poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK WANGIN
Mieć albo wydać (książkę)
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Muszę poczekać z wydaniem nowej książki, nie ma pieniędzy. Nie dziwię się jakoś specjalnie, choć boli. W końcu mamy kryzys, a na wydanie opowiadań miały przyjść pieniądze z dotacji. Od dawna już wiem, że nie mogę liczyć na komercyjnego wydawcę, bo żaden nie zaryzykuje edycji prozy polskiego autora, o którym nie napisze „Polityka” ani „Newsweek”, nie pokażą w „Wysokich Obcasach”, a już na pewno nie dadzą mu nagrody Kościelskich, nie nominują do Nike. Nawet do Gdyni nie wytypują, choć tu mi najbliżej, przynajmniej geograficznie. Po co ktoś miałby inwestować w przedsięwzięcie, które na starcie skazuje na brak mierzalnych efektów sprzedaży? Nie obrażam się, bo wiem, że wydawca komercyjny to firma. Musi liczyć pieniądze i nie jest zainteresowany misją publiczną. Mielę od nowa plik, wirtualną książkę, poprawiam, koryguję, przerzucam strony i nawet nie chce mi się rozsyłać maszynopisów, bo to nijak nie popchnie literackiego przedsięwzięcia.

W obecnej sytuacji nie usłyszę nawet tego, co już przynajmniej kilka razy słyszałem: książkę możemy wydać, ale musisz zrezygnować z honorarium. Tym razem nikt nie proponuje znanej opcji, choć byłem gotowy uznać, że w ramach honorarium dostanę dwadzieścia bezpłatnych egzemplarzy, które sprzedam, jeśli wystarczy odwagi i pychy. Trudno byłoby nie czuć śmieszności, stojąc z kartonikiem u prawej nogi, najlepiej w podziemnym przejściu, w pobliżu gdańskiego dworca PKP. Tam płynie nieustannie ogromna rzeka ludzi. W ramach promocji mógłbym zaproponować imienną dedykację. Nie znam jednak siły, która wymusi na mnie tak desperacki czyn. Czy powinienem mieć żal? A jeśli tak? Do kogo miałbym go kierować? Do państwa, które zarówno w postaci ministerialnej, wojewódzkiej, jak i samorządowej, oszczędza ochoczo i radośnie na zdrowiu, oświacie i kulturze? A może chlusnąć wiadrem żalu w teoretycznych mecenasów niepublicznych, którym ani w głowie dokładać się do kolejnej zbytecznej książki? Najlepiej jednak byłoby zacząć od rodaków, którym książka współczesnego polskiego autora nijak nie ubarwia życia i w niczym nie pomaga. Skoro naród nie stwarza sobie mody na książkę, potwierdza prawdę, jakże oczywistą w gospodarce rynkowej: świadomość kształtuje popyt. Jeżeli nie ma popytu, nie ma podaży, pozostaje zaś piszący, który Boga chwyta za nogi, jeśli ktoś wyłoży na wydanie jego prozy, przy tym znajdzie pomysł na kolportaż i przy dużej wywrotce szczęścia wysypie kilka recenzji, oczywiście w pismach branżowych, które stanowią ostatnie wyspy życia literackiego. Ale i te wkrótce zapewne ewolucja rynku wciśnie w lodowiec, pomiędzy mamuty. Tu rzecz się kończy. Ostatnim zatem adresatem pretensji, że kolejną książkę oddam za darmochę, byłby z pewnością wydawca, jeśli w ogóle znajdzie się chętny, który w tak niesprzyjających okolicznościach przyrody postanowi włożyć trud i wysiłek w zdobycie środków na rzecz zupełnie nierentowną. 

Nieznany medialnie pisarz, może w tym kraju co najwyżej liczyć na wydawcę mierzącego książkę i jej autora wyłącznie w kategoriach ambicji nieekonomicznych. Autor tej miary może złożyć nadzieję w serii wydawniczej jednego z czasopism literackich. Może dobijać się także do instytucji, stowarzyszeń i fundacji związanych z promowaniem czytelnictwa. Powodów i pobudek ich działania da się określić przynajmniej kilka: misja, hobby, pasja, elitaryzm, snobizm, ale raczej będzie to cel dosyć daleki od ekonomicznego. Przy tak postawionych argumentach dawno pogodziłem się z faktem, że przez dziesięciolecia całe może się nie udać stawianie znaku równości pomiędzy pisaniem i zarabianiem pieniędzy.

Pierwsze teksty udało mi się opublikować w 1994 roku, w pismach stricte literackich, rzecz jasna. Gdybym zliczył łącznie honoraria, jakie otrzymałem w ciągu blisko piętnastu lat, mógłbym przypisać się do „pokolenia 1200 brutto”, z tym że bez umowy o pracę i bynajmniej nie w miesięcznych pensjach. Przy takim rezultacie trudno byłoby podciągnąć działalność literacką pod zarabianie pieniędzy, ale na szczęście jest tyle innych, piękniejszych idei, które humaniście pozwalają twierdzić, że pieniądze szczęścia nie dają. Zaczynałem od idei „muszę inwestować w nazwisko”. I tak, na niematerialnym inwestowaniu w warsztat i markę, zleciało półtorej dekady. A zleciało jednak pośród czysto literackich publikacji. Nielicznych, może, bo niezależnie od idei i chcenia życie ustawiło mnie poza wszelkimi środowiskami literackimi. Efekt? Dwie książki i trochę tekstów rozsypanych na łamach prasy, więc to średnio trafiona inwestycja. Ale sumienie czyste, wszystko bez wazeliny i pokrewieństwa królików. Może tylko wolałbym mieć więcej propozycji wydawniczych, niechby i za kolejne darmoszki.

Z perspektywy czasu myślę, że nic tak nie uczy dystansu do pieniędzy, jak próba pisania i wydawania literatury pięknej pod tą szerokością geograficzną. Ale też jest w tym jakaś zdroworozsądkowa logika. Działalność literacka, jak każda artystyczna zapewne, rozumiana także jako poszukiwanie własnej drogi twórczej, niezależnej od mód i trendów aktualnie panujących, stawia piszącego wobec konieczności mierzenia się z wieloma czynnikami. Tkwi on często w rozdarciu pomiędzy rolą pracownika najemnego, pracodawcy, ojca, matki, męża, partnera, a potrzebą kreowania, z całym jej dobrodziejstwem inwentarza. Współczesny świat wymaga, niestety, stałych dochodów, niezbędnych do codziennego funkcjonowania jednostki i rodziny. Nie prowadzę statystyki, ale wiem o wielu prozaikach, którzy imają się najprzeróżniejszych zawodów, żeby zarobić na chleb, na ratę kredytu za mieszkanie czy na spłatę debetu. Pisanie „po godzinach” jest w dzisiejszej dobie chyba najbardziej powszechną formą parania się literaturą. Bardzo nielicznym udaje się żyć z literatury w miarę spokojnie i zajmować się wyłącznie pomysłami na nową książkę. 

Okoliczności, o których mowa, przy nędznym mecenacie zarówno publicznym, jak i prywatnym, popychają autora z konieczności do pielęgnowania twórczości wieczorem i w weekend, gdy rodacy ładują akumulatory, śledząc losy serialowych postaci, grając w kręgle czy jeżdżąc konno lub na nartach. Uprawianie literatury staje się tym samym formą aktywnego wypoczynku przed kolejnym dniem i tygodniem pracy zarobkowej. W ten sposób „bycie pisarzem” nie jest zawodem, staje się pasją. Wydaje się to logiczne i uzasadnione, skoro żadna instytucja nie nadaje „dyplomu pisarza”, żadna nie czyni w tej materii czeladnika, mistrza, profesjonalisty, z potwierdzoną i uznaną licencją na pisanie oraz ustalaniem cennika usług, których najczęściej nikt nie zamawia. Czy zatem „wieczny amator” powinien liczyć na zarabianie pieniędzy? To tak, jakby zapytać, czy sportowiec to zawód? Jedni kończą karierę amatorską, inni przechodzą na zawodowstwo. W obu przypadkach, sportu i literatury, droga prowadzi przez długi i uciążliwy trening, czasem doping i często koneksje, choć na gwiazdy sportu prawdopodobnie zawsze będzie większe społeczne zapotrzebowanie niż na gwiazdy literatury. I dochody tych pierwszych będą z pewnością wyższe niż ostatnich. Nie wierzę, żeby w jakichkolwiek okolicznościach proponowano pisarzowi reklamowanie margaryny poprawiającej koncentrację umysłu, napojów energetycznych wzmagających kreatywność albo leków na poprawne konstruowanie komunikatu. Bo raz, że pisarze znani są wąskiemu jednak targetowi, a dwa, że niewielu klientów potrzebuje kreatywności do codziennego życia. Wszak kreatywność wiąże się z wysiłkiem, do czego najmniej tęskni współczesny konsument. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego pisarz nie może dziś być świetnie zarabiającą gwiazdą medialną? Bo to jednak intelektualista? Gatunek wymierający? Jeśli spojrzeć na medialnie nośne dziś nazwiska młodych gwiazd literatury (pierwsze z brzegu: Doroty Masłowskiej, Jacka Dehnela, Sławomira Shutego, Michała Witkowskiego), jakoś głębi intelektu nie sposób dojrzeć w opublikowanych dziełach ich autorstwa, a zainteresowanie mediów bynajmniej nie dotyczy tego, co i jak artyści tworzą, częściej zaś tego, jak się ubierają, jakie środowisko oburzyli swoim kolejnym wystąpieniem, a jakiemu się przypodobali. Wymienieni pisarze świetnie na tym korzystają, bo z pewnością nie mają kłopotów z wydaniem kolejnej książki, a napisać mogą cokolwiek, i to nawet się sprzeda, a piszący dostaną za to jakieś pieniądze. Takie jest prawo wolnego rynku i trudno się o to gniewać, obrażać czy na złość babci odmrażać sobie uszy.

Można jednak poprzestać na dorobieniu ideologii do pisania bez zarabiania. Najkrótsza droga wiedzie przez stwierdzenie: pieniądze psują, tym bardziej profesję literacką. Łatwość publikowania za określone honorarium może prowadzić na manowce wygody. Autor zaczyna pisać za szybko, bez stosownej dbałości o jakość wypowiedzi. Spieszy z terminem oddania całości, realizuje kontrakt, a to odbija się na poziomie tekstu. Często pragnie się przypodobać publiczności, ponieważ to gwarantuje popyt na kolejną książę. Wie, „co chwyciło”, a zatem sprzyja gustom kupujących i schodzi w doliny komercji, która może być w pewnych okolicznościach dobra, a nawet wskazana, jednak nie stymuluje dalszego twórczego rozwoju, nie zachęca do poszukiwania nowych form wypowiedzi. Każde zamówienie na zadany temat, za określoną kwotę i na termin musi budzić mentalność rzemieślnika, który próbuje zaspokoić oczekiwania zleceniodawcy. 

Do przyczyn osłabienia jakości tekstów literackich nie należy przykładać li tylko miary złotówek zarabianych na pisaniu. Ciągoty do bycia na topie, bycia honorowanym, omawianym, publikowanym, medialnie głośnym, powodują też pustkę wynikającą z uczestnictwa w wyścigu szczurów. Smak sławy i świadomość jej przemijalności rodzi w pewnym momencie nadmierną chęć utrzymania się w czołówce wyścigu, frustrację z powodu możliwości bycia zapomnianym czy pomijanym. Tymczasem tempa nie wytrzymuje talent, wątpliwa dojrzałość, warsztat i pisarz wydaje rzeczy niedopracowane, płytkie albo zwyczajnie nastawione na autotematyzm, czego dowody można znaleźć w ostatnich powieściach Daniela Odiji lub Ignacego Karpowicza. 

Dopóki autor nie ma zamówień na opowiadanie i powieść, może oddawać się kreowaniu z pasją, bo nikt i nic tego tekstu na nim nie wymusza. Może wierzyć w inspirację, natchnienie, wybranie, powołanie, wewnętrzny imperatyw i nikt tego nie zakwestionuje, bo nie ma takiej potrzeby. Dzięki temu pisze podług aktualnej dyspozycji, kondycji ducha i umysłu, samodzielnie bada obszary i penetruje zakątki stwarzanej rzeczywistości. Może śmiało przypisywać literacką kreatywność dziwactwu, natręctwu, grafoterapii, narcyzmowi i dowolnie układać poziom abstrakcji tekstu. Dobiera jego formę, konstruuje bohaterów i idee, łamie zasady narracji i nikt tego nie oprotestuje, najwyżej nikt nie będzie chciał wydać, ale nie zagrozi odebraniem środków na życie. Jeśli ktoś sięga później po jego książkę, z pewnością nie przeczyta jej w duchu oburzenia: „zapłacili mu za ten gniot z litości dla głodnych dzieci!”. Czytelnik książki ma gwarancję obcowania z tekstem dla tekstu, a nie z produkcją na zamówienie, dla pieniędzy czy wydanym z powodu mody na literaturę gejowską, małoojczyźnianą, literaturę feministyczną, szokującą czy reprezentującą inny, chwilowo obowiązujący trend. 

W tym kontekście można mówić o wolności od pieniędzy. Jest wszakże jeden istotny warunek tej wolności: praca na etacie i wspomniane wcześniej „pisanie po godzinach”. Czyli pisanie rozciągnięte mocno w czasie, nierówne jak jazda miejskim samochodem po terenie przeznaczonym na przyszłą autostradę. Niby marzenie niesie, ale dziury i doły spowalniają tempo, wyniszczają pojazd i rozmywają cel niepewny, a kto wie, czy osiągalny?

Gdy taka argumentacja zawiedzie, co pozostaje? Przekonanie, że za dużo zainwestowałem czasu, emocji, wysiłku, a z raz obranej drogi nie należy ustępować. Tym bardziej tylko dlatego, że nikt nie chce płacić za nielekką a wykonaną pracę. Wówczas trzeba odwołać się do demagogii wynikającej z przekonania, że skoro nikt tej pracy nie potrzebuje, dlaczego miałbym żądać za nią płacy? I to już wystarczy, żeby po nocy zmagać się z kolejnym projektem. Jeśli jednak czegoś jeszcze brakuje, to najsilniej pewności, że da się z tym projektem wyjść do potencjalnego czytelnika. On jest w tej profesji najistotniejszy. Możliwość intymnego spotkania z jego wrażliwością i intelektem, z jego doświadczeniem egzystencjalnym, światopoglądem i gustem, jest najwyższą formą zapłaty za trud wieczorów spędzonych nad klawiaturą i przed monitorem.

Jacek Wangin




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas