poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARCIN WILK
Religijna literatura dla mas?
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Michael A. Adamse
Psychiatra Boga
przeł. Katarzyna Wydra
WAM, Kraków 2008

Powiadają, że zły to nawyk zaczynać od zastrzegania się, czym dany tekst NIE jest. Ale w tym przypadku uczciwość wymusza taką poetykę. A zatem: Psychiatra Boga nie jest żadnym wielkim literackim wydarzeniem, nie firmuje tej książki żaden znany autor (z nazwiskiem Michael A. Adamse czytelnik polski pewnie spotka się po raz pierwszy), nie kryją się też za tym tekstem jakieś wyjątkowe walory artystyczne. Skoro tak, to po co w ogóle czytać tę książkę? Motywacja związana jest tu z chęcią obserwacji społecznej dystrybucji wartości i prowadzi w rozmaitych kierunkach, mając jednak za podstawę i punkt wyjścia szczególną odmianę „literatury religijnej” – obserwowaną z zewnątrz jako fenomen i popularną. 

W specyficzną atmosferę „religijności” wchodzimy już na początku. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że powieść opublikowano w nowej, zainicjowanej przez jezuicki WAM serii „Labirynty – kolekcja prozy”, a ta – jak dowiadujemy się u wydawcy – ma być propozycją fabularnych opowieści dla czytelników, którzy poszukują w literaturze czegoś więcej: komentarza duchowego mającego na względzie religijny wymiar funkcjonowania człowieka. Wyjaśnimy od razu, że nie chodzi o celowe epatowanie religią, otwartą perswazję. Teksty mają raczej na celu w luźny sposób odnosić się do kwestii metafizycznych – pomagać nazwać emocje, wydobyć złożoność życia duchowego, odszukać wspólnotę wątpliwości i rozterek. 

Po drugie, sam tytuł – który, nawiasem mówiąc, niemal oksymoronicznie niesie w sobie obietnicę zetknięcia się tego, co święte, z tym, co ziemskie, profaniczne – jest wyraźnym sygnałem, że mamy prawo spodziewać się literatury dotykającej spraw metafizycznych. Oczywiście, występowanie w ostatnim czasie wywrotowych – jeśli o kwestie religijności idzie – publikacji w rodzaju Boga urojonego Richarda Dawkinsa każe się zastanawiać, z jakiego rodzaju perspektywą możemy mieć do czynienia w przypadku tej fabuły: przychylnej (idei Boga) czy – wręcz przeciwnie – przepracowującej ją, uchylającej, subwersywnej.

Wyjaśnienia najmocniejsze przychodzą dopiero wraz z fabułą. Oto poznajemy Richarda Johnsona, psychoterapeutę po wielu latach praktyki, który deklaruje absolutną wiedzę i spore doświadczenie. Kiedyś policzyłem, że za zamkniętymi drzwiami mego gabinetu spędziłem około sześćdziesięciu tysięcy godzin na słuchaniu o problemach innych – mówi. Taka statystyka w istocie pozwala wysoko się cenić. Johnson, pomocny dla innych, umiał też patrzeć na siebie i związane z jego osobą problemy. Wszystko działa bez zastrzeżeń aż do momentu, gdy próg jego gabinetu przekracza niezwykły pacjent. Gabe deklaruje, że jest Bogiem, a zjawił się u Richarda, gdyż potrzebuje ulgi. Lekarz oczywiście nie daje wiary oświadczeniom „dziwnego” pacjenta, starając się na początku sklasyfikować go za pomocą dostępnych mu hierarchii i ocen przypadków chorobowych. Produkt głęboko niezrównoważonej osobowości – wyrokuje Richard, oceniając zachowanie Gabe’a i jego umiejętność wglądu w myśli innych ludzi, a także upór w określaniu siebie jako Boga. Na razie Richard nie ma wątpliwości – Gabe nie może być tym, za kogo się podaje; to wytwór jego (chorej) wyobraźni. Spokojnie umawia się na następne sesje, rozwiązując po drodze poważne problemy innych pacjentów. 

Ale z każdą kolejną sesją (warto zaznaczyć, że Gabe narzuca z góry ograniczoną liczbę wizyt) zaangażowanie Richarda się pogłębia i w końcu przekracza granice profesjonalizmu. Psychoterapeuta zaczyna coraz mocniej myśleć o swoim niezwykłym pacjencie i tematach, jakie podejmują podczas sesji. Johnson, owładnięty ideą kontroli, nagle zaczyna ją tracić. Przy okazji dowiaduje się czegoś o sobie, o religii i o Bogu. W tym momencie – na poziomie struktury książki – kończy się też część sensacyjna, dotycząca odkrywania tajemnicy i rozwiewania wątpliwości, a zaczyna się, by tak rzec, część dyskursywna książki: wykład o Bogu i jego charakterze. To Gabe przecież podsuwa wniosek dotyczący wyższości humanistycznego zaangażowania ponad deklaratywną religijność. (Twierdzę, że ateista, który żyje w taki sposób, że pomaga innym, dokonuje czegoś większego niż osoba religijna, która nie robi niczego dla innych – wyjaśniał potem w wywiadzie autor). Gabe mówi także, że przyszedł do Richarda, bo miał świadomość, iż ten psychoterapeuta będzie umiał się sprzeciwić Bogu, a Bóg docenia pytania stawiane przez człowieka, tak jak kocha wszelkie przejawy człowieczeństwa i życia. Gabe przekonuje wreszcie – by zatrzymać się przy trzecim z przykładów tez wykładanych w tej książce – że Bóg jest optymistą, a ludzie powinni się nauczyć być szczęśliwymi użytkownikami życia.

Wnikliwi czytelnicy zaznajomieni z charakterem kanonicznego wykładu chrześcijańskiego będą na pewno tę drugą część książki czytali z zainteresowaniem. Zaznaczą pewnie także wiele miejsc, które mogłyby być pretekstem do dyskusji na temat odchodzenia od oficjalnej wykładni Kościoła. Tu warto bowiem tylko zasygnalizować listę ewentualnych konfliktów w wykładzie o Bogu pojawiających się w powieści. Uogólniając natomiast, niewątpliwie lokować należy Psychiatrę Boga po stronie religijności (czy ściślej: religijności chrześcijańskiej) otwartej, nastawionej na dialog, dynamicznej w sensie reakcji na historyczne zmiany, ale też zachowującej swój ewangeliczny charakter – „największym zmartwieniem” Boga u Adamse’a jest ból dotykający także ludzi.

Pomijając jednak ściśle religijną dyskusję – ciekawą w innych okolicznościach – trzeba zwrócić uwagę, że w drugiej części wyraźnie załamuje się konstrukcja zbudowana na napięciu dominującym w pierwszej części. Coraz bardziej przewidywalne wizyty Gabe’a oświecają opowieści o pacjentach oraz osobistych doświadczeniach pozazawodowych psychoterapeuty. Czytelnicze wrażenia się zmieniają. Początkowo lektura momentami wręcz zatrważa, gdyż skłania do zawsze elektryzujących pytań na temat granicy fikcji i rzeczywistości (bo też należy wiedzieć, że Richard to alter ego Michaela A. Adamse’a, który również jest psychoterapeutą z wieloletnią praktyką). Stopniowo jednak tekst zaczyna fabularnie nużyć i rozczarowuje poznawczo oraz emocjonalnie. Wiadomo przecież, jak ta historia musi się skończyć – przemianą głównego bohatera, w kierunku sacrum oczywiście. 

Punkt dojścia jest tu istotny ze względu na charakter prozy, który tłumaczy się logiką literatury tego gatunku. Przypomnijmy: chodzi o rodzaj duchowego otwarcia, próbę samozrozumienia (tak na marginesie – na podobne personalistyczne nastawienie natkniemy się w innych książkach z WAM-owskiej serii; myślę tutaj np. o powieści Marka Salzmana Z otwartymi oczami, gdzie bohaterka, siostra John, musi się zmierzyć z doświadczeniem niezwykłych wizji, o których wcale nie wiadomo, czy są rezultatem choroby, czy też darem od Boga). Czytelnik dokonuje tej pracy przez studium emocji i przeświadczeń psychoterapeuty o rzeczywistości oraz o Bogu. Fabuła opiera się zatem nie tyle na zaskakujących zwrotach czy odkrywaniu nowych chwytów, ile na utrwalaniu określonych postaw czy wręcz wzmacnianiu przekonań. O ile jednak to, co dla czytelnika poszukującego (religijnych albo duchowych) wrażeń może jawić się jako coś konstruktywnego, o tyle dla czytelnika nastawionego np. na nowe konfiguracje egzystencji taki rozwój fabularnych wypadków będzie rozczarowujący. W tym sensie strategia religijności w książce to jednocześnie i sukces, i porażka.

Pytania, do jakich skłania Psychiatra Boga w tym momencie, dotyczą możliwości tworzenia „literatury religijnej”, która byłaby zarazem solidną literacką realizacją uwzględniającą uruchomienie czegoś, co można nazwać dyskursem religijnym. Trudna to sztuka, bo – jak wiemy z lekturowych doświadczeń – napędzana ideową parą fabularna lokomotywa wykoleja się na pierwszym ostrzejszym zakręcie. Należy stwierdzić więc, że Psychiatra Boga nie jest w żadnym wypadku próbą wskrzeszenia literatury dydaktycznej czy zaangażowanej. Księgarze powinni raczej lokować książkę na półce z literaturą popularną, odwołującą się do schematów, nastawioną na masowego odbiorcę, flirtującego z powszechnie dostępnymi wzorcami recepcji. Czytelnicy pokochali książkę, ponieważ odzwierciedlała wiele z ich własnych przekonań i refleksji – mówi Adamse o odbiorze swojej fabuły w krajach anglojęzycznych. Ta osobista refleksja autora jest tu przekonująca.

Dyskusja wokół tego, jaki Bóg może być (jako człowiek i pacjent), musi elektryzować, bo mieści się w orbicie pytań współczesności o profanację, zeświecczenie rzeczywistości, a zarazem jest ponownym przypomnieniem o potrzebie metafizyki w otaczającym świecie. To w każdym razie bardzo atrakcyjne punkty do dyskusji w świecie otwartym na dialog – nie tylko teologiczny, lecz także po prostu światopoglądowy. Pod warunkiem oczywiście, że zarówno przestrzeń odbiorców literatury popularnej, jak i debaty nad jakością życia religijnego – są dojrzałe i otwarte. W Stanach się udało, jak będzie u nas – o tym się przekonamy. Na razie WAM proponuje w swojej serii „Labirynty” kolejne tomy. Oczywiście: w dobrej wierze.

Marcin Wilk




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas