poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
„Maluch” na zakręcie (historii)
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Andrzej Dziurawiec
Późny Gomułka, wczesny Gierek
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2009


Fiat 126p, zwany pieszczotliwie „maluchem” albo „fiacikiem”, był bez wątpienia jednym z symboli PRL-u. Przez jednych uwielbiany, przez innych pogardliwie nazywany „zastępczym środkiem poruszania się po mieście”. Bohater tysięcy anegdotek. Zapewne każdy, kto przeżył kilkanaście lat w PRL-u, mógłby opowiedzieć jakąś historię związaną z „maluchem”; ja na przykład – o wakacyjnej wyprawie w cztery osoby do miejsca odległego o prawie półtora tysiąca kilometrów (śmiem twierdzić, że ktoś, kto nie pokonał takiego dystansu w zapchanym ludźmi i bagażami „fiaciku”, nie wie nic o podróżowaniu w ekstremalnych warunkach). Niby zawodny, pokraczny, ale jednak swojski, zwyczajnie bliski (wiem, wiem, młodym ludziom wyda się pewnie, że snuję bzdurne legendy leśnego dziadka, który doprawdy nie wie już, co mówi…).

Wbrew pozorom niniejszy tekst nie będzie wspomnieniem czasów bohaterskich polskiego przemysłu motoryzacyjnego. „Maluch” trafił do niego, bo znalazł się na okładce debiutanckiej (o)powieści Andrzeja Dziurawca. Kto to taki, ktoś spyta? I słusznie, autor ten nie był dotąd specjalnie znany w prozatorskiej ekumenie, bo wcześniej udzielał się głównie jako dramaturg i scenarzysta, na przykład popularnego swego czasu filmu Karate po polsku (czy ktoś jeszcze pamięta tę rodzimą odpowiedź na filmy z Brucem Lee?). Dziurawiec (rocznik 1953) zadebiutował prozą późno i  – jak to często z późnymi debiutantami bywa – skonstruował na początek tekstową kapliczkę wspomnień. Znamy to, znamy aż za dobrze – chciałoby się rzec, z trudem powstrzymując się od ziewania. Ale z książką Późny Gomułka, wczesny Gierek jest właściwie podobnie jak z „maluchem”: niby zwyczajna, momentami nawet banalna, doskonale znana, ale jednak sympatyczna.

Tak, Dziurawiec przyszedł do czytelnika z sympatyczną i bezpretensjonalną autobiograficzną „gawędą” – tak właśnie autor dookreśla (o)powieść – o rodzinie i swoich młodzieńczych latach durnych i chmurnych. „Gawęda”, (o)powieść, jakim właściwie schematem gatunkowym posłużył się pisarz? Książka składa się z krótkich nowel i opowiadań, ułożonych w porządku chronologicznym, począwszy od prezentujących przypadki dziadków, rodziców i dalszych krewnych (głównie w czasach przedwojennych i wojennych), poprzez ukazujące dzieciństwo i młodość autora/bohatera, aż po okres – mniej więcej – gdy kończy on studia. Zaś w zamykającym tom tekście autor ponownie przywołuje wydarzenia z rodzinnej prehistorii, spinając całość wyrazistą klamrą. W większości przypadków zawierają one podrasowane literacko, podkręcone retorycznie rodzinne anegdoty, ale nie brak też w tomie bardziej – posłużę się „dzikim” neologizmem – ufikcyjnionych, choć wywiedzionych z autobiograficznego materiału, tekstów (na przykład Likwidacja). Przy czym autor skupia uwagę tylko na wybranych faktach, nie starając się dać pełnej relacji o swoim życiu w czasach „późnego Gomułki i wczesnego Gierka”. By wskazać analogię – trochę to przypomina sytuację podczas rodzinnej imprezy, kiedy to po raz n-ty opowiada się najlepsze, zwykle komiczne, historyjki z życia bliskich. „A pamiętacie, jak…” – tak się one zazwyczaj zaczynają. I zazwyczaj wszyscy zgromadzeni przy biesiadnym stole, bo najczęściej bywa to okazja mocno biesiadna, doskonale pamiętają, co jednak nie przeszkadza, że po raz kolejny wysłuchują uważnie anegdotki, zaśmiewając się w odpowiednich miejscach.

Dziurawiec pisze o sprawach po wielokroć opisywanych w prozie ostatnich lat: niewesołych losach Polaków na Kresach południowo-wschodnich, rozmaitych absurdach PRL-u (choćby o przejściowych trudnościach na odcinku papieru toaletowego), trudnej inicjacji życiowej inteligentnego, niespokojnego i niepokornego chłopaka, który zmarnował wiele czasu na poszukiwanie własnego miejsca w rzeczywistości, o młodzieńczych imprezach i podbojach, o młodych ludziach, którzy w ponurych i szarych czasach nieboszczki Ludowej próbowali ubarwić nieco własne życie (ciekawe opisy światka warszawskich hipisów w tekstach takich jak: Podprorok powiatowy, czyli hipisi wszystkich miast i wiosek łączcie się!, Wesele na piasku). I tak dalej, i tym podobne. Prawda, że nie brzmi to przesadnie zachęcająco? Jednak ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu Dziurawcowi udało się jednak wybronić. Nie zanudził mnie ani nawet specjalnie nie znużył. Jak to się stało? Pisarz zastosował dwa patenty, proste, ale w tym przypadku skuteczne – dystans i (auto)ironię. Przyjął najwłaściwszą (chyba) perspektywę prezentacji wspomnieniowego materiału: nie udaje, że przemawia z wnętrza czasów, które przedstawia, nie próbuje odbyć sentymentalnej podróży w czasie, by skomunikować się z sobą samym jako nastolatkiem – po latach, z dystansu, bogatszy o zgromadzony bagaż doświadczeń, wspomina dawne szaleństwa, fascynacje, drobne sprawy i wydarzenia, które niegdyś wydawały się mieć znaczenie fundamentalne, a teraz wydają się jedynie niezłym materiałem na anegdotę. Dzięki temu nasyca opowieści stonowaną ironią i niezbyt nachalnym humorem. Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwe: przywoływać zdarzenia z przeszłości z pewną – to słowo musi paść – czułością, jednocześnie dając jasno do zrozumienia, że nie czuje się żalu, że stopiły się „niegdysiejsze śniegi”. Zero złudzeń, nul sentymentów? Nie do końca. Z jednej strony Dziurawiec trzeźwo, bez złudzeń ocenia czasy PRL-u, pozwalając sobie na efektowne, a zarazem zabawne komentarze w rodzaju: Naprawdę nie mogę zrozumieć, jak można być zwolennikiem ustroju, który przez czterdzieści lat nie potrafi rozwiązać problemu sznurka. Choćby i do snopowiązałek. Nie muszę chyba dodawać, że już pierwszego lata po upadku komuny problem sznurka został rozwiązany, a raczej rozwiązał się sam. Bo to zwyczajny sznurek był… Z drugiej strony należy pamiętać o klamrze, w jaką ujął pisarz swoje „gawędy” – książka Dziurawca jest także opowieścią o mężczyźnie, który, pokonawszy rozmaite stopnie życiowego wtajemniczenia, wrócił, przynajmniej częściowo, do miejsc, jakie odegrały ważną rolę w historii jego rodziny; wszedł, także tylko do pewnego stopnia, w koleiny losu wyznaczone przez bliskich. Pewien rodzaj przywiązania do tradycji? Pewnie tak. I w tym właśnie miejscu pojawiają się sentymenty, choć nienachalne. To trochę tak jak w przypadku „malucha”: pewnie niejedna osoba wspomina z rozrzewnieniem niegdysiejsze rajdy tym cudem polskiej motoryzacji, ale zapewne mało kto chciałby nim jeździć teraz.   

Robert Ostaszewski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas