poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Trylogia Wyspiańskim podszyta
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Trylogia według Henryka Sienkiewicza
dramaturgiczne opracowanie tekstu: 
Jan Klata i Sebastian Majewski
reżyseria i opracowanie muzyczne: 
Jan Klata
scenografia i światła: Justyna Łagowska
kostiumy: Mirek Kaczmarek
choreografia: Maćko Prusak
Narodowy Stary Teatr 
im. H. Modrzejewskiej
 

Demitologizacja Sienkiewiczowskiej Trylogii, ba, demitologizacja Sienkiewiczowskiego spojrzenia na historię Polski, a może nawet dekonstrukcja wyobrażeń o narodowym charakterze, była niewątpliwie celem inscenizacji Trylogii w Narodowym Teatrze Starym. W przeszło czterogodzinnym spektaklu adaptatorzy – Jan Klata i Sebastian Majewski – zmieścili 6-tomową powieść Sienkiewicza, zyskując pełną akceptację krytyki. Zachowano najważniejsze wątki i ani słowo nie zostało dodane – twierdzą zgodnie i krytycy, i adaptatorzy. Sebastian Majewski szczerze wyznaje, że nigdy wcześniej Trylogii nie czytał, ale że zdołał oglądnąć film, co zaiste bardzo mu się chwali, bo jak rozumiem, dokonując adaptacji, w jakiejś mierze z utworem się zapoznał. Żeby się zrewanżować podobną szczerością, muszę też wyznać ze wstydem, że przed premierą adaptacji całej Trylogii na nowo nie przeczytałam, ale, że Horpyna we mnie siedzi, słowo dodane natychmiast znalazłam. Radziwiłł powieściowy nie krzyczy przed śmiercią: Murzyni, lecz jak przystało na kalwina: Jezus Maria. W przedstawieniu ścigającym polską nietolerancję religijną i fanatyzm może i wzywa Najświętszej Panienki, ale w tumulcie czynionym przez Murzynów-raperów nie dosłyszałam tego wezwania, ogłuszona salwami śmiechu. To wtrącone słówko dobrze charakteryzuje typ dowcipu twórców przedstawienia i sposób, w jaki tropią przejawy sarmatyzmu. Murzyńskie diabły porywają zdrajcę-sarmatę do piekła zgodnie z wyobrażeniami fanatycznych szlachciurów.

 Wątki może i zachowano w tej adaptacji, ale sensów nie, bo idea przedstawienia została oficjalnie podporządkowana wytykaniu konserwatyzmu Sienkiewicza, który zatruł umysły i serca Polaków, zinfantylizował narodową wyobraźnię, znieprawił psychikę. Nieoficjalnie chodzi o to, żeby się dobrze kosztem panasienkiewiczowych naiwności zabawić, żeby spodobać się wszystkim: nowoczesnym – nowoczesnością, tradycjonalistom – zadumą nad wzorem Polaka.

Bój z Sienkiewiczem rozpoczyna Klata w kościele, pod obrazem Czarnej Madonny, a kościół ten jest szpitalem wojskowym, lazaretem jakowymś, przepełnionym nadmiarem dziwacznie obandażowanych pacjentów. Pacjenci owi jednak dość siły mają, aby wejść w rolę Sienkiewiczowskich bohaterów. Słychać jakieś wojenne świsty, sanitariuszka coraz i któregoś nieboraka jeszcze dziwaczniej obandażuje. A oni, role sobie wybrawszy, jakby Sienkiewiczowi dopiec chcieli – wbrew emploi, wiekowi i prawdopodobieństwu. Kto młodszy, starszego, kto starszy – ten młodszego udaje, która szczupła, grać będzie pannę słusznej postawy, która zażywną jest jejmością, ta z impetem hajduczka wystawi. Stąd uciecha niesłychana, jak gruby cienkiego udaje, stary młodego i tak bez końca. A wszystko w pędzie, w warkocie muzyki oszalałej, w podskokach na łóżkach-koniach, łóżkach-saniach, w stroboskopowym świetle ruch dynamizującym. Ruchliwi, jakby zdrowiuścy byli, ruch ten powtarzają, powtarzają – aż do widzów znużenia, zniecierpliwienia. Naprawdę dzielni. Andrzej Kozak – Wołodyjowski, Anna Dymna – Basia, Krzysztof Globisz – Kmicic, Jerzy Grałek – Skrzetuski, Ewa Kolasińska – Krysia. Udają z poświęceniem, są świetni. Komizm rodzi się ich kosztem, rodzi się z kontrastu między wymuskanym pięknem wiecznie młodych herosów Sienkiewiczowskich a ich, artystów, starością prawie prywatną, ich nieurodą i niezdarnością nie tylko zagraną, choć niewątpliwie świadomie podkreślaną. Ról wiele nabrali: Kmicic może być Chmielnickim, Ksiądz Kamiński kompanem Kmicicowym i Radziwiłłowym Murzynem, i Rochem Kowalskim – jak to w teatrze postmodernistycznym. Prawie wszyscy są starzy, zmęczeni, zepsiali, nawet znakomity głupawy Kmicic Globisza wydaje się zagubiony, jakby własnymi szaleństwami zaskoczony. Jeden Zagłoba (Juliusz Chrząstowski) obdarzony został młodością i jaką taką krzepą; ma aż trzy zdobyczne zegarki i z upodobaniem lży parcha – Żyda, a inni z zapałem podchwytują jego słowa, chórem wołają, leżąc na łóżkach, kitłasząc się w barłogach, tylko po to, by wyższość swoją polską unaocznić. Więc szpital ten, co schronienie w kościele znalazł, różne polskie choroby demaskuje lub diagnozuje. Polską biedę i polskie pijaństwo, polską niefrasobliwość, polską megalomanię narodowo-religijną. Obraz Czarnej Madonny ma rysy wszystkich zacnych niewiast, co Sienkiewiczowskie role przybrały, mówi ich głosem, bo jakżeby Polki nie wiedzieć miały, co Boża Matka myśli, i w czyje usta najlepiej włożyć Sienkiewiczowską narrację. A nade wszystko reżyser spektaklu obnaża bezlitośnie niczym nieusprawiedliwioną polską pogoń za śmiercią – bohaterską i niepotrzebną. W tym punkcie przedstawienie ujawnia szczególną niespójność. Klata pokazuje pokraczność bohaterów, ich myślowe i fizyczne defekty, ich śmieszność, naiwność, nieumiejętność zrozumienia świata. Staruszek Wołodyjowski w za dużym dresie i tenisówkach najlepiej macha nieistniejącą szabelką. Skrzetuski w filcowych pantoflach, z miną śledziennika, na nic nie ma ochoty, ledwie ma siłę wznieść dłonie, najchętniej posiedziałby sobie z ciężarną żoną w domu. Kmicic wprawdzie nadpobudliwy ruchowo, najmłodszy w tym gronie, wybraniec osobiście przez obraz Matki Boski głaskany (a może za ucho ciągnięty, ale zawszeć to osobista opieka Świętej Panienki), rozumu politycznego od Bogusława się nie nauczył ani od Oleńki zasad moralnych. Bo Oleńka (Barbara Wysocka), gniewna bardziej o zniszczone portrety dziadunia niż o Upitę i pochłonięta bezrefleksyjną służbą medyczną, bandażuje cały świat. Więc i on, Kmicic, choć bohater do ambony kościelnej bandażami przybandażowany, na bohatera też się nie nadaje. I on posiedziałby z żoną, posłuchał, co się dzieje w jej brzuszku, poćwiczył oddechy, jako że najwyraźniej ma już tylko ochotę celebrować rodzinny poród. 

Klata, najpierw ośmieszywszy doszczętnie romanse Sienkiewiczowskie, odebrawszy postaciom wszystkie cechy niezwykłe, pozbawiwszy je najniklejszych ludzkich emocji poza zagubieniem i zmęczeniem, nie zostawiwszy im nawet cienia pozytywnej energii, biada, że wybierają śmierć. Ależ ci herosi umierają na naszych oczach, bo są zgrzybiali, bo nie chcą być bohaterami, nie są w stanie inaczej obronić nowego życia. Ta nagła pochwała wartości rodzinnych niedocenionych przez bohaterów jest szablonem, bo to, co mogło prowadzić do ich uprawdopodobnienia, do poważnego ich traktowania, zostało unieważnione, sprzedane za parę dowcipów. Zasłanianie się teatralną konwencją niczego nie zmienia. Nie można ośmieszyć bohaterów, pozbawić ich rozumu, odwagi i nadal mieć bohaterów, nad których niepotrzebną śmiercią się biada. Niezależnie od fabuły Sienkiewiczowskiej, wybór życia wymagałby heroizmu, a skoro nie ma mitu bohaterskiego, skoro herosi są tylko zmęczeni i skompromitowani, to ich gesty rozpaczy nie są tak nonsensowne, jakby się mitobójcom zdawało. Aby żyć bez nadziei, trzeba mieć odwagę. Zresztą czasem wybór śmierci jest obroną życia.

Klata przeczytał Kinderszenen Jarosława Marka Rymkiewicza i przez tę książkę, jego zdaniem – niebezpieczną, interpretuje Trylogię jako fałszywą apologię bohaterskiej, bezsensownej śmierci. Tylko że ten mit on sam w swojej adaptacji rozdmuchuje do gigantycznych rozmiarów, a potem się z nim pojedynkuje. Oblężony Zbaraż to barykada z Powstania Warszawskiego; budują ją pacjenci szpitala z materacy, łóżek. Miota się między nimi sanitariuszka, Kmicicowa Oleńka, i oczywiście bandażuje rannych, bo wieczna polska wojna zawsze krwi, wiecznie krwi wymaga. Walczący małpie miny robią, gęby wykręcają, oczy wybałuszają, pięściami wygrażają – raczej publiczności niż wrogowi. Leci pierze z poduszek w ferworze walki. Ta wojna jest teatrem? A te bandaże metaforą wiecznego krwotoku patriotycznego? I to jest śmieszne, dziecinne i nieporadne? Te wojny, te powstania były tylko hucpą, wygłupem, grą temperamentu? Mam współczuć? Mam się śmiać? Mam się pogrążyć w historiozoficznej zadumie? Wybieram śmiech. Półgębkiem. Bo to jednak raczej skecz kolonijny. Opowiadają mi wszystkie polskie wojny jarmarczną sceną, jakby tragigroteska nie istniała. Reżyser jednak czuwa – tragicznie i groteskowo też będzie. Mały rycerz, aby wysadzić Kamieniec, heroicznie odwali klapę, taką, jaka zamykała wejścia do powstańczych kanałów. I śmiertelnie będzie smutny. Jak i jego towarzysze znikający w tych podziemiach. A życie mogło być takie piękne – wystarczyło skapitulować, rozsądnie nie mnożyć ofiar.

Narodowe cierpiętnictwo jest w tej inscenizacji tępione szczególnie surowo, demagogicznie i nieuczciwie. Scena, w której Azja staje się katem, zabija strzałem w tył głowy po wielokroć przychodzących po śmierć Polaków, przywołuje Katyń. Nawet jeśli to tylko parodia sceny z filmu Wajdy, jest ona bluźnierstwem i niesmacznym, i skłamanym. Ta rana wciąż jest bolesna i żywa. Scena budzi mój sprzeciw także z powodu jej konstrukcji. Gdy oglądamy ją z bliska, gdy nie tylko rejestrujemy powtarzalność egzekucji tych samych ofiar, ale i widzimy ekstatyczne uśmiechy umierających z rozkoszą; umierających, tak jakby śmierć była najpiękniejszym darem życia – scena poraża absurdem. Gdy oglądamy ją z dalszych rzędów, gdy nie dostrzegamy twarzy ofiar, jest zapisem heroicznego męczeństwa. Przez przypadek taka sekwencja? A może po prostu dobrze jest zachwycić wszystkich, i tych, co lubią heroiczną wersję historii Polski, i tych, co wszystko pragną odbrązowić, nie licząc się ani z tymi kilkoma wartościami, które należałoby uszanować, ani ze zdrowym rozsądkiem. Bywają mity zabójcze i mity, które ocalają. Rozbrajanie mitu, no powiedzmy nowocześnie – dekonstrukcja – jest zajęciem pociągającym, ale niebezpiecznym. Może ośmieszyć i tego, kto mit zbyt pospiesznie niszczy, bezmyślnie przedrzeźnia. Tropienie Sienkiewiczowskich przekłamań historycznych i idealizacji to wedle Miłosza strzelanie z armaty do wróbla. Sienkiewicz wiedział, co publiczności będzie się podobać, i to jej dawał. Reżyser krakowskiej inscenizacji robi to samo. 

Traktuje Sienkiewiczowski mit śmiertelnie poważnie, jak wiecznie żywy, a potem bezlitośnie go wyśmiewa, dbając, aby publiczność bawiła się dobrze. Tymczasem pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków jest chyba ostatnim, które z (prawie) nieprzymuszonej woli przeczytało całą Trylogię. Czterdziestolatkowie oglądali już tylko film, młodsi znają jedynie fragmenty filmu i streszczenia ze ściąg. Krzywda wyrządzona przez Sienkiewicza Chmielnickiemu nie wzrusza młodszego pokolenia, bo ono po prostu nie ma pojęcia nie tylko, kim był Chmielnicki, lecz także kim był Stalin. I pana Skrzetuskiego od pana Zagłoby nie odróżnia. Naprawdę. Niestety? A może na szczęście. 

Wobec tego szkodnika Sienkiewicza Klata podnosi takie zarzuty, jakie ponad sto lat temu stawiał Wyspiański romantyzmowi w Warszawiance. To anachroniczny proces. Ostatnio wprawdzie chcieliśmy umierać za Niceę, ale jakoś zrezygnowaliśmy. Klata zrobił przedstawienie chwilami śmieszne, także w swym spóźnionym o wiek moralizatorstwie i pasji deheroizacyjnej, a w całości po prostu niemądre. Zostanie po tej inscenizacji pamięć o majtkach firmy Calvin Klein, które nosi Bogusław Radziwiłł (Błażej Peszek), aby uwieść Kmicica. I rzeczywiście piękna scena śmierci Azji. Czytana w ciemnościach, zaraz po egzekucji „katyńskiej”. Połączenie tych dwóch scen każe myśleć o historii w kategoriach niszczącej człowieczeństwo rzezi, której absurdalnie podlegamy – diagnoza nie tak daleka, jak by się zdawało, od tej Rymkiewicza, bardzo niebezpiecznej. A swoją drogą tego chłopca, jakim był w czasie Powstania stary dziś pisarz, zapamiętałam w geście, który jest dziecinnym wyborem życia. To dziecko dawno temu powiedziało: Nie chcę być Polakiem. Chcę mieszkać w Stambule. I dalej pisarz komentuje: To był (jak to teraz oceniam) jeden jedyny wypadek [ … ] kiedy miałem kompletnie dość mej polskości i zapragnąłem się z nią rozstać; nie chciałem uciekać przed Niemcami, chciałem, żeby moim ojcem był piękny turecki oficer i żeby tam, u niego w Stambule, wzięła mnie pod opiekę jego potężna i dostojna turecka armia.

Rymkiewicz widzi piękno Powstania i naiwność powstania, widzi też okrucieństwo powstańczego losu, absurd Historii-maszyny do zabijania, wierzy w wagę heroicznego gestu powstańców, jego znaczenie dla świadomości Polaków. Można się z nim nie zgadzać, ale warto z podjąć nim poważną rozmowę. Historyczna rewizja dokonana przez Klatę, rewizja totalna (podlega jej w równej mierze stylistyka autora, jego światopogląd, jak i de facto świadomość narodowa współczesnych Polaków oraz nasz typ religijności) niestety jest rewizją niepoważną i raczej o mnożenie dowcipów tu chodzi, o drażnienie publiczności niż o jakąkolwiek prawdę czy rzeczywistą prowokację umysłów. Komiczne chwyty powtarzają się w kółko, powielana przez cztery godziny gra z Sienkiewiczowską dramatyczną narracją kontrastowaną z farsowymi sytuacjami – nudzi. Jest łatwa, lekka i przewidywalna jak dyskotekowa choreografia. W końcu więc sarmatka we mnie usnęła ze znużenia. A swoją drogą sarmatyzm polski miał twarz Paska, ale też twarz Wacława Potockiego, i dość skomplikowane to było zjawisko. O czym warto pamiętać, nokautując Sienkiewicza. Oczywiście zamiast…
 
Małgorzata Ruda



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas