poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Apostołowie i twórcy kodeksu
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)
Justyna Jaworska
Cywilizacja „Przekroju”. Misja obyczajowa w magazynie 
ilustrowanym
Wydawnictwa Uniwersytetu 
Warszawskiego, Warszawa 2008


Jeśli Gałczyński nazwał się arcyapostołem cywilizacji „Przekroju”, jego redaktorzy z Marianem Eile na czele stanowili bez wątpienia grupę apostolską, która swoją katechizacją ukształtowała może nie tyle parę pokoleń Polaków, ile kulturalną i obyczajową mentalność inteligenckich środowisk powojennych. To przydługie zdanie jest zapowiedzią książki, którą czytałam z rosnącym zainteresowaniem, wypełniając jej marginesy własnymi uwagami i refleksjami. Autorka dedykowała ją – między innymi – wspomnieniom swojej babci, które wprowadziły ją w świat „Przekroju”. Tym samym „Przekrój” nieodwołalnie znalazł się w krainie nostalgicznych cieni – lecz książka Justyny Jaworskiej umieszcza go przede wszystkim w przestrzeni bardziej żywotnej i pobudzającej niż szacunek dla wspomnień – w przestrzeni cywilizacyjnej, którą popularny magazyn ilustrowany starał się stworzyć dla powojennego Polaka, pozbawionego przeszłości i  – w kulturalnym sensie – teraźniejszości, odseparowanego od Europy, w przeważającej części zbyt ubogiego, żeby posiadać oryginały dzieł sztuki i dzieł mody, słowem, Polaka epoki reprodukcji, kształtującej jednak, jak się miało okazać, nie gorzej niż oryginały, świadomość i gust kulturalny. 

To wszystko zaczyna się zaraz po wojnie, powiedzmy, że granicą jest faktyczne pojawienie się na progu redakcji poety w battle-dresie, z rękopisem wiersza Wjazd na wielorybie; babcia autorki zapomniała dodać, iż prawie każdy mężczyzna w battle-dresie i fantazyjnie włożonym berecie był przez parę następnych lat obiektem westchnień damskich i dziewczęcych, kwintesencją męskości, wzorem luzu. Nie chodziło oczywiście o poetę, wojskową kurtkę nabywali młodzieńcy na tandecie, nie myśląc już ani pamiętając o tym, iż była ona strojem militarnym, związanym z wojną. Jeszcze szykowniej było, gdy młodzieniec ten posiadał skuter – wtedy efekt cywilizacyjny i snobistyczny zbliżał się do doskonałości. Książka Justyny Jaworskiej jest efektem nieuprzedzonej, inteligentnej i twórczej lektury roczników „Przekroju” na przestrzeni 1945 – 1968. Nie po raz ostatni data finalna okazuje się nieodwołalną cezurą dla różnych zjawisk polskiej kultury. Zniszczenia dokonane przez marzec 1968 były zarówno spektakularne i propagandowe, jak ukryte i rozciągnięte w czasie. 

Marzec 1968 położył więc kres redaktorowi, który pismo stworzył, czyli Marianowi Eilemu, wyrzucił z zespołu Janinę Ipohorską, jego najbliższą współpracownicę, pismo co prawda wychodziło dalej, zaś jego ludzie wykruszali się powoli i z biegiem lat, ale fundamenty zostały zachwiane i dynamiczna, a przede wszystkim twórcza faza pisma ustępowała miejsca stabilizacji, nie zawsze nagannej, ale coraz bardziej monotonnej i przewidywalnej. Po marcu Eile wyemigrował do Paryża i w Krakowie szeptano z pewną zazdrością, że się urządził. Faktycznie, robił rysunki dla „Le Figaro”, co było dobrą pracą, ale otoczenie mentalne niezbyt mu sprzyjało. Do „Kultury” paryskiej nie przylgnął, choć zespół miał świadomość jego paryskiego istnienia. Został więc emigrantem mało wyrazistym i wdrażał się w tę sytuację ze zmiennym powodzeniem. Styl Eilego w żadnej mierze nie mógł wydawać się „prowincjonalny”, wykształcił się przecież na europejskich awangardach, ale jego zakorzenienie kulturowe było już nieco odmienne; pochodził z rodziny lwowskiej, debiutował jako rysownik w „Wiadomościach Literackich” Grydzewskiego, gwiazdą towarzyską jego młodości było zapewne środowisko kawiarni „Ziemiańska” i jego humor, daleki od zaciekłości czy partyjności, humor ekstrawagancki, ale nie czarny, ani narodowy, ani prorządowy, ale też nie antyrządowy, słowem, na swój sposób – humor liberalny. Piszę o tym, bo niezmiernie dla takiej postawy charakterystyczna wydaje się przytaczana przez autorkę „zasada Eilego”. Redaktor miał mianowicie skrupulatnie przestrzegać, iżby w redakcji nie znalazło się więcej niż dwóch partyjnych: bo inaczej zrobią nam podstawową organizację i będzie klops. Zasady przestrzegał skrupulatnie i na takim poziomie kształtował się roztwór partyjny w piśmie, na koniec kadencji Eilego zawierający tylko jedną taką osobę. 

Czego chciał nauczyć „Przekrój”, jaką cywilizację nie tylko propagował, lecz także tworzył? Czy faktycznie jego redaktor miał poczucie misji? Te pytania, które Jaworska stawia, starając się je rozwiązać, to znaczy napełnić treścią badawczą antropologiczno-kulturowo-cywilizacyjną, tylko na pozór mogą wydawać się proste. 

Oczywiście, pismo „Przekrój” interesowało i nadal może interesować historyków prasy, czyli prasoznawców, ale na takim etapie Jaworska na szczęście się nie zatrzymuje. Wykreśla inny trop badawczy, który, w skrócie, wyznaczają nazwiska Eliasa, Jedlickiego, Szkoła Annales, do pewnego stopnia Foucault. Nie wymieniam wszystkich, oczywiście. 

Z tej gleby myślowej zostaje wykonany interesujący model: widzę go przede wszystkim w takim oświetleniu, który autorka nazywa „archeologią mentalności” społeczeństwa sprzed zaledwie pół wieku. Być może dorzuciłabym do tych nazwisk monumentalną Historię życia prywatnego pod redakcją Arièsa i Duby, aczkolwiek „Przekrój” nie był oczywiście forum prywatności, ale, jak się wydaje, jego lektura miała znaczący wpływ na kształt życia prywatnego niektórych wiernych i chłonnych czytelników. 

Wznosząca się i przebojowa faza pisma jako przekaźnika nowości z wszelkich dziedzin życia publicznego, artystycznego i jednostkowego, przypada na pierwsze lata powojenne. Sytuacja polityczna, jednoznaczna przecież, nie ma jeszcze wpływu niwelującego na różnorodne powstające wówczas programy kulturalne (Kraków jest tego widomym dowodem – w dziedzinie kultury „poważnej” powstają „Twórczość” i „Odrodzenie”). 

Polska wyszła z wojny i okupacji, jak pisze lapidarnie Jaworska, rozbita i rozpita. Nowe pokolenia, które wkraczały w życie społeczne, nowa młodzież, która potrzebowała wzorów niekoniecznie zetempowskich, rodząca się sztuka o proweniencji awangardowej, ale także zupełnie nowi ludzie, masowa migracja do miast ze wsi i małych miasteczek, upowszechniające się studia wyższe, wreszcie zrozumiała w tej sytuacji fermentu chęć zabawy – te wszystkie wyznaczniki nowej rzeczywistości społecznej mogły, choć nie musiały, znaleźć swoiste „ujście” w lekturze takiego pisma popularnego jak „Przekrój”. I znajdowały je: nakład był ogromny, w najlepszych czasach dochodził do 300 tysięcy, co – jak by się dzisiaj powiedziało – dawało władzę sterowania masową wyobraźnią.

„Przekrój” wydał z siebie dwóch pisarzy wybitnych: Gałczyńskiego i Mrożka. Obaj – co warto podkreślić – byli „humorystami”. Zatem odbiorca był prowadzony szlakiem mentalności komicznej, choć oczywiście nie tylko ci dwaj panowie byli mentorami i twórcami poetyki totalnego absurdu. Ale przestała istnieć – w „Przekrojowej” intencji – restrykcyjna granica pomiędzy tym, co śmieszne, i tym, co poważne. Następowała swoista wymiana i przenikanie dwóch sposobów postrzegania świata, na różnych zresztą poziomach: życia codziennego i wychowania, odbioru sztuki i mody, zasad savoir-vivre’u, wreszcie charakterystycznego dla pisma snobizmu. Snobizm wytwarzany przez „Przekrój” skłonna jestem postrzegać jako jeden z najzdrowszych i najbardziej pociągających walorów tego pisma, zaś przetwarzanie przez czytelnika „snobistycznych wartości” – za jego niedające się wymazać z historii powojennych obyczajów dziedzictwo. Co piszę wbrew moralistycznym krytykom dostrzegającym przede wszystkim wtórność, oportunizm, uleganie obcym gustom, płytkość i inne grzechy pierwszej gildii. 

Radosnym momentem w życiu pisma miała się okazać śmierć Józefa Stalina: w roku 1953 mianowicie „Przekrój” zaczyna ukazywać się w kolorze. Wydawało się wówczas, iż magazyn ma zapewnione życie dłuższe niż to, które mogła dyktować polityka, zaś jego pozycja będzie się utrwalać.

Justyna Jaworska pisze: A przecież lektura historyków długiego trwania jest w punkcie wyjścia nader pouczająca: ośmiela do myślenia o kulturze materialnej jako o zatartym, ale możliwym do odczytania kodzie; podpowiada też, że najciekawsza bywa codzienność i że nie ma tematów trywialnych.

Jeśli więc w „Przekroju” często napotkać można było epitet „demokratyczny” – od jedzenia, poprzez modę, aż po łagodne naśladowanie życia artystów i artystek, oznaczał on nie tyle zrównanie gustów i obyczajów, ile ich upiększenie i poddanie wyborom indywidualnym. Nie zrodził się z tego nastawienia jakiś „styl powszechny”, ale coś na kształt, powiedziałabym, „czujnego snobizmu”. Był to snobizm ogólnie dostępny, lecz wywyższający, śmiech zbiorowy, ale z wybranym przewodnikiem chóru, suknia niby paryska, choć uszyta z dostępnego akurat materiału na parasolki, efekt zaś? 
Chodziło o to – trawestuję autorkę – aby życie w powojennej Polsce nabrało smaku. 

I bez wątpienia była to jedna z dewiz „Przekroju”, którą udało się zrealizować. Rozciąga się ona również na projekt umysłowy – ostatecznie nie robili pisma tylko sybaryci, skrachowani ziemianie, potomkowie zacnych rodzin i publicyści bez wykształcenia. 

„Przekrój” drukował w odcinkach Kafkę i powieści Saganki, eseje Rolanda Barthesa tłumaczone przez Jana Błońskiego i eseje Błońskiego o sztuce awangardowej (np. o Salvadorze Dali), wymieniać by zresztą można długo. Rysowali dla pisma najwybitniejsi karykaturzyści o ustalonej renomie, debiutowali młodsi, jak Mrożek czy Wiśniak. Nie przedłużając tej litanii nazwisk, powiedzieć można, iż potencjał twórczy zespołu w dużej mierze decydował o sukcesie pisma. 

Był to jednakowoż potencjał, aby tak rzec, zakorzeniony. W jakiej glebie? Justyna Jaworska ryzykuje tezę, iż „Przekrój” przygotował nas do epoki konsumeryzmu. Zgadzam się z nią, ale rozumiem też jej inne pytania i wątpliwości. Czy pismo było przygotowaniem do odbioru sztuki zachodniej? Czy chciało odbudować pewien ład społeczny anulowany przez wojnę? Czy miało cele edukacyjne? Pomijam inne pytania, równie zresztą istotne. 

A więc – czy życie w powojennej Polsce nabrało, przez mediację pisma, jakiegokolwiek smaku? Czy dało się to życie jakoś przyprawić? Autorka – i tutaj w pewnym sensie drogi nasze się rozchodzą – jest komentatorką tego życia, ukształtowaną już przez inną epokę. Jak sama mówi, epokę łatwego konsumeryzmu, co nie oznacza rzecz jasna, iż aktywnie w nim uczestniczy.

Życie, jak myślę, nabrało smaku, ponieważ zaistniała możliwość posłużenia się wyobraźnią w codzienności, nie tylko od święta. „Przekrój” propagował oczywiście pewien wzór bohatera wyobraźni masowej, ale nie była to propaganda państwowa ani ideologiczna. Choć brzmi to dość ogólnikowo, konsekwencje tego działania pisma były niezmiernie istotne. Reprodukowano, sztukowano, naśladowano, inkrustowano to, co siermiężne, tym, co zachodnie i modne – zaś efekty, do pewnego czasu, okazywały się znakomite. Pismo stwarzało też obyczajową alternatywę, przygotowując grunt dla nowych elit – choć w założeniu miało być pismem wszystkich Polaków. 

Jaworska tak oto proponuje zredagować cywilizacyjny komunikat „Przekroju”: Żyj ładnie. Rób coś. Rozejrzyj się, świat jest ciekawszy, niż przypuszczasz.

Jednym z kluczy do tego świata w dziedzinie kultury artystycznej była sztuka awangardowa. Niezmiernie jednak ważne jest to, iż w interpretacji twórców „Przekroju” była to awangarda radosna. Ten epitet stosowano zarówno do Picassa, jak do Strzemińskiego, czyli mówiąc w skrócie, do awangardowej sztuki zachodniej i do polskiej tradycji awangardowej. Ten rodzaj „awangardowości” wyróżniał „Przekrojową” twórczość Gałczyńskiego – eksperymentów ponurych sam poeta szczerze nie znosił, tak jak nie znosił męczenników awangardowego stylu (podobnych do Przybosia…).

Nauki nowoczesności, jakie pobierał czytelnik „Przekroju”, dawały mu doświadczenie szczególne: wyrabiały w nim mianowicie przeświadczenie, iż sztuka wysoka i trudna jako przekaz (czy to słowny, czy rysunkowy, czy malarski) da się oswoić, co nie znaczyło jednak uprościć, że można do niej dojść w akcie swoistego współuczestnictwa, a nie tylko „przyjmowania do wiadomości” bądź nierozumnego protestu. Co dostarczało konsumenckiej dumy, tłumiło kompleksy i oczywiście kształciło. Polityka edukacyjna „Przekroju” była, śmiem twierdzić, znakomita. Nie dawała się bowiem odczuć jako uciążliwość, lecz jako przyjemność, co jest przecież sukcesem każdej edukacji. 

Podobnie z „radosną awangardą”. Awangarda – ta historyczna – staje się dziś modna w pokoleniach młodszych badaczy, ale odkrywając ją na nowo i dla siebie, woleliby postrzegać i opisywać aurę błędów politycznych i zanurzone w niej głupie, w konsekwencji obfitujące w tragiczne skutki osobiste związki ideowe (co dotyczy częściowo wymienionego już wcześniej Picassa, przede wszystkim zaś polskich futurystów). Metaforycznie mówiąc, Wat na Łubiance pociąga ich o wiele bardziej niż diaboliczny młodzieniec w kolorowym krawacie. Ale istniała przecież inna opcja, o której przypomina książka Jaworskiej: nie musiała się ona kończyć źle, zaś znakomite rysunki Ha-Gi i innych, których tematem była absurdalna rzeczywistość PRL-u, są świadectwem tamtych czasów równie przekonującym jak zapisy dramatów i nieanulującym świadomości, iż korzenie tego absurdu były polityczne i datować te niebezpieczne związki można o wiele wcześniej. 

A jak to wszystko wcielało się w praktykę? Rozumie się, iż młodzież krakowska (bo o niej posiadam niejaką wiedzę) czytająca „Przekrój” i wzorująca się na nim to nie była całość „młodzieżowego świata”. „Przekrojowe” snobizmy nie każdego animowały i skłaniały do twórczego naśladownictwa. „Przekrój” pociągał tych, którzy podświadomie ciążyli ku artystom i chcieli wyróżniać się spośród innych: Polska powojenna zafundowała nam wczesną młodość szarą jak ubrania z CDT-u. Możliwości nabywcze były ograniczone do minimum, zresztą mało kto posiadał pieniądze, zaś gdyby je miał, nie osiągnąłby tak czy owak przy ich pomocy efektów ubraniowo-mieszkaniowo-płytowych, a także książkowych i motoryzacyjnych, o których marzył. Ale naśladownictwo było dozwolone i zalecane, zaś jego efekty często nagradzane towarzyskim sukcesem.

Kolorowe buty osiągało się, przemalowując ręcznie but szary; koński ogon identyczny jak oryginał, czyli ogon Brigitte Bardot, wypracowywało się domowym sposobem i mocną wodą utlenioną; w latach późniejszych jeździło się do Hofflandu w Domach Towarowych Centrum w Warszawie, żeby tam nabyć choćby strzęp najnowszej kolekcji Barbary Hoff. Jakoś to wszystko musiało się godzić z domową krawcową, która obszywała hurtowo, dwa razy do roku (w moim domu) dorastające panienki. 

Jeszcze później, korzystając poniekąd z „Przekrojowej” lekcji, wychowałam sobie panią krawcową, która bezbłędnie kopiowała modele z francuskich żurnalów. 

Chlubą mojego młodego życia pozostanie fotografia Wojciecha Plewińskiego, która pojawiła się na okładce „Przekroju”: przedstawiała ona pyzatą młodą panienkę na tle ornego pola. Przez pole, na dalszym tle, przesuwał się koń. Zdjęcia Plewińskiego, zapewne dlatego, aby nie posądzano fotografa o szkodliwy estetyzm, przedstawiały zawsze, obok modelek, jakiś fragment „natury”. „Moja natura”, o ile dobrze pamiętam, była na Bielanach. Plewiński przyjechał po mnie na skuterze. Nic więcej nie było mi wtedy do szczęścia potrzebne.

Pamięć szczegółów jest uciążliwością wieku dojrzałego. Wydaje mi się zatem, iż zauważyłam w książce Justyny Jaworskiej pewien rzeczowy błąd, który mnie uwiera. Mianowicie fryzura „na Simonę” nie wydaje mi się kopią uczesania aktorki Simone Signoret. Moja pamięć wiąże ją z aktorką Lucią Bose w filmie Rzym godzina 11. Ale może Signoret była pierwsza? Zatem – salomonowo – obie były ostrzyżone „na simonę”. Na ten szczyt wyglądowej ekstrawagancji nie zgodzili się moi rodzice, musiałam poprzestać na Brigitte Bardot. 

Życie codzienne rekonstruowane z obyczajowych zachowań, przeszłość w gazetach i gazety przeszłości dostarczają wiedzy społecznej, której nie sposób zaczerpnąć z innych źródeł czy przekazów. Dlatego historia o „Przekroju” i jego czytelnikach jest jednocześnie historią pokoleniową, którą warto znać. Jest wypełnieniem białej plamy w podwójnym sensie: mówi o poniechanym rozdziale cywilizacyjnym i charakteryzuje go jako rozdział optymistyczny (choć zakończenie nie okazało się dobre…).

Kiedy ubywa świadków i źródłem wiedzy o życiu młodych pokoleń w PRL-u oraz ich mentorach stają się dokumenty wątpliwe, każde opuszczenie katońskiego szlaku głównego jest kojące. Żadne czasy nie są bowiem jednoznaczne, są co najmniej dwuznaczne, zaś dowodem pośrednim tego niezbyt odkrywczego rozumowania niech będzie fragment wiersza o cywilizacyjnym apostolstwie, czyli Wjazd na wielorybie Gałczyńskiego:

 [ … ]
I nagle piąta pięć! I ryk. I tak się zaczął 
mój triumfalny wjazd na wielorybie.
 
 [ … ]poetyzujący młodzieńcy 
zakrzyknęli chórem: – Teraz nareszcie 
 będziemy się mogli wyżyć!

Zwłaszcza że w jednym ręku trzymałem 
 katedrę Notre-Dame ze złota,
a w drugim wielką zieloną gęś, umiłowaną 
 córę moją – 

i kiedym sunął szpalerem, słyszałem, co 
 myśli hołota:
 – Oto nadciąga jak wiatr arcyapostoł  
 cywilizacji „Przekroju”,
z katedrą i gęsią, organista i pyrotechnik
 [ … ]
zaklęty w capa przez miłość, wyklęty przez 
„Tygodnik Powszechny”
Bacchus demokracji powracający z Indii. 
 [ … ]
Inteligenci tymczasem wertowali słowniki 
 Larussa,
żeby pojąć, co to wszystko znaczy, czy to 
 ie jest przypadkiem kino…


Wiersz ten został opublikowany w „Odrodzeniu” w roku 1947.

Marta Wyka






 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas