poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Poświatowska po latach
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Poświatowska 
po latach 
Katarzyna Karaskiewicz
Halina Poświatowska 
w zwierciadle swej kobiecości
Oficyna Wydawnicza RYTM 
Warszawa 2008
ja minę, ty miniesz… 
Wspomnienia 
o Halinie Poświatowskiej
zebrała i opracowała Mariola Pryzwan PIW, Warszawa 2008


Na jednym brzegu śmierć, na drugim życie.
Tam rozpacz, tam otucha.

Jeśli istniej waga, szale się nie chwieją.
Jeśli jest sprawiedliwość, oto ona.
 
Umrzeć ile konieczne, nie przebrawszy miary.
Odrosnąć ile trzeba z ocalonej reszty.
(z wiersza Wisławy Szymborskiej 
Autonomia, poświęconego pamięci 
Poświatowskiej, w tomie 
Wszelki wypadek, Warszawa 1972)

Iwona Smolka, recenzując wydany już pośmiertnie tom poezji Haliny Poświatowskiej Jeszcze jedno wspomnienie, przypomniała, że poetka w wierszu Asocjacje z motywem śmierci nazwała pamięć ludzką o zmarłych procesem płowienia. Na szczęście w stosunku do siebie, do swej biografii i swej twórczości, Poświatowska się pomyliła. Pamięć o niej, mówiąc kolokwialnie, jest wiecznie żywa, zwłaszcza wśród czytelniczek. O fenomenie jej popularności pisano nieraz. Anna Nasiłowska w posłowiu do Dzieł zebranych, wydanych w czterech tomach przez Wydawnictwo Literackie w latach 1997 – 1998, ujmowała to chyba najtrafniej: Krytycy rzadko przypominają Poświatowską, choć niewątpliwie ceni się ją, a jej wiersze znajdują się w podstawowych antologiach polskiej poezji. Mimo upływu czasu nie zapominają jednak o poetce czytelnicy, zwłaszcza – dziewczęta, jakby urok Poświatowskiej był czytelny poprzez jej poezję i miał szczególną siłę przyciągania. I tak chyba jest – Poświatowska czaruje kobiecym wdziękiem, ale jednocześnie – imponuje egzystencjalną odwagą.

Prawda, widoczny jest pewien dysonans pomiędzy popularnością poetki a krytyczną recepcją jej twórczości. Może wynika to stąd, że po latach krytycy i historycy literatury wracają nie tylko do wybitnych indywidualności twórczych, ale również lubią ich „szufladkowanie”, zaliczanie do takiego czy innego prądu literackiego, pokolenia, do takiej czy innej tendencji. Poświatowska wymyka się podobnej klasyfikacji, jest, rzec można, osobna, mimo że debiutowała w roku 1956, a więc w okresie październikowej odwilży, okresie znacznego ożywienia w literaturze. Zwracała na to uwagę Grażyna Borkowska, autorka najlepszej do tej pory i najpełniejszej monografii życia i twórczości Poświatowskiej. Dwudziestoletnia poetka, która większość dotychczasowego życia spędziła w szpitalach, zmagając się z nieuleczalną chorobą serca, sytuowała się poza głównym nurtem październikowych obrachunków, zamknięta w wąskim kręgu swojej prywatności. Wydaje się – zauważa Borkowska – że to kompletne désintéresment dla polityki pozwoliło na realizację własnej, oryginalnej drogi poetyckiej. Równocześnie ów wybór skazywał Poświatowską nieuchronnie na drugorzędność: mogła być czytana i podziwiana przez kolejne pokolenia czytelników, krytyka zachowywała jednak pewną rezerwę.

Tymczasem zainteresowanie dla Poświatowskiej nie słabnie. Zakłada się osobne strony internetowe jej poświęcone, choćby taką, jak www.koniczynka.art.pl, na której z widocznym pietyzmem gromadzi się zarówno aktualne, jak i pochodzące sprzed lat kilkudziesięciu materiały, zdjęcia, opracowania, wypowiedzi, korespondencję poetki. Kompozytorzy piszą do słów jej wierszy piosenki, nakręcono kilka filmów dokumentalnych (Haśka) i fabularnych (Tętno), organizuje się imprezy poetyckie i muzyczne. Jest muzeum poświęcone Poświatowskiej, są ulice jej imienia oraz szkoły podstawowe i licea. A ostatnio ukazały się dwie książki, które stały się pretekstem do przypomnienia autorki Ody do rąk: Katarzyny Karaskiewicz Halina Poswiatowska w zwierciadle swej kobiecości oraz ja minę, ty miniesz… Wspomnienia o Halinie Poświatowskiej. Druga książka jest poszerzeniem wydanych już dwukrotnie wspomnień i wybranej korespondencji poetki, pierwsza to opowieść trochę w stylu „Wysokich Obcasów”, ciekawa jednak jako inne od ujęć monograficznych, ale chyba tłumaczące skalę popularności, spojrzenie na Poświatowską jako kobietę, która mimo choroby chciała się podobać, modnie się ubierała, lubiła się malować, skropić dobrymi perfumami. 

W zwierciadle swojej kobiecości

Katarzyna Karaskiewicz, historyk idei i kultury, podjęła się próby opisania, na podstawie licznych wspomnień i korespondencji poetki, jej „kobiecości”, zgodnie, jak się wydaje, z oczekiwaniami fanek Poświatowskiej. Poświatowska była, zdaniem autorki, typem kobiety niezależnej, charakteryzował ją egotyzm, pewien rodzaj narcyzmu, była wręcz apodyktyczna, „męska”, bardzo odważna w swoich działaniach i decyzjach, czego dowodem było choćby pozostanie po udanej operacji w Stanach Zjednoczonych i zapisanie się do college’u, nie była jednak zgorzkniałą sawantką, lubiła się bawić, tańczyć, słuchać w towarzystwie muzyki, dyskutować, łatwo zawierała znajomości, przy swoim egocentryzmie otwarta była na drugiego człowieka, jej przyjaźnie były trwałe i głębokie. I mimo że odznaczała się ironicznym stosunkiem do świata – ale potrafiła zdobyć się na dystans w stosunku do własnej osoby – to była na ogół lubiana przez otoczenie. Choć jej zachowanie, jej wypowiedzi, jak również ubiór, mogły szokować i zaskakiwać. Miała urodę niebanalną, niektórzy określali ją jako „kolorowego ptaka”, uroda jej trudna była jednak do jednoznacznej oceny. Zachowane fotografie – podkreśla Karaskiewicz – nie oddają wewnętrznego uroku, jakim Halina promieniowała w kontaktach z bliskimi, nie dostrzegali go ludzie mniej z nią związani. Autorka przytacza opisy wyglądu poetki, przekazywane przez mężczyzn i kobiety. Warto zwrócić uwagę na próbę opisania fizjonomii Poświatowskiej przez jej kuzynkę, Halinę Schweiger: Halina była inna niż my wszyscy. Była jakby obok nas. Miała świadomość tego, że wyróżniała się nie tylko niebanalną urodą, która zawsze mnie zadziwiała. Jej głowa kojarzyła mi się z obrazami Renoira. Było w niej coś nieodgadnionego [ … ]. Miała piękne oczy o kształcie dużego migdała i nieokreślonym kolorze. Było w nich trochę seledynu, trochę zieleni i niebieskiego. Miały swój wyraz i głębię. Ich uroku nie oddaje żadna fotografia ani rysunek. 

Ale i sama Poświatowska przywiązywała dużą wagę do swojego wyglądu. Lubiła się fotografować, szczególnie z profilu, z którego była dumna, miała poczucie wartości, atrakcyjności swego ciała, cieszyła się, jeżeli dobrze wyglądała, zresztą starała się bardzo dbać o swoją powierzchowność, nawet w szpitalu, nie znosiła niechlujstwa i zaniedbania. Karaskiewicz opisuje, zbyt szczegółowo i drobiazgowo, jak na mój gust, jak się Poświatowska ubierała, co i w jakich kolorach lubiła najbardziej nosić, jakiej używała szminki, w jaki sposób podkreślała swoją urodę, jakie lubiła perfumy. Z kolorów Halina najbardziej lubiła zielony, czerwony i złoty. Nawet pomieszczenia Domu Poezji – Muzeum zostały pomalowane w ulubionych barwach poetki i na ich tle eksponowane są przedmioty niegdyś należące do niej. Na co dzień ubierała się w pastelowe odcienie. Na czarno-białych fotografiach widzimy, iż jej ubrania mają różne desenie, faktury, wzory. Mamy też kilka kolorowych zdjęć, trochę informacji o kolorach, o których czytamy w listach. Na tych nielicznych fotografiach dostrzegamy głównie kolory czerwony, granat, beż. W listach czytamy o czarnym kolorze płaszcza, czerwono-czarnym szaliku i czapce, niebieskiej sukience w białe groszki, różowym i bordowym szlafroku, bladoróżowej bieliźnie. Muzeum w Częstochowie przechowuje czerwone rękawiczki poetki, czarną aksamitną torebkę, jasnobłękitna sukienkę w delikatną kratkę.

Autorka nie skupia się – na szczęście – jedynie na zewnętrznych atrybutach poetki, charakteryzuje też jej osobowość. Podkreśla jej światowość, która nie polegała tylko na obyciu w krajach zachodnich, ale przede wszystkim na naturalności w zachowaniu i tolerancji dla drugiego człowieka, dla jego inności, dla obcej kultury i obcych światopoglądów.

W oczach innych

Pomimo niezależności, Poświatowskiej zależało bardzo na opinii innych o niej samej, o jej wyglądzie i zachowaniu, o jej pracy, dokonaniach, szczególnie o jej twórczości. Wybrane przez Mariolę Pryzwan wspomnienia o Poświatowskiej kilkudziesięciu osób – większość z nich została napisana do tej książki lub powstała w wyniku rozmów, mała część przedrukowana z czasopism lub innych wydawnictw – ukazują również ciekawe, ale i skomplikowane relacje z innymi. Przede wszystkim z matką, choć zamieszczone tu wspomnienie matki jest bardzo oszczędne, rzec można lakoniczne. Relację z innymi uzupełniają jednak i rozwijają listy Poświatowskiej, których wybór też został dokonany przez Pryzwan, i korespondencja stanowi istotny element konstrukcji omawianej książki. Bez niej mielibyśmy tylko jedną z wielu książek wspomnieniowych o zmarłych twórcach, przynoszących bardzo niepełny, wycinkowy portret poetki. W książce listy przeplatają się z wypowiedziami innych o poetce, i są to na ogół listy do osób wspominających Poświatowską, choć i zamieszczono w nich, w przypadku braku wspomnień bezpośrednich, listy do osób już nieżyjących, np. do Tadeusza Śliwiaka. Ale o listach, ich roli, w następnym rozdziale. 

Trudno mi było znaleźć klucz do kolejności dokonanego przez Mariolę Pryzwan wyboru. Książkę rozpoczynają wspomnienia najbliższej rodziny i listy do członków rodziny, potem już rzecz staje się mało przejrzysta. Część zresztą wypowiedzi wnosi do portretu poetki niewiele, niektóre zgoła nie wnoszą niczego. Ale są tu też spostrzeżenia celne i wnikliwe, na które warto zwrócić uwagę. 

Profesor Julian Aleksandrowicz, lekarz i serdeczny przyjaciel Poświatowskiej, który rozpoznał w niej potencjalną artystkę, starał się rozbudzić w swej pacjentce twórczą pasję, przede wszystkim w celach terapeutycznych, bo ważne jest „subiektywne poczucie zdrowia”, czyli jeżeli psyche wspiera somę. Profesor zaprosił kiedyś do szpitala Szymborską na rozmowę: wybitnej poetki z poetką in spe. Jakie to dało rezultaty, przyszłość szybko pokazała. 

Przyjaciółki wspominały niezwykłe u młodej osoby poczucie wartości czasu, które objawiało się m.in. pasją korzystania z wiedzy, pochłanianiem literatury, prowadzeniem rozległej korespondencji, jednocześnie bardzo intensywnym przeżywaniem życia, choć nie było to w żadnym wypadku życie cygańskie. Niektóre z nich zwracają uwagę, że pisanie listów było przezwyciężaniem samotności, było namiastką życia towarzyskiego, którego tak jej brakowało i które tak wysoko ceniła.

Przyjaciele podkreślają jej niespotykaną zachłanność na życie, jej miłość do niego, pisał np. Grochowiak: [ … ] miała coś istotnie religijnego, była to przecież religia niedozwolona, z góry skazana na niewdzięczność i brak łaski, religia bałwochwalcza; a lekarz hematolog, Jerzy Lisiewicz, był zafascynowany jej szczególnie optymistyczną postawą wobec życia mimo świadomości swej nieuleczalnej choroby. Ksiądz Tischner natomiast, kolega Poświatowskiej ze studiów, wyrzucając sobie, że nie znalazł czasu na rozmowę, o którą prosiła niedługo, jak się okazało, przed śmiercią, nie mógł w jej śmierć uwierzyć, bo tak mocno była. Ale, jak pisał Jan Zych, wspomnienia się zacierają, pamiętamy coraz mniej, coraz bardziej zachodzą mgłą czasu, pozostaje jednak poezja, pozostają listy, bo niezwykła w przypadku Poświatowskiej była „jedność życia i poezji”.

Jest też w tej książce krótkie, tajemnicze i niedopowiedziane wspomnienie Ireneusza Morawskiego, niewidomego pisarza, jednego z najbliższych przyjaciół, któremu poświęciła znakomity utwór prozą pt. Opowieść dla przyjaciela. Ale to osobna historia, do której wrócimy później.

O sobie

Wspomniałem, że jądrem konstrukcji książki Marioli Pryzwan są listy Poświatowskiej do rodziny i przyjaciół. Można wśród nich wyróżnić trzy zasadnicze bloki: listy do rodziny, do przyjaciół i znajomych, do kolegów poetów. W bloku pierwszym niewątpliwie najważniejsze są listy do matki, w bloku drugim do Juliana Aleksandrowicza, Anny Orłowskiej, Ireneusza Morawskiego, w bloku ostatnim – Tadeusza Śliwiaka i Tadeusza Nowaka. Jak każdy wybór, i ten pozostawia pewien niedostatek, brakuje na pewno przynajmniej kilku listów (a napisała ich sporo) do przyjaciółki ze Stanów, Caroline Karpinski, do której pisała do samego końca, ostatni list nosi datę 3 października 1967 roku, czyli na kilka dni przed śmiercią; brakuje mi też korespondencji z Adamem Włodkiem, jej literackim opiekunem i mecenasem. Można było poszerzyć wybór listów do matki, do której pisała nawet w chwilach dla siebie najtrudniejszych, chwilach zwątpień i załamań psychicznych, kiedy nie pisała do nikogo, a matka wyręczała ją w korespondencji z jej przyjaciółmi; jak również poszerzyć wybór listów do Ireneusza Morawskiego.

Listy pełniły w życiu Poświatowskiej różną, ale zawsze bardzo znacząca rolę. Tak interpretowała to Grażyna Borkowska: Czytelnik listów musi pogodzić się z gatunkową niejednolitością badanego materiału. Nie sposób bowiem rozdzielić prawdy i zmyślenia, doświadczeń i autokreacji, szczerości i gry. Godząc się na tę nierozstrzygalność, bezpiecznie jest traktować listy jako literaturę, taką jednak, która nie zaciera swego związku z biografią, lecz wyrasta w jej cieniu i żywi się jej ciałem.

Tylko że cała twórczość, poetycka i prozatorska, także dramaturgiczna, wyrastała z biografii Poświatowskiej, z jej osobistych, często bardzo intymnych doświadczeń. Myślę, że listy były gatunkowo najmniej „literackie”, najwięcej w nich „żywej” poetki, sporo w nich rozważań ogólniejszej, filozoficznej natury, sporo krytycznoliterackich ocen i refleksji, sporo jednak drobnych spraw codziennego życia, które zresztą stanowiły też treść jej wierszy. I jakkolwiek trudno zaprzeczyć literackiej wartości niektórych jej listów, szczególnie tych pisanych do Ireneusza Morawskiego, to listy są jednak przede wszystkim materiałem biograficznym czy wręcz autobiograficznym, i jak każda autobiografia nie są pozbawione żywiołu kreacji i autokreacji.

Zacznijmy od listów do matki. Jak ogromna była rola matki w życiu poetki, jak silny, emocjonalny i intelektualny był to związek, można się przekonać z bogatej korespondencji. Borkowska relacji matki z córką poświęciła osobny w swej monografii rozdział. Bardzo trudno – uważa badaczka – opisać emocjonalną „strukturę” tego związku. Nie chodziło w nim bowiem tylko o świadczenie pomocy, opiekę, dumę, poczucie odpowiedzialności, to relacja, której konsekwencje sięgają fundamentów psychicznych, wyznaczają typ reakcji na świat [ … ]. To poziom potrzeb i wymagań emocjonalnych, który ustala się jako podświadoma odpowiedź na matczyny gest miłości. [ … ] To odwaga podejmowania miłosnego ryzyka. Ta niezwykła, wyzbyta ciasnego egocentryzmu i naturalnej zazdrości, więź miłosna wzbogacała także matkę.

Bowiem matka od samego początku sekundowała jej i pomagała w pracy literackiej, przepisywała wiersze, była pierwszą ich czytelniczką, zajmowała się kontaktami z wydawcami, podsuwała lektury, mimo braku humanistycznego wykształcenia.

Drugą osobą, która była częstym adresatem jej listów, jest najbliższa jej przyjaciółka, podobnie ciężko chora na serce, młoda psycholog, którą poznała w klinice profesora Aleksandrowicza, Anna Orłowska. Poza tym, że wymieniały się doświadczeniami z walki z chorobą, że nawzajem podtrzymywały się na duchu, to listy te są pełne zwierzeń, bardzo osobistych, intymnych, oddających stan ducha Poświatowskiej, jej, jak sama to nazywała, upartą tęsknotę – będąc w Ameryce, tęskniła za Polską, za domem, za rodziną i znajomymi, za Krakowem, którego przed wyjazdem nie zdążyła dobrze poznać, za Przyjacielem porzuconym w gdyńskim porcie, i za matką przede wszystkim, ale w Polsce już tęskniła za Ameryką, za pozostawionymi tam przyjaciółmi, za Caroline. I była to też tęsknota nieskrystalizowana, tęsknota bardziej jako problem egzystencjalny niż uczucie.

O ile podmiotem listów do matki była nierzadko kobieta-dziecko, listów do Orłowskiej zatroskana przyjaciółka, szczera aż do bólu, o tyle w listach do innych przyjaciół i znajomych chciała być po prostu partnerem, skorym do dyskusji, do opowiadania bardziej o swych doświadczeniach niż uczuciach i przeżyciach. Chociaż nie zawsze: wobec niektórych mężczyzn (Śliwiak, Jan Adamski) była szczera w swych zwierzeniach, nawet uwodzicielska, ale równocześnie zachowująca dystans. 

Ciekawe są jej oceny literackie, świadczące nie tylko o dużym oczytaniu, ale o zmyśle krytycznym, dobrym guście, artystycznych preferencjach. Chociażby taki passus (z listu do Orłowskiej, rok 1958): Najpierw sobie przeczytałam Przybosia i Różewicza. Potem się złośliwie ucieszyłam. Bo i cóż ten Przyboś – poeta tęgi – metafora błyszczy – metafora jak błyskawica – ale jedna siedzi na drugiej i z wierszyka robi się szarada. [ … ] Z Różewiczem inna historia. Różewicz jest bardzo ludzki – bliższy – pozwala zajrzeć w to i owo – częściej po prostu wzrusza, nie zostawia cię z otwartą gębą, ale obsesyjny jak Gajcy czy Baczyński – nie może zapomnieć o okupacji – ma to sobie za chlubę, że nie może zapomnieć. I to męczy – przynajmniej mnie. Popatrz, jaki śliczny jest Gałczyński, że w obozie pisał tylko erotyki do żony…

W innych listach rozprawia o literaturze światowej, szczególnie amerykańskiej, ale również francuskiej i hiszpańskiej, zakochana była w Lorce, próbowała go tłumaczyć. O polskiej prozie jej współczesnej, o Hłasce, o prozie jej rówieśnic zwłaszcza, np. Kleczkowskiej, nie ma dobrego zdania, i trudno się z tymi ocenami nie zgodzić. 

I wreszcie: kim była, kim chciała być w korespondencji z Ireneuszem Morawskim. Biografowie różne wysuwają przypuszczenia, różnie interpretują ten związek. Pozornie, czytając wybrane przez Pryzwan listy, można stwierdzić, że niczym specjalnym się one nie różnią od listów do innych przyjaciół. Przekonanie jakże błędne, wynikające też z braku kontekstu. 

I w tym miejscu muszę znów wskazać na kolejny niedostatek w omawianej książce: brak komentarzy do niektórych wspomnień i listów. Bo właściwie poza krótkimi informacjami w indeksie nazwisk (np. Ireneusz Morawski, niewidomy literat, adresat Opowieści dla przyjaciela), jesteśmy pozbawieni istotnych, czasem wręcz niezbędnych informacji i wyjaśnień. Uwaga moja może się przydać w przygotowaniu następnych wydań tej potrzebnej i pożytecznej książki. Bo przecież trzeba się liczyć z różnym poziomem wiedzy czytelników o Poświatowskiej.

Przez długi czas krytycy sądzili, że adresat Opowieści dla przyjaciela to postać fikcyjna, jedynie figura konstrukcyjna, która pozwoliła autorce nadać swemu utworowi formę bardziej epistolograficzną niż reportażową. Zresztą w jednym z listów Poświatowska stwierdza wręcz, że woli pisać listy niż reportaże. Dopiero Małgorzacie Szułczyńskiej, autorce ciekawej, choć napisanej stylem zbyt afektowanym, monografii życia i twórczości „Nie popełniłam zdrady”. Rzecz o Halinie Poświatowskiej, udało się odkryć prawdziwego adresata tego utworu, dotrzeć do niego, porozmawiać z nim i  – co niezwykle ważne – zapoznać się z jego listami do Haliny, które Poświatowska pragnęła wydać jako rodzaj apendyksu do Opowieści. Nie uzyskała niestety zgody Morawskiego na druk jego listów, choć zostały one już do druku przygotowane. Nie wiemy, jak wielka to szkoda, o ile pełniejsza, głębsza, może bardziej dopowiedziana, bardziej zrozumiała, stałaby się Opowieść. Ale i tak jest ona znakomitym przykładem „psychicznej biografii”, która stanowi uzupełnienie korespondencji Poświatowskiej, i odwrotnie, korespondencja uzupełnia treść Opowieści. Widoczna właśnie tutaj jest najbardziej owa „jedność życia i poezji”, tak dla Poświatowskiej, jej twórczości charakterystyczna.

Podziwiam cię raczej, nie kocham, bo kocham tylko życie, i chcę je przeżywać „łapczywie”, gdyż „wszystko mnie mija”, przechodzi obok – pisała do Morawskiego ze Stanów w roku 1958. Korespondencja ich urwała się gwałtownie po powrocie z Ameryki, Morawski zamilkł, Poświatowska przestała pisać. Czy wtedy powstał pomysł napisania Opowieści, do czego namawiała ją matka, zamiast reportażu o Ameryce, który zamówiła u poetki Nasza Księgarnia? 

Szułczyńska zwraca uwagę na słowa dla Opowieści kluczowe, otwierające ją i zamykające: Nie popełniłam zdrady. Jak je jednak rozumieć, czy tylko w planie relacji Halina – Ireneusz, a może też szerzej? Morawski miał pretensje do swej przyjaciółki, że została i kształciła się w Stanach, że po powrocie tęskniła do Ameryki. Jaki był Morawski, jak wysokimi standardami mierzył innych i świat wokół siebie? Nie widomo, można tylko przypuszczać, pamiętając o jego kalectwie, że był zarówno wobec siebie, jak i Haliny bardzo wymagający, że nie zachłanność życia się liczyła, ale odpowiedzialne jego przeżywanie, i tak to zdaje się interpretować Szułczyńska. Był niewątpliwie w Halinie zakochany, darzył ją miłością wielką i pewnie platoniczną, a Poświatowska zwierzała mu się ze swych mniej lub bardziej przelotnych romansów. Ale może zdradą była dla niego również tęsknota za Ameryką, krajem wówczas postrzeganym jako wrogi wobec Polski? Do tego wątku jeszcze wrócimy.

Tak naprawdę Opowieść była i pozostaje nadal książką dla jednego człowieka, dla przyjaciela właśnie [ … ]. Starała się swoje wyznanie zamknąć w bardzo oryginalnej literacko formie – i osiągnęła sukces… – słusznie stwierdza Szułczyńska. Czy jednak ma rację, uważając, że autorka Opowieści uświadamia sobie swą „przegapioną”, przegraną, bo w porę niezrealizowaną, miłość do człowieka, który obdarzał ją wielkim i czystym uczuciem? Ciekawsza i trafniejsza wydaje się interpretacja Borkowskiej: Jeśli uczucia miały jakiś sens, to właśnie dzięki napięciu, które niosły. Oboje byli jak najdalsi od sentymentalnego wzorca miłości tkliwej. [ … ] Dla Haliny ta przyjaźń stanowiła wyzwanie. Potrzebowała Ireneusza, wierzyła w jego uczucia, jednocześnie nie mogła uważać go za człowieka podporządkowanego sobie, całkowicie „zaczadzonego pięknem jej ciała”. Właściwie Poświatowskiej bardziej potrzebna była surowość przyjaciela niż jego tkliwość. Doświadczyła ze strony mężczyzn miłości, choćby krótkiej i ulotnej; żaden jednak nie ofiarował jej surowej uwagi, która nie myliłaby Piękna z Prawdą. W epistolarnej prozie Poświatowskiej Ireneusz Morawski, Przyjaciel, jest figurą Ojca. Daje wiele i wymaga równie dużo. Jest nieustępliwy i stanowczy. Trzeba się z nim liczyć, trzeba o niego zabiegać…

W takiej interpretacji życie i twórczość Poświatowskiej rozpięte były pomiędzy Matką a Ojcem, tam tkliwość, tu surowość, tam opieka, tu odpowiedzialność, tam życie, tu… śmierć. 

Czym, jak nie szczerością – pytała autorka Opowieści – ma się bronić przed oskarżycielskim milczeniem, które spotykało ją ze strony Morawskiego. Bo przecież wiedziała, że Ireneusz kochał ją i kocha nadal, ona nie kochała go nigdy, ale był jej bliski jak jej serce, z jego powodu nigdy nie była w rozpaczy, ale podjęła trud opisania ich trudnego, skomplikowanego związku, opisania siebie, czego nie podjęłaby się dla innego mężczyzny. Pisała mu więc o nieustającym strachu przed śmiercią, o nieurodzonej jeszcze nadziei na przeżycie choćby kilku lat dłużej, ale też i o obawie przed życiem z zaleczonym już sercem. Zamykała jednak Opowieść hymnem na cześć życia, co było największa jej miłością, którą tak trudno ująć w słowa, bo czy słowami można jeszcze cokolwiek opowiedzieć?

Zwątpienie w moc literatury, w swoje umiejętności twórcze pojawia się na kartach listów nieraz. Dlatego tak wysoko ceniła sobie wszelkie opinie o jej twórczości, dlatego tak zachwycona była świetną i jakże trafną recenzją Grochowiaka, która wzbudziła jej wiarę we własną poezję. Poetycki świat uroczej poetki z Krakowa [ … ]komplementował Grochowiak – ma dla mnie posmak nadzwyczajny. Straciłem już nadzieję na podobny fenomen w polskiej kobiecej poezji. Na fenomen autentycznego erotyzmu. [ … ] Cała jej poezja to czujne, aż bolesne w swej intensywności, skupienie uwagi na fenomenie własnego ciała. [ … ] W poetyckiej galerii naszych sentymentalistek, kokietek i kociaków zabrała głos pełna samowiedzy kobieta.

O tym swym erotyzmie, o ukochaniu życia zapominała na chwilę w listach do Morawskiego i w Opowieści dla przyjaciela. I właśnie w tę zmianę, w to kreowanie się na kobietę odpowiedzialną, pełną niepokoju i zwątpień Morawski nie bardzo chyba wierzył. Dał tego dowód w rozmowie z Izoldą Kiec, autorką monografii Halina Poświatowska: Halina jest zbyt poprawna, zbyt dobra w tej książce. Poświatowska była osobą bardzo złożoną, było w niej wszystko, była dobra i łagodna, ale była też okrutna i przewrotna, a Opowieść prezentuje tę lepszą, ładniejszą jej stronę. Po zapoznaniu się z biografią pióra Szułczyńskiej stwierdził, że Poświatowska przez nią ukazana jest zbyt wyidealizowana, że to jej, autorki, prawda o poetce, on zachował inny portret w pamięci. Czy nawet po latach tkwiła w nim zadra odrzuconej miłości, czy też po prostu poznał ją lepiej i szczerze się o niej wypowiadał? Ale wspominając swą przyjaciółkę na kartach książki Marioli Pryzwan (w roku 1991), zastrzega się: [ … ] Czy można opowiedzieć człowieka? [ … ] Gdybym miał opowiedzieć więcej, musiałbym opowiedzieć kobietę, która na zawsze i bardzo chciała być kochana, a w zamian za to dawała tak wiele – pozwalała się kochać. Przeważnie ludziom to nie wystarcza. Wydaje się, że wtedy nie wystarczało i mnie. Po latach sądze, że jak dla mnie było to i tak za dużo.

Intrygować może, że Morawski pozostał nieugięty w wyborze milczenia. Borkowska tłumaczy, że dla wyznawcy maksymalistycznej teorii słowa najbardziej oczywistym punktem dojścia jest milczenie. Mnie, miłośnika literatury, jakoś to nie przekonuje…

W PRL-u

Podkreślano nieraz, że Poświatowska była apolityczna, że działała poza grupami poetyckimi, poza układami wewnątrzśrodowiskowymi, że obca jej była znajomość toczącego się wokół niej, czy raczej obok niej, życia politycznego i społecznego. Borkowska ujmuje to inaczej, choć idzie moim zdaniem za daleko, w kierunku, którego sama poetka by nie zaakceptowała: Pisząc o obrachunkowym charakterze prozy Poświatowskiej, mam na myśli także zupełnie inną kwestię, którą można by sprowadzić do pytania: jak współżyć z PRL-em. Tego pytania krytyka nigdy Poświatowskiej nie stawiała, tak jakby poetka nie podlegała peerelowskiej indoktrynacji choćby nieświadomej, związanej z przyswojeniem pewnych stereotypów; cenzurze i instytucjom życia literackiego.

Prawda, trudno było, przynajmniej w pewnym okresie, tej indoktrynacji nie ulec. Początek lat 60. to też początek coraz duszniejszego okresu doby gomułkowskiej, to panoszący się stereotyp małej stabilizacji, to literatura spod znaku małego realizmu. Borkowska wskazuje na krytycyzm Poświatowskiej wobec Ameryki, na jej oceny amerykańskiej mentalności, ale przecież nie musiało to wynikać z ulegania antyamerykańskiej propagandzie, występującej w peerelowskich mediach. To było spojrzenie człowieka bez rasistowskich uprzedzeń, człowieka z tolerancją postrzegającego świat, spojrzenie skądinąd zdroworozsądkowe. A poza tym warto zwrócić uwagę na listy do Caroline Karpinski, dobrze że niecenzurowane (niektóre wysyłane wprost z Paryża). Bo bardzo szczerze pisze w nich o swoich obawach związanych z pracą na Uniwersytecie, gdzie panują układy i występują antagonizmy, gdzie nie można mieć własnego zdania, a jeżeli się je ma, jak ona, to trzeba się liczyć z utratą pracy, pisze też o przesłuchaniach na milicji, pytaniach o pobyt w Stanach, o jej znajomych z polonijnego środowiska, o dwukrotnej odmowie paszportu do Francji, wreszcie, co bardzo istotne, w liście z 22 listopada 1966 r. komentuje wycinek z prasy, który dostała od przyjaciółki. Chodzi o tekst listu Lidii Czukowskiej, polemizującej z Michałem Szołochowem i jego zarzutami pod adresem Siniawskiego i Daniela. [ … ] Byłam też zadowolona – zwierza się Caroline – że na tej liście znalazły się nazwiska moich ulubionych – Okudżawy i Erenburga, i młodej poetki Achmadulinej (chociaż brak większości poetów), ale, Caroline, tak się o nich boję, tak mi żal tych ludzi, co taka garstka może poradzić przeciw reżimowi – kto ich usłyszy, kto im pomoże – nikt. I z pewnością wcześniej czy później będą prześladowani, poddani naciskowi ekonomicznemu – zakazowi druku, pracy, zarobków, jeśli nie – więzienia. Chce mi się kląć, długo i brzydko, ale na co. Raz jeszcze dziękuję, że o mnie myślisz i że mi przesłałaś ten wycinek – po powrocie do Polski nie będę, niestety, mogła śledzić dalszego ciągu.

Czy można znaleźć bardziej dobitny dowód, że Poświatowska była politycznie niezależna, a nie apolityczna i indoktrynowana przez ustrój?

Z rasy poetów przeklętych

Słusznie twierdziła Marta Wyka w eseju Miłość i wszystkie żywioły, drukowanym w roku 1977, że szczerość Poświatowskiej wytrąca krytykowi broń erudycji. Problem ten podjął Jan Marx w obszernym rozdziale zatytułowanym Przeznaczenie to jeszcze nie los, zamieszczonym w interesującej książce Kaskaderzy literatury. Przypominając sentencję poetki jeśli poetów mierzy się wielkością ich niepokoju, to ja przeszłam własną genialność, podkreślał, że Poświatowska pozbawiona była teatralnej pozy, że jej niepokój jest autentyczny, bo jest to niepokój wywołany nie tylko stanem zdrowia, lecz także niepokój egzystencjalny. Nie ma teatru cierpienia – pisał. Jest autentyczny, przejmujący głos człowieka, który wyrywa się z objęć śmierci i z chwilą, gdy mija bezpośrednie zagrożenie, żyje normalnie, ba, żyje nawet ponad stan możliwości fizycznych organizmu.

W jej aktywnym życiu, podobnie jak i w twórczości, obecny jest cień Tanatosa. Ciążenie ku śmierci, nawet jej poszukiwanie znalazło dramatyczny wyraz w myślach i próbach samobójczych, ale przewija się też często w poezji i prozie Poświatowskiej. Miała wyostrzoną świadomość przemijania życia, jego ulotności, jednocześnie jednak przed śmiercią, przed poczuciem samotności szukała schronienia w drugim człowieku. Schronienie znajdowała w licznej korespondencji, ale i jej literatura była też takim poszukiwaniem. Bo osobowość Poświatowskiej, jak zauważa Paweł Dybel, była rozszczepiona na bieguny dobra i zła, miłości i śmierci. Okazują się one ze sobą tożsame. Jeden przechodzi w drugi, świadcząc o organicznej niemożności rozerwania ludzkiego bytu. W rozumieniu poetki życie i śmierć stanowią całość, myślenie jej było „myśleniem po kole”. Jan Marx rozwija to trafnie i przejmująco: Poświatowska jest z rasy poetów przeklętych. Nie tylko sama została skazana na przedwczesną śmierć, ale poślubiwszy mężczyznę, jak ona nieuleczalnie chorego na serce, przeżyła go, by wyśpiewać do końca swą pieśń miłości. 
A więc wyścig poetki ze śmiercią rozgrywał się w upiornej scenerii, ze wzrokiem zwróconym wstecz. To następstwo śmierci pozwala wykreować mit miłości, która zwycięża czas. My wiemy, że takiej miłości nie bywa w życiu, nie bywa na jawie.

Poświatowska odrzucała mistycyzm, odrzucała transcendencję, nie uznawała Boga i religii, nie szukała zatem tego typu pocieszeń. Gdy czytała przed śmiercią Biblię, to była prawdopodobnie zafascynowana formą artystyczną, pięknem Pieśni nad Pieśniami, nie religijnymi treściami. Prawdopodobnie, bo któż to może wiedzieć? 

Krytycy podkreślali jej niezwykły heroizm ontologiczny, polegający na odrzuceniu Boga w obliczu cierpienia i nadchodzącej śmierci. O ileż trudniejsza, wymagająca dużej odwagi – wskazywała Iwona Smolka – jest postawa poetki, która wierzy tylko w jedno życie i która nie może mieć już wiary człowieka renesansu w utrwalenie siebie poezją. Życie odchodzące odczuwane jest o wiele intensywniej – i wówczas w tej poezji, tak zakochanej w istnieniu, pojawiają się liryczne wyznania o nie zaspokojonej miłości, erotyki, w których odchodzi nie ukochany, lecz życie. Cudem jest już nie miłość, lecz samo istnienie najbliższego człowieka, jak zaklęcie miłosne powtarza się refren: więc jesteś, jesteś, jesteś.

Bogdan Rogatko




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas