskiego, mało wie o literaturze, prawie nic nie czyta – zaledwie wąska grupa czyta tygodniki opinii, niewiele więcej osób zagląda na portale „Gazety Wyborczej”, Onetu czy Interii. Oni po prostu znajdują się poza kulturą. 

Ł. ORBITOWSKI: Proszę państwa, ja ogła­szam, wzorem Żulczyka, że mamy teraz do czynienia z pokoleniem YouTube. My­ślałem, żeby je nazwać pokoleniem pe­er-to-peer, czyli równy z równym, ale po chwili refleksji uważam, że jest to jednak pokolenie YouTube – porozumiewanie się ze światem za pomocą obrazu, wysyłanie filmików, pośpiech komunikacyjny jest tym, co młodzież w najsilniejszy sposób określa. 

P. MAŁOCHLEB: Jak zmieniają się spo­soby komunikowania w świecie młodych zdominowanym przez obraz? Ich sposoby rozmawiania o kulturze? Jak dotrzeć do nich z kulturą? Na stronie Wydawnictwa Literackiego można obejrzeć krótkie filmy o książkach. Nawet Klejnocki reklamuje tam Zwrotnik 21, osobną stronę założo­no Pamukowi. Polska strona Littella ma formułę gry. Coraz więcej fragmentów tekstów można znaleźć w Internecie, re­klama wyszła poza prasę i telewizję. Przede wszystkim jednak recenzja przestała mieć znaczenie marketingowe – kto czyta re­cenzje? Młodzi w Internecie czytają raczej krótkie noty wypuszczone przez wydaw­nictwo i reprodukowane w księgarniach internetowych.

K. UNIŁOWSKI: Dawniej opinie przeka­zywano sobie pocztą pantoflową – teraz zastąpiły ją wpisy na forach. Choć często są to wpisy krótkie, nieporadne, mają one dla obiegu czytelniczego większą wartość niż recenzja anonimowego krytyka w wy­sokonakładowej prasie. Dzięki Internetowi wreszcie mamy dostęp do opinii czytelni­ków niefachowych, to jest bardzo istotne, ciekawe z punktu widzenia zarówno nauki, jak i badań marketingowych. Pojawiła się jednak na nowo instytucja mecenasa, waż­ne jest, kto wprowadza nowego twórcę, kto go rekomenduje, bo w zalewie reklamy nie potrafimy sami wybrać, musimy oprzeć się na czyimś guście.

J. JERSCHINA: Przy czym jednocześnie cofamy się troszkę do czasów renesansu: „Pani Masłowska wypromowana przez pana Pilcha” – tworzy się więc układ: mecenas i gwiazda. Instytucja patrona czy mecenasa miała w różnych epokach podobne funkcje, istniała w dalekiej prze­szłości i współcześnie. Młody musi mieć kogoś, kto uczyni z niego znaczącego mło­dego i wprowadzi do świata dorosłych. 

TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI: Sytu­acja wydaje się jeszcze bardziej paradok­salna. Można by powiedzieć, że „młody” pisarz może wejść na salony jako młody właśnie, gdy ktoś „starszy” (pisarz, krytyk, wydawnictwo) zapowie go jako młodego. Młodość stała się kategorią funkcjonalną jedynie na poziomie życia kulturalnego w mediach, na poziomie zapotrzebowań rynku pracy czy działania mechanizmów reklamy – o czym Państwo szerzej już mó­wili. Mnie zastanawia inna rzecz. Dlaczego tak trudno dzisiaj mówić o młodości, gdy myśli się o najmłodszej literaturze. Wy­daje mi się, że jest to zasadniczo problem strategii debiutu, wchodzenia młodych pisarzy na salony dojrzałej, czy inaczej – powszechnie uznanej i docenionej litera­tury. Wydaje mi się, że niemożliwe już są dzisiaj takie gesty, jak choćby ten Leszka Szarugi, który obwieszczał rok 1971 mo­mentem Wejścia młodych na salony. Myślę oczywiście o słynnym artykule drukowa­nym na łamach „Studenta”. Taki gest jest niemożliwy z kilku zasadniczych powo­dów. Po pierwsze, nie ma wyraźnego głodu tryumfującej młodości na owych salonach, takie apetyciki pojawiają się chimerycz­nie i chwilowo. Dominuje raczej salono­we poczucie sytości, „małej stabilizacji” (medialnej, komercyjnej etc.). Po drugie, trudne do pomyślenia jest współcześnie jakieś wystąpienie formacyjne. Z prostego powodu: kategoria formacji pokoleniowej wydaje się skompromitowana. Dlatego raczej tworzone są pejzaże rozproszenia, perspektywy poróżnienia (tak czytałbym choćby gesty dwóch wydań Tekstyliów). Nawet pokoleniowe – niewątpliwie – wystąpienie „bruLionu” szybko zostało osłabione przez Pawła Dunin-Wąsowicza w żartobliwej nazwie „roczniki sześćdzie­siąte”. I to na ten właśnie sposób – rozpro­szenia – myśli się teraz o twórcach koja­rzonych z formacją „bruLionu”. W tonacji zresztą nieżartobliwej twórcy Tekstyliów taką nazwę wykorzystali dla swojej nar­racji o „rocznikach siedemdziesiątych”. Po trzecie, obserwuję – przynajmniej na poziomie najmłodszej poezji – odchodze­nie od myślenia w kategoriach „nowości”, „świeżości” chwytu, dykcji poetyckiej. Na­wet „awangardowe” poezje ściśle odwo­łują się do tradycji awangardowych. Stąd cały szereg stylizacji, zabaw konwencjami, cytatów, meta- (podmiotów, poetyk itp.). Znaczący w tej perspektywie wydaje mi się jeden z nielicznych „pokoleniowych” wierszy, który Joanna Mueller zatytuło­wała Metapokolenie.
Wydaje mi się, że „młodość” nie jest już wartością dla młodych twórców. W tym sensie szalenie poważnie, na serio czytał­bym deklarację Piotra Mareckiego z ar­tykułu zamykającego książkę Frustracja. Młodzi o Nowym Wspaniałym Świecie z roku 2003, książkę, która nota bene miała się stać formacyjnym manifestem. Marecki pisał wprost: dzisiaj młodość sama w sobie przestała być wartością, ważna jest tylko wtedy, gdy można na niej zarobić. Od czasu do czasu rzeczywiście udaje się jesz­cze zarobić na młodości. Gdy ktoś uczyni ją strategią promocyjną. Najmłodsi pisarze są jednak zasadniczo skazani na to, co Piotr Marecki określił mianem (pod)kul­tury, bycia poza głównym nurtem. Sami też nie chcą się definiować jako „młodzi”, bo ta kategoria nie jest już skuteczną wartością wstępowania na salony.

J. JARZĘBSKI: Młodzi nie chcą się tak określać, ale jednocześnie cały czas istnieje zainteresowanie tym, co mają do powie­dzenia. Później w historii literatury widać straszne konsekwencje takiego ogranicze­nia literatury. Z poezji Różewicza wszyscy znają tylko Ocalonego i Kartotekę, starszy Różewicz czytelników nie obchodzi, nie wyznacza trendów. Oczywiście możemy się fascynować utworami starych pisarzy, ale w historii literatury funkcjonuje głów­nie moment debiutu, to, co było w danym momencie nowe, co wnieśli twórcy swoją młodością.

K. UNIŁOWSKI: Zazwyczaj to wydawca sta-je się tym, kto wprowadza autora w obieg medialny. Ta sfera otoczona jest jednak cały zbiorem nisz i obiegów pobocznych. Młodzi w literaturze funkcjonują na po­czątku swojej kariery przede wszystkim właśnie na obrzeżach, na marginesach głównego nurtu życia literackiego. Czę­sto spotykamy autorów, którzy na dłużej zakotwiczyli w tej niszy, nie przeszli na główny parkiet, nie wydali książki u waż­nego wydawcy albo nie odnieśli sukcesu medialnego czy marketingowego. Są czter­dziesto-, pięćdziesięciolatkowie, którzy z powodu braku sukcesu nadal w opinii czytelników wydają się pisarzami mło­dymi, którzy parają się pisarstwem jako dziedziną nie do końca poważną. Przecież zgodnie ze stereotypowym wyobrażeniem poważny pisarz to ten, który publikuje w WL-u, WAB, Znaku, Świecie Książki itd. Na tej samej zasadzie funkcjonuje cały obszar poezji, może poza twórczością no­blistów, klasyków, tych poetów, którzy są żywą ikoną współczesnej kultury polskiej. Z tego punktu widzenia jak długo central­ną instytucją życia poetyckiego nie stanie się wrocławskie Biuro Literackie, tak dłu­go Bohdan Zadura pozostanie młodym poetą! Dopóki Witkowski nie przeszedł do WAB, był młodym pisarzem. A gdy wydał pierwszą książkę w prestiżowym wydawnictwie – w oczach czytelników przestał być „młody”. 

T. WALAS: Czyli to geografia wydawnicza wyznacza granice młodości…

K. UNIŁOWSKI: Myślę, że podobna przy­goda stała się udziałem Tomasza Różyc­kiego. Bardzo szybko, po swoim błyska­wicznym awansie literackim, przestał być kojarzony z kategorią młodego poety. 

M. WYKA: To potwierdza Pana tezę – gdy Różycki wszedł w krąg „Zeszytów Literac­kich”, zaczął być traktowany jak klasyk. 

P. MAŁOCHLEB: Czy młodość nie dys­kryminuje twórców kultury? Kto spośród młodych twórców może być uznany za autorytet? No i od razu nasuwa się kolejne pytanie – czy te autorytety uznawane są też poza środowiskiem młodych?

K. UNIŁOWSKI: Dzisiaj chyba takimi oso­bami z autorytetem są Sławomir Sierakow­ski i Igor Stokfiszewski. Bycie młodym krytykiem daje prawo do przebudowy­wania systemu, co Stokfiszewski bardzo świadomie rozgrywa. Jego publikacje na temat nowego kanonu, ogłoszone w „Ty­godniku Powszechnym”, od początku po­myślane były jako eksces. Ale jako młody krytyk miał on do tego prawo. 

P. MAŁOCHLEB: Jak długo jest się mło­dym pisarzem? Czy młodość, która jest marketingowo atrakcyjna, nie obraca się przeciwko autorowi? To pytanie wynika między innymi z powodu zamieszania, jakie powstało po wręczeniu Nike Ma­słowskiej – wiele osób uznało, że ona jest za młoda na taką nagrodę. Wcześniej do­stał ją Miłosz, Różewicz, Myśliwski i po­jawiła się sytuacja paradoksalna – młoda Masłowska obniżyła prestiż tej nobliwej nagrody w oczach wielu czytelników. 

K. UNIŁOWSKI: Ale to było zmartwienie jurorów. Masłowskiej ta nagroda na pew­no nie zaszkodziła, natomiast jest to broń obosieczna, o czym już niejednokrotnie mówiliśmy: w pewnych sytuacjach mło­dość może być atutem, w innych – nie. Warto zapytać więc, w jakim kontekście umieścimy te nagrody: czy mamy do czy­nienia z postawą, która sprzyja nowym autorom, czy przeciwnie: mamy dość nowych nazwisk, nie chcemy nowych autorów, bo wtedy właśnie młodość bę­dzie elementem obciążającym. Z takimi przemianami koniunktury mieliśmy dwu­krotnie do czynienia w ostatnim dwudzie­stoleciu. Pierwsza zmiana miała miejsce na początku lat 90., druga nadeszła właśnie po debiucie Masłowskiej, kiedy wydaw­nictwa, które przez lata nie wydawały polskiej prozy, nagle zaczęły łapczywie szukać autorów. 

T. WALAS: A czy młodość często bywa korumpowana przez dorosłość?

K. UNIŁOWSKI: Pewne osoby z kręgu „Lampy”, „Krytyki Politycznej” i „Ha!artu” powiedziałyby, że to system korumpuje – w tym systemie uczestniczą też młodzi, oni bywają jego twardymi żołnierzami. Młodzież nie jest niewinna, dlatego że od samego początku bierze udział w grze ryn­kowej i ma tego doskonałą świadomość. Młodzi ludzie mają do systemu pretensję głównie o to, że za mało dostają za swoje w nim uczestnictwo, ponieważ przyzwy­czajeni są do praw rządzących społeczeństwem konsumpcyjnym. Tutaj też kryje się przyczyna ich rozczarowania.

T. WALAS: A czy w literaturze najnow­szej pojawiają się jakieś zapisy rytuałów przejścia, wchodzenia w dorosłość? Jak doświadczenia erotyczne, opisywane przez Konwickiego w Kronice wypadków miło­snych? Czy jak zabicie człowieka w litera­turze powojennej?

K. UNIŁOWSKI: Chyba nie. I wydaje mi się nawet, że gdy realizowano te motywy, to był to jedynie rodzaj szablonu, konwencji fabularnej, która została wyeksploatowana w powieściach Nowej Fali i wyczerpana w latach 90.: idealista po studiach idzie do pracy i zderza się ze ścianą. Te inicja­cje w latach 90. miały już inny charakter, ponieważ wymiar społeczny nie zawsze był na pierwszym planie. 

P. MAŁOCHLEB: W literaturze współcze­snej dawne doświadczenia inicjacyjne, czyli: erotyka, alkohol i używki, przesunęły się w czasie i oznaczają teraz wchodze­nie w młodość, oddzielają dzieciństwo od młodości. Wejście w dorosłość to nie jest już chyba rytuał, lecz rodzaj odczucia – po raz pierwszy pojawia się bowiem poczu­cie osamotnienia, konieczności podjęcia decyzji i udźwignięcia jej konsekwencji. Wymiar socjologiczny został zastąpiony przez wymiar egzystencjalny. 

J. JARZĘBSKI: To będzie doświadczenie rozpadu kumplowskiej grupy.

T. WALAS: Dawna smuga cienia, przypa­dająca na wiek 35–40 lat, przesunęła się najwyraźniej o 10 lat do przodu. 

K. UNIŁOWSKI: Parokrotnie już zwraca­no uwagę, że spowolnienie wzrostu go­spodarczego w okolicach roku 2000 było doświadczeniem istotnym dla młodych ludzi, głównie z Warszawy, którzy przez całe dziesięciolecie byli wychowywani w micie kariery. To oni właśnie stali się pierwszymi ofiarami zwolnień. Opowieści o życiowym starcie jako wielkim oszustwie, pociągającym za sobą rozczarowanie, wyrastają z tamtych przeżyć – kiedy się okazało, że po studiach menadżerskich, ekonomicznych i prawniczych nie ma pracy.

J. JARZĘBSKI: Drugim świetnym przy­kładem jest Tequila Vargi, której bohate­rowie obracają się w środowisku muzyki rockowej, jaka przedłuża młodość. Na­gle okazuje się, że rocka właściwie się już nie sprzedaje i oni doświadczają nagłego, strasznego wypadnięcia z kursu. 

J. JAWORSKA: Ja pomyślałam jeszcze o Mirku Nahaczu, który byłby ostatnim przykła­dem realizacji mitu samobójczej młodej śmierci. Kogoś, kto nie wytrzymał presji życia, jak przedtem Wojaczek. Jego karie­ra literacka potwierdzałaby jednak tezę, że najlepiej sprzedaje się młodość – jego ostatnia powieść, najdojrzalsza, została chłodno przyjęta przez krytykę, bo autor nie był już debiutancko świeży. Zachwy­cił wydawnictwo Czarne jako licealista z gór, który w gruncie rzeczy nie miał prawa napisać czegoś takiego jak Osiem cztery. Stasiuk w nieco emfatycznej re­cenzji ogłosił wtedy, że przez Nahacza coś mówi, że to chłopak natchniony, który pisze rzeczy mądrzejsze od niego samego. Ale jak długo można taką gębę nosić? Ileż można uchodzić za literackiego Jamesa Deana?

K. UNIŁOWSKI: Powieść Nahacza odpo­wiadała krytyce, ponieważ wpisywała się w pewną tendencję, pokazywała bunt mło­dych, wzmacniała i popierała nasze wy­obrażenie o tym pokoleniu. To była książ­ka, która najbardziej pasowała do pewnych gotowych oczekiwań. Za to w chwili, gdy Nahacz zdobył już pewne doświadczenie i chciał swoją narrację zindywidualizować, przestał się podobać. Podobnie było ze Shutym, którego pierwsza powieść anty­korporacyjna bardzo się podobała. Przy okazji drugiej spodziewaliśmy się czegoś podobnego, a tymczasem autor poszedł w zupełnie inną stronę i już nie bardzo wiedzieliśmy, jak o tym mówić.

P. MAŁOCHLEB: Z naszych rozważań wynika, że młodość wydaje się kwestią dość złożoną – daleka od mitu idealizmu i buntu stworzonego przez kulturę, boryka się współcześnie przede wszystkim z problemami materialnymi, odrzucając po drodze sztafaż, w jaki przystroiła ją masowa wy­obraźnia. Coraz też częściej w literackim zapisie młodość pokazuje antyromantycz­ne oblicze – jawi się jako okres degradacji moralnej, hipokryzji, gotowości na kom­promisy, potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Jednocześnie jednak, mimo szumu me­dialnego otaczającego młodość, wydaje się ona kategorią niewygodną i niepotrzeb­ną na rynku literackim, a przynajmniej kłopotliwą. Pozostawiając Państwa z tym przykrym wizerunkiem – dziękuję za dzi­siejszą rozmowę.






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas