poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Pisarze w trybach bezpieki
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Joanna Siedlecka
Kryptonim „Liryka”. 
Bezpieka wobec pisarzy
Prószyński i S-ka
Warszawa 2008
Obława. 
Losy pisarzy represjonowanych
Prószyński i S-ka
Warszawa 2005

Przez 45 lat (ostatni agenci byli wyrejestrowywani w 1990 r.) młyny bezpieki peerelowskiej mełły pisarzy. Łamały moralne kręgosłupy, wykańczały, brukały prywatność, więziły, prowokowały do czynów podłych, trudnych do wybaczenia. Jak wielka była to skala, niewyobrażalna dla nikogo z literackiego środowiska, jak wielkie czyniła spustoszenie w środowisku i osobach je reprezentujących, ukazują niedawno wydana książka Joanny Siedleckiej Kryptonim „Liryka”. Bezpieka wobec pisarzy oraz wydana kilka lat wcześniej tej samej autorki Obława. Siedlecka oparła swoją wiedzę głównie na archiwach IPN, czyli osławionych teczkach. Błąd, i to wielki, popełniają ci, którzy teczki te uważają za zasadnicze źródło wiedzy o kilkudziesięcioletniej historii polskiego społeczeństwa, gnębionego przez państwo policyjne, ale też mylą się ci, którzy by te teczki chcieli raz na zawsze zabetonować. To kawał naszej historii, przykrej, miejscami wręcz porażającej, z którą jednak nie sposób się nie zmierzyć. Czyni to Joanna Siedlecka i chwała jej za to, wykonała bardzo dobrą robotę faktograficzną, ale nie ustrzegła się moralizowania, nie potrafiła się zdobyć na większy wobec przedstawianej rzeczywistości dystans, na niewyciąganie zbyt pochopnych wniosków na temat motywów i intencji niektórych pisarzy, którzy prędzej czy później wycofywali się ze współpracy. Ma jednak rację, gdy stwierdza, że anatema środowiskowa czasem dotykała tych, którzy jawnie manifestowali swoje przywiązanie do komunistycznej władzy, natomiast teraz, po latach, gdy fakty przemawiają za współpracą z peerelowskimi służbami specjalnymi sporej części pisarzy, jesteśmy wobec nich dziwnie wyrozumiali, a niektórzy z nich pełnią lub do niedawna pełnili wysokie funkcje w środowiskowych reprezentacjach, np. w ZLP, czyli tzw. Zlepie. 

Trudno się natomiast zgodzić, gdy próbuje krytykę osoby rozciągnąć na jej dzieło. Na to wręcz zgodzić się nie sposób. Osoba Andrzeja Kuśniewicza, skądinąd sympatycznego, starszego pana, w środowisku nawet lubianego, bo nikomu się nie narażał, ukazuje się nam w bardzo niekorzystnym świetle, ale nie powinno to zmieniać naszego stosunku do jego świetnej twórczości. Zanim podpisał zgodę na współpracę, co może i musi zaskakiwać, był już autorem kilku dobrych i cenionych przez krytykę wierszy i powieści, takich jak Korupcja, Eroica czy W drodze do Koryntu. Trudno więc, jak pisze Siedlecka, uważać go w 1969 r., w którym to roku zdecydował się na dobre kontynuować swą mroczną przygodę życiową, za pisarza początkującego (debiutował, żeby przypomnieć, tomem poezji w 1956 r.).

To jednak tylko dygresja. Bo na marginesie książek Siedleckiej warto się przyjrzeć temu wstydliwemu dla naszego środowiska, ale i kompromitującemu ustrój, w którym przyszło nam żyć, a do którego czasami niektórzy wracają myślami nie bez nostalgii, problemowi – totalnej inwigilacji środowiska literackiego.

Zaczęło się już w drugiej połowie lat 40., u samego zarania tworzonego na bazie relacji z sojusznikiem ze Wschodu ustroju.

Gnębieni byli pisarze przedwojenni, którzy nie kryli się ze swymi poglądami, dawali wyraz w twórczości, ale przede wszystkim w życiu prywatnym, czasem też publicznym, swemu krytycyzmowi wobec nowego ustroju, socrealizmu, wobec – jak dobitnie nazywał to Wańkowicz – prowadzeniu polskiej literatury na szafot. Szykanowano więc Wojciecha Bąka, pisarza katolickiego, wysoko cenionego w przedwojennym środowisku literackim. Był on tuż po wojnie prezesem poznańskiego oddziału ZLP i na forum środowiskowym swoje „antysocjalistyczne” poglądy popularyzował. Był pod stałym nadzorem UB, donoszono na niego z grona pisarzy, szczególnie grona Koła Młodych, do których to kół zapisywali się wówczas ludzie pragnący rekompensować brak talentu entuzjazmem wobec nowej rzeczywistości. Wskutek tych donosów Wojciech Bąk został skierowany na badania psychiatryczne, potem nękano go rewizjami i przesłuchaniami, by ponownie zamknąć go w szpitalu psychiatrycznym. Oczywiście książek wydawać już nie mógł, relegowano go ze Związku, chciano odebrać mieszkanie, na które było dużo chętnych, usiłowano w związku z tym go ubezwłasnowolnić, ale sąd dwukrotnie taki wniosek oddalił jako bezzasadny (sic!). Dopiero w 1956 r., staraniem Iłłakowiczówny, przywrócono mu związkową legitymację i cofnięto zakaz druku, ale pisarz był już człowiekiem złamanym, rozczarowanym też do Kościoła katolickiego, aż w końcu przystąpił do zboru luterańskiego.

Nękano również i strącono w literacki niebyt hr. Stefana Łosia, autora książek podróżniczych, działacza harcerskiego. Napisał książkę o żołnierzach Korpusu Ochrony Pogranicza, walczących z „bolszewickimi hordami”, Strażnica, której władze Polski Ludowej mu nie wybaczyły. Zdołał wydać tylko jedną powieść, w 1947 r. Sądzony, torturowany i uwięziony, po roku był już wrakiem człowieka, zmarł w szpitalu na raka płuc w 1955 r. Biogram jego nie znalazł się nawet w słowniku Bartelskiego, Polscy pisarze współcześni 1944– 1970. Z podobnymi szykanami spotkał się Władysław Grabski, pisujący razem z Gałczyńskim w „Prosto z Mostu”, autor poczytnych książek historycznych i obyczajowych o katolickiej proweniencji. Naraził się niepublikowaną, udostępnioną tylko paru osobom Balladą katolicką o Konstancji z Nawrockiej Kłosińskiej i Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim, uznaną za paszkwil na czołowego poetę Polski Ludowej. Odprawiono w ZLP sąd koleżeński, który go wykluczył z szeregów Związku, co równało się wówczas anatemie środowiskowej i zakazowi druku. Po roku 1956 zostało mu przywrócone członkostwo Związku, ale go nie zrehabilitowano.

Za paszkwilanta uznano również, już w drugiej połowie lat 50., Jerzego Kornackiego, pisarza niewysokich lotów, członka przedwojennej grupy literackiej Przedmieście, którą współtworzył razem ze swoją o dwadzieścia lat starszą żoną, pisarką Hanna Boguszewską. Oboje z początku niezwykle entuzjastycznie nastawili się do nowego ustroju, byli przez władzę PRL-u fetowani, ale po kilku latach przyszło otrzeźwienie i rozczarowanie do metod wdrażania w Polsce socjalizmu, w społeczeństwie i w kulturze. Kornacki przyjął postawę zdecydowanie antykomunistyczną, bardzo krytyczną wobec aktualnych przedstawicieli najwyższych w partii i państwie władz, czemu dawał wyraz w rozsyłanych do różnych osób wierszowanych i  – jak konwencja tego wymaga – mocno niewybrednych, nawet sprośnych, paszkwilach, a także w swoich kilkunastotomowych dziennikach, zatytułowanych Kamieniołomy. Po wdrożeniu śledztwa natrafiono na autora wierszyków, który był już od jakiegoś czasu pod baczną obserwacją służb bezpieczeństwa publicznego. Kornacki był tak naiwnie, a może, jak niektórzy przypuszczają, świadomie nieostrożny, że zarekwirowano mu wszystkie rękopisy i maszynopisy, w tym owe Kamieniołomy, które stały się dla bezpieki nieocenioną kopalnią wiedzy o środowisku kulturalnym. Został uwięziony, osadzony z kryminalistami, po wypuszczeniu go z więzienia pozbawiono go wszystkich honorów, kazano zwrócić ordery i odznaczenia. Surowo oceniany przez Dąbrowską, był Kornacki typem megalomana i plotkarza, który pogrążył nie tylko siebie, lecz także przyjaciół i znajomych. 

Bardzo wysokie wyroki otrzymali członkowie redakcji katolickiego „Tygodnika Warszawskiego”, uznanego za wrogą agenturę. Jego redaktor naczelny, Jerzy Braun, był katastrofistą, w utworach swych przewidywał nadejście totalitaryzmów, na łamach „Tygodnika” polemizował z marksizmem. Otrzymał dożywocie, zrehabilitowano go w roku 1956. Utworów nadal mu jednak nie wydawano, więc w końcu po długich staraniach udało mu się wyjechać do Włoch, skąd już nie wrócił.

Ponieważ prześladowano przede wszystkim przedwojennych, niepokornych pisarzy, na celowniku znaleźli się również Jan Nepomucen Miller, skazany na trzy lata (wyrok jednak zawieszono), Stanisław Cat-Mackiewicz, którego proces przerwała śmierć, i January R. Grzędziński, co prawda nie skazany „prawomocnym” wyrokiem, ale nękamy licznymi przesłuchaniami, wznawianiem i przerywaniem śledztwa, konfiskatą przygotowywanych do wydania maszynopisów. Podejrzewano, że jest pośrednikiem w przekazywaniu pism Giedroyciowi, z uwagi na fakt, że jego pierwsza żona była z domu Giedroyc. Do procesu nie doszło z powodu podeszłego wieku, niemniej postanowiono go zamknąć w zakładzie dla umysłowo chorych w Tworkach, czego uniknął tylko dzięki ukryciu go przez siostrę, żonę Struga, w szpitalu. 

Głośna stała się sprawa Melchiora Wańkowicza, którego najpierw wszelkimi dostępnymi bezpiece środkami postanowiono sprowadzić do kraju, bo interesowano się nim od dawna (teczka jego liczy 9 tomów), potem jednak po podpisaniu tzw. „Listu 34”, stanowiącego protest wobec zmian w Konstytucji, wytoczono mu proces pod zarzutem kontaktu z wrogimi Polsce Ludowej ośrodkami, w tym Wolną Europą. Osądzono go, wyrok wynosił trzy lata, został potem zmieniony na półtora roku, a następnie zawieszony. Obawiając się zbytniego rozgłosu, wypuszczono go po pięciu tygodniach aresztu tymczasowego, ale utrudniano mu wydawanie książek. Pod koniec życia notował swoje obserwacje i refleksje, nazywając je Powązkami. Wybuchy wściekłego gniewu zwykle oznaczają bezradność – zapisywał: ­– Akt przemocy nad poszczególnymi pisarzami nie świadczy o tym, że używający tej przemocy czują się pewnie.

Nie mniej głośna była sprawa Jerzego Szaniawskiego, którego sztuki przestano po wojnie wystawiać, którego szykanowano, również na szczeblu, mówiąc kolokwialnie, lokalnym, w jego ukochanym Zegrzynku, gdzie posiadał dwór. Los nie oszczędzał go i wówczas, gdy ataki na niego po 1956 r. zelżały. Utonął na jego oczach jego młody przyjaciel, który mu sekretarzował, a na starość zakochał się w kobiecie, co okazała się tak apodyktyczna, kłótliwa i nieobliczalna, że doprowadziła go do śmiertelnego wylewu.

Jednym z najbardziej znienawidzonych przez władze i osobiście przez Gomułkę pisarzy był Paweł Jasienica, inwigilowany szczególnie „sumiennie” od 1964 r., gdy stał się inspiratorem „Listu 34”. Dla władzy był groźny, bo nie ukrywał swych poglądów, ostro występował na forach publicznych, a jednocześnie rosła jego sława jako autora Polski Piastów i Polski Jagiellonów. Wśród donosicieli szczególnie groźna stała się niejaka Zofia O’Bretenny-Darowska, kryptonim „Ewa”, ponieważ zyskała sympatię Jasienicy do tego stopnia, że postanowił się z nią ożenić, co wprawiło w popłoch nawet rozpracowujących go oficerów SB. Ataki na Jasienicę wzmogły się w marcu 1968. Książki jego znalazły się na czarnej liście cenzury, montowano listy młodzieży i partyjnego aktywu domagające się usunięcia Jasienicy z ZLP. Stres wywołany tymi przeżyciami przyspieszył rozwój raka płuc i po miesiącu od wykrycia choroby pisarz zmarł. 

Naraził się też władzom PRL-u Jerzy Zawieyski, przez lata odgrywający rolę mediatora pomiędzy Kościołem a partią. Poseł na Sejm, członek Rady Państwa, zasłynął odważną, niezwykle celną mową, w której recenzował ostro i bezkompromisowo wydarzenia marcowe. Pozbawiony stanowisk, objęty zakazem druku, dostał rozległego wylewu, który sparaliżował mu połowę ciała i odebrał mowę. Po dwóch miesiącach leczenia w klinice rządowej wypadł z czwartego pietra, co różnie było i jest interpretowane, najbardziej jednak przemawia wersja zabójstwa.

Obławę zamykają portrety dwóch młodych, zbuntowanych twórców, prozaika Ireneusza Iredyńskiego i poety Jacka Bierezina. Obaj, choć w innych latach, Iredyński w 60., Bierezin 70. i 80., denerwowali przedstawicieli władzy: swym sposobem życia, nieukrywaną niechęcią do peerelowskiego estabilishmentu. Na Iredyńskiego szukano haków obyczajowych, bo słynął z hulaszczego życia, a w Związku karano go za błahe przewinienia. W końcu oskarżono go o gwałt, którego nie było (dziewczyna rzekomo uciekła w samej bieliźnie, prawdopodobnie była na usługach SB) i skazano na trzy lata, jakie co do dnia odsiedział w Sztumie, więzieniu o srogim rygorze, gdzie m.in. więziono Michnika, Modzelewskiego i Kuronia, z którym jakiś czas przebywał w jednej celi. Zawsze towarzyszyli mu zakonspirowani agencji, tzw. podsiadkowie. Bierezina jako redaktora niezależnego, drugoobiegowego „Pulsu” oraz współpracownika KOR-u nękano na inne sposoby: aresztowano na 48 godzin, przeprowadzano rewizje w domu, rekwirując maszynopisy i maszyny do pisania, wreszcie w stanie wojennym internowano. Jako człowiek niezwykle aktywny, alpinista, pływak i bokser, źle znosił zamknięcie, dlatego zgodził się na paszport w jedną stronę i wyjechał z Anką Kowalską jako jej opiekun do Paryża. I pozostał we Francji do końca swoich dni. Zginął pod kołami samochodów.

Z biegiem czasu, szczególnie już po 1956 r. na fali październikowej odwilży, zmieniono nieco metody, ale w latach późniejszych powracano do represjonowania osób do ustroju wrogo nastawionych lub mu niechętnych, choć już na ogół w złagodzonych raczej formach. Siedlecka w swej najnowszej książce skupia uwagę przede wszystkim na inwigilacji czworga pisarzy: Słonimskiego, Dygata, Tyrmanda i Osieckiej. W aktach IPN znajduje się aż dwanaście tomów raportów, spisanych z podsłuchów telefonicznych i pokojowych, z donosów kilkunastu agentów, Słonimskiego inwigilujących. Lektura tych dokumentów jest i śmieszna, gdy czyta się o dowcipnych charakterystykach ustroju i jego popleczników, powtarzanych za Słonimskim, i straszna, gdy uzmysłowimy sobie, w jaki bezwzględny i brutalny sposób naruszano prywatność, i to również tych wielkich twórców, z których każde państwo powinno być dumne. A swoją drogą zadziwiająca była też naiwność Słonimskiego i ufność wobec znajomych, wśród których grasowali agenci. Bezpieka nie decydowała się wobec Słonimskiego na atak frontalny, bo chronił go m.in. immunitet międzynarodowych organizacji, takich jak Pen Club, ale przeglądano bezczelnie jego korespondencję i starano się uprzykrzać mu życie chociażby przez blokowanie jego spotkań autorskich. Najpaskudniejsza była jednak reakcja na jego śmierć, której nie tylko nie uszanowano, ale grzebano w raportach z sekcji, szukając śladów jakichś „kompromitujących” chorób.

Stanisława Dygata bezpieka zaczęła inwigilować i nękać po podpisaniu przez niego w 1964 r. „Listu 34”. Na celownik wzięła sobie zresztą bezpieka wszystkich autorów podpisów, zakładając im teczki i nadając kryptonimy, np. Szymborskiej nadano wdzięczny kryptonim „Liryka”. Dygata próbowano bezskutecznie skłonić do współpracy, ale szybko z tych zamiarów zrezygnowano, bo był on człowiekiem niezależnym, chodzącym, jak to się mówi, własnymi ścieżkami, w przeciwieństwie do Słonimskiego nieufnym, choć gadatliwym, uzależnionym od telefonu, co oczywiście służby skwapliwie wykorzystywały. Dygat nie wytrzymał jednak nacisku represji i kłopotów finansowych, jakie były skutkiem ataków ideologicznych na jego twórczość, załamał się psychicznie i po kolejnym ataku na niego, który zorganizowano podczas kolaudacji filmu nakręcono według jego scenariusza, Hotel Palace, zmarł na zawał.

Największe kłopoty z inwigilacją miała bezpieka w przypadku Leopolda Tyrmanda, autora kultowego Złego. Miał on bowiem charakter równie „rogaty” jak Dygat, ale był człowiekiem bardziej zadziornym i odważnym. Co więcej, zdawał on sobie sprawę z inwigilacji swojej osoby i niekiedy sam, świadomie, prowokował służby. Tyrmandem bezpieka zainteresowała się jeszcze w latach 40., gdy wrócił z Zachodu, dwukrotnie próbowano go werbować, sprawę ewidencyjno-obserwacyjną założono w 1958 r. Z początku starano się stosować w inwigilacji metody tzw. miękkie, ale jego niepokorne i przekorne zachowanie spowodowało zastosowanie sposobów ostrzejszych, czym w końcu zmuszono go do emigracji. W Stanach jako zdeklarowany antykomunista też się naraził lewicowym intelektualistom i w końcu osiadł na prowincji, gdzie wydawał niskonakładowe pismo prawicowe.

O wiele łatwiej poszło bezpiece z Agnieszką Osiecką. Co prawda, nie podjęła ona współpracy, ale z obawy przed represjami, przede wszystkim przed zamknięciem przed nią granicy państwa, uległa naciskom i zgodziła się pisać upokarzające oświadczenia i wyjaśnienia, dotyczące m.in. jej kontaktów ze środowiskiem „Kultury” paryskiej i jej osobistych relacji z Jerzym Giedroyciem. Czytałem te dokumenty z dużą przykrością, niesmakiem, ale i szczerym współczuciem. 

Siedlecka z satysfakcją wskazuje też na pisarzy, którzy nie ugięli się pod naciskiem bezpieki i współpracy nie podjęli. Byli to m.in. Tadeusz Drewnowski, pisarz partyjny, nieukrywający swych lewicowych poglądów, czy też politycznie raczej neutralni, jak Wojciech Natanson, Henryk Bereza, Lesław Bartelski. Byli też i tacy, którzy ulegli na krótko, z powodów obyczajowych, szantażowani, jak np. Krzysztof Mętrak, ale szybko się ze współpracy wycofywali, bez poważniejszych już wtedy, jak się okazywało, konsekwencji, co świadczy o tym, że jednak mimo opresyjnego charakteru ustroju dało się wyzwolić z uścisków bezpieki.

Ale byli też i tacy, którzy z wielką gorliwością współpracę tę podejmowali. Gorliwością niezwykłą odznaczał się Kazimierz Koźniewski, autor kilkunastu kiepskich powieści, w tym dość popularnych powieści dla młodzieży (Piątka z ulicy Barskiej), a także tomów publicystki, z których niewątpliwie najlepszym było opracowanie dotyczące czasopism przedwojennych – od roku 1947 aż po upadek komunistycznego ustroju nadgorliwy ubecki stachanowiec, przez UB, a potem SB niezwykle ceniony i sowicie nagradzany, również pieniężnie. Bowiem z premedytacją rozpracowywał bliskie mu środowiska, w tym Szare Szeregi, do których podczas okupacji należał. Pięciotomowe teczki pracy TW, a potem oficjalnie konsultanta, odkąd zalegalizował swój akces do komunizmu, wstępując do partii, zawierają szczegółowe personalne donosy, szczególnie ohydne, gdyż były składane w apogeum stalinizmu (kiedy mogły skutkować wyrokami śmierci), charakterystyki kolegów po piórze, kolegów z macierzystych redakcji, demaskował też autorów tekstów, zamieszczanych w paryskiej „Kulturze”, choć tu mylił się na szczęście wiele razy. W stanie wojennym został nagrodzony stanowiskiem redaktora naczelnego faworyzowanego przez władzę tygodnika „Tu i Teraz”, ale bojkotowanego przez ludzi przyzwoitych. Odchodził w 2005 r. niestety w glorii chwały, jak z niesmakiem konstatuje Siedlecka, odznaczony Krzyżem Zasługi ZHP i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia, przyznanym mu przez prezydenta Kwaśniewskiego, żegnany przez nieświadomych jego haniebnej przeszłości harcerzy.

Gorliwy w swej sprawozdawczej działalności był również Wacław Sadkowski. O ile Koźniewskiego na ogół się bano, może niektórzy koledzy podejrzewali go nawet o współpracę z SB, o tyle Sadkowski uchodził za partyjnego liberała, umiejącego współżyć z władzą z korzyścią dla kultury, był bowiem, jak wiadomo, wieloletnim redaktorem jednego z najlepszych w owych latach czasopism, „Literatury na Świecie”, cieszącej się względami partii, dzięki czemu ukazującej się w stosunkowo wysokim nakładzie. Sadkowski był autorem utrzymanych na wysokim poziomie szkiców o polskiej literaturze współczesnej (m.in. o Andrzejewskim i Parnickim), ale też i o literaturze zachodniej. Dla bezpieki pracował jako konsultant od r. 1972 aż po 1988, kiedy to widząc, że ustrój, dla którego sumiennie odrabiał zadanie, chyli się już raczej ku upadkowi, zerwał kontakty ze służbami. Znamienny jest język, którym operował w swych raportach i sprawozdaniach z samizdatowych lektur. To zupełnie inny język niż ten, którym się posługiwał w swej pisarskiej działalności, to język pełen agresji, uproszczeń i bełkotu nowomowy. Np. taki passus o Kapitanie, wydanej poza oficjalnym obiegiem powieści J.J. Szczepańskiego: Jest to jeden z najdogłębniej antysocjalistycznych i antypolskich zarazem utworów, jakie kiedykolwiek napisano po polsku [ … ], wyraz całkowitego i skrajnie wrogiego wyobcowania autora z własnego społeczeństwa. [ … ] Zdumienie ogarnia, ile zjadliwości zawarł ten „humanista” w skarykaturowanych do ostatnich granic sylwetkach.

Trudno się nie zastanawiać, który Sadkowski jest prawdziwy – autor niezłych szkiców o literaturze, oficjalnie wydawanych, czy autor donosów?

Groteskowy w swej służalczości wobec władzy i w grafomańskiej twórczości był Jan Maria Gisges, wieloletni sekretarz Zarządu Głównego ZLP (w latach 1950 – 1975), autor wielu tomów wierszy i prozy, z których osobiście nie przeczytałem ani jednego, bo po ich przejrzeniu szkoda mi było czasu na lekturę. Współpracę podjął nadzwyczaj ochoczo, przekazywał do wglądu swym oficerom prowadzącym dokumenty wewnątrzzwiązkowe i personalne, usłużnie też donosił na swych kolegów. Zrezygnowano z jego usług, gdy przestał być dla bezpieki użyteczny, ale chętnie powrócił do współpracy po 1980 r., kiedy w stanie wojennym starano się przyciągnąć pisarzy do reżimowego, na nowo tworzonego ZLP, kusząc ich np. dużymi pożyczkami, których zwrot rozłożony był na lata. ZLP wchłonął wówczas mniej lub bardziej zdeklarowanych propagatorów ustroju albo osoby mało znane, albo też grupę grafomanów. Były oczywiście wyjątki, np. Kazimierz Truchanowski, autor ciekawego opus magnum pt. Młyny boże.

Jeden z najbardziej płodnych pisarzy, przedstawiciel pokolenia „Współczesności” okazał się również płodny jako autor raportów i donosów, których trzy teczki mieszczą archiwa IPN. Siedlecka przypomina, że Aleksander Minkowski próbował tę swoją współpracę przedstawić w napisanej po latach powieści pod zabawnym wielce tytułem W niełasce u Pana Boga: jak to wymigiwał się rzekomo od składania donosów w rozmowach z guru bezpieki, Krzysztofem Majchrowskim, szefem wydziału w SB, który istotnie go prowadził.

Mniej gorliwy, poddający się opiece SB z oporami, był Eugeniusz Kabatc, przedstawiciel tego samego co Minkowski pokolenia, autor kiedyś dość charakterystycznych dla okresu, w którym powstawały, powieści. Pisząc niegdyś o nich, podkreślałem, nieświadomy oczywiście uwikłania ich autora: Interesuje go drugie dno psychiki człowieka, jego ukrywane przed otoczeniem słabości i kompleksy. No cóż, istotnie, ukrywał pisarz przed otoczeniem swe słabości i szukał możliwości wywikłania się z tego niekomfortowego układu.

Czy szukali takich możliwości inni, pomniejsi pisarze, jak Henryk Gaworski, i nieźli poeci, jak Krzysztof Gąsiorowski, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Poezja”, czy sympatyczny w kontaktach i miły Marek Wawrzkiewicz, lub dość znani, wszędobylscy krytycy literaccy, Leszek Żuliński (który po latach dorabiał do tych swoich kontaktów ideologię), i poszukujący różnych źródeł zarobkowania Tadeusz J. Żółciński? Ich współpraca długo nie trwała, nie była specjalnie intensywna, a z jakich względów została nawiązana, to już ich mroczna tajemnica.

Bezpieka szukała również agentów w młodoliterackich środowiskach, wśród poetów i pisarzy początkujących, ale marzących o szybkiej karierze lub mających jakieś „haki” w życiorysie, jak np. Władysław Huzik, krakowski poeta, niestroniący od alkoholu, wiecznie bez gotówki, ale bardzo inteligentny, umiejący nawiązywać kontakty z pisarzami (towarzyszył Miłoszowi w podróży po Polsce w 1981 r.); współpracował on do samego końca, do 1990 r., potem nagle stał się księgarzem i antykwariuszem, rozpił się i stoczył. Próbowała też SB rozgrywać młodych poetów z ośrodków prowincjonalnych, z „Polski B”, przeciw mocniejszym środowiskom Warszawy, Krakowa, Wrocławia.

Chciałbym się chwilę zatrzymać przy najbardziej przykrych przykładach współpracy z bezpieką; przykrych, bo dotyczących osób znanych i dobrze postrzeganych w środowisku, wysoko cenionych: Andrzeja Kuśniewicza, o którym już wspomniałem, i Włodzimierza Odojewskiego, którego fakt współpracy jest najbardziej zaskakujący i zdumiewający.

Kuśniewicz okazał się człowiekiem przede wszystkim próżnym, łasym na honory i mimo działalności w ruchu oporu (w komunistycznej partyzantce francuskiej) tchórzliwym, nastawionym do świata kompromisowo, nielubiącym konfrontacji. Zapisał się do PPR, potem do PZPR, ale żadnych wyższych funkcji partyjnych nie pełnił, pracował na początku w dyplomacji, potem niesłusznie podejrzewany o współpracę z wywiadem francuskim, został przesunięty na boczny tor, po wyjaśnieniu zarzutów przywrócony do łask. Debiutował późno, ale szybko osiągnął artystyczny sukces. Był pisarzem wybitnym, do literackiej popularności bezpieka nie była mu potrzebna. Tajemnica jego współpracy leżała chyba w cechach jego charakteru, na którym poznał się bodaj jedynie Marian Brandys, pisząc kąśliwie: Książątko ponińskie. [ A.K. rozsiewał informacje o swoim arystokratycznym pochodzeniu, co okazało się mistyfikacją – przyp. BR. ] Wiewiórka z tym swoim łebkiem i łapkami. Musi się w tym ciałku kryć niezłe piekło. Widzę to czasem z jego spojrzeń. Coraz bardziej interesuje mnie Kuśniewicz. [ … ] Jest w nim jakaś tajemnica.

Współpraca jego z SB sprowadzała się przede wszystkim do sporządzania charakterystyk kolegów po piórze, zresztą trafnych, pisanych bez jadu i złośliwości, oraz do przesadnego poczucia lojalności wobec swych oficerów prowadzących, z którymi uzgadniał swoje decyzje, np. czy ma się wybrać na ślub Jasienicy, nb. właśnie z wieloletnią agentką SB, o czym Kuśniewicz oczywiście nie miał pojęcia.

W stanie wojennym zerwał zdecydowanie współpracę, co więcej – oddał legitymację partyjną, nie wstąpił do Zlepu, w czym Siedlecka nie dopatruje się czystych intencji, raczej kalkulacji człowieka stojącego już nad grobem. Ja bym się tu na miejscu autorki powstrzymał od komentarza.

Jeszcze bardziej tendencyjnie przedstawia Siedlecka zachowanie Odojewskiego. Prawda, kreował się, kreuje nadal na pisarza zaszczutego w PRL-u, niemal na polskiego Sołżenicyna. Ale też nie bez powodów. Czy opuszczenie kraju i podjęcie decyzji o emigracji było, jak to sugeruje Siedlecka, tylko grą koniunkturalną, świadomym wyborem sposobu na międzynarodową karierę? Siedlecka niedwuznacznie wskazuje, że sukcesy zagraniczne zawdzięczał Odojewski swojej grze z esbecją, że jeśli chodzi o wagę twórczości, to np. równie dobrą literaturę tworzył Krzysztoń, a kariery międzynarodowej nie zrobił, m.in. wskutek donosów na niego, składanych przez Odojewskiego. Sprawa Krzysztonia, głęboko nieszczęśliwego, o bardzo rozchwianej psychice, to problem osobny, i daleki byłbym od rozpatrywania jej w kontekście uwikłania Odojewskiego. Powieści Odojewskiego na pewno trafiały w zapotrzebowanie zagranicznych wydawców i to jest niewątpliwie główny powód ich powodzenia na arenie międzynarodowej. Że Odojewski rozpoczął współpracę w obawie przed utrudnieniem mu kontaktów zagranicznych, pewnie tak. Później jednak z tej współpracy próbował się wykręcić i to można uznać za jeden z powodów decyzji o emigracji. Nie zamierzam bronić, wybielać osoby Odojewskiego, ale próbuję zachować umiar w jego ocenie. A już na pewno nie cytowałbym refleksji Wildsteina, który pisząc o związkach Kapuścińskiego z SB, konstatował: Czy najwybitniejsza nawet twórczość pisarza anuluje inne obszary jego życia? Czy mamy oceniać go tylko na tej podstawie? Bo jeśli tak, wolno mu wszystko…

Pomijając wątpliwe dowody na rzekomą współpracę Kapuścińskiego, bo należy wiedzieć, że każdy, kto jako reporter wybierał się za granicę, musiał podpisać lojalkę, że „nie będzie szkodził Polsce Ludowej”, to należy rozróżniać ocenę dzieła od oceny samego twórcy. To, że ktoś jest wybitnym artystą, jeszcze nie oznacza, że wszystko mu wolno, że można stosować do niego moralną taryfę ulgową, prawda oczywista, ale ocena jego życia, jego czynów, nie może – podkreślam to z całą mocą raz jeszcze – rzucać cienia na ocenę jego twórczości. Kuśniewicz był wybitnym pisarzem, do samego końca, Odojewski jest autorem kilku wybitnych utworów, choć na pewno nie tych najnowszych, co nie ma jednak żadnego związku z jego kilkuletnim uwikłaniem się we współpracę z SB.

Bogdan Rogatko




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas