poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ CISŁO
Muzyka
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Moja ulubiona muzyka to cisza. Człowiek potrzebuje ciszy, aby mógł usłyszeć swoje myśli. Szkoda, że nie istnieje techniczna możliwość wzmacniania bezgłosu, puszczania go na cały regulator, że nie można ciszą amplifikowaną zagłuszać jazgotu świata.

W dzieciństwie nienawidziłem zagłuszarek Radia Wolna Europa, radia, którego się u nas w domu regularnie słuchało. Po latach, uczęszczając na koncerty festiwalowe Warszawskich Jesieni, odkryłem, że wizgi, rzężenia i hurgoty, podobne do tamtych (wytwarzanych z głupoty politycznej), tutaj uchodzą za wielką sztukę. Krytyka wynosiła pod niebiosa Xenakisa, Varésego, Schaeffera, Stockhausena i Cage’a, autorów owego akustycznego śmiecia. Jeden z utworów Johna Cage’a spodobał mi się mimo wszystko, a była to kompozycja 4’33 na dowolny instrument. Kompozycja ta polega na tym, że muzyk siedzi na przykład przy fortepianie i nic nie robi dokładnie przez 4 minuty i 33 sekundy. Cóż, Cage po swojemu złożył hołd ciszy, i za to gotów jestem go nawet lubić.

W radiu państwowym lat 50. dominowała tzw. „pieśń masowa”, socrealistyczny odpowiednik pieśni kościelnej. Muszę powiedzieć, że lubiłem niektóre przeboje socrealizmu, jak choćby Czerwony autobus, Na lewo most, na prawo most albo Strażnicę na granicy. Socrealizm nie był dziełem samych partaczy, wspierali go przecież geniusze, jak Lutosławski. I cóż z tego, że orkiestrowa Mała suita Witolda Lutosławskiego, na tematy ludowe, powstała na zamówienie partyjne? Jest piękna do dzisiaj; nie ma w niej żadnej fałszywej nuty.
Poza pieśnią masową radio dawało na szczęście sporo klasyki, celebrowaliśmy zatem w domu np. Środy szopenowskie. Słuchało się też chętnie pogadanek muzycznych Jerzego Waldorffa, którego występy były szlagońskimi popisami retorycznymi, z charakterystycznym refrenem „aliści”, słówkiem przez Waldorffa nadużywanym.

Mama wielbiła operetkę. Sama miała ładny głos i podśpiewywała różne arie. Również po amatorsku piórkowała na mandolinie. Nie przejąłem po niej upodobania do operetki, ale mandolinę – owszem, przejąłem. Chociaż prędko postarałem się zamienić ją na bardziej modną gitarę. W nauce gry na gitarze posługiwałem się samouczkiem Józefa Powroźniaka. Zasad harmonii douczałem się z podręcznika Franciszka Wesołowskiego, ogólnych dziejów muzyki – z Małej historii Reissa. Wkrótce brzdąkałem już na mej gitarze uproszczonego (przez Powroźniaka) Bacha, co napełniało mnie potężną dumą.

Tymczasem Polskie Radio żegnało się z pieśnią masową. Po roku 1956 wróciły na antenę tradycyjne szlagiery, a nawet i śpiewana poezja. Sława Przybylska wylansowała Okularników, hymn inteligencji bezpartyjnej (bo chyba tak można go nazwać). Pojawił się olśniewający talent Ewy Demarczyk, zatrącający o sztuczki magiczne (myślę tu zwłaszcza o jej interpretacji Karuzeli z madonnami Białoszewskiego do muzyki Zygmunta Koniecznego).

W telewizorze u Elżbiety, mojej ówczesnej dziewczyny (bo własnego nie miałem), oglądałem śpiewających Starszych Panów. Cóż to była za rozkosz, widzieć dwóch dobrze wychowanych Polaków, we frakach i cylindrach, łagodnie drwiących z dyktatury proletariatu, której na razie nikt nie odwoływał. W kategoriach Dostojewskiego Przybora i Wasowski byliby chyba wzorową parą „idiotów” – świętych ignorujących realia piekielnego świata.

Ja od mojej gitary klasycznej przechodziłem właśnie do elektrycznej… Założyliśmy z kolegami regularny zespół rockowy, któremu olsztyński Dom Kultury powierzył profesjonalny sprzęt. Dosyć prędko zaczęliśmy publiczne występy; dziś serdecznie się ich wstydzę. Małpowaliśmy różnych The Shadows albo The Ventures, ewentualnie Beatlesów i krajowych Niebiesko-Czarnych. (Co do Beatlesów – imitacja nie byłaby może ujmą; problem tkwi oczywiście w jakości naśladowania. W końcu Lennon i McCartney stanowili parę wspaniałych melodystów).

Kiedy przyjechałem do Warszawy studiować architekturę, czułem się już wyleczony z ambicji rokendrolowych. Balladowałem jedynie przy swej gitarze i to przeważnie prywatnie, mitygowany przez samokrytycyzm.

Zacząłem też chodzić do Filharmonii, korzystając z tanich wejściówek, no i do Fonoteki, istniejącej przy Bibliotece Publicznej na Koszykowej. Lubię synestezję – równoczesne słuchanie i czytanie. Dzisiaj służy mi do niej mój odtwarzacz CD. Łączę muzykę z czytaniem krajobrazów: podczas spacerów po szpetnej Warszawie przemagam uporządkowanym klasycyzmem akustycznym ohydną architekturę blokową. (No i dzięki muzyce spaceruję po dość zadowalającym mieście).

A teraz – coś o kompozytorach, których najbardziej kocham. Wiem, że Jan Sebastian Bach uczył się swego fachu, kopiując dzieła innych mistrzów; był za biedny, żeby regularnie studiować. Jego płodność artystyczna szła w parze z płodnością erotyczną. Miał co najmniej dwudziestkę dzieci – ale nie wszystkie, jak dzieła, udane. Jego mały Gottfried Heinrich okazał się wręcz imbecylem. Najstarszy syn, Wilhelm Friedemann, zaprzepaścił przypadłą mu spuściznę po ojcu, sprzedając rękopisy na makulaturę.

Bardzo lubię Śpiewnik Anny Magdaleny, który Bach ułożył z myślą o swej drugiej żonie – i tu zwłaszcza lubię synkopowane Musette, spopularyzowane ostatnio przez Bobby’ego McFerrina, wesołego jazzmana. (Musette znaczyło w języku starofrancuskim „dudy”).

Pierwsza żona Bacha, Maria Barbara, była kuzynką kompozytora. Z kuzynką, Katią Nosenko, ożenił się też Igor Strawiński. Uwielbiam Strawińskiego za Hebanowy koncert, Ragtime na 11 instrumentów, za wszystkie balety – z wyjątkiem zgrzytającego Święta wiosny – i za Polkę cyrkową napisaną dla prawdziwych słoni, które zatańczyły ją w którejś płóciennej budzie w 1942 r., przybrane w różowe spódniczki z tiulu.

Igor Strawiński słynął z nieustępliwości finansowej. We Francji twierdzono, że już samo imię kompozytora, zawierające cząstkę „or”, mówi o złocie. (Or po francusku znaczy „złoto”).

W Autobiografii Strawińskiego znalazłem ciekawą notatkę o Eryku Satie, autorze medytacyjnych Gymnopedii, których także często słucham. Satie nie był postacią pociągającą – pisze Strawiński. – Miał na przykład wstręt do mydła. A za to ustawicznie czyścił palce pumeksem… Zawsze był bardzo ubogi, dla zasady, jak sądzę. Jego mieszkanie było również ubogie, nie było w nim nawet łóżka, a tylko hamak. W zimie Satie napełniał gorącą wodą butelki i kładł je rzędem pod hamakiem. Butelki te wytwarzały rodzaj dziwnej „marimby”.

Strawiński był muzycznym samoukiem, jak Bach (jednak z innych przyczyn). Z wykształcenia był prawnikiem. Prawo studiowali też na przykład Czajkowski i Chabrier. Emanuel Chabrier pół życia przesiedział na posadzie radcy prawnego we francuskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nim na koniec odważył się zaryzykować karierę czysto artystyczną.

Do końca życia natomiast nie zrezygnował z dwuzawodowości Aleksander Borodin, którego Tańce połowieckie bardzo kiedyś ceniłem. Borodin był profesorem chemii w petersburskiej Akademii Medycznej i po prawdzie uważał się głównie za profesora chemii.

Sięgnę jeszcze do moich notatek o Mozarcie. Wolfgang Amadeusz nie tyle tworzył muzykę, ile sam nią był. Od dziecka miotały nim silne rytmy wewnętrzne, wprawiające całą jego postać w nieustanny taniec. Gestykulował, robił miny, dzwonił sztućcami przy stole. Idąc, postukiwał jednym obcasem o drugi. Miał sto tego rodzajów pomysłów na minutę – czy też one jego miały. Bębnił palcami, w co się dało, jakby wszystkie rzeczy tego świata – jakby cały świat miał poukrywane gdzieś klawisze… Grając – często improwizował. Kiedyś wykonywał przed cesarzem Józefem II nową sonatę, skatalogowaną później jako K 454. Partię skrzypiec odtwarzała niejaka Strinasacchi. Mozart siedział przy fortepianie, mając przed oczami partyturę, zawierającą jedynie szkic kompozycji. Po koncercie cesarz kazał sobie podać ten szkic. Cóż to, widzę, że brakuje nut? – dziwi się władca. Być może – padła odpowiedź. A jednak przyznasz, Najjaśniejszy Panie, że w tym, co zagraliśmy, nie brakowało ani jednej nuty. (Wypisuję tę anegdotę z biografii kompozytora pióra Karola Stromengera).

Cenię klasyków (wyjąwszy może symfoników XIX wieku, z odrażającym Berliozem), ale cenię też prostą muzykę wiejską. A w tym – folkor egzotyczny. I tak na przykład folklor arabski pociąga mnie swym charakterem sakralnym, tonem powagi nawet w rozrywce. U Arabów intrygują mnie także mikrointerwały melodyczne i melizmaty: charakterystyczne „jęki”. Również monodia. (Ci, co chcieliby zainstalować wśród Arabów demokrację, nie widzą, a raczej nie słyszą, że społeczność islamska jako chór śpiewa zawsze unisono, zgodnie, bez sporu. A czy kto widział demokrację bez sporu?).

Chińczycy. Chińczycy znają pięć stron świata, nie cztery, jak my. Piątą stroną świata jest dla nich zawsze „środek”. (Można by rzec: i nic dziwnego, w końcu dzieje się to w Państwie Środka, Czungkuo). Chińczycy mówią także o pięciu żywiołach (ogniu, ziemi, drzewach, metalach i wodzie), o pięciu podstawowych kolorach (żółtym, czerwonym, białym, czarnym i lazurze), no i również o pięciu stopniach skali muzycznej. Ponazywali owe stopnie rodzinnie: „Mąż – syn – wnuk – żona – synowa”. Pentatonikę uprawia się też poza Państwem Środka: ponoć słyszalna jest ona nawet w staropolskiej pieśni obrzędowej Oj, chmielu. Ale główną dyrektywą i gamą pozostaje od tysięcy lat jedynie w Chinach.

Afryka. To, co dziś łomocze w globalnym rokendrolu i jazzie, natrętne bębny, urodziło się w Afryce. Tematyczność rytmu, a nie melodii: oto jest specyfika Czarnego Lądu. Nie wiem, czy kocham muzykę perkusyjną, na pewno nie tę rodem z dzisiejszej popkultury. Ale rdzenne tam-tamy murzyńskie dosyć mnie zajmują. Ciekawią mnie także inspiracje bębnowe w muzyce poważnej, na przykład u Zbigniewa Rudzińskiego w jego Trytonach z roku 1977. Przy okazji dodam, że przepadam za Rudzińskiego operą Manekiny wedle prozy Brunona Schulza. Widziałem tę operę jak dotąd sześć razy, w różnych latach (w warszawskim Teatrze Wielkim na małej scenie).

Padło słowo „jazz”. Wyraz ten po angielsku znaczy, jak wiadomo, „zgiełk” i jest inwektywą. Ucho muzyczne nie znosi zgiełku. Można jednak lubić niektórych zabłąkanych do jazzu geniuszy. Z wielką ciekawością nadstawiam ucha, kiedy grają jazzowi wirtuozi gitary, jak Abercrombie czy Ralf Towner. Albo norweski saksofonista polskiego pochodzenia Jan Garbarek. Lubię Milesa Daviesa z jego trąbką, zwłaszcza na płycie Tu-tu. A czy nie jest wspaniały Maurice Ravel w swoim Koncercie fortepianowym G-dur? Albo Igor Strawiński w wielu utworach? Tym, co wybitnych muzyków pociąga w jazzie, jest z pewnością duch dionizyjski, związany z narkotycznym rytmem oraz improwizacją, przegnaną przez oświeceniowy racjonalizm z większości rejonów tak zwanej klasyki. 

Wracamy do folkloru. Bułgaria i Grecja. Bułgarzy są niezrównanymi melodystami. Mówcie, co chcecie, ale nie ma muzyki bez melodii. Nie darmo miłośnika sztuki dźwięku nazywa się „melo-manem”. W śpiewie greckim przechowały się do dziś podobno żywe nuty dawnych aojdów. Słuchając folkloru współczesnej Hellady, możemy się domyślać, jak brzmiały liryki Terpandra, Safony, Alkajosa.

Z polskiego folkloru najbardziej lubię góralszczyznę i Kurpiów. Wysoko w górach i daleko w puszczach nad Narwią siedzieli ludzie wolni od pańszczyzny i to z ich wolności wyśpiewały się rzeczy piękne. Nie ma sztuki bez wolności; ohyda współczesnej kultury masowej bierze się w znacznej części stąd, że jest to dziedzina helotów, pół-niewolników (państwa przemysłowego).

Mam dwie córki, obdarzone niezłym słuchem muzycznym. Kiedy były malutkie, podśpiewywałem im różne melodie z Oskara Kolberga. Przestudiowałem wiele tomów Kolberga, żeby zrobić z Ani i Julki dobre Polki. Wiadomo, „czym skorupka za młodu nasiąknie”… Ale czymże to nasiąkają dziś młodzi Polacy, kształceni powszechnie na ogólnokrajowych radiofoniach Zet, Bis, RMF, na Trójce i tak dalej? Dorzućmy do tego słynne MTV. Żadne z owych mediów nie ma ambicji narodowych. Pomijając ten drobiazg, że nie ma też ambicji wysokoartystycznych. Wbijają młodym do głowy, przez uszy, nie muzykę, lecz raczej „muzaka”, w ustalonym rytmie na cztery czwarte.

Słowo „muzak” wymyślił w latach 40. XX wieku George Squire z Cleveland, cyniczny producent uproszczonego musical accompaniment, towarzyszącego podróżnym na dworcach, konsumentom w restauracjach i barach, klientom domów towarowych. Dziś muzak odzywa się, jak wiemy, w telefonach komórkowych, w internecie, także w gongach u drzwi i w klaksonach samochodowych. Wszędzie.

Tak, tak. Obudziliśmy się w świecie, w którym człowiek czuje się zawiedziony, że Stwórca nie dał mu powiek do uszu, umożliwiających natychmiastowe odcięcie się od idiotycznej akustyki cywilizacyjnej. Ja, z braku rzeczonych powiek, staram się mieć zawsze przy sobie stopery, zatyczki z miękkiej gąbki… Bo moja najulubieńsza muzyka to jednak cisza. (Nie zmieniam zdania, od którego rozpocząłem).
 
Maciej Cisło



 

 
janfilipecki@gmail.com     2012-05-14 22:34:36
"Miał co najmniej dwudziestkę dzieci – ale nie wszystkie, jak dzieła, udane. Jego mały Gottfried Heinrich okazał się wręcz imbecylem." Te dwa zdania dyskredytuja autora zupelnie. Jak mozna

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas