poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
EWA SONNENBERG
WIERSZE
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Poezja Tobą wypowiada nie siebie 

Prawda twojego życia cała z poezji (dobrze to czy źle?)
Wiersz oddycha w rytmie twojego ciała (twoje moje jego jej)
Boi się swojego oddechu jak iskry może wzniecić ogień 
Wewnątrz słońca jest takie królestwo z pozłacanymi klamkami… (przymyka oczy)
Słucha swojego oddechu jak oddechu kogoś obok (na wyciągnięcie ręki?)
Wzbierają w niej głosy komentarze przypadku wyuczone kwestie sytuacji 
Wiersz oddycha i budzi się za każdym razem gdy widzi cię w lustrze 
Jej oczy to okna cielesna rama wytyczanie granic bólu okna w piersiach ludzi 
Jej usta to usta spragnione usta na rękach błagania o jedną kroplę prawdy 
Jej uszy są jak liście dwa źródła jednego słowa (słowa którego nikt jeszcze nie wymyślił) 
Dotyka tym co ją dotyka zawodność odczuć przestawianie kolejności i faktów 
Jej środek jest wszędzie (czy tak trudno to zauważyć?)
Rozchodzi się we wszystkich kierunkach świata (o ile świat jeszcze istnieje)
Oddaje siebie temu co ją mija oddaje bez chwili wahania chce być kimś innym 
Jakby stawała się dedykacją której nie można zapisać (sekret jest sekretem) 
Nie dotyczy nikogo a opowiada o każdym (przemierzając zakamarki ludzkich odczuć)
Jest pierwszą damą ryzyka kameleonem intuicji kokieteryjnym szaleństwem hazardu 
Nieustannie wskakuje w przepaść 
Między słowami (przestrzeń słowa to grunt by wyhodować dziką zbuntowaną  orchideę)  
Rozbija się na dnie wielu życiorysów (dodaje od siebie kilka lirycznych szczegółów) 
Zdejmuje maskę znaczeń (czy jest sobą?) udowadniając czym jest wolność 
TYLKO TE SŁOWA PAMIĘTA KTÓRYCH NIE WOLNO ZAPISAĆ 
TYLKO TE WIERSZE KOCHA KTÓRYCH NIGDY NIE NAPISAŁAŚ 



precyzja 

faro: bergmanowskie duchy teatr cieni
jakby ożyły wycinanki z dzieciństwa 
kim byli ci którzy zapomnieli swoich cieni? 
odpowiedzi są zawsze nieprawdziwe 
kobieta wyciąga z torebki szmacianą lalkę 
lalką przedstawia pragnienie bycia kimś innym 
lalka liczy do stu i zaczyna od nowa 
opuszczony dom na lądzie i na morzu 
wyspa kamieni ze znakami wiedźm 
kraina gdzie kochają taniec i szkło 
kruchość przenika nawet niezniszczalne 
im bardziej silne tym bardziej kruche
okazać słabość umie to co jest silne 
nad brzegiem morza stokrotka 
„wszystko zwycięży ten kto zbrojny miłością”
gdy szumi morze brzeg nie istnieje 
powinnością morza jest budowanie lądu 
to co płynne ustanawia to co stałe 
to co przemijające tworzy wieczne 
sklepik z cukierkami 
dwa łabędzie jak białe obłoki 
schody które prowadzą do obłoków 
przezroczyste w rękach powietrza 
wokół brzmi muzyka kryształowych dzwoneczków 
wielki wóz zatrzymuje się na wieży katedry 
do katedry wpływa statek światła 
dziewczyna chowa klucz w kwiatach 
kwiaty są żółte jak słońce 
słońce jest pomarańczowe jak drzwi 
mężczyzna niesie czerwone kwiaty kobiecie 
kobieta i mężczyzna patrzą na księżyc 
pod ich stopami płynie rzeka miłości 
za ich plecami szkielet wyciąga do nich rękę 
mówi: „chodźcie” „koniec gry”
nie ma w nim uczuć czyli przystani 
światło zza ściany nieba 
cień realnego na tym co odpływa 
ogród dzieciństwa jak list w butelce:
„każda rzecz na swoim miejscu 
nie przekładaj siebie z miejsca na miejsce 
zatrzymaj się i wsłuchaj w mały strumyk 
w brzmieniu małego strumyka słychać ryk morza”
w prostocie tkwi siła nigdy się nie poddasz
z klatki uwolnisz światło 
drzewo rozświetla korzenie 
plotkuje z wiatrem: w klatce są ludzie na zewnątrz 
dzikie zwierzęta drzewo rozbija się na kawałki 
pod tym drzewem kołyska z nieznanym dzieckiem 
dziewczynka skacze przez skakankę 
skakanka staje się sznurem wisielca 
audytorium podnosi głowy w górę 
spadają liście jak spojrzenia 
sieci z seledynowym pyłem iluzorycznego szczęścia 
zniekształcenia: komplikowanie tego co powinno być proste 
okno na jedność wszystkiego 
kamienna ręka Chrystusa 
kamień twarzy zamieniony na twarz przechodnia 
poezja jest bezsilna wobec morza wiatru ciebie 
nie ma w nich miejsca na dopowiedzenie 
choćby jednego słowa 
każde słowo uczy się pokory 
ból niepotrzebnych znaczeń 
widzenie w sobie nie siebie 
wiatr to mowa uczuć których się wstydzimy 
morze nie jest wołaniem 
jego głos jest głosem tego co nie nadejdzie 
bez wahania bez sprzeciwu 
jest morzem i nie próbuje być czymś innym 
rozpoznaje co ma i co nie ma duszy 
wyrzuca z siebie martwe słowa biały szkielet kościoła 
dziecko wystawia język liże ławkę kościelną 
jaki smak ma modlitwa?
sumowanie widoków za oknem 
staruszka trzyma kolorowe baloniki 
ciało unosi w górę dusza zostaje na ziemi 
morze jest lustrem w którym przegląda się niebo 
patrzy na siebie między kobietą i mężczyzną 
martwe słowa mężczyzna mówi: dlaczego 
kobieta maluje usta czerwoną szminką 
zamalowuje rozpacz wezbraną w kącikach ust 
mężczyzna wraca do domu kobieta pudruje się 
zapada zmierzch teraz nadchodzi czas by się zestarzeć 
ograniczyć marzenia do jakiegoś małego pokoju 
na skraju nędznego i samotnego: nigdy?
czy zdążę odnaleźć brzeg zanim powrócę morzem
morze zlewa się z niebem znika horyzont 
na skrzynce z listami siedzi zgarbiony księżyc
złoty tort z żywymi kwiatami 
gwiazdy które trzeba zdmuchnąć 
do okna pukają aktorzy z bergmanowskiej fabryki cieni 
ktoś wskazuje palcem „tam” 
pajac przykłada do głowy rewolwer z czekolady 
krzyk dzikich gęsi jak dźwięk strzału 
karzeł w rękach olbrzyma 
nieboszczyk czyta gazetę w trumnie  

 
 Gotlandia, październik 2008 



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas